Albus siedział w salonie Aberfortha, nerwowo obracając w dłoni kolczyk z niebieskim kamieniem. Dawno nie czuł się tak okropnie, choć z drugiej strony wierzył, że powinien czuć się jeszcze gorzej – w końcu czy miał coś na swoje usprawiedliwienie?
Otuchy nie dodawał mu wcale brat, ze wzburzeniem krążąc po całym pokoju.
- Jesteś skończonym idiotą! Jak mogłeś tak ją potraktować?! Ty nędzny… - wrzeszczał Aberforth.
- Nie sądziłem, że może tak zareagować! Na Merlina, chodziło jedynie o szkolne żarty! – Albus odruchowo sięgnął po obronne argumenty.
- Jasne! Żarty?! Moody powiedział mi o bajce, jaką zmyślił, by ratować twój honor! Jak mogłeś! Najpierw zostawiłeś ją samą z tym całym bagnem, a potem jeszcze wywlokłeś jej tajemnice na światło dzienne! Ty… za wszystko, co ona dla ciebie zrobiła, ty tak się jej odpłaciłeś! Och, zabiłbym cię, gdyby nie to, że to tylko sprawiłoby jej więcej bólu! – krzyczał młodszy mag, wymachując pięściami.
Albus zamknął oczy. Teraz, gdy na to tak patrzył, gdy ktoś podsunął mu inną perspektywę… teraz dopiero poczuł się paskudnie do cna. Aberforth miał rację. Powinien przewidzieć, że wywlekanie przeszłości jest najgorszym, co może zrobić Minerwie. Powinien wiedzieć, że zdradzenie prawdy o jej niewinnych żartach może doprowadzić do pytania o ich znacznie mniej niewinną relację… Powinien był ją przeprosić, błagać o wybaczenie. Wtedy nie rozumiał jej ostrej reakcji, jej gniewu. Ale teraz… już widział, jaki ból musiał jej sprawić.
- Aberforth, nie rozumiesz… - zaczął cicho Albus. Jego brat nie był świadomy tego, że Minerwa była chodzącą zagadką, a nawet bombą z opóźnionym zapłonem. Nikt nie mógł przewidzieć co zrobi, jak ukształtuje swój los. Była zbyt potężna, by Albus mógł się o nią nie martwić, szczególnie zważywszy na brudne sny Voldemorta. Była jedyną niewiadomą w ukształtowanym łańcuchu przeznaczenia.
I zimna, bezduszna logika podpowiadała Albusowi, że ich społeczność byłaby dużo bezpieczniejsza, gdyby ta niewiadoma zniknęła. A znając ją tak długo, Albus widział, że Minerwa z radością oddałaby życie, jeśli to przyniosłoby zwycięstwo siłom dobra. Jednak samolubnie nie wyobrażał sobie, że pozwoliłby jej to zrobić. Kochał ją zbyt mocno.
- Czego nie rozumiem?! Zniszczyłeś jej całe życie! Poświęciłeś ją już dawno, ona wyczuwa to tak samo jak ja! A jednak nadal jest przy tobie, jest wobec ciebie lojalna, ufa ci! – Aberforth z całej siły uderzył pięścią w drewnianą szafę, pozostawiając w drzwiach spore wgniecenie.
- No właśnie! To są jej decyzje, jej wybory! Przecież ja jej nie zatrzymuję, może zrobić, co tylko by zechciała!
- Dobrze wiesz, że jest zbyt szlachetna, by zostawić Hogwart, będzie tu ze względu na szkołę, nie ważne, jak bardzo ją zranisz!
- Dlaczego zakładasz, że ty znasz ją lepiej?! – wrzasnął Albus, wstając. Przesadna troska jego brata o Minerwę już dawno go nieco niepokoiła. Teraz… już nie panował nad niczym.
Aberforth cofnął się, a na jego twarzy pojawiła się odraza. Albus dopiero po chwili zrozumiał, że promieniuje czystą energią. Czym prędzej odciął dopływ mocy, zdumiony – taki niekontrolowany wypływ magii dawno mu się nie zdarzył.
Zanim którykolwiek z nich się odezwał, Albus coś poczuł. To było jakby ktoś zanurzył go bez ostrzeżenia w lodowatej wodzie. Zupełnie nieznany dreszcz przerażenia przebiegł przez całe jego ciało. Wyczuł w swoim organizmie, w swoim umyśle, nagły wybuch potężnych emocji, a potem pustkę. Pustkę, która natychmiast zaczęła napawać go lękiem.
- Co ty wyprawiasz? – wyszeptał Aberforth, ze strachem przypatrując się twarzy Albusa.
- Coś jest nie tak. – wymruczał dyrektor Hogwartu. Czuł to wszystkimi zmysłami.
- Co? – Aberforth zmarszczył brwi.
- Nie wiem…- Albus wsunął kolczyk z powrotem do kieszeni, a wyciągnął różdżkę.
Nie potrafił określić co to było. Nigdy czegoś takiego nie czuł. Nie potrafił nawet opisać tego uczucia. Był prawie pewien, że jego źródłem nie jest ani Hogwart, ani Fawkes. To nie był ten rodzaj magii, tak mu się wydawało, a przynajmniej wierzył, że gdyby szkole groziłoby niebezpieczeństwo, rozpoznałby powolną świadomość zamku. Magię swego feniksa znał prawie jak swoją własną i to też nie mogło być przeczucie z nim związane.
Albus nadsłuchiwał. Zarówno uszami, jak i umysłem. A jednak… nie wyczuwał nic. Poddał się i pokręcił głową.
- Masz może sowę? Muszę upewnić się, czy z Zakonem i Hogwartem jest wszystko w porządku. – mruknął starszy z braci, przywołując niewerbalnie kawałek pergaminu i pióro. Aberforth otworzył usta, ale wtedy w gospodzie rozległ się głośny łomot.
Obydwaj Dumbledore'owie zerwali się z miejsc z szybkością zupełnie niepasującą do ich wieku.
- To tylne drzwi. – mruknął Aberforth, gdy pędził za Albusem po schodach.
Równocześnie dopadli do tylnego, solidnego wyjścia, teraz drżącego w posadach. Albus wiedział, że tylko jedna osoba mogła mieć tyle siły. A z gwałtowności uderzeń, mógł wnioskować, że osoba ta była wzburzona jak nigdy. Aberforth otworzył drzwi, z różdżką w pogotowiu.
- Hagrid! – wykrzyknął młodszy Dumbledore. Albus jedynie zmierzył wzrokiem półolbrzyma. Hagrid był w okropnym stanie - krwawił, jego ubranie było podarte i nadpalone, pod okiem miał ogromnego, świeżego siniaka. Lecz Albusa najbardziej przeraziły łzy spływające swobodnie po twarzy mężczyzny.
- Na Merlina, co się stało? – spytał Aberforth, cofając się do środka.
- Czy to Graup? – odezwał się wreszcie Albus, ale umysł podpowiadał mu, że niektóre z ran Hagrida zadano różdżką.
- Psssoooorrr. To wszystko moja wina… oni zaraz tu będą… Azkaban… aresztują… wpadłem w szał… i ona biegła… chciała mi pomóc… nie zdążyła wyciągnąć różdżki …trafili ją… kilka oszałamiaczy… nie ruszała się… profesorze… to moja wina… ona… chciała mnie chronić… nie wiem, co z nią…. – jęczał Hagrid, jego wzrok był rozbiegany, a łzy nie przestawały spływać po policzkach.
Albus znów poczuł zimny dreszcz.
- Hagrid, uspokój się! – rozkazał Aberforth.
- Aurorzy przyszli mnie zabrać do Azkabanu. Zaczęli miotać we mnie czary. Ona… chciała mi pomóc. Trafili ją kilkoma oszałamiaczami. Nie widziałem co było dalej… ogłuszyłem ich i uciekłem… - Hagrid zmusił się do mówienia składnie. Starał się przy tym tak bardzo, że porzucił nawet swój śmieszny akcent i słownictwo- lecz przez to jego słowa zabrzmiały śmiertelnie poważnie.
- Kto? – wyszeptał Albus, nie przestając patrzeć wprost w zapłakane oczy półolbrzyma.
- Mmm…Minerwa. – odpowiedział Rubeus.
Albus poczuł jak krew odpływa z jego twarzy. Minerwa była ranna. Minerwa została zaatakowana. Minerwa była w niebezpieczeństwie. Minerwa go potrzebowała.
Podjął decyzję błyskawicznie. Skupił swoją magię i teleportował się, łamiąc prawa magii, łamiąc bariery starsze niż on sam, łamiąc zasady przestrzegane od wieków.
Z ogromnym hukiem wylądował na środku skrzydła szpitalnego. Zamrugał, widząc, że jego przybycie wywołało opary gryzącego dymu. A potem skupił się na stojącej przed nim parze ludzi.
Twarz Poppy Pomfrey była ściągnięta strachem. Czarownica ostrożnie obracała w dłoni różdżkę, jakby podejrzewała Albusa o utratę zmysłów – co wcale nie było dalekie od prawdy. Obok niej stał Severus Snape, zupełnie blady, a jego oczy błyszczały nienaturalnie.
- Gdzie ona jest?! – warknął Albus, nie dbając o żadne uprzejmości.
- Och, dyrektorze… nie mogłam jej pomóc… zabrali ją… - Poppy wybuchła płaczem. Co zaskakujące, Severus delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.
- Dokąd? – wyszeptał Albus.
- Nie możesz tam iść, złapią cię… - zaczął nauczyciel eliksirów, ale Albus przerwał mu:
- GDZIE JĄ ZABRALI?! – ryknął, a szyby w skrzydle szpitalnym zatrzęsły się.
- Do św. Munga, ale bądź ostrożny, to nie twoja wina… - zaczęła Poppy.
Albus spojrzał na nią z bólem w oczach.
- To jest dokładnie moja wina, Poppy. Nie było mnie tu. Opuściłem ją. – odpowiedział Dumbledore i znów się teleportował.
Gdy pojawił się przecznicę od św. Munga, miał ogromną ochotę pobiec do niej natychmiast. Lecz pokonywanie nasłanych na niego aurorów jedynie by go spowolniło. Skupił się na swojej magii – wibrującej gniewem i strachem, lecz wyraźnie słabszej. Dwie teleportacje z naginaniem barier sporo go kosztowały. Dlatego dopiero po kilku sekundach udało mu się narzucić na siebie zaklęcie niewidzialności.
Potem już się nie zastanawiał – popędził ile tchu ku niepozornej oficynie najlepszego szpitala w Wielkiej Brytanii. Gdy wpadł do środka, najpierw uderzył go gwar – wszędzie tłoczyli się czarodzieje – niektórzy, wyglądający na zupełnie zdrowych oraz inni, o najróżniejszych i najdziwaczniejszych dolegliwościach. Albus rozejrzał się zdezorientowany – przypomniał sobie, kiedy był tu po raz ostatni – wojna z Grindelwaldem – Minerwa odrzucająca swoją własną moc – taka złamana, zdruzgotana…
A potem ktoś go popchnął i wspomnienie odpłynęło, a Albus został porwany przez rzekę krzyczących do siebie czarowników i czarownic. Udało mu się nieco odnaleźć dopiero gdy znalazł się pod wielką tablicą z nazwami oddziałów. Szybko przeskanował je wzrokiem.
Cztery oszałamiacze… aż zatrząsł się na tą myśl.
To by ją plasowało w urazach pozaklęciowych. Czwarte piętro.
Niewidzialny dyrektor Hogwartu nawet nie czekał na windę, do której już ustawiała się pokaźna kolejka. Podkasał szatę i pobiegł do szerokich schodów, przeskakując po kilka stopni naraz. Gdy już znalazł się na odpowiednim piętrze – zdyszany, z brodą i włosami w nieładzie od przepychania się przez nieświadomy jego obecności tłum – ruszył przed siebie, wprost do drzwi z napisem ,, Przypadki szczególne" .
Ostrożnie przeszedł przez pierwsze drzwi. Zobaczył kolejny korytarz, a w nim tłum uzdrowicieli. Co zdumiewające, otaczali oni rudowłosego Percy'ego Weasley'a. Ich miny były pełne niezadowolenia i dezaprobaty. Albus, nadal niewidzialny, zbliżył się do nich, by usłyszeć defensywne słowa Weasley'a:
- Minister chce jedynie wiedzieć, czy madame McGonagall przeżyje. Byłoby wielce… eee… niedogodne… gdyby z tego nie wyszła.
Albus poczuł krew wrzącą w żyłach. Ale nie on jeden czuł złość z powodu słów asystenta ministra.
- Hańba! Jedna z najbardziej cenionych czarownic naszej społeczności o mało nie zginęła, z powodu głupoty ministerstwa, a ty przychodzisz tu i mówisz o niedogodnościach dla ministra?! Nikt z waszego ministerstwa nie pokonałby lady McGonagall twarzą w twarz! I biada wam, jeśli ona nie wydobrzeje – Dumbledore…- zacietrzewił się jeden ze starszych uzdrowicieli – niewiele młodszy od Albusa.
- Wystarczy, Juliuszu. Nie możemy udzielać informacji na temat stanu zdrowia profesor McGonagall. Tylko rodzina ma prawo do takich wieści, a z tego co wiem, nasza pacjentka nie ma żadnej rodziny. – odezwał się inny uzdrowiciel, poważnie wyglądający mężczyzna w okularach.
- Może jednak zmieni pan zdanie. Pragnę przypomnieć, że szpital św. Munga utrzymuje się głównie z dotacji ministerstwa. – odpowiedział z pełną bezczelnością Weasley. Albus zacisnął dłoń w pięść. Uzdrowiciele zaczęli szeptać między sobą. Najważniejszy z nich, ten w okularach, rzekł:
- Cztery oszałamiacze z łatwością zabiłyby nieuzbrojonego maga w sile wieku. To cud, że Minerwa McGonagall w ogóle przeżyła atak. Proszę przekazać ministrowi, że zrobimy wszystko co w naszej mocy, by utrzymać ją przy życiu, nasza społeczność jest jej to winna. Lecz jej stan jest ciężki. Szanse są bardzo małe. – oświadczył uzdrowiciel.
Percy zbladł, a przez chwilę na jego twarzy pojawił się niepokój. Albus przypomniał sobie, że przecież Minerwa była opiekunką domu tego rudowłosego mężczyzny – Weasley mógł uważać się za zaprzysięgłego wroga Zakonu i swoich rodziców, ale Albus nie wierzył, że ten chłopiec jeszcze, mógłby chcieć śmierci kobiety, która tyle energii włożyła w to, by czuł się w Hogwarcie dobrze.
- Dziękuję za informację. Przekażę to ministrowi. – odpowiedział z powagą Weasley i odwrócił się do wyjścia.
Albus nie mógł się powstrzymać od cichego szeptu, gdy chłopak go mijał:
- Jeśli ona nie przeżyje… z ministerstwa nie zostanie kamień na kamieniu.
Percy podskoczył i rozejrzał się z przerażeniem. Nie widząc jednak nikogo, uznał to za wytwór swojej wyobraźni. Przyspieszył i zniknął za drzwiami. Uzdrowiciele rozeszli się w różnych kierunkach. Albus podążył za tym w okularach.
Czuł strach, tak silny jak wtedy, gdy czuwał tu przy Minerwie zaraz po starciu z Gellertem. Ten uzdrowiciel… powiedział, że szanse Minerwy są bardzo małe…
Uzdrowiciel, wraz z dwójką asystentów i pielęgniarką wszedł do sporych rozmiarów pomieszczenia. Albus nie tracił jednak czasu na rozglądanie się. Dla niego liczyło się tylko ogromne szpitalne łóżko i leżąca na nim bezwładnie postać.
Na miękkich nogach podszedł bliżej. Tego widoku miał nigdy nie zapomnieć.
Minerwa była prawie naga. Biała tkanina okrywała jej biodra, a dwa białe pasy materiału zakrywały piersi – dokładnie pomiędzy nimi, na wysokości mostka, widniały cztery zupełnie czarne pręgi, będące tym, co opisywały jedynie podręczniki dla uzdrowicieli – fizyczną manifestacją przesadzonego zaklęcia. Albus słyszał o tym, co więcej, wiedział, że tego typu pręgi towarzyszą rozległym obrażeniom wewnętrznym. Jakby na potwierdzenie jego słów, jeden z asystentów odezwał się:
- Uszkodzony krąg w kręgosłupie, złamana kość udowa, przebite jedno płuco i kilka połamanych żeber. Ból musiał być nie do zniesienia.
- Jeszcze to serce. Ledwie bije. – dodał drugi.
- To najsilniejsza czarownica, jaką miałem okazję poznać. Na razie uleczyliśmy jej obrażenia, teraz musimy liczyć na to, że starczy jej mocy by zmusić organizm do funkcjonowania. – oświadczył ich przełożony.
Albus znów odwrócił głowę do Minerwy. Była taka drobna, co przy jej imponującym wzroście wyglądało wręcz upiornie. Jak on mógł nie zauważyć, jak bardzo schudła? Przecież dokładnie widział jej wystające kości.
Najbardziej jednak przerażała go jej skóra. Czuł się okropnie, patrząc na prawie zupełnie obnażoną przyjaciółkę, ale nie mógł przeoczyć setek białych blizn znaczących jej skórę. Część z nich już znał – były pozostałością po wojnie, jak choćby ta charakterystyczna krecha na podbrzuszu. Lecz mógłby przysiąc, że niektóre z nich, szczególnie na rękach, wydawały mu się nowe, jakby świeże. Przerażało go to – te blizny, znaczące tak piękne ciało…
Albus okłamałby sam siebie, gdyby nie dostrzegał jej piękna. Jej skóra skrzyła się jak alabaster. Delikatnie ujął jej dłoń, nie zważając na uzdrowicieli – i tak nic nie zauważyli. On z kolei poczuł zimny dreszcz – jej dłoń była lodowata, choć skóra była jedwabiście miękka, tak jak podejrzewał. Prawdziwe, eteryczne piękno było jednak w jej twarzy. Czarne włosy, z wieloma srebrnymi pasmami, tworzyły swoistą aureolę wokół jej głowy, kontrastując z bladą cerą. Jej rysy wydawały się ostrzejsze, ale zmarszczki się wygładziły, jakby napięcie zniknęło z jej twarzy. Jej okolone gęstymi rzęsami oczy pozostawały jednak zamknięte. Usta miała lekko rozchylone – ale jej oddech był ledwie dosłyszalnym szmerem. Gdyby nie prawie niedostrzegalne uniesienia klatki piersiowej, można by uznać ją za martwą.
- Myślę, że zrobiliśmy już wszystko. Reszta zależy od niej. – odezwał się wreszcie uzdrowiciel. Jego asystenci pokiwali głowami. Pielęgniarka machnęła różdżką i wątłą sylwetkę Minerwy okryła delikatna, ale prosta w kroju koszula nocna. Następnie kobieta okryła czarownicę kołdrą i wyszła z uzdrowicielami.
Albus został z nią sam.
Nie wierzył, że mógłby ją stracić. Nie przyjmował do wiadomości, że może się nigdy nie obudzić. Minerwa… zawsze lojalna, zawsze stojąca po jego prawicy, zawsze służąca mu radą, czasem uświadamiająca mu jego błędy. Nie mogła tak po prostu odejść.
Nie mógł sobie wybaczyć, że rozstali się w gniewie. Echa słów Aberfortha dźwięczały mu w głowie – zniszczył jej życie, poświęcił ją. Jego brat miał rację – Albus nie zasługiwał na Minerwę, nie był godny jej przyjaźni. Zostawił ją, samą z wszystkimi problemami, bezsilną wobec bezduszności ministerstwa. Nawet nie napisał do niej, nawet nie posłał do niej Fawkesa. A potem zdradził jej tajemnicę, zranił ją, przypominając tamten zakazany pocałunek. I nawet jej nie przeprosił. Naprawdę był skończonym głupcem.
Teraz leżała tu, na granicy życia i śmierci, a on czuł ból, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczał. Zawiódł ją. Wierzyła w niego, w jego decyzje. Nie zdradził jej swoich planów, ale ona wierzyła, że robi to, co najlepsze. Bezdusznie wykorzystywał jej zaufanie, jej wiarę w niego. Testował jej lojalność do granic możliwości, a ona nigdy się od niego całkowicie nie odwróciła, choć przecież widziała, jakim był potworem.
Merlinie, była częścią jego życia od tak dawna… bez niej… bez niej nie był sobą, bez niej wszystko traciło sens… przecież ile razy czekał na dźwięk jej głosu, na jej delikatny uśmiech, na jej kojące słowa. Była jego skałą, jego kotwicą. Cokolwiek się nie działo, czekała na niego, tak jak Hogwart.
Albus patrzył na jej nieruchomą twarz i ból rozdzierał jego serce na kawałki. Ona nie mogła umrzeć. Nie mogła go zostawić. Bez niej nie był w stanie pomóc Harry'emu, bez niej nie wypełni przeznaczenia. Tylko ona widziała esencję jego duszy, tak jakby jej szmaragdowe oczy czytały bezpośrednio jego istotę. Ona była jego inspiracją, ona skradła jego myśli, jego pragnienia, jego serce.
Kochał ją.
Ta myśl uderzyła w niego jak grom z jasnego nieba.
Kochał Minerwę Aurelię McGonagall całym swoim istnieniem.
Już nie chodziło o pragnienie, o pożądanie. Była najpiękniejszą istotą, jaką oglądał, ale jej fizyczne piękno stanowiło zaledwie preludium do piękna jej duszy. Tak, nigdy nie przestała go fascynować w typowo fizyczny sposób, chociaż poświęcił wiele energii na negowanie tych odczuć. Lecz teraz zrozumiał, że nawet gdyby kiedykolwiek znaleźli się na tym etapie, by eksplorować te ludzkie instynkty, to byłoby za mało, na pewno za mało dla niego. Tak naprawdę to desperacko pragnął jej miłości. Chciał bez końca patrzeć w jej zielone oczy, chciał móc ją obejmować i wyznawać jej swoją miłość codziennie. Chciał dać jej bezpieczeństwo, chciał dać jej spokój i radość. Chciał mieć ją u swojego boku, wiecznie. Być szczęśliwym i czynić ją szczęśliwą.
Zamknął oczy i zatonął w wspomnieniach.
Dziesięcioletnia dziewczynka – już wtedy wiedział, że jest wyjątkowa.
Nastolatka, nadzwyczaj dojrzała na swój wiek – o zupełnie czystej duszy, w której się zakochał.
Kochał ją od momentu tamtego pocałunku. Mógł próbować zaprzeczać, mógł chować się za konwenansami i dzielącymi ich latami, ale to nie zmieniało faktu, że nie przestał jej wtedy kochać. Kochał ją, dlatego tak cierpiał, gdy opuściła Hogwart. Kochał ją, dlatego nie chciał, by brała udział w wojnie. Kochał, ją, dlatego był gotowy rzucić wszystko i walczyć o nią z Gellertem. Kochał ją, dlatego jego serce było złamane, gdy odsunęła się od niego, gdy wyjechała do Ameryki – załamana i wycieńczona. Kochał ją, gdy wróciła, gdy znów wprowadziła światło do jego życia. Kochał ją przez te wszystkie lata, gdy stała u jego boku jako jego zastępczyni. Kochał ją, gdy była jego prawą ręką podczas pierwszej wojny z Voldemortem. Kochał ją, gdy widział jej ból z powodu śmierci Potterów. Kochał ją też przez ostatnie piętnaście lat, gdy rozświetlała swoim wdziękiem jego szarą codzienność.
Ale czy ona kochała go?
Nie, jak ktoś tak szlachetny jak ona mógłby pokochać kogoś tak zbrukanego jak on? Jak powiedział Aberforth, tkwiła u jego boku tylko ze względu na uczniów i Hogwart. Kiedyś, gdy nadal wierzyła w jego dobroć, gdy całowała go po tym balu, może wtedy go kochała – nie mogłaby udawać miłości, która promieniowała z jej oczu. Ale teraz…
Teraz było za późno. On był starym manipulatorem, skupionym jedynie na swojej grze, na odpowiedniej pozycji swoich pionków. Ona była w jakiś sposób złamana, przytłoczona bólem. Bólem, którego, jak podejrzewał, on sam mógł być źródłem. Gdyby teraz wyznał jej swoje uczucia… po tylu latach… zniszczyłby ją.
Gdyby wtedy się od niej nie odsunął. Gdyby wtedy pozwolił, by pokierowało go serce… może teraz ich życia wyglądałyby inaczej. Może zamiast siedzieć i patrzeć na jej okaleczoną postać, może prawdą byłoby to, co widział w zwierciadle Ain Eingarp. Może byliby szczęśliwi…
Albus ścisnął jej zimną dłoń. Było za późno. Teraz próba zdobycia jej serca byłaby okrucieństwem. A jednak, jeśli ona miała umrzeć… to równie dobrze mogła zabrać go ze sobą. Nie mógłby żyć ze świadomością, że rozstał się w gniewie z kobietą, którą kochał, na zawsze.
Łzy popłynęły po jego policzkach, gdy przypomniał sobie jej uśmiech, gdy rok temu tańczyli na Wieży Astronomicznej. Minerwa. Lwica, bogini. Najważniejsza kobieta jego życia, ważniejsza nawet od matki, od Ariany. Dała mu tak wiele – uwolniła go od Gellerta, płacąc za to wysoką cenę. A jednak on nigdy należycie jej nie docenił. Nigdy jej nie powiedział, jak jest dla niego cenna, jak bardzo stała mu się niezbędną.
Nie wiedział ile czasu spędził, nieskutecznie powstrzymując płacz przy jej łóżku. Za każdym razem, gdy patrzył na jej nieruchomą twarz, ogromna rana na jego sercu otwierała się na nowo. Przesyłał jej moc, ale nie pobierała jej – w końcu przestał, bo jego magia wsiąkała w ściany. Próbował szukać jej umysłem, ale nawet jej nie wyczuwał – tak jakby… jakby już…
To mogły być godziny, to mogły być doby. Uzdrowiciele przychodzili i wychodzili, badając Minerwę, ze smutkiem kręcąc głowami i wreszcie szepcząc coś o tym, że szanse coraz bardziej maleją. Gdzieś za kilkoma ścianami Albus wyczuwał pojawiających się członków Zakonu, usiłujących uzyskać jakieś informacje. On na nic jednak nie zważał. Po prostu czuwał przy niej, jakby jego obecność mogła cokolwiek pomóc.
Coraz częściej jednak łapał się na tym, że jego umysł odpływa, że ogarnia go senność. Coraz częściej nie wiedział, czy śni, czy rzeczywiście słyszy jej głos. Co chwila podrywał do góry opadające powieki, by sprawdzić czy nastąpiła jakaś zmiana. A jednak strach, zmęczenie i smutek wzięły w górę. Głowa Albusa opadła na zimną dłoń Minerwy, podczas gdy jego umysł zawirował kalejdoskopem, w którym jedynym stałym elementem była szmaragdowa toń jej oczu.
Ocknął się, gdy coś zimnego otarło się o jego plecy. Poderwał się i otworzył szeroko oczy, widząc srebrnego psa – patronusa Syriusza. Dyrektor Hogwartu zmarszczył czoło i przetarł oczy – Black nie ryzykowałby przysłania swojego patronusa do św. Munga, gdyby sprawa nie była poważna.
- ,,Sam Wiesz Kto zastawił pułapkę na Harry'ego w Departamencie Tajemnic. Potrzebna pomoc." – rozległ się głęboki i pełen strachu głos Syriusza.
Albus podniósł się z krzesła i przetarł oczy. Voldemort uderzył na ministerstwo. Harry był w niebezpieczeństwie. On, Albus, był potrzebny, by uratować chłopaka.
Ale przecież nie mógł jej zostawić. Nie drugi raz. Spojrzał na nią – jej twarz dalej była nieporuszona, jej oczy zamknięte. Nie nastąpiła żadna poprawa, choć na pewno minęło co najmniej pół doby, odkąd ją tu przywieziono. Serce mu się krajało, gdy patrzył na jej kruche ciało, gdy zastanawiał się, jak może ukrywać swój potężny umysł. Nie był w stanie jej namierzyć, nie był w stanie sięgnąć do niej, powiedzieć jej, by się nie poddawała, by była silna i niezłomna, jak zawsze.
Powinien chronić Harry'ego. Powinien uświadomić Tomowi, że są rzeczy silniejsze od jego czarnej magii. Powinien spełnić swój obowiązek wobec Hogwartu, Zakonu, brytyjskiej magicznej społeczności. A jednak nadal się wahał. Co jeśli Voldemort tylko na to czeka? Co jeśli ją porwie, gdy tylko Albus ruszy do ministerstwa?
Patrzenie na jej balansowanie między życiem a śmiercią było już dość bolesne – Albus nie zniósłby świadomości, że Minerwa znalazła się w mocy Toma.
Co ona sama by mu powiedziała? Że jest głupcem, tkwiąc tu przy niej. Minerwa nie wybaczyłaby mu, gdyby porzucił Harry'ego, gdyby dał go zabić Voldemortowi.
Dumbledore podjął decyzję. Chciał jednak jeszcze coś zrobić. Ostrożnie pochylił się tuż nad twarzą nieprzytomnej czarownicy.
- Najdroższa Minnie, nie odchodź. Musisz to przetrwać. Hogwart cię potrzebuje… Ja cię potrzebuję. Bez ciebie… - szept Albusa załamał się, gdy pojedyncza łza spłynęła po jego haczykowatym nosie.
Delikatnie przysunął się i pocałował jej zimny policzek. Nadal czuł słodką woń konwalii. Ostatni raz popatrzył na jej piękną, szlachetną twarz, po czym teleportował się z cichym pyknięciem.
