To głównie rozdział przejściowy, ponieważ przygotowujemy się na pierdolnięcie, które nastąpi za parę rozdziałów.

Rozdział dwudziesty: Ziemia zatrzęsie się w posadach

Falco skrzywił się i otrzepał ziemię z rąk. Choćby nie wiem, ile magii posiadał i jakich ilości zbędnego czasu nie zdołałby ominąć poprzez naginanie go, to niestety zawsze istniało coś, co można było załatwić wyłącznie własnymi rękami. Szkoda tylko, że tym razem skończył jeszcze z brudem pod paznokciami i w zagięciach na dłoniach.

Poderwał wzrok, kiedy zobaczył cień przelatującego nad nim kształtu, po czym odprężył się. To była tylko polująca na zdobycz sowa. Czemu miałaby się nie pojawić? W końcu zbliżała się noc.

Falco ostrożnie minął resztki zniszczonej ściany, po czym ześlizgnął się po zboczu, u którego podnóży obejrzał się, żeby przyjrzeć swojemu dziełu. Światło księżyca lśniło lekko na... nie nazwałby tego ruinami, nie tak do końca. Raczej pozostałościami po budynku. Prawdopodobnie pewnego dnia ktoś go odbuduje, ale ewidentnie nikt nie miał takiego zamiaru. Najlepiej było zostawić je takimi, jakie je znalazł, żeby nikt niczego nie zaczął podejrzewać. Przekładanie kamieni w miejscu, w którym nikogo nie powinno być, mogłoby ściągnąć na niego niepotrzebną uwagę.

Póki co był usatysfakcjonowany. Użył taktyki Światła, szczerości, poprzez spotkanie z Harrym i poinformowanie go, co się stanie, jeśli się nie zadeklaruje. Teraz musiał, z konieczności, odwołać się do taktyki Mroku, potajemnie upewniając się, że Voldemort będzie miał gdzie się ukryć przed uwagą i magią Harry'ego. Falco nie był do końca przekonany, czy Mroczny Pan mu ufa, czy jeszcze nie, ani czy zachęty, które Falco zagnieździł mu w umyśle, w ogóle jakkolwiek do niego przemówiły. Ale to nie szkodzi. Póki co jego obecna kryjówka była bezpieczna. Falco przygotował tę na wypadek, gdyby została odkryta, do czego niewątpliwie, prędzej czy później dojdzie.

A teraz, dla zachowania równowagi, rozpocznie taktykę, która była mieszanką Mroku i Światła. Pozwoli Harry'emu na zorientowanie się, że to jego sprawka, co wypełni szczerość, ale nie poinformuje go o celu, co wypełni podstęp. Wykorzysta do tego neutralną magię, która zmiesza w sobie prawdę i fałsz, póki nawet twórca nie będzie w stanie rozróżnić ich między sobą.

Falco zamknął oczy i podzielił umysł. Na powierzchni unosił się odłamek warujący, gotowy do poinformowania go, jeśli ktoś się zbliży. Zaraz pod nim, umysł Falco wykrzywił się i zanurkował na ścieżki Mroku i Światła.

Świat rozpadł się wokół niego. Zobaczył jak ślady po ziemi uciekają od niego i upadają na czarne ścieżki, które pięły się między gwiazdami. Zobaczył lśniące na złoto schody, śpiewające o letnim przesileniu, oraz wyściełane białymi kamieniami drogi, biegnące w kierunku oślepiającego światła słońca w samo południe. Dotykał tajemnic Mroku i Światła, czując jak śpiewają do niego, usiłując nakłonić do deklaracji.

Falco westchnął. Wciąż może do tego dojść, jeśli naprawdę ode mnie będzie zależało uratowanie świata. Może do tego dojść, owszem, zwłaszcza w zależności od tego, jak szybko Mroczny Pan będzie się leczył ze swoich ran. Ale Falco nie miał zamiaru niczego przyśpieszać. Przebada uważnie sytuację, jak to zawsze miał w zwyczaju, oraz upewni się, że nie będzie niczego robił, powodowany wyłącznie swoim temperamentem. To był właśnie problem Harry'ego, Albusa czy Toma – wszyscy działali zgodnie z własnym temperamentem, pozwalali, by kierowały nimi emocje. Falco już dawno temu porzucił potrzebę odczuwania takich bzdur.

Przeszedł po czarnej ścieżce, po czym przeskoczył na lśniące schody, aż wreszcie nie opadł w ciche miejsce, pełne szarej mgły. Tam wzniósł ręce i ułożył je blisko siebie.

Między nimi zaczął rozrastać się sen. Sny podobno miały być ostrzeżeniami przed przyszłością, wizjami nadchodzącej prawdy, ale kryły ją za symbolami, oszałamiając tych, którym się przytrafiły. Zbalansowana magia, pomyślał Falco. Neutralna magia. Żałował, że nie ma jej więcej na świecie.

Pozwolił snu wirować między swoimi palcami, gdzie nabierał siły i prędkości, karmiąc się jego potęgą, a następnie zawisł przed nim. Wyglądał jak szary dym, pełen splątanych ze sobą, błyszczących obrazów, ale większość magii wyglądała tu na szarą.

Falco uśmiechnął się i chuchnął.

Sen obrócił się i pomknął w dal, szukając Harry'ego. Falco pozwolił sobie na powrót do reszty swojego umysłu, którym wciąż zajmował się warowny odłamek, po czym rozłożył swoje bielikowe skrzydła i wystrzelił w niebo. Najwyższy czas udać się w następne miejsce, gdzie będzie musiał włożyć jeszcze więcej wysiłku w utrzymywanie równowagi.


Harry oparł się na krześle i czekał. Wraz z Draconem załapał się owutemową transmutację i właśnie miała nastąpić pierwsza okazja, kiedy zobaczy jak Henrietta uczy – choć do tej pory słyszał o niej same pozytywne opinie. Draco usiadł zaraz za nim, mamrocząc pod nosem i przyglądając się czemuś. Harry obejrzał się i zmarszczył brwi, kiedy zorientował się, że były to notatki z lekcji animagii, która odbyła się zeszłego wieczoru z Peterem.

– Chyba nie da ci uczyć się tego w czasie zajęć – wyszeptał.

– Akurat bo zauważy – burknął cicho Draco.

Harry rozejrzał się po klasie, podnosząc brwi. Nie było tu wiele osób. Hermiona się zakwalifikowała, no bo oczywiście że tak, podobnie jak Lavender Brown, Dean Thomas i Seamus Finnigan. Harry rozpoznał kilka Krukonek po utarczkach, jakie miał z nimi w zeszłym roku, choć unikały jego wzroku, co było całkiem zrozumiałe. Zachariasz siedział w kącie, na zmianę udając, że czyta i krzywiąc się na plecy Hermiony. Hanna Abbott i Ernie Macmillan siedzieli razem, ale nie odzywali się do siebie; Harry podejrzewał, że mogło mieć to jakiś związek z Wielką Ujednoliconą Teorią, ponieważ Hanna była mugolaczką, a Ernie czystokrwistym. Millicenta też się zakwalifikowała, ale jeszcze nie było jej w klasie; Harry'ego zaciekawiło, czy czasem nie zaspała.

– Chyba jednak zauważy – powiedział Draconowi.

Draco westchnął i schował notatki akurat, kiedy drzwi otworzyły się i do sali weszła zziajana Millicenta. Henrietta stała tuż za nią. Harry przyjrzał się jej twarzy i pokręcił lekko głowa. Jej iluzja była idealna. Henrietta wyglądała na wesołą i przystępną na sposoby, w jakie nigdy nie wyglądałaby naturalnie. Nawet chodziła jakoś inaczej, zupełnie jakby transmutowała sobie nogę, wydłużając ją lekko.

Millicenta opadła ciężko na miejsce za nimi. Draco mruknął coś, czego Harry nie dosłyszał, a Millicenta warknęła wyzwisko w odpowiedzi.

I wtedy Henrietta stanęła przed klasą i ściągnęła na siebie uwagę wszystkich. Harry doszedł do wniosku, że ciężko było na nią nie patrzeć. Zastanawiał się, czy użyła jakiegoś subtelnego zaklęcia, czy też może ta aura zawsze ją otaczała, ilekroć nie siedziała w środku spotkania sojuszników, usiłując ze wszystkich sił udawać, że jest posłuszną zwolenniczką.

– Nazywam się Hilda Belluspersona – powiedziała Henrietta. – Będziecie, oczywiście, zwracali się do mnie per profesor Belluspersona. Nie będziecie spóźniali się na moje zajęcia. – Nawet nie zerknęła na Millicentę, ale Harry odniósł wrażenie, że wcale nie musi; mnóstwo osób robiło to za nią. – Dano mi do zrozumienia, że w zeszłym roku nie otrzymaliście tak rozległej edukacji pod względem transmutacji, jak powinniście byli. W tym ją otrzymacie. Wierzę w demonstracje. Będę transmutowała ludzi w czasie zajęć i stawiała ich przed wyzwaniem transmutowania siebie, czy innych z powrotem. Jeśli do dzwonka nikt nie zdoła was odmienić, to zrobię to sama, ale oznaczać to będzie stratę dziesięciu punktów zarówno dla domu transmutowanego ucznia, jak i każdego, kto spróbował go odmienić i zawiódł.

Harry zamrugał. No tak, to zdecydowanie różni się od podejścia McGonagall.

– Zaczniemy od szybkiej powtórki podstawowych konceptów – powiedziała Henrietta. – Mam swoje powody, by wątpić, że w zeszłym roku nauczyliście się wszystkich podstaw. – Podniosła brew, po czym obróciła się i machnęła różdżką w stronę tablicy. Harry ponownie zamrugał, kiedy transmutowała ją w ogromny zwój ze złotymi literami, które bez problemu wszyscy mogli odczytać. Pióro Hermiony zaskrzypiało i zachrobotało, kiedy zaczęła szybko robić notatki.

– Po pierwsze – powiedziała Henrietta – transmutacja to sztuka wyobraźni. Zanim zmienicie czajnik w żółwia, najpierw musicie zdać sobie sprawę z tego, ile taki żółw ma kończyn, jak wygląda jego głowa, jaki ma wzór na skorupie. Powinniście być w stanie wyobrazić sobie w tak drobnych szczegółach, że będziecie nawet wiedzieli, co oznacza konkretny blask w jego oczach. Powinniście wiedzieć, w jaki sposób rozstępują mu się palce, kiedy gdzieś idzie i w jaki sposób w ogóle się porusza. – Odwróciła się z powrotem do nich i rzuciła wszystkim surowe spojrzenie. – Podejrzewam, że nikt was tego nie nauczył w zeszłym roku, dlatego spędzimy kilka lekcji po prostu na spostrzeganiu takich szczegółów. Po drugie transmutacja to sztuka świadomości ograniczeń. Próba przemienienia niewielkiego stworzenia w wielkie tylko was wykończy, a samo stworzenie może skończyć w tylko połowicznej transmutacji. Departament Magicznych Wypadków i Katastrof w ministerstwie ma w sobie oddzielne biuro, zajmujące się wyłącznie rozplątywaniem zniszczonych transmutacji. Są przepracowani. Nie mam zamiaru pozwolić wam na dodanie im jeszcze więcej pracy. Rozumiemy się?

Harry zauważył, że kiwa głową razem ze wszystkimi. Jest surowsza od McGonagall, ale przynajmniej wiadomo, o co jej chodzi. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek uczyli się o tym, o czym w tej chwili mówiła Henrietta. Być może po prostu tłumaczyła to bardziej dobitnie od McGonagall, czy też jej pomocnicy, inni profesorowie i uczniowie owutemów, którzy nauczali w zeszłym roku transmutacji.

– Po trzecie transmutacja to sztuka zdrowego rozsądku. Przemiana ziemi pod waszymi przeciwnikami w czasie walki w lód może wydawać się dobrym pomysłem – ale jeśli pobiegniecie potem w tamtym kierunku i w ferworze walki zapomnicie o przemianie swoich butów w łyżwy, to sami napytacie sobie biedy. Kiedy powiążemy to z pierwszymi dwoma lekcjami, dowiemy się, że transmutację można dzierżyć jako broń, narzędzie, czy sztukę. Inaczej was zawiedzie, ale pretensje możecie mieć wówczas wyłącznie do siebie, nawet nie do własnej różdżki. – Oczy Henrietcie zalśniły intensywnie, przez co wyglądała w tym momencie na bardziej podobną do siebie niż od początku zajęć.

Harry szybko zapisał najważniejsze punkty. Dobrze, że Edyta zdecydowała się jednak zamieszkać we Francji i pobierać prywatne lekcje. Byłaby przerażona, gdyby tu została.

– Chciałabym was poinformować o jeszcze jednej sprawie – powiedziała Henrietta, wyciągając różdżkę. – Wiem, że niektórzy z was są zainteresowani przemianą animagiczną. Jeśli macie zamiar ją opanować, powinniście poprosić mnie, dyrektorkę McGonagall, albo oficjalnie zarejestrowanego animaga o prywatne lekcje. Nie będziemy się skupiać na tych zajęciach na osiąganiu prywatnego, animagicznego kształtu.

Harry rozejrzał się i z lekkim zaskoczeniem zobaczył rozczarowanie na twarzy Hermiony, ale pozostali wydawali się z tym pogodzeni. Draco i tak wyglądał na zadowolonego z siebie, mimo że Henrietta właśnie potwierdziła, że nie pozwoli mu na przeglądanie notatek z zajęć z Peterem.

– A teraz zaczniemy od niewielkiej demonstracji. – Henrietta kiwnęła do Harry'ego. – Pozwól do mnie, Harry. Transmutuję twoją dłoń w drewno, a pozostali spróbują ją odmienić.

Harry kiwnął głową i wstał, niezmiernie wdzięczny, że Henrietta najwyraźniej nie miała zamiaru mu pobłażać, mimo że należeli do tego samego sojuszu.


Peter wygładził szaty, zastanawiając się, czy mógłby porozmawiać z kimś o swojej tremie. Być może z Minerwą, ale była ostatnio tak zajęta, że nie miała czasu na prywatne rozmowy. W dodatku zatrudniając go wyraziła swoją wiarę w jego zdolności do nauczania, więc teraz powiedziałaby mu tylko, że oczywiście że okaże się dobrym profesorem od obrony przed mroczną magią, nakłoniłaby go, żeby wziął się w garść, po czym wyrzuciłaby go drzwi, żeby mogła zająć się czymś faktycznie użytecznym.

Pewnie mógłby porozmawiać z Harrym, ale ponieważ za parę minut miał mieć z nim swoje pierwsze zajęcia z obrony, to miał wrażenie, że byłaby to nieuczciwa zagrywka z jego strony.

Kazał sobie odstąpić od lustra, bo przecież nikt nie zauważy kilku dodatkowych zmarszczek na twarzy już i tak naznaczonej wiekiem i troskami, w czym pomogło mu pukanie do drzwi. Z przyjemnością ruszył, żeby otworzyć. Poczuł, jak oddech uspokaja mu się po drodze, nawet pamiętał, żeby wziąć ze sobą książki i listę obecności. Wyglądało na to, że ktoś przyszedł do niego z własnymi problemami, a odkąd Peter opuścił Sanktuarium, to łatwiej jakoś przychodziło mu skupianie się na problemach innych ludzi niż własnych, które i tak ciągle tylko biegały w kółko. Peter wiedział, że niczego z nimi nie zrobi, póki nie wyrwie tych myśli z tej spirali.

Otworzył drzwi i zamrugał. Za nimi stał Connor, który patrzył na niego niepewnie. Imię Connora również widniało na trzymanej przez niego liście, więc Peterowi wydawało się raczej, że chłopak byłby raczej w drodze do klasy.

Connor przełknął ślinę i przytaknął.

– Wiem, że obrona zaraz się zacznie – powiedział. – Czy... czy mogę porozmawiać z tobą po drodze do klasy? Chodzi o coś ważnego, o czym nie mogę porozmawiać z Harrym.

– Oczywiście. – Peter zamknął drzwi do swoich kwater niewerbalnym zaklęciem, po czym ruszył korytarzem. Connor z trudem dotrzymywał mu kroku. Peter odniósł wrażenie, że chłopak znajdował się właśnie w wyjątkowo niezręcznym okresie dorastania, kiedy jego tors zdawał się już osiągnąć pełne rozmiary, ale nogi jeszcze go nie nadgoniły.

Connor i tak zmarnował niemal ćwierć drogi – Peter wczoraj bardzo ostrożnie wyliczył trasę między swoimi kwaterami a klasą obrony – na przeżuwaniu wargi i zamartwianiu się.

– Pokłóciłem się wczoraj z Harrym o Malfoya – powiedział wreszcie.

Peter po prostu kiwnął głową. To było oczywiste dla każdego, kto w ogóle zwrócił uwagę na chłopców w Wielkiej Sali.

– A o co się pokłóciliście?

– Malfoy wlazł mi do pokoju i zaczął mnie wyzywać, bo według niego za głośno się pakowałem – powiedział Connor. – No to, ee, rzuciłem mu parę wyzwisk, które pewnie naprawdę zabolały, o tym że powinien był już przywyknąć do tego, jak się pakują półkrwiści, skoro dzielił z jednym z nich dom i łóżko. Powiedziałem mu, że ma skończyć z tą hipokryzją, że przecież wszyscy widzą, że tak naprawdę sam nie wierzy w wyższość czystokrwistych, skoro umawia się z Harrym. I wtedy wszedł Harry i rozzłościł się na mnie i powiedział mi, że mam przeprosić Malfoya, nie jego. Ale nie chciałem, więc nic nie powiedziałem. Bo co, miałem kłamać że mi przykro? – Connor skrzywił się i kompletnie porzucił przygryzanie wargi. Wyglądał teraz na nadąsanego, a jego mina strasznie przypominała Peterowi Jamesa i to, jak wyglądał, ilekroć kłócił się z Syriuszem. Syriusz zazwyczaj zbywał wszystko śmiechem, albo wciągał Jamesa w jakiś figiel, żeby go rozbawić. James z kolei głównie się dąsał. – Wydawało mi się, że nie powinno się przepraszać, chyba że naprawdę ma się to na myśli.

– To prawda – powiedział z powagą Peter. Już niemal dotarli do klasy i zobaczył wchodzących do niej uczniów, dlatego mógł bez obaw złapać Connora za ramię i schować się z nim za rogiem. Powiedział sobie stanowczo, że nie zrobił tego dlatego, że w żołądku mu się wywróciło i wzrok zaczął mu się rozmywać na sam widok drzwi do klasy. To po prostu zbieg okoliczności, że ta rozmowa pozwoli mu nie wchodzić tam jeszcze przez kilka minut. – Ale dobrze by było, gdybyś uważniej się przyjrzał sytuacji, Connor, i zastanowił, czy nie mogłeś zaoferować wtedy przeprosin za coś, za co faktycznie mogło ci być wtedy przykro.

Draco założył ręce na piersi. No miniaturowy James, pomyślał Peter i delikatnie odsunął od siebie te myśli, bo zaczynały boleć.

– Na przykład co?

– Draco zachował się wtedy dziecinnie – powiedział Peter. – A ty zareagowałeś na to dziecinnie. W końcu nie zacząłeś tej kłótni...

– Bo nie zacząłem...

– To mogłeś wtedy przeprosić za to, w jaki sposób zareagowałeś. Przecież z waszej dwójki to ty jesteś bardziej dojrzały, prawda? – Connor, oczywiście, pokiwał gorliwie głową. W prywatnej opinii Petera to Draco zdołał pozbyć się więcej kurzajek od Connora, ale te, które na nim pozostały, były znacznie bardziej parszywe od tych Connora. W dodatku Harry ciągle pobłażał swojemu chłopakowi, co w ogóle nie pomagało mu w pozbyciu się pozostałych paskudztw z duszy. Ale przecież powiedzenie tego bratu Harry'ego w żaden sposób w tej chwili nikomu nie pomoże. – To oznacza, że sposób, w jaki wtedy zareagowałeś, był ciebie niegodny. Mógłbyś za to przeprosić. Możesz też przeprosić za to, że takie głupstwo jak wyzywanie twojego sposobu pakowania, w ogóle wytrąciło cię z równowagi. Za obie te sprawy mógłbyś szczerze przeprosić, prawda?

– Ale – powiedział Connor i zamilkł.

Peter zaczekał, ostrożnie nie okazując żadnych oznak zniecierpliwienia, mimo że zbliżała się już pora, kiedy powinien zacząć lekcję. Opanował tę sztukę w czasie swojego siódmego roku, kiedy wreszcie zakończył swoją mozolną przemianę z podlizującego się przyjaciołom dręczyciela na kogoś znacznie lepszego i silniejszego. Ani Syriusz, ani James nie reagowali dobrze na wszelkie oznaki braku zainteresowania.

– Ale – powiedział Connor, a każde słowo brzmiało, jakby wyrywane mu haczykami z gardła – Parvati powiedziała, że to wszystko z winy Harry'ego. Powinien był upewnić się, że od razu się pogodzimy, zamiast pozwolić sprawie tak się gnić między nami.

Peter uśmiechnął się.

– A jakbyś się czuł, gdyby Harry spróbował się upewnić, że się od razu pogodzicie?

Connor pochylił nisko głowę, zupełnie jak James, ilekroć nie chciał przyznać się do błędu. Grzywka przesłoniła mu bliznę w kształcie błyskawicy i przez chwilę wyglądał po prostu jak zwykły nastolatek, rozzłoszczony i nadąsany.

– Connor? – zachęcił go po chwili Peter.

– Przyciśnięty – powiedział Connor w kierunku podłogi.

Peter kiwnął głową.

– Dokładnie. Harry mógłby zapytać cię, jak się czujesz, ale jeśli niczego mu nie powiesz, to ma wszelkie prawo zakładać, że najwyraźniej nie masz mu niczego do powiedzenia. To zupełnie jak sytuacja z Severusem...

Connor poderwał wzrok i spojrzał na niego z przerażeniem i odrazą.

Nie jestem podobny do Snape'a.

Peter go zignorował, ponieważ nie o to przecież chodziło.

– Który jest zły o to, co powiedziała mu Kamelia, ale nie chce powiedzieć Harry'emu dlaczego. Tak samo jak nie chce porozmawiać z Harrym o swoich snach. Oczekuje idealnego zrozumienia, które może zyskać wyłącznie, kiedy Harry pozna wszelkie niuanse i szczegóły sytuacji, ale żeby otrzymać to idealne zrozumienie najpierw powinien użyć słów. A tego nie chce zrobić. – Kiwnął głową do Connora, którego twarz zmarszczyła się w kolejnym skrzywieniu. – I to, co teraz wyprawiasz, jest do tego podobne. Masz do zaoferowania perspektywę na tę sytuację, do której Harry nie ma dostępu. Musisz z nim porozmawiać, jeśli chcesz, żeby ją zyskał. Inaczej może cię osądzać wyłącznie po twoich czynach.

Connor wymamrotał coś nieprzyjemnego, ale Peter nie miał pojęcia, czy chodziło mu w tym momencie o jego, Harry'ego, Dracona, czy może nawet Snape'a, po czym wszedł szybko do sali z obrony. Peter pokręcił głową i skupił się na zadaniu przed sobą, ale część jego umysłu w dalszym ciągu zastanawiała się nad zgryzotą Connora. Szedł na przód klasy, żeby zająć swoje miejsce pod tablicą, a w głowie współczucie mieszało mu się z rozbawieniem.

Dlaczego ludzie wychodzą z założenia, że ktokolwiek zrozumie ich bez słów?

Położył książkę na biurku, uśmiechnął się do uczniów i odkrył, że większość jego podenerwowania rozmywa się jak mgła. Zawsze tak było. Skupianie się na problemach innych ludzi to dobra metoda, nawet jeśli Harry nie opanował jeszcze równoważenia tego z radzeniem sobie z własnymi problemami.

– Witajcie na owutemowej obronie przed mroczną magią – zaczął. – Nazywam się profesor Pettigrew…


– Bo dopiero teraz pojawiła się w szkole – powiedział Harry, otwierając drzwi opuszczonej klasy, do której McGonagall wysłała Syrinx na spotkanie z nimi. Zawahał się, zastanawiając, czy w ogóle powinien powiedzieć to, co chciał w następnej kolejności, ale potem uznał, że równie dobrze może, bo jeśli nie może się droczyć z Draconem, to z kim? – Bażancie.

– Powinna była pojawić się na początku roku, razem ze wszystkimi – powiedział Draco, który wyraźnie nie zdawał sobie sprawy ze swojego jękliwego tonu. – Czemu tego nie zrobiła?

– Nie wiem, ale może ją zapytamy? – zapytał Harry, wchodząc do klasy.

Siedząca przy oknie dziewczyna odwróciła się w ich stronę. Harry przyjrzał się jej uważnie. Uznał, że z miejsca domyśliłby się, że to Gloryflowerówna; jeszcze nigdy nie widział równie pięknych, złotych loków u kogokolwiek, kto nie byłby Laurą, czy jej siostrzenicą, Delilą, jedną z trójki dzieci wpływowych, świetlistych rodzin, które kiedyś pogryzł Fenrir Greyback. Miała jednak zielone oczy, a nie żółte, typowe dla czystokrwistych, świetlistych rodzin. Miała również zaledwie kilka dzwoneczków we włosach, podczas gdy zarówno Delila, jak i Augustus Starrise, wytrenowani jako magowie wojenni, nosili ich znacznie więcej. Harry podejrzewał, że to dlatego, że wciąż nie ukończyła swojego treningu.

Wstała i ukłoniła się przed nimi. Harry nacieszył oczy jej wyćwiczonymi ruchami, sposobem, w jaki jej oczy padły na nich, nie wyrażając zaskoczenia czy wyzwania, ogólny brak emocji na jej twarzy i poczuł, jak opuszcza go napięcie, z którego zwykle nie zdawał sobie sprawy. Jest taka jak ja, czy Doncan. Wytrenowana na opiekuna. Zdolna do odsuwania od siebie osobistych emocji i robienia tego, co należy.

– Witaj – powiedział. – Syrinx Gloryflower?

– To ja, proszę pana. – Syrinx przyjrzała mu się. Harry zastanawiał się, co też w nim zobaczyła. – Przyszłam się panu zaprzysiąc.

Harry obejrzał się na drzwi do klasy. Draco w nich stał, gapiąc się na Syrinx, jakby usiłował pogodzić się z niespodziewanym i nagłym obrazem, który wyraźnie kontrastował... z czymkolwiek, co sobie wcześniej wyobrażał. Za nim stali Michael i Owen. Obaj wyciągnęli ramiona przed siebie, pokazując swoje blizny w kształcie błyskawicy. Harry skrzywił się i spojrzał z powrotem na Syrinx.

– Czy rozumiesz związane z tym ograniczenia? – zapytał miękko. – Że będziesz musiała złożyć mi przysięgi, ale nie będziesz mogła po prostu atakować każdego, kto mi zagrozi? Że to będzie sprawdzian twojego osądu i racjonalności?

– Oczywiście, że tak, proszę pana – powiedział Syrinx, a na jej czole pojawiła się lekka zmarszczka. – Między innymi dlatego chcę panu służyć. Wytrenowana wiedźma wojenna nigdy nie zareaguje nieracjonalnie, powodowana emocjami na widok śmierciożercy, ale wciąż nie zakończyłam swojego treningu i potrzebuję znacznie więcej testów.

– Wybacz – powiedział Harry – ale jedynym magiem wojennym, którego udało mi się poznać lepiej, był Augustus Starrise, a on nie zaimponował mi szczególnie jako uosobienie racjonalności.

Twarz Syrinx wygładziła się.

– Nie mógłby, proszę pana – powiedziała. – Jego kotwica została zniszczona.

– Kotwica? – Harry nie wiedział za dużo o treningu magów i wiedźm wojennych, ale wyglądało na to, że w jego skład wchodziło znacznie więcej czynników, niż to sobie wyobrażał.

Syrinx kiwnęła głową.

– Wielu magów wojennych decyduje się na wybór kotwicy, proszę pana, chyba że są naprawdę, szczerze przekonani, że poradzą sobie bez niej w życiu. Ta osoba staje się obrazem w ich umysłach, przypomnieniem o ich obowiązku, działa kojąco na ich temperament, ilekroć zaczynają tracić nad sobą panowanie. Kotwicą Augustusa Starrise'a była jego siostra. Kiedy zginęła, jego racjonalność pękła, przez co zaczął wykorzystywać swój trening do celów, w jakich nigdy nie powinien był zostać wykorzystany. Nie wiem, czy okaże się pan dla mnie dobrą kotwicą, bo nie wiem, jak wielkie są pańskie szanse na przeżycie tej wojny. Ale chciałam się panu zaprzysiąc. Chcę pomóc pana chronić. Wraz z postępami w treningu prawdopodobnie zacznę dostrzegać w panu więcej, niż tylko to, co widzę teraz. A po zakończeniu wojny, jeśli w dalszym ciągu będzie pan żył, prawdopodobnie przyjdę do pana z pytaniem, czy nie uczyniłby pan mi zaszczytu zostania moją kotwicą. Z tego, co słyszałam od mojej kuzynki, Laury, już pan jest kimś, kogo mogę podziwiać. – Nie odrywając oczu od Harry'ego, Syrinx wyciągnęła z kieszeni sztylet, który spoczywał w jej szacie w taki sposób, że Harry nawet go wcześniej nie zauważył, po czym przyłożyła ostrze do lewego przedramienia.

Harry jeszcze bardziej się odprężył. Doceniał jej szczerość, a jej rozumowanie miało dla niego sens. Syrinx była żołnierzem. To byłoby oczywiste nawet bez ciągłego zwracania się do niego per „pan", zupełnie jakby ledwie powstrzymywała się przed wymienieniem jakiejś rangi.

Rozumiał takich ludzi. Jeszcze do niedawna był jednym z nich, a w swoich lepszych chwilach, ilekroć zaczynał planować, zamiast po prostu pozwalać się na porwanie emocjom, wciąż nim był. Niemal zazdrościł Syrinx jej obowiązku, faktu że wszyscy po prostu przyjęli jej oddanie wobec wybranej ścieżki i nie starali się ją z niej ściągnąć. Gdyby tylko wszystko inaczej się potoczyło... gdyby nikt mnie nie zauważył...

Ale wszystko uległo zmianie, a jego zauważono i Harry już dawno temu pogodził się z konsekwencjami. Patrzył, jak Syrinx nacina lewe przedramię i wysłuchał jej słów, które wymawiała głosem silnym i wyraźnym, podczas gdy jej oczy nawet przez chwilę nie oderwały się od niego. Jeszcze chyba nie zobaczył, żeby zamrugała. Zastanawiał się, czy część jej treningu nie wymaga od niej kociego zachowania.

– Przysięgam panu moją lojalność – powiedziała – tak samo, jak zrobiła to Straż Jutrzenki, jak zrobiły to Rogi Poranka, jak zrobili to Posłańcy Nadziei. – Harry podejrzewał, że to zwyczajnie rozsądne, że powołała się na nazwy towarzyszy Świetlistych Panów i Pań, skoro Michael i Owen powołali się na mrocznych. – Jako straż, jako dworka, jako posłaniec, jako pies gończy, jako ktokolwiek, kogo będzie pan w danej chwili potrzebował. Jestem pańska w podziękowaniu za zaszczyt służenia komuś tak honorowemu.

– Przyjmuję twoje ślubowanie i w zamian przysięgam ci ochronę, lojalność i stabilność. Póki żyję nie zabraknie ci opiekuna, mistrza, czy przyjaciela. – Tym razem Harry zdołał wymówić te słowa ze znacznie większą pewnością siebie, niż kiedy powiedział je do Owena i Michaela. Wtedy, oczywiście, w ogóle nie spodziewał się zaprzysiężenia i nie pojmował, czemu komukolwiek mogło przyjść coś takiego do głowy. Powoli zaczynał się do tego przyzwyczajać. Ponadto znacznie lepiej rozumiał powody Syrinx od większości innych ludzi. Skoro to miało być częścią jej ścieżki, to oczywiście że się tego podjęła.

– To prawdziwy zaszczyt, proszę pana – powiedziała Syrinx, po raz pierwszy się uśmiechając. Harry miał dziwne wrażenie, że nie robiła tego zbyt często. – Jak i przysięga jest prawdziwa. – Przechyliła przedramię, a w miejscu nacięcia pojawiła się srebrna błyskawica. Schowała sztylet z powrotem do kieszeni, wyciągnęła różdżkę, stuknęła w bliznę i wymamrotała zaklęcie, którego Harry nigdy wcześniej nie słyszał. Zniknęły ślady po krwi.

– Czy zostałaś już przydzielona? – zapytał Harry, zastanawiając się, czy przyjdzie mu dzielić z nią dom, jak z Owenem. Michael trafił do Ravenclawu i spędzał większość czasu pośród swojego domu, przynajmniej wtedy, kiedy nie przesiadywał z bratem, albo strzegł Harry'ego. Draco wciąż nie zauważył, że Michael śledził spojrzeniem każdy jego ruch. Harry zastanawiał się jakim cudem.

– Owszem – powiedziała Syrinx. – Tiara umieściła mnie w Hufflepuffie. Zrozumiałe, oczywiście, ponieważ cenię sobie ciężką pracę i lojalność. – Draco prychnął. Syrinx nawet na niego nie zerknęła. – Czy ma pan dla mnie jakiś rozkaz?

– W tej chwili tylko polecenie, żebyś zapoznała się bliżej z Hogwartem – powiedział Harry. – Nie chciałbym, żebyś zgubiła się w drodze na zajęcia, albo kiedy będę cię gdzieś potrzebował. – Nie odważyłby się powiedzieć tych słów do Owena i Michaela, ale doceniłby je, kiedy sam był przede wszystkim opiekunem i wiedział, że okażą się właściwe dla Syrinx. Jej twarz rozluźniła się w kolejnym, zdystansowanym uśmiechu.

– Tak jest – wymamrotała. – Jestem na szóstym roku i już zdałam swoje SUMy, ale z przyjemnością spędzę trochę czasu na zapoznawanie się z zamkiem. – Pochyliła głowę i nie podnosiła jej przez dłuższą chwilę, po czym obróciła się i ruszyła do drzwi. Draco wydał z siebie kolejny gardłowy dźwięk, ale Syrinx nawet nie obejrzała się na niego przed wyjściem z klasy.

– Ona jest jakaś dziwna – powiedział Draco wprost.

Harry wzruszył ramionami.

– Pewnie tak właśnie zachowują się ludzie w jej punkcie treningu, Draco. Wiem, że Augustusa ponosiły emocje, ale w końcu zniszczono mu kotwicę. Delila ma pełen dostęp do emocji, ale już ukończyła swój trening. – Złapał Dracona za rękę i ścisnął ją, zastanawiając się, czemu Draco wygląda na zaniepokojonego. Przecież już powiedział mu, i naprawdę miał to na myśli, że Syrinx nigdy nie otrzyma równie wiele uwagi co Draco, bez względu an to, czy jest jego zaprzysięgłą kompanką, czy nie, a teraz jeszcze, po spotkaniu jej, Harry nawet nie chciałby się wtrącać w jej ścieżkę, a tak właśnie zostałaby odebrana przez nią nadmierna uwaga. Polubił ją i dobrze jej życzył, ale najlepiej będzie jej się pracowało z cieni. – Widać poznaliśmy kogoś pomiędzy.

Draco mruknął pod nosem, wpatrzony w swoje stopy, po czym poderwał nagle wzrok i spojrzał na Harry'ego.

– Idę przebadać moje notatki z treningu animagii – powiedział. – Idziesz ze mną?

Harry pokręcił głową.

– Obawiam się, że nie mogę. Muszę znowu porozmawiać z wilkołakami. – Powstrzymał się przed westchnieniem. Naprawdę wolałby, gdyby wataha obrała już sobie Kamelię na nową alfę, albo pozwoliła mu na wyznaczenie jej. Ale chcieli go zatrzymać, a Harry przyjął na siebie ten obowiązek. Nie mógł teraz narzekać. Przynajmniej nauczył ich feniksowego zaklęcia Rosiera-Henlina, dzięki czemu nie musieli już polegać na sowach, żeby pozostać z nim w kontakcie. Tak czy inaczej chcieli z nim rozmawiać co wieczór.

– Hmm – powiedział Draco, odwracając się. Harry złapał go delikatnie za ramię.

– Wszystko w porządku? – zapytał. Nie chciał, żeby jego relacja z Draconem stała się takim samym bagnem, co ostatnio relacje ze Snape'em i Connorem. Dla dobra Dracona, jak i własnego, Harry miał zamiar rozmawiać o wszystkim, co może ich dręczyć.

– Tak – powiedział stanowczo Draco, zamykając rozmowę.

– Czy pozwolisz, żeby Michael udał się z tobą? – zapytał cicho Harry. Może to było głupie, ale wciąż nie był w stanie zapomnieć, że Tarcza Graniana i niewymowni w pierwszej chwili spróbowali zaatakować Dracona.

– Skoro musi – powiedział Draco. Harry zobaczył, jak Michael się ożywia i oczy mu płoną. Potrząsnął głową i odprowadził wzrokiem swojego zaprzysięgłego kompana i partnera.

– Mój brat czuje miętę do twojego partnera, wiesz? – powiedział Owen, kiedy stało się oczywiste, że zarówno Michael, jak i Draco znaleźli się poza zasięgiem słuchu.

Harry kiwnął głową.

– Wiem. Ale Draco chyba się jeszcze nie zorientował.

Owen podniósł brwi.

– I nie przeszkadza ci to?

Harry przechylił dłoń z boku na bok.

– To nie tak, że mi nie przeszkadza, po prostu… sam nie wiem, ufam Draco? Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której mógłby zacząć flirtować z Michaelem, żeby wywołać u mnie zazdrość. Ale nie sądzę, żeby kiedykolwiek faktycznie zadurzył się z Michaelu. Wybacz, to twój brat i jest niezwykle rozsądnym człowiekiem, ale…

– Nie, w ogóle się tym nie przejmuj – powiedział spokojnie Owen. – Między tobą i Draco istnieje pewna wersja tego, co było między naszymi rodzicami.

Harry przełknął ślinę, przytakując. Wciąż tęsknił za Charlesem Rosierem-Henlinem. Owen poinformował Harry'ego, kiedy znalazł spalone kości swojego ojca. Opracował zaklęcie, które go zabiło, ale przy okazji zabrało z nim dwóch śmierciożerców. Jednym z nich okazał się Karkarow. Owen mógł tylko domyślać się powodu, przez który Charles posunąłby się do czegoś takiego, ale powiedział, że groźba skrzywdzenia jego dzieci mogła go do tego popchnąć.

– Czy mówiłem ci już – powiedział Owen – że nasza matka jest w ciąży?

Harry zaśmiał się, a jego nastrój momentalnie się poprawił.

– To wspaniale! Nie przypominam sobie, żebyś wcześniej o tym wspomniał.

– Jest – powiedział Owen. – Zaszła tuż przed bitwą, więc dziecko urodzi się dopiero w przyszłym roku, ale wreszcie będziemy mieli z Michaelem młodsze rodzeństwo. Nasi rodzice… strasznie tego pragnęli.

W drodze do pokoju wspólnego Slytherinu, Harry wypytał Owena o więcej szczegółów dotyczących ciąży Medusy. To było takie miłe odwrócenie uwagi od Connora, Snape'a, od faktu, że zaraz będzie musiał usiąść przed kominkiem i odmówić Kamelii, która będzie błagała, żeby odwiedził ich w nadchodzący weekend, czy też od faktu, że jak do tej pory otrzymywał tylko chłodne odmowy za każdym razem, kiedy oferował pomoc Departamentowi Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii.


Draco zauważył, że Michael Rosier-Henlin się mu przygląda. Byli sami, a Michael nie stał za swoim starszym bliźniakiem, jak to miał w zwyczaju.

Czego Draco nie zdołał jeszcze ustalić, to czemu. Czyżby fascynowała go odbita od Dracona chwała rodu Malfoyów? Odbita chwała jako partnera Harry'ego? A może fakt, że Draco był piękny, pewny siebie i z obu spraw doskonale zdawał sobie sprawę?

Usiedli przy stole w bibliotece, na którym Draco rozłożył swoje notatki o wyobrażaniu sobie swojego animagicznego kształtu, czego, ku jego prywatnej irytacji, wciąż nie udało mu się osiągnąć. Większość sąsiadujących im stołów zajętych było przez uczniów, którzy w panice odrabiali pracę domową. Draco pociągnął nosem. Właśnie dlatego usiadł z boku, żeby móc zająć się czymś naprawdę istotnym. Pomyśleć by można, że wszyscy poza pierwszoroczniakami dawno zauważyli, że profesorowie zawsze zadają więcej pracy domowej w czasie pierwszego tygodnia nauki i dostosowali się do tego, zamiast zostawiać wszystko na piątek popołudniu.

Draco ziewnął i przeciągnął się, unosząc ręce wysoko nad głową. Dzięki temu zyskał idealną wymówkę do niemal przymknięcia oczu i obserwowania spod mocno przymrużonych rzęs, czy to jakiś sposób nie zwróci uwagi Michaela. I faktycznie, jego wzrok przesunął się po ramionach Dracona. Draco powstrzymał się przed krzywym uśmieszkiem. Czyli tu chodzi wyłącznie o mnie.

Odchylił się i skrzywił lekko na notatki. Michael momentalnie nachylił się do niego.

– Może ci w czymś pomogę?

Draco przechylił głowę, pozwalając by kosmyk włosów przemknął mu po policzku.

– Cóż. Widzisz, staram się zostać animagiem, ale nie jestem w stanie wyobrazić sobie nawet własnego kształtu, mimo że naprawdę dobrze poradziłem sobie na SUMach z transmutacji. Zastanawiałem się, czy nie znasz może jakichś technik, które mogłyby mi pomóc. Ostatecznie wcześniej chodziłeś do Durmstrangu.

Michael zawahał się, po czym kiwnął głową.

– Nauczyliśmy się tam czegoś, co mogłoby ci się przydać – powiedział. – Możliwe, że usłyszeliście już o tym na obronie, ale nas uczono tam tego w ramach regularnej nauki mrocznych sztuk.

Draco poluźnił nieco krawat, jakby robiło mu się gorąco, przy okazji subtelnie odsłaniając swój puls i radując się z faktu, że Michael wyraźnie nie był w stanie oderwać od niego wzroku.

– Czyli o czym?

– To… medytacja, czy też jej bliska krewna, za pomocą której upewniasz się, że mroczne sztuki nie zniekształcą ci umysłu – wyszeptał Michael. Jego ciemne oczy były szeroko otwarte i ewidentnie nie zdawał sobie sprawy z tego, w jak oczywisty sposób się zachowuje. Draco krył się ze swoim rozbawieniem i uciechą. Harry wciąż tak strasznie rzadko patrzył na niego z czysto fizycznym pożądaniem w oczach; znacznie bardziej interesowało go wszystko, co Draco mówił, robił, czy myślał. – Powinniśmy być w stanie oddzielić w naszych umysłach wszystko to, co tam powinno być, od tego, czego nie.

– To chyba faktycznie mi się przyda – powiedział Draco z namysłem. – Wystarczająco często musiałem przyglądać się swoim myślom, kiedy usiłowałem zrozumieć mój dar opętania.

– Dar opętania? – Michael jeszcze szerzej otworzył oczy.

Draco przytaknął.

– Tak. Wydaje mi się, że to naprawdę wspaniały dar, nawet jeśli nie mogę się nim szczególnie przechwalać. Potrafię czytać myśli innych, przejmować kontrolę nad ich ciałami, jeśli tylko tego chcę. – Mówił to leniwie, przeciągając zgłoski i patrząc jak fascynacja na twarzy drugiego chłopca jednocześnie się pogłębiła, jak i zmieszała z paniką. – Właśnie dzięki niemu mój ojciec postanowił ogłosić mnie magicznym dziedzicem rodziny.

Michael zamrugał.

– Ro-rozumiem.

Draco uśmiechnął się półgębkiem, po czym spojrzał znowu na swoje notatki.

– A teraz opowiedz mi o tej technice, którą nauczyłeś się w Durmstrangu.

Słuchał uważnie, kiedy Michael wszystko wyjaśniał. Nie brzmiało to szczególnie trudno, nawet jeśli wiązało się to z nadawaniem swoim myślom kształtów – zwierząt, na przykład, albo chmur, czy innych naturalnych formacji – i łagodnym rozpychaniem ich na boki. Właściwie, to brzmiało to bardzo podobnie to treningów z oklumencji, które Harry otrzymał od Snape'a. Draco uznał, że bez trudu to opanuje.

Odpowiadał, ale pozwolił, by jego myśli zaczęły krążyć wokół problemu, którym przejmował się już od paru godzin: Syrinx Gloryflower.

Naprawdę nie sądził, żeby kiedykolwiek faktycznie wydała się Harry'emu atrakcyjna. To nie jej twarzy się obawiał, tylko jej umysłu. Była opiekunką, żołnierzem. Harry kiedyś był podobny do niej. Draco zobaczył na jego twarzy aż nazbyt znajomą minę, kiedy Syrinx po raz pierwszy odezwała się tym swoim spokojnym, surowym tonem. To było pragnienie, w które osuwał się, ilekroć zaczynał pragnąć powrotu do prostego życia, kiedy był strażnikiem, a nie przywódcą – tak samo wyglądał w zeszłym roku, kiedy Voldemort przeklął go, posyłając umysł do miejsca, którego nie chciałby z własnej woli opuścić i Harry wymarzył sobie Hogwart, w którym wszyscy go ignorowali, poza chwilami, w których mógłby się im na coś przydać.

Draco zastanawiał się, czy znowu dojdzie do czegoś takiego. Syrinx może nie robić tego celowo, ale i tak dzieliła z Harrym niedostępną dla Dracona więź, zupełnie jak jego brat i możliwe, że przypadkiem zacznie zachęcać Harry'ego do osunięcia się z powrotem na wydeptane ścieżki jego starego treningu.

Draco postanowił, że do tego nie dopuści. Będzie subtelny, ale nie spuści Syrinx z oczu. Jednocześnie rozpocznie też swój ostrożny plan zemsty na Potterze i zabawy z Michaelem.

Przede mną naprawdę ciekawe czasy, pomyślał, uśmiechając się ciepło do Michaela i udając, że nie zauważył jego reakcji. Dobrze, że rodzice wychowali mnie tak, że teraz zajmowanie się wieloma sprawami naraz nie sprawia mi kłopotu.


Lucjusz wprowadził ostatnie poprawki do listu i cicho zawołał Juliusza, swojego puchacza wiriginijskiego, który zawsze nosił dla niego dary na taniec sojuszu, czy inne sprawy o równej wadze. Juliusz bez wahania zgodził się na swoją rolę posłańca między Lucjuszem i niewymownymi. Zdawał się uważać, że latanie do najbardziej niebezpiecznego departamentu w ministerstwie było w jakiś sposób istotne. Wyciągnął teraz nogę i jak tylko Lucjusz skończył przywiązywać do niego kopertę, wzbił się w powietrze i wyleciał przez okno.

Lucjusz wiedział, że odpowiedź nadejdzie w kolejnej kopercie z szarego pergaminu, zalakowaną pieczęcią z wizerunkiem klepsydry. Prawdopodobnie znajdzie ją wsuniętą dyskretnie pod drzwiami, albo na szafce nocnej, czy też innym miejscu, którego Narcyza zbyt szybko nie zauważy. Nigdy nie odpowiadali w ten sam sposób, ale Lucjusz nie wiedział też, jakim cudem niewymowni byli w stanie tak go podchodzić. Musiał im zaufać, że nie planują go skrzywdzić.

Poczuł, że usta rozciągają mu się w uśmiechu, który dla postronnego wyglądał jak nieme warknięcie. Czy też raczej zaufać osłonom rezydencji, że obronią mnie, jeśli tylko niewymowni czegokolwiek spróbują.

Miał nadzieję, że niewymowni przyjmą jego najnowszą ofertę. Stopniowo kierował nimi w tym kierunku, prosząc o przysługi, o których wiedział, że nigdy nie zostaną spełnione, zadając pytania, na które nigdy nie doczekałby się odpowiedzi i przez cały ten czas sugerując, że obawia się o swoje życie i wpływ nad Harrym, jeśli Harry kiedykolwiek dowie się o ich konspiracji. Jak do tej pory niewymowni reagowali dokładnie tak, jak Lucjusz miał na to nadzieję. Skorzystają z jego oferty, co tak kompletnie odwróci uwagę Harry'ego od czegokolwiek innego, że będzie musiał kompletnie poświęcić się na stawieniu czoła konsekwencjom oferty i nie będzie miał czasu na ustalenie, kto ją w ogóle uczynił.

Lucjuszowi było przykro z tego powodu; nie doszłoby do tego, gdyby niewymowni trzymali się z daleka od niego, a tak, niestety, pojawiła się możliwość, że Harry w pewnym momencie dowie się o torturach przeprowadzonych na jego rodzicach, czy o obezwładnieniu aurorki Mallory. Wiedział też, że to pogwałcało zasady Przymierza Słońca i Cienia. Jeśli Harry kiedykolwiek się o tym dowie, to osuszy go z magii.

Ale dzięki temu sytuacja po prostu zrobiła się znacznie bardziej ekscytująca. Ponadto, jak tylko ta osoba zniknie z sojuszu, to wpływ Lucjusza nad Harrym tylko wzrośnie.

Pozwolił swojemu spojrzeniu opaść na pierwszą stronę „Proroka" i przymrużył oczy. Powoli zaczynał się drugi tydzień września i anty-wilkołacza histeria zdążyła przygasnąć do stopnia, że w gazetach znowu zaczęli poruszać Wielką Ujednoliconą Teorię, która ponoć udowadniała, że czystokrwiści byli mniej istotni od szlam. A teraz jeszcze Thomas Rhangnara najwyraźniej stwierdził, że czystokrwiści w żaden sposób nie powinni kontrolować magii swoich dzieci. Powiedział wręcz, że magia naprawdę źle reaguje na wszelkie ograniczenia. Szanowała wolę matek, szanowała nawet, do pewnego stopnia, linię krwi, czy też czas, miejsce i prawdopodobnie z tuzin innych czynników, ale chciała też mieć własną wolę. I czuje wyjątkową sympatię wobec tych, którzy szanują wolną wolę innych.

Niedorzeczne, pomyślał Lucjusz. Gdyby to była prawda, to mój ojciec nie miałby żadnej magii.

Przypomniał sobie przez to o rzekomych teoriach, jakoby Abraxas był półkrwi, przepełnionym czymś, co Rhangnara zdecydował się nazwać „wigorem hybryd", przez co tylko nabrał chęci mordu.

Wiedział, że na nic mu się nie zda zabicie Rhangnary. Zbyt wiele czynników wskazywałoby na niego, ponadto istniało wielu innych „magicznych badaczy", którzy wierzyli w te same bzdury co Rhangnara.

Ale Lucjusz znał niektóre zaklęcia, które zmuszą Rhangnarę do wycofania się z tych wszystkich stwierdzeń. I niektóre z nich rozprzestrzenią się niczym zaraza; ci, z którymi Rhangnara najczęściej się kłócił, wyjątkowo chętnie uwierzą w tę nową wersję. W tej nieszczęsnej grupie pojawi się rozłam, dzięki czemu coraz więcej ludzi zacznie powątpiewać w Wielką Ujednoliconą Teorię jako taką.

Te zaklęcia były niebezpieczne, potężne i wyjątkowo ciężkie do wykonania, ale Lucjusz i tak zamierzał z nich skorzystać.

Ucichnie wreszcie, nasza rodzina uwolni się od zmazy szlamowatego dziedzictwa, a jak tylko zacznie się upadek Rhangnary, to mój wpływ nad Harrym zyska nowe pole do rozrośnięcia się. Wygram pod każdym względem.


Ciepło. Ciemno. Izolacja. Przyjemnie. Nie chciała się budzić. Niby czemu by miała? Dobrze jej tu było.

Ale wbijający się pod jej żebra cierń drażnił ją i drażnił, póki nie przypomniała sobie o złożonych przysięgach, czy o swoim długu. Westchnęła, wyciągnęła ręce w górę i przebudziła się.

Ziemia poruszyła się nad nią. Pnącza rozprzestrzeniły się wokół niej, niespodziewanie wydając ją na świat wypełniony znacznie potężniejszym światłem, niż miała go okazję doświadczyć od miesięcy. Potrząsnęła głową i ostrożnymi ruchami zaczęła wytrzepywać sobie ziemię z włosów i twarzy. Oczy załzawiły jej od ilości otaczającego ją światła, ale szybko się dostosowały.

Indigena Yaxley zamrugała i przyjrzała się sobie. Uśmiechnęła się, kiedy zobaczyła, że cienie przebywających pod jej skórą roślin już nie były tylko delikatną sugestią. Wyglądała, jakby składała się z pąków kwiatów, z krzewów, gałęzi i liści splecionych ze sobą w ludzki kształt, tak ciasno, że lada moment mógł pęknąć i rozplątać się. Ciernista róża, której jad mógłby zabić w przeciągu kilku godzin, wciąż była owinięta wokół nadgarstka, ale jej gałązki i ciernie wryły się głębiej w przedramię, a płatki nabrały koloru krwi. Kwiat zaszeleścił i wzniósł się, kiedy tylko zaczęła się mu przyglądać. Indigena kiwnęła głowa. Wiedziała, co się w nim zmieniło, zupełnie jakby właśnie się do niej odezwał. Teraz był bardziej samoświadomy, a jego trucizna była w stanie zabić w przeciągu minut, nie godzin.

Kiedy przyjrzała się reszcie swojego ciała, doszła do wniosku, że w podobny sposób zmieniła się również cała reszta. Długi sen pod ziemią zmienił ją i to nie tylko fizycznie. Czuła się znacznie bardziej powiązana ze wszystkimi roślinami, nie tylko tymi pod własną skórą, ale też tymi w rozległych ogrodach Hali Cierni, zupełnie jakby tworzyła z nimi ekosystem. W jej złoto-brązowych włosach pojawiły się liany i wiedziała, że jej ciemne oczy prawdopodobnie zostały pozbawione źrenicy, po prostu miały w sobie bezkresne, ciemnozielone studnie. Cienkie pnącza z cierniami owijały się wokół jej ramion, lśniąc na srebrno, póki nie schowała ich pod płachtami swojej skóry, niczym tygrys chowający pazury. Następnie Indigena nakazała im wystrzelić przed nią i dokładnie to zrobiły, z przerażającą dokładnością i prędkością przebijając resztki kokonu, z którego skorzystała, żeby wyleczyć się po klątwach krwi Hawthorn Parkinson.

Jedynym, co pozostało w niej niezmienne, był Mroczny Znak, który nawoływał ją teraz. Jej pan jej potrzebował. Indigeny to nie zaskoczyło, ponieważ była jedyną śmierciożerczynią, której powiedział, gdzie znajduje się jego kryjówka. Możliwe, że wszyscy inni śmierciożercy zginęli w czasie ataku na Hogwart. Podejrzewała, że zanim to wszystko się skończy, ona też zginie.

Ale to nie miało znaczenia w obliczu jej długu honorowego i nie miało to znaczenia w obliczu instrukcji, jakie jej pan wydał właśnie na tę okoliczność.

Spędziła chwilę na głaskaniu otaczających ją roślin, polecając im skupienie się na wyhodowaniu nowego kokonu, na wypadek, gdyby go kiedykolwiek jeszcze potrzebowała. Następnie weszła szybko do domu, kiwając z aprobatą głową. Było czysto, nawet śladu kurzu, a wszystko dzięki skrzatom domowym. Ruszyła, by spakować kilka przedmiotów.

Jednym z nich był zwój pergaminu z przyczepionym do niego wiecznie uzupełniającym się kałamarzem. Często przydawał się Indigenie i wiedziała, że okaże się szczególnie istotny w nadchodzących miesiącach.

Innym była myślodsiewnia. Jej pan będzie chciał przebadać bitwę i cokolwiek, co miało potem miejsce, bo będzie chciał dopilnować, by nigdy więcej nie doszło do czegoś takiego.

Kolejnym przedmiotem była lista imion. Karkarow, wraz z innymi śmierciożercami na kontynencie, zawarli kontakty pośród wielu, wielu ludzi w najróżniejszych krajach europejskich, którzy wyrazili zainteresowanie wspieraniem Mrocznego Pana. Indigena wiedziała, że nie wszyscy otrzymają zgodę Voldemorta na przyłączenie się do śmierciożerców. W końcu niektórzy chcieli przyłączyć się wyłącznie dla pieniędzy, czy dlatego że wydawało im się, że Światło zaczyna za bardzo się panoszyć w ich własnym środowisku, albo dlatego, że sama koncentracja lordowskiej mocy w Brytanii ich przerażała i chcieli ją w jakiś sposób zakłócić. Ale przyda im się każdy, kogo Voldemort zdecyduje się zaakceptować.

Następnie przyszła pora na książki, w jakich znalazła informacje o Falco Parkinsonie. Był wrogiem jej Lorda, a przed to i jej, i nie zmieni tego, choćby nie wiem jak stawał na głowie, żeby im pomóc. Indigena była zdeterminowana, żeby go powstrzymać, ale najpierw musiała ustalić, czym się właściwie zajmował przez te wszystkie miesiące, które spędziła pod ziemią.

I wreszcie antyczna książka, którą omawiała ze swoim panem na kilka dni przed atakiem na Hogwart. Indigena nie wiedziała, w jaki sposób jej babcia weszła w posiadanie czegoś tak drogocennego, ale udało się jej i teraz ta książka była jedną z najbardziej niebezpiecznych, jak i drogocennych artefaktów Yaxleyów.

Na okładce widniał, napisany drobnymi literami tytuł, „Odi et Amo". Indigena otrzepała ją z kurzu, po czym ostrożnie włożyła do kufra.

Następnie pomniejszyła kufer i poszła wydać ostatnie polecenia skrzatom domowym. Nie spędziła nad tym dużo czasu. Były naprawdę dobrze wytrenowane i posłuszne, w dodatku chętnie się jej słuchały, ponieważ zawsze dobrze je traktowała. Nigdy nie pojmowała, czemu niektórzy właściciele skrzatów domowych znęcają się nad swoimi.

Wreszcie udała się w drogę. Najpierw wyszła z Hali Cierni i rozejrzała się po rozległych moczarach, które ją otaczały. Był mglisty dzień w pierwszej połowie września, a promienie słońca ledwie miały siły na przebicie się przez nasycone srebrem powietrze. Wszystko wyglądało, jakby składało się przede wszystkim z różnych odcieni szarości, zieleni i brązu. Indigena nabrała głęboko tchu, czując jak wszystko wokół niej rośnie i rozwija się, i poczuła jak serce jej wzbiera z dumy.

Umrę, pomyślała, bo wszystko w pewnej chwili umiera. Ale najpierw będę żyć.

Przeszła kilka kroków po błotnistych łąkach, ciesząc się słabymi promieniami słońca, po czym aportowała się do boku swojego pana.