Dumbledore wylądował na środku Sali Śmierci. Wszędzie wokół panował chaos. Ciemne i jasne smugi ścierały się w powietrzu, a kolorowe błyski były śladami po błyskawicznych i potężnych zaklęciach. Albus musiał reagować szybko, by przypadkiem nie oberwać rozpędzoną klątwą. Jednocześnie usiłował zidentyfikować walczących.

Widział śmierciożerców, ale choć rozpoznał wszystkich, nigdzie nie dostrzegał charakterystycznej sylwetki Belatriks Lestrange. Jej ukochanego Czarnego Pana też nie było. Albus mimowolnie zadrżał – co jeśli to nie była pułapka na Pottera, tylko na niego?

Zakon walczył dzielnie – Moody miotał urok za urokiem, Tonks osłaniała go z tyłu. Co przerażało Albusa, to fakt, że wśród walczących ze śmierciożercami byli też uczniowie – dostrzegał ich szkolne, hogwardzkie mundurki. Dumbledore machnął różdżką, powalając maga, z którym walczyła Ginewra Weasley (zaledwie czternastoletnia, jak sobie przypominał) .

- Profesorze! Lestrange zabiła Syriusza! Harry pobiegł za nią do wind! – wrzasnęła dziewczyna, czerwona z wysiłku.

Albus kiwnął głową i aportował się akurat w porę, by nie trafiło go zaklęcie Cruciatus rzucone przez Rookwooda. Musiał znaleźć Pottera. Ból z powodu śmierci Syriusza musiał poczekać. Jeśli to ten ból, albo nawet większy, kierował teraz Harrym, to ich sytuacja nie mogła wyglądać dobrze.

W końcu Syriusz Black przez ostatni rok był dla Harry'ego ojcem, którym Albus nigdy nie mógł być.

Dyrektor Hogwartu bezszelestnie pojawił się w wielkim atrium Ministerstwa Magii, teraz prawie pustym. Wystarczyło jedno spojrzenie, by pojąć całą sytuację. Po drugiej stronie fontanny Magicznego Braterstwa znajdowała się trójka ludzi.

Na ziemi leżała Bellatriks Lestrange, ubrana w obcisłe, czarne szaty opinające jej krągłe kształty. Zaskakująco szybko wróciła do siebie po długoletnim pobycie w Azkabanie – nie wyglądała na tak załamaną jak Syriusz. Z nabożną czcią wpatrywała się w Voldemorta.

Lord Voldemort także był ubrany w czerń, ale jego szaty były luźne. Kontrastowały z jego łysą czaszką, której tył Albus widział. Dzieliła ich szemrająca fontanna, ale Albus wiedział, że czarnoksiężnik celuje różdżką w Harry'ego.

- Nie mam ci nic więcej do powiedzenia, Potter. Za często mnie drażniłeś, za długo. AVADA KEDAVRA!

Albus zareagował błyskawicznie, jego nadgarstek zatoczył młynka. Posąg czarodzieja z fontanny ożył, osłaniając Harry'ego przed śmiercionośnym czarem. Voldemort obrócił się błyskawicznie. Albus zamarł, widząc jego nieludzką, wykrzywioną wściekłością twarz.

- Co…? Dumbledore! – wydyszał mag.

Nawet jeśli w ciemnoczerwonych oczach Toma Albus dostrzegł cień strachu, to został on szybko przegnany. Wróg machnął różdżką, wyczarowując strumień zielonego światła. Albus, przypominając sobie jak niegdyś z Minerwą wspólnie rozmyślali nad słabymi stronami tego czarodzieja, okręcił się i teleportował za plecy Voldemorta. Nie powinien sprowadzać tego do starcia mocy – coś takiego zniszczyłoby ministerstwo, a nie było pewności, że zdołałby zwyciężyć. Nie, musiał ratować się kreatywnością i tym, co nigdy go nie zawiodło – transmutacją. Transmutował posągi z fontanny w żywe maszyny. Każdej z postaci przydzielił odpowiednie zadanie. Szczególnie mocny rozkaz posłał do złotego skrzata domowego – wydelegował go do św. Munga, do ochrony Minerwy.

- To była głupota, Tom, przychodzić tutaj dzisiaj w nocy. Aurorzy zaraz tu będą… - powiedział spokojnie. Musiał zachować zimną krew. Tylko tak mógł uratować Harry'ego.

- Zanim przyjdą, ja będę daleko, a ty będziesz martwy! – warknął Voldemort i znów spróbował zaklęcia uśmiercającego.

Klątwa chybiła i trafiła w biurko ochrony, które stanęło w płomieniach. Widząc światło tak zielone, jak oczy Minerwy, Albus poczuł palący gniew. Jeśli ona miała się nigdy nie obudzić…

Zaklęcie Albusa było jednym z potężniejszych, lecz Voldemortowi udało się odbić je swoją tarczą.

- Chyba nie chcesz mnie zabić, Dumbledore? Gardzisz brutalnością, prawda? – rzucił Tom. Albus pomyślał, że cudownie byłoby raz na zawsze uwolnić się od strachu o Minerwę…. Ale ten strach i tak by zniknął… jeśli ona nie ….

- Obaj wiemy, Tom, że są inne sposoby zniszczenia człowieka. Odebrać ci życie? Nie, to dla mnie za mało! – krzyknął Albus. To była prawda – chciał dla Toma wszystkiego co najgorsze – za cały ten strach, który czarnoksiężnik powodował w Minerwie, za jego brudne, odrażające myśli.

- Nie ma nic gorszego od śmierci, Dumbledore! – warknął Tom.

- Mylisz się. – powiedział Albus, podchodząc coraz bliżej czarnoksiężnika. Czym była śmierć w porównaniu z życiem w ciągłym poczuciu winy, w ciągłym bólu, z nieustającymi wyrzutami sumienia? Śmierć była wyczekiwaną przygodą w porównaniu z pozbawioną miłości egzystencją. Tylko miłość nadawała życiu sens. Albus wierzył w to od zawsze, ale teraz czuł ciężar tych słów – jakby wypalono je w jego sercu.

- Ale twoja niezdolność zrozumienia, że są rzeczy o wiele gorsze od śmierci, zawsze była twoją największą słabością… - ciągnął dalej Albus.

Zza tarczy Voldemorta znów wystrzelił zielony promień. Albus pozwolił, by jednoręki centaur z fontanny przyjął na siebie cios, a potem rzucił zaklęcie zduszające na tarczę Toma. Rozpoczęła się regularna wymiana ciosów. Albus walczył ze wszystkich sił…. Fawkes wziął na siebie kolejną klątwę, wąż… to wszystko działo się zbyt szybko…

Voldemort nie był tak silny magicznie jak Albus. Czarnoksiężnik musiał się zorientować, bo zniknął… ale Dumbledore wiedział, że to jeszcze nie koniec. Tom nie grał czysto, nigdy. Tak jak wtedy, gdy użył legilimencji na niespodziewającej się tego Minerwie…

- Zostań tam gdzie jesteś, Harry! – zawołał, gdy dotarło do niego, co wykorzysta Tom… w swoim głosie usłyszał strach…

I wtedy ciało Harry'ego wygięło się z bólu. Chłopak wił się po podłodze, a na jego bladej twarzy lśnił pot. Albus o mało nie krzyknął, gdy oczy chłopaka zalśniły rubinowo.

- Zabij mnie teraz, Dumbledore. – odezwał się Harry, syczącym głosem Voldemorta.

- Skoro śmierć jest niczym, Dumbledore, to zabij tego chłopca. Skoro śmierć jest niczym, to pogódź się z tym, że nie ukryjesz jej przede mną. Znajdę ją… a ty… nie będziesz mógł nic zrobić… i módl się,… byś wtedy był martwy.

Ciało Harry'ego znieruchomiało. Albus podbiegł do chłopca i pochylił się nad nim… ona nigdy by mu nie wybaczyła, gdyby synowi Potterów coś się stało… nie po tym, jak ostrzegała go, że to umysł Harry'ego potrzebuje największej ochrony… jak zwykle miała rację.

Albus ukrył ulgę, którą odczuł, gdy chłopak otworzył oczy – zielone, jak sosnowe igły.

- Nic ci nie jest, Harry? – spytał łagodnie Albus. Pamiętał, jak wyczerpana była Minerwa po zetknięciu z umysłem Toma…

- Nie. Nie… nic… gdzie jest Voldemort… gdzie… co… - Harry zadygotał, rozglądając się ze strachem.

Dyrektor podał mu dłoń i pomógł wstać. Jednocześnie kątem oka obserwował buchające w kominkach po obu stronach atrium płomienie – nagle w atrium pojawiły się dziesiątki czarownic i czarodziejów.

Albus westchnął, zerkając na porzucony posąg złotej czarownicy, który nie zdołał zatrzymać Bellatriks Lestrange. Było tyle do zrobienia… tyle tajemnic do zdradzenia… tyle spraw to uporządkowania… Harry zasługiwał na wyjaśnienia, zasługiwał w końcu na prawdę – Minerwa miała rację, nie mógł trzymać chłopca w nieświadomości. Knot zasługiwał na przywołanie do porządku – Albus nie zapominał, że minister częściowo był odpowiedzialny za atak na Minerwę. Gniew zawrzał w nim, gdy ujrzał Dawlisha i innych aurorów – to pewnie oni rzucili te oszałamiacze. Jeśli ona….

Nie. Musiał przestać o niej myśleć. Musiał skupić się na tym, co miał do zrobienia. Utrzymał swój gniew w ryzach i wyszedł zza posągu, by uświadomić Korneliuszowi Knotowi jakim był głupcem.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

- Więc czy to znaczy, że jeden z nas musi … musi w końcu zabić drugiego?

- Tak.

Albus czuł się okropnie. Bo jakaś część jego odczuwała ulgę, że wreszcie zrzucił z siebie ciężar tajemnicy tej przepowiedni – tak samo jak wtedy, gdy zdradził ją Minerwie. Ale przecież dorzucał ten ciężar na barki chłopca, który już był wystarczająco mocno obciążony. Chłopca, który dopiero co zdemolował jego gabinet – szczątki cennych srebrnych instrumentów skonstruowanych przez Albusa nadal błyszczały na dywanie – co więcej, miał do tego pełne prawo.

Śmierć Syriusz Blacka była kolejną śmiercią, za którą Albus był odpowiedzialny. I ani trochę nie przesadzał, gdy przyznawał się do tego siedzącemu przed nim chłopcu. Cierpiał, bo przecież też kochał tego odważnego mężczyznę, który niezłomnie stał po stronie dobra, mimo odwiecznych konotacji swojej rodziny z ciemnymi mocami. Cierpiał, bo Zakon stracił cennego wojownika. Cierpiał, bo mógł temu zapobiec, a nie zrobił tego. Ale jego cierpienie było niczym w porównaniu z bólem w oczach siedzącego przed nim chłopca, w porównaniu z pustką spojrzenia osieroconego dziecka, które właśnie straciło kolejną bliską osobę.

Doskonale pamiętał dokładnie tę samą pustkę w szmaragdowych oczach młodej kobiety, która z ceremonialnym majestatem wyreżyserowała pogrzeb swojej babki, ostatniej żyjącej krewnej. Przekonanie o własnej samotności, obwinianie się – to wszystko było takie samo.

W gabinecie panowała cisza. Żaden z portretów nawet nie drgnął. Albus czuł potrzebę zapełnienia tej pustki, powiedzenia czegokolwiek, odwrócenia uwagi chłopca choć na chwilę od bólu, który musiał teraz go konsumować.

- Czuję, że winny ci jestem jeszcze jedno wyjaśnienie, Harry. – zaczął nieśmiało. Uczeń nie zareagował, ale on ciągnął dalej:

- Może się zastanawiałeś, dlaczego nie mianowałem cię prefektem, co? Muszę wyznać.. że… tak sobie pomyślałem.. że masz już dużo na głowie, żeby brać sobie jeszcze i to. Minerwa… nie zgadzała się ze mną… ale tłumaczyłem jej, że jej własny przypadek był wyjątkowy… - Albus urwał, przypominając sobie Minerwę, krążącą po jego gabinecie jak wściekła lwica. Była taka piękna, gdy jej oczy ciskały gromy…

Harry poderwał głowę, a Albus nie zdążył otrzeć łzy, spływającej po policzku, która następnie zniknęła w jego srebrzystej brodzie.

- Profesorze? – zapytał cicho chłopak.

- Tak, Harry?

- Czy ja mógłbym mieć do pana jedną prośbę?

Albus uniósł brwi, rozpoznając błagalną nutę w głosie Harry'ego.

- Oczywiście, mój chłopcze. – odpowiedział łagodnie.

- Czy ja mógłbym się zobaczyć z profesor McGonagall? Podobno zabrali ją do św. Munga, ja nie zabrałbym wiele czasu, chciałbym tylko porozmawiać… - wyrzucił z siebie Harry.

Albus poczuł zimny dreszcz, ale zmusił się do odpowiedzi:

- Profesor McGonagall się jeszcze nie obudziła, Harry. – nie potrafił ukryć drżenia w głosie. Kilka portretów wydało z siebie ciche okrzyki.

- Ale … obudzi się, prawda? Profesorze… - oczy Harry'ego zalśniły, gdy patrzył na Albusa.

Stary mag nie odpowiedział, jedynie machnął różdżką, przywołując z półki książkę w złotej okładce – rozprawę Minerwy na temat dwoistości natury animagów, której egzemplarz z dedykacją dostał od niej na któreś święta. Cichym, melodyjnym tonem zaintonował pierwsze zaklęcie, a potem znów machnął różdżką, mrucząc:

- Portus. – książka zalśniła na niebiesko, a potem znów wróciła do zwykłego stanu. Albus podał ją Harry'emu.

- Kiedy profesor McGonagall się obudzi i będzie gotowa z tobą porozmawiać, książka zaświeci na biało. Dotknij jej, a aktywujesz świstoklik. Bądź jednak czujny, bo nie wiem, ile czasu minie… jeśli… - Albus nie dokończył.

Harry ze zrozumieniem dotknął jego dłoni.

- Kiedy ją pierwszy raz zobaczyłem, na schodach prowadzących do Wielkiej Sali, pomyślałem sobie, że to jest ktoś, z kim lepiej nie zadzierać. Ona z tego wyjdzie, profesorze. – rzekł Harry z przekonaniem.

Albus pokiwał głową – o tak, Minerwa na pewno musiała sprawiać imponujące wrażenie, stojąc na szczycie schodów, witając nowych uczniów swoim przeszywającym spojrzeniem szmaragdowych oczu. W końcu już jako dziesięciolatka wyglądała majestatycznie, gdy jako pierwsza ruszyła ku niemu – bez cienia lęku, jedynie z dziwną radością na twarzy, której Albus nigdy wcześniej nie widział u żadnego dziecka.

Harry nie powiedział już nic więcej, zabrał książkę pod pachę i wyszedł z gabinetu. Albus go nie zatrzymywał. Prawdę mówiąc, było tylko jedno miejsce, gdzie teraz chciał być i nie był to jego gabinet, pełen podenerwowanych głosów jego poprzedników. I bez ich strachu Albus się bał.

Z tym że oni bali się, jak Hogwart przetrwa bez wicedyrektor, która była prawdziwą duszą tego miejsca. On bał się, jak on sam przetrwa bez kobiety, która użyczała mu własnej szlachetności, bez której byłby jedynie starym, wyczerpanym manipulatorem, traktującym świat jak swoją wielką szachownicę…

Z rezygnacją przywołał swój płaszcz i wyszedł z gabinetu. Szybko szedł do wyjścia, a nikt nawet go nie zatrzymywał, choć wielu uprzejmie mu się kłaniało – zaskakujące, że na twarzach wielu uczniów na jego widok pojawiała się ulga. To tylko podsyciło jego nienawiść do Umbridge i niechęć do władzy ministerstwa.

Wiatr hulał na błoniach, gdy zmierzał ku bramie. Nie czuł jednak ani zimna, ani pierwszych kropel ciężkiego deszczu. Czuł jedynie strach.

Teleportował się tym razem wprost do św. Munga. W gwarnej i hałaśliwej zazwyczaj recepcji zapadła cisza. Chorzy, odwiedzający i uzdrowiciele patrzyli na niego z mieszaniną zdziwienia i niepokoju. Zrozumiał, że prawdopodobnie jeszcze nie wiedzą, do czego doszło w ministerstwie. On jednak nie miał ani czasu, ani sił im wyjaśniać, że przez tak długi czas byli oszukiwani, że propagowane przez ministerstwo poczucie bezpieczeństwa było kłamstwem.

Bez słowa ruszył w stronę schodów. Magowie ustępowali mu z drogi. Albus z całej siły powstrzymywał się przed przyspieszeniem kroku, przed popędzeniem ile sił po tych przeklętych schodach…

Gdy wreszcie dotarł na czwarte piętro, przed drzwiami odgradzającymi sale ze specjalnymi przypadkami ujrzał głównego uzdrowiciela w okularach, który z rozmysłem przyglądał się złotej figurze skrzata domowego. Albus odchrząknął.

- Profesor Dumbledore! – uzdrowiciel podszedł do niego i uprzejmie wyciągnął dłoń.

- Witam, panie…

- Lottet. Frederick Lottet, profesorze. Jak mniemam, to pan przysłał tutaj tego skrzata? Wygląda dokładnie jak ten na fontannie Magicznego Braterstwa. – rzucił niefrasobliwym tonem uzdrowiciel.

- Musiałem mieć pewność, że … pański oddział nie będzie obiektem ataku, panie Lottet. – odpowiedział uprzejmym tonem Albus, choć nie patrzył na uzdrowiciela – z wytężeniem wpatrywał się w drzwi za nim.

- Jak to? Dlaczego ktokolwiek miałby atakować szpital? – zdumiał się uzdrowiciel.

- Panie Lottet… - Albus już nie krył swojej niecierpliwości.

- Ja… nie będę pana dłużej zatrzymywał, Dumbledore. – uzdrowiciel chyba dostrzegł złość w oczach Albusa, bo odsunął się ze strachem, nawet nie protestując, że oto łamane są główne szpitalne zasady.

Albus szybko wpadł do sali, w której położono Minerwę. Wystarczyło mu jedno spojrzenie na jej nieruchomą twarz, by zrozumieć, że nie nastąpiła żadna poprawa. Natychmiast też wyczuł w powietrzu coś dziwnego…

- Severus? – zapytał, nie wypuszczając różdżki z dłoni.

W kącie pomieszczenia błysnęło fioletowe światło i nagle ni stąd, ni zowąd pojawił się Severus Snape we własnej osobie.

- Jesteś tu z jego rozkazów? – spytał chłodno Albus. Na twarzy nauczyciela eliksirów pojawił się nienaturalny rumieniec.

- Nie. Myślałem, że wolałbyś, by pilnował jej ktoś potężniejszy niż zaczarowany skrzat domowy ze złota. – odpowiedział młodszy mężczyzna, rzucając tylko jedno, krótkie spojrzenie na leżącą na łóżku kobietę. Albus zaraz poczuł wyrzuty sumienia. Mimo tego, jakie pozory Severus utrzymywał w Hogwarcie, zawsze bardzo podziwiał i szanował Minerwę. Oskarżenie go o wypełnienie w tym momencie poleceń Voldemorta było sporym nietaktem.

- Przepraszam. I dziękuję. – mruknął Albus.

- Powinieneś wysłać wiadomość do Hagrida i Aberfortha. Pewnie jeszcze nie wiedzą, co się wydarzyło w ministerstwie. – poradził opiekun Slytherinu, ignorując słowa Albusa.

Stary czarodziej kiwnął głową i uniósł różdżkę:

- Expecto Patronum! – rzekł.

Lecz zamiast ogromnego, świetlistego feniksa, z końca jego różdżki wystrzelił strzęp srebrnej mgły, który zaczął formować się w coś mniejszego… coś dziwnego.

Albus machnął różdżką i przerwał dopływ mocy.

- Dziwne. – mruknął bardziej do siebie, niż do Severusa.

- Trudno skupić się na czymś radosnym, prawda? – zauważył Snape, kiwając głową.

Dyrektor Hogwartu potrząsnął głową – nie chodziło o brak dobrych wspomnień- w końcu myślał o Minerwie, jak zawsze, gdy przywoływał swojego patronusa. Problem był raczej w samym kształcie obronnej magii – jeśli jego przypuszczenia były słuszne, to jego patronus przybierał kształt raczej czworonożnego ssaka, niż skrzydlatego ptaka. Oczywiście Minerwa dowiodła, że formę patronusa można zmieniać za pomocą woli, ale to wymagało ogromnego skupienia, przywołania w sobie odpowiednich cech. Samorzutna zmiana patronusa była wywoływana jedynie przez bardzo potężne emocje- przez częściową zmianę swojej osobowości.

Czy właśnie to się stało? Czy strach o Minerwę, zmienił Albusa w zupełnie innego człowieka?

- Wyślę im sowę. – Severus lekko dotknął jego ramienia, a potem wycofał się. W drzwiach rzucił jeszcze ostatnie smutne spojrzenie na nieprzytomną czarownicę.

Albus ostrożnie ujął jej zimną dłoń. Zadrżał, gdy przypomniał sobie słowa Voldemorta: ,,Skoro śmierć jest niczym, to pogódź się z tym, że nie ukryjesz jej przede mną. Znajdę ją… a ty… nie będziesz mógł nic zrobić… i módl się,… byś wtedy był martwy."

Jakże blado brzmiały teraz groźby Voldemorta! Teraz, gdy Albus powoli zaczynał tracić nadzieję, że Minerwa ma jeszcze w sobie jakiekolwiek siły. Teraz, gdy patrzył na jej bladą twarz, teraz, gdy jej oddech był tak płytki, że prawie niedosłyszalny.

Czarodziej chciał zapłakać gorzko. Łzy jednak nie przyniosłyby ulgi w jego cierpieniu.

oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo

Co tam słychać, kochani Czytelnicy? Jak Wam się podobał ten rozdział i czego się spodziewacie w kolejnym? Muszę powiedzieć, że czuję się absolutnie zaszczycona ilością reviews - w najśmielszych snach nie myślałam, że którakolwiek z części przekroczy magiczną setkę komentarzy - bardzo, bardzo dziękuję! To już trwająca ponad trzy czwarte roku niesamowita przygoda z tym tomem, kiedy mogłam odkrywać z Wami tą historię na nowo i patrzeć na nią z zupełnie innej perspektywy.

Kitiaa- prawda, że ten sen był zbyt piękny? A długość rozdziałów ostatnio się trochę rozstroiła, poprzez wplecenie rozdziału 31, ale miło że doceniasz ich długość i regularność dodawania. ,,Drama queen fanficków" - hahaha, no cóż, wiem że czasem przesadzam z tym dramatem. Walburga jako matka Syriusza i Regulusa zawsze mnie jakoś ciekawiła, zresztą jak cała rodzina Blacków (dlatego Theresa była z nimi spokrewniona), żałowałam, że nie było dla niej miejsca wcześniej w tej historii, ale i tak starałam się pokazać interakcje Minerwy z jak największą liczbą kanonicznych postaci. Właśnie, jeśli chodzi o Remusa i Nimfadorę... mi oni na samym początku nie pasowali, miałam wrażenie, że to jest tak dodane na siłę, żeby Remus miał jakąkolwiek drugą połówkę i dopiero jak okazało się, że JKR postanowiła ich uśmiercić, to jakoś bardziej ich polubiłam (jejciu, to brzmi okropnie). Niemniej jednak w tej historii Remus nie zwróci się po miłosne porady do Minerwy, przyjdzie do niej później, już po narodzinach Teddy'iego, a w jakim celu to pozostawiam miejsce na domysły. Co do tamtej lekcji na szczycie Wieży Astronomicznej w pierwszym tomie... oczywiście, że to było zamierzone, mroczne nawiązanie. Tak, charakterek to Harry chyba naprawdę magicznie przejął po chrzestnych xd. Min nie poświęci mapie Huncwotów za wiele uwagi, co jest jej błędem, ale ma wiele na głowie, więc to trzeba jej wybaczyć. Umbridge... Min nie potraktowałby jej najgorszymi klątwami i ja też w tej historii nie zamierzam jej karać, chociaż to fakt, że nie znoszę jej bardziej od Voldemorta i Grindelwalda, bo do niej nie idzie nawet podpiąć żadnego wytłumaczenia, ona jest zła do szpiku kości. Wyznam, że nie jestem fanką musicali (chociaż byłam oczarowana Mamma Mią w Romie) , ale podziwiam osoby, które umieją wplatać piosenki w historie albo wymyślać głębsze teksty. I masz absolutną rację, że Min jest beznadziejnie oddana Albusowi, a na ten moment wszystko pędzi w raczej depresyjnym kierunku. Myślę, że Albus potrzebuje od czasu do czasu porządnej dyskusji z Aberforthem, bo poza Minerwą tylko brat ma tyle odwagi by sprowadzić go na ziemię. Zaburzenia w magii tym razem były inne od tych jakie Perenelle i Albus wyczuwali podczas narodzin Minerwy czy podczas tamtej sytuacji w szwedzkim lesie. Albus wyczuł je, bo wierzę, że kiedy dwójka ludzi jest tak związana uczuciami jak Albus i Minerwa, są w stanie wyczuwać tak poważne incydenty jak atak oszałamiaczy. Może rozmach powyższej konfrontacji z Voldim nie był za duży, bo chciałam trzymać się kanonu w tym momencie i skupić się na tym, jak Albus martwi się o Minerwę. Tak, Min uwielbia negować swoje uczucia wmawiając sobie, że są nieracjonalne, to mechanizm obronny, który nie raz będzie się jeszcze przejawiał.

Minerwa - mnie ich publiczne kłótnie nie przeszkadzają, dużo większy dyskomfort zawsze czułam jak czytałam że na przykład Albus deklarował swoją miłość do Min przy wszystkich w Wielkiej Sali. Lubię kiedy ich relacja jest otoczona tajemnicą, ale jednocześnie wszyscy się domyślają, że tam jest coś więcej :D Cieszę się, że zachowanie Harry'ego przywołało tamten moment z Carrowem, bo jakoś lubię ten motyw, że Harry domyśla się, jak ważny jest dla Minerwy i działa tak, byśmy nie mieli wątpliwości, że Minerwa jest ważna dla niego. Twoje przypuszczenie, że Albus pojawi się w szpitalu było słuszne - ale co do tego, jak nasi bohaterowie zachowają się po przebudzeniu Minerwy - kwestia kolejnego rozdziału.

greenispretty - kłótnia w tamtym momencie wydawała mi się idealnym rozwiązaniem, to, że rozstali się w gniewie jednak dodało dramatu atakowi na Minerwę. A co do tego jak oni się godzą... to jest perełka ostatniego rozdziału tego tomu, chociaż może wydawać się w kolejnym, że oni puścili tą kłótnię w niepamięć. Ach, wszyscy chcą jakiegoś przełomu w ich relacji, wszyscy oprócz nich widzą jak wokół siebie krążą i są dla siebie stworzeni, ale przepraszam... nie. I nie, nawet prawdziwy pocałunek nie cofnie klątwy zapomnienia. Co dalej? Tragizm, tragizm i jedynie wspomniany przez ciebie prezent od Flammelów jako iskierka nadziei.

SchaMG - thank you, I promise Minerva will be powerfull again, but only in very last part of my whole series.

Elena - wow, jak pisałaś że wrócisz z ,,pustą głową" to nie spodziewałam się aż tak pięknych przemyśleń - dziękuję! Mam nadzieję, że będzie warto czekać aż Albus się dowie, bo to będzie wymagać dużo cierpliwości. Fajnie, że udało mi się przekazać przez tą kłótnię, jak oni na siebie działają, a na obronę Albusa powiem, że on oczywiście skupiając się na szerszym obrazie nie wpadł na to, jak opuszczona i samotna Min czuje się bez niego oraz jak Umbridge działa jej na nerwy. Severus... prawda, że to było genialne? Wiem co masz na myśli, wokół tej jednej sentencji zbudowałam pół tej sceny i oczywiście wrócimy do tego, tak samo jak damy Severusowi więcej ważnych momentów. Motylki...bardzo słodkie porównanie. Ale ja skupiłabym się na innym - że nie bez powodu patronusem Albusa jest feniks. ;) Tak samo ile potencjału w tym, że Min jest animagiem - bez tego ta scena z Gryfonami nie miałaby prawa bytu, a lubię ją, bo jak zauważyłaś, zacieśnia relacje Min ze Złotym Trio. Jak ci się podoba rozpacz Albusa z powodu ataku na Minerwę? Wiem, że Min jest już nieprzytomna dwa rozdziały, ale obudzi się w następnym!

Avenity - właśnie za to uwielbiam czytać Wasze komentarze, bo zwracajcie moją uwagę na rzeczy, których wcześniej nie widziałam. Tak jak w pierwszym tomie ten foreshadowing spadania był celowy i zamierzony, tak tutaj wcale nie! Chyba że podświadomie... bo pasuje idealnie. Nie mogłam się powstrzymać przed wpleceniem bliźniaków, bo to już praktycznie kanon że Min miała do nich podobną słabość co do Huncwotów. Kłótnie to elementy, przy opisywaniu których łatwo przesadzić, więc cieszę się, że ci się podobają. Snape oczywiście będzie miał coraz większą rolę w tym wszystkim. Co do tego, jak z tą kłótnią mierzą się Min i Albus to polecam czekać na ostatni rozdział tego tomu. Powiem też, że jest coś takiego w Waszych komentarzach, że powodują u mnie mnóstwo energii na cały dzień, więc czytam je sobie rano, po obudzeniu. ;)

diople33- piękne dzięki za wszystkie miłe słowa - co do smuteczku... będzie gorzej, dużo gorzej. Ale też z drugiej strony, pewien miłośnik kwaśnych cytrynowych dropsów mawiał, że miłość jest najpotężniejszą magią. A ta słodko-gorzka... tym bardziej.

Pewnie wyczuwacie, że zbliżamy się do końca ,,Była jego najdroższą" - ciekawi mnie co sądzicie o tym tomie jako całości, a może Wasze przemyślenia natchną mnie do szybszej edycji kolejnej części - przyznaję, ona nie jest tak dopracowana jak ta, a nawet nie jestem do końca zdecydowana co do tytułu.

Pozdrawiam, trzymajcie się,

Emeraldina