Ciemność. Czerń zasnuwała wszystko.

Minerwa McGonagall nie widziała nic, ale też nie czuła swoich powiek – nie była w stanie określić, czy jej oczy są otwarte. Wiedziała jednak, że skoro jej umysł ocknął się z letargu, logiczne było, że prędzej czy później zrobi to także ciało.

Czy aby na pewno?

Najpierw nie czuła zupełnie nic – tak jakby ktoś całkowicie wyssał z niej fizyczne siły. Nie to jednak było najgorsze – najstraszniejszy był fakt, że Minerwa nie czuła także swojej magii.

Tam, gdzie zawsze znajdowała się ogromna, pulsująca kula energii, za najpotężniejszymi murami kontroli, teraz była pustka. Ciemna, niepokojąca pustka. Zero mocy, do której obecności była przyzwyczajona od chwili narodzin, której nie wyczuwała tylko po najgorszych torturach Grindelwalda.

To odkrycie, że jakimś trafem oprócz wyzucia z fizycznych sił, została także pozbawiona magicznej mocy, nie na żarty przestraszyło świadomość Minerwy. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy tak właśnie nie wygląda umieranie. To byłoby konsekwentne – najpierw siły opuszczały ciało maga, potem tracił swoją magię. Czy ostatnim stadium było gaśnięcie umysłu?

Minerwa skupiła się na własnej świadomości. Najpierw spróbowała przywołać wspomnienie, jak w ogóle mogło dojść do tego wszystkiego.

Tak, już je znalazła. Noc, chyba dzień SUMÓW z astronomii. Umbridge i aurorzy, próbujący pojmać Hagrida. Ona, biegnąca przez błonia i wrzeszcząca ze wszystkich sił, by dali mu spokój. Bezbronna, bez różdżki, bez sił, by stworzyć odpowiednie bariery. Cztery czerwone promienie oszałamiaczy.

Ból.

Jak mogła pobiec tam bez wyciągniętej różdżki? Jak mogła tak łatwo dać się usunąć? Kto teraz chronił uczniów? Kto teraz mógł dbać o ich bezpieczeństwo, gdy Albus odszedł, a ona… tak żałośnie dała się pokonać… Miała tylko jeden rozkaz – nie opuszczać zamku. I bez względu na ostatnie kłótnie z Albusem, jej obowiązkiem było tkwić w Hogwarcie, jako ostatni bastion broniący niezależności szkoły. I co?

Zawiodła, jak zwykle. Jeśli Umbridge nie zniszczyła wszystkiego co dobre w uczniach, to pewnie Tom odkrył słabość szkoły… może teraz prowadził swój atak… może gdzieś tam jej biedni uczniowie zostali zmuszeni do stanięcia do walki ze śmierciożercami – lepiej wyszkolonymi , okrutnymi i bezwzględnymi. Może teraz Harry mierzył się z Voldemortem. A ona… powinna być przy nim, powinna mu pomóc…

Bezsilność i poczucie winy. Tak znajome uczucia, znów zalały jej umysł. Sprawiały jej ogromny ból. Minerwa powoli przestawała wierzyć, że ma jakiekolwiek powody do utrzymywania tej żałosnej egzystencji. Żywa, zawsze była niewiadomą, zawsze stwarzała ryzyko. Choć chyba nie teraz, gdy była zupełnie pozbawiona mocy. Ale może właśnie dlatego jej śmierć byłaby wybawieniem dla wszystkich – plany Albusa ziściłyby się bez przeszkód. Harry pokonałby Voldemorta.

W końcu, jakie ona miała powody, by dalej żyć? Nauczanie? Szkoła? Albus spokojnie znajdzie kogoś na jej miejsce. Może kogoś bardziej uległego i zadającego mniej prac domowych. Zakon? Jakim była żołnierzem, skoro jedynie tkwiła w bezpiecznym zamku? Harry? Miał Syriusza, a zresztą i tak była dla niego jedynie surową nauczycielką.

Dumbledore?

Tylko jej się bał. Powinna go uwolnić od tego strachu.

Tylko… ,,Ja cię potrzebuję. Bez ciebie…"

Umysł Minerwy rozbłysnął kolejną dawką bólu, gdy usłyszała słowa, wypowiedziane głosem Albusa. Oto jak się oszukiwała… oto jak kurczowo trzymała się życia… w gruncie rzeczy była tchórzem… nigdy nie zasługiwała na Gryffindor…

Ból, ból, ból. Martwe twarze ukochanych osób. Oskarżycielskie ostatnie słowa Albusa. Dziecko, które nigdy nie ujrzało nieba, tak błękitnego jak jego oczy….

Nagle Minerwa poczuła szarpnięcie. Ból, objawiający się czerwonym pulsowaniem w całym jej umyśle zniknął. A jednocześnie pustka jej twierdzy zbudowanej z murów kontroli zapełniła się magią.

Magiczna moc Minerwy wróciła. Widziała ją – błyszczącą kulę szarej energii. Minerwa zrozumiała, że oto znów dokonała tego, czego tak bał się w niej Albus – transmutowała czysty ból w moc. Moc, równie potężną co niszczycielską.

Zaczerpnęła odrobinę. W tym momencie zaczęła wyczuwać swoje ciało – wiedziała, że ta nieco brudna, paląca magia, porównywalna z gorzkim lekarstwem, powoli zaczyna krążyć w jej krwi. Wyczuwała, jak przelewa się w jej słabe ciało, jak dociera do jej mięśni, jak przepływa z głowy do stóp. Magia zmusiła jej serce do szybszego bicia, jej płuca do głębszych wdechów. Ból, który prawie doprowadził ją do szaleństwa, teraz został zmieniony w leczniczą moc, łagodzącą nieznośne pieczenie na piersi. To ten sam ból sprawiał, że powoli wracało jej czucie w dłoniach.

Nie wiedziała jak długo trwał proces odzyskiwania kontroli nad swoim ciałem. Nie miała pojęcia, ile czasu minęło odkąd wydawało jej się, że słyszy głos Albusa. Lecz w pewnym momencie odzyskała na tyle świadomość, by wyczuć, że ktoś ściska jej dłoń.

Zmusiła kolejną dawkę szarej magii do opuszczenia twierdzy kontroli. Stopniowo rozprzestrzeniała ją po całym ciele, a to, co zostało, wtłoczyła w swoje zmysły- musiała odkryć, gdzie się znajduje. Najpierw wróciła jej zdolność do wyczuwania magicznej aury.

Aurę Albusa rozpoznałaby wszędzie. Fakt, że był z nią, gdziekolwiek się znajdowała, na chwilę ją pocieszył. Ale zaraz pojawiło się uczucie strachu – wrócił jej słuch- była pewna, że słyszy szloch Albusa.

Czy to oznaczało, że… Harry?

Udało jej się lekko zacisnąć palce na dłoni przyjaciela. Szloch natychmiast ustał. Minerwa zrozumiała, że Albus musi jej się przyglądać, zastanawiając się, czy uczucie nacisku na dłoń było jedynie wytworem jego wyobraźni.

Musiała przymusić swoje struny głosowe do wydania dźwięku. Ostrożnie znów nabrała odrobinę magii.

- Al..bus. – wyszeptała. Ogromnym wysiłkiem otworzyła oczy.

- Minerwo!

Jej oczy zalała fala światła. Zacisnęła odruchowo powieki. A potem owionął ją zapach czekolady i cytryny. Zaraz też poczuła jak ktoś chwyta ją w objęcia. Mimo dziwnej radości z powrotu, natychmiast poczuła ból, promieniujący w całej klatce piersiowej. Nie zdołała powstrzymać jęku.

- Przepraszam, przepraszam…

- Obudziła się?

- Profesorze?

Ktoś ją wypuścił. Opadła na coś miękkiego. Usłyszała czyjeś kroki, czyjeś zaciekawione i zaniepokojone głosy. Lecz nie miała już sił, by utrzymywać się w pełnej przytomności. Jej organizm zwalniał…

- Nie, Minerwo, nie odpływaj!

- Profesorze, ona nie ma siły, musi nabrać energii.

- Już była przytomna!

- Tak, ale to mogło być zbyt wiele, jak na pierwszy raz. Proszę dać jej trochę czasu.

Minerwa miała ochotę się roześmiać, ale nie miała na to sił. Czas. Tego mieli pod dostatkiem… tyle lat… tyle pozbawionych większego znaczenia wspólnie spędzonych chwil… a jednak… tyle tajemnic, których nie zdążyli sobie wyjawić…

Bardzo długo walczyła ze samą sobą, by znów nie odpłynąć, by pozostać choć w jakimś ułamku świadomą. Czuła, jak ktoś odkrywa jej słabe ciało, jak ktoś delikatnie bada to piekące miejsce na piersi… Czuła, jak ktoś ociera jej suchą i zimną twarz. Słyszała jakieś słowa, ale nie miała sił, by przypisywać im znaczenie. Nade wszystko zaś czuła silny i kojący uścisk na swojej dłoni.

Przez cały ten czas, Albus nie wypuszczał jej ręki.

Nabierała energii. Powoli, małymi etapami, jednocześnie nie pozwalając swojemu umysłowi na odpłynięcie od powierzchni. Miała na tyle świadomości, by czuć obecność Albusa, a także wchodzących i wychodzących magów. Rozum podpowiadał jej, że byli uzdrowicielami, zatem zapewne musiała znajdować się w św. Mungu. Co z kolei oznaczało, że musiało być z nią bardzo źle, skoro Poppy jej nie pomogła.

O ile, oczywiście, Hogwart nadal stał.

W jej głowie kłębiły się setki pytań, ale przez długi czas miała wrażenie, że jest zbyt słaba, by je zadać, ba, nawet zbyt słaba, by spojrzeć Albusowi w oczy. Straszliwie go zawiodła. A jeśli cokolwiek wydarzyło się w Hogwarcie podczas gdy ona była nieprzytomna… to była jej wina.

Nawet, gdy już zbierała siły i odwagę, by otworzyć oczy, rezygnowała – jakaś część jej nie chciała wiedzieć – wolała sobie wmawiać, że nie zniesie prawdy. Ból, jaki odczuwała, wewnętrzne rozdarcie, to tylko nasiliło się, gdy ruch w pomieszczeniu ustał, a ona usłyszała cichy szloch.

Albus nie szlochałby, gdyby nie wydarzyło się coś strasznego.

Ta myśl tak ją przeraziła, że Minerwa z powrotem osunęła się w otchłań bólu, jaką stanowił jej umysł.

Dlaczego, dlaczego nie mogła po prostu odejść? Udać się tam, gdzie… gdzie nikt na nią nie czekałby z otwartymi ramionami- gdzie znalazłaby tylko oskarżycielskie twarze ludzi, których zawiodła. Rodziców, zawiedzionych hańbą, jaką przyniosła swojemu nazwisku. Babkę, której grobu nie ochroniła przez zbezczeszczeniem przez Voldemorta. Członków Zakonu, który poświęcali siebie, gdy ona tkwiła w Hogwacie. Tysiące czarodziejów i czarownic, których nie uratowała przed okrutną śmiercią w grocie.

Ariany Theresy by tam nie znalazła, prawda?

Minerwa otworzyła oczy. Zrobiła to nagle, nie zastanawiając się nad niczym. Choć brakowało jej okularów, szybko zorientowała się, że znajduje się w jednej z sal szpitala św. Munga, tak jak podejrzewała. Panował półmrok- musiała być już noc. Do tego wniosku prowadził też widok śpiącego u jej boku czarodzieja.

Albus pół siedział, pół leżał – jego twarz spoczywała na białej pościeli u jej boku – jego srebrzystobiałe włosy zlewały się z kołdrą, a dziwnie stonowane, błękitne szaty zlewały się z tłem. Minerwa nie chciała go budzić, a jednak nie mogła powstrzymać odruchu pogładzenia go po włosach. Były dziwnie suche – znak, że musiał myć je i suszyć zaklęciem. Zmarszczyła czoło – dyrektor chyba nie siedział tu kilka dni?

Westchnęła i to obudziło maga. Szybko cofnęła rękę, gdy on poderwał głowę. Ich spojrzenia spotkały się.

- Obudziłaś się. – w jego głosie była ulga, której Minerwa nie spodziewała się usłyszeć. Czarodziej na chwilę przerwał kontakt wzrokowy, by spojrzeć na drzwi. Ścisnęła mocniej jego dłoń – on nie wypuścił jej ręki ani na chwilę. Pokręciła głową.

- Nie będę ich wołać, jeśli nie chcesz. – rzekł, rozumiejąc, o co jej chodzi.

- Jak długo? – wychrypiała – jej gardło suche i piekące.

- Dwa dni. Najdroższa… tak się bałem… - wyszeptał Albus.

Minerwa otworzyła szeroko oczy. Przecież gdy wiedzieli się ostatni raz, groziła mu śmiercią! Jakim cudem teraz z ,,jego drogiej", awansowała na ,,najdroższą"?

- Wiem. To moja wina. Nie powinienem był opuszczać Hogwartu, nie powinienem był zostawiać cię samej… Na Merlina… nie wybaczyłbym sobie, gdyby… - głos Albusa załamywał się, a w jego oczach błyszczały łzy.

Leżąca nieruchomo czarownica nie wierzyła własnym uszom. Jak on mógł obwiniać siebie? Przecież to ona zawiodła, ona nie wykonała jednego, o co ją prosił, ona dała się zaskoczyć bez różdżki w ręce! O czym on mówił?

Chyba naprawdę musiało wydarzyć się coś strasznego. Minerwa zadrżała… Albus nie obwiniałby siebie, gdyby po prostu chodziło o nią. Nie, coś musiało wejść w drogę jego wielkich planów…

- Hogwart? – zapytała, ignorując jego słowa. Musiała wiedzieć. Przecież widziała smutek w jego oczach.

- Niczym się nie przejmuj… - rzekł Albus.

Ścisnęła mocniej jego dłoń i zmrużyła oczy. Wiedziała, że Albus nie będzie w stanie wytrzymać jej zdeterminowanego spojrzenia.

- Co się stało? – tym razem jej głos zabrzmiał bardziej pewnie. Dumbledore spuścił głowę. Milczał. Minerwa uniosła się nieco na poduszkach, ignorując spazm bólu, który przeszedł przez całe jej ciało.

- Albusie? – ponagliła go.

Wreszcie jej przyjaciel wziął głęboki wdech i zaczął mówić. Opowiedział jej o ucieczce Hagrida, o pułapce zastawionej przez Voldemorta, o zdradzie Stworka, o rozprawieniu się z Umbridge, o wyprawie Harry'ego i piątki innych uczniów do ministerstwa, o utracie przepowiedni… wreszcie…

- Bellatriks Lestrange zabiła Syriusza Blacka. – rzekł Albus, a jego oczy znów zalśniły.

- Nie. – Minerwa zacisnęła powieki.

To nie mogła być prawda. Nie Syriusz. Nie, kiedy dopiero go odzyskali. Syriusz, najbardziej arogancki z Blacków; Huncwot, do którego miała taką słabość. Syriusz, jeden z jej ulubionych uczniów; chłopiec, którego uczyła transmutacji, walki, odwagi i szlachetności. Mężczyzna, który bez wahania walczył za Zakon, który nigdy nie wahał się ryzykować życiem za słuszną sprawę. Animag, zdolny czarodziej, jeden z najlepiej wyszkolonych. Zabity z ręki swej własnej kuzynki.

- Harry? – spytała. Bała się – chłopiec musiał być zdruzgotany – miał jedynie rok na poznanie swojego ojca chrzestnego, już wierzył, że oto ma choć małą namiastkę rodziny… a teraz nawet to zostało mu brutalnie odebrane…

- Był wściekły. Chciał potraktować Bellatriks klątwą Cruciatus. – wyznał Albus. Minerwa przymknęła oczy – Harry był dobrym chłopcem, a jeśli chciał naprawdę użyć tego zaklęcia, to śmierć Syriusza była dla niego większym wstrząsem, niż można by się spodziewać. By rzucić ten czar, z pełną świadomością… trzeba było naprawdę tego chcieć. Im większa była nienawiść rzucającego, tym większy był ból ofiary. Minerwa wiedziała to, z własnych doświadczeń.

- I co? – mocniej ścisnęła dłoń Albusa.

- Pojawił się Tom. Musiałem stanąć z nim do walki… i ostatecznie wycofał się… lecz tylko po to, by zaatakować umysł Harry'ego. Harry wyparł go ze swojego umysłu, ale to go wiele kosztowało… Knot zdążył akurat na czas, by zobaczyć Voldemorta. Od teraz ministerstwo porzuca dotychczasową linię działania. Uczniowie wrócili do Hogwartu, Poppy się nimi zajmuje. Nimfadora trafiła tutaj, ale jej obrażenia nie są poważne. Jedynie… jedynie Syriusz poległ. – Albus mówił cicho, z trudem.

- Harry… jak on sobie radzi? – myśli Minerwy natychmiast powędrowały ku ciemnowłosemu chłopcu.

- Nie najlepiej. Zdemolował mi pół gabinetu- ale to i tak niezbyt wiele. Zasłużyłem na coś o wiele gorszego, w końcu to wszystko jest moją winą. Miałaś rację i gdybym ciebie posłuchał, Syriusz może wciąż by żył. Harry ma wszelkie prawo być na mnie wściekły. – Albus tym razem szybko wyrzucał z siebie słowa.

- Nie mów tak. To Bellatriks zabiła Syriusza, to nie twoja wina. Harry wybaczy ci, musisz tylko dać mu trochę czasu… - Minerwa prostym gestem dłoni otarła samotną łzę na policzku Albusa.

- Powiedziałem mu o przepowiedni… - wyznał mag, nieśmiało patrząc jej w oczy.

Minerwa przymknęła oczy. Jeśli ona była wściekła, że Albus zataił przed nią prawdę o tej wizji przyszłości, to jak mógł zareagować Harry, którego całe życie było podporządkowane tym kilku zdaniom wypowiedzianym przez Sybillę Trelawney w tamtą pechową noc?

- Jestem starym głupcem… prawie straciłem was… ciebie i Harry'ego… zawiodłem was…- Albus ukrył twarz w dłoniach, puszczając dłoń Minerwy.

Czarownica wyciągnęła dłoń i delikatnie pogłaskała go po srebrnej głowie, mówiąc:

- Nie obwiniaj się, Albusie. Przeżyłam. Harry nadal ma matkę chrzestną.

Albus znów uniósł głowę. Ona uniosła wyżej swoją. Teraz już wiedziała, dlaczego nie mogła tak po prostu odejść. Harry jej potrzebował. Teraz, gdy stracił Syriusza, oprócz mugolskiej siostry Lily tylko ona, Minerwa, pozostawała z nim złączona prastarą magią, odprawianą przy chrzcie.

- Nie możesz mu tego zdradzić. Słyszałaś o snach Toma. I bez wiedzy Voldemorta o więzi łączącej cię z Harrym, jesteś z ogromnym niebezpieczeństwie. – oznajmił kategorycznie Albus.

- Niebezpieczeństwie? Albusie, popatrz na mnie! Jestem starą, zmęczoną wiedźmą, bez ani grama mocy w moim zniszczonym organizmie. Dziewczyny, której pragnie Tom, nie ma już dawno! Teraz jedyne, co mogę zrobić, to ulżyć Harry'emu w jego cierpieniu, to jest mój obowiązek, jako matki chrzestnej! – Minerwa skrzywiła się, gdy podniesienie głosu spowodowało pulsujący ból w jej głowie.

- Patrzę na ciebie od dobrych kilku godzin. I jesteś najsilniejszą czarownicą, jaką poznałem. Minerwo, Harry właśnie stracił ojca chrzestnego, bo Voldemort wie, że najbardziej rani mordowanie najbliższych. Gdybyś zdradziła mu prawdę, a potem gdyby coś ci się stało… on nie przetrwałby tego po raz drugi.

Minerwa zastanowiła się nad słowami przyjaciela. Miał rację. Oczywiście że tak. Jakkolwiek buntowało się przeciw temu jej serce, jej umysł już to wiedział. Jej przeznaczeniem było umrzeć, by pomóc Harry'emu pokonać Voldemorta. Teraz przeżyła, ale tylko po to, by poświęcić się potem. Harry… nie wypełni swojego przeznaczenia, jeśli jej śmierć go złamie. Nie, musiała zachować dystans. Musiała chronić go z ukrycia, kochać z oddali. Musiała przekonująco grać rolę surowej profesor McGonagall. Tylko to gwarantowało końcowy sukces i koniec wojny.

- Rozumiem. – mruknęła.

- Minnie… tak mi przykro. – Albus delikatnie ujął jej dłoń i pocałował. Minerwa poczuła ciepły dreszcz przebiegający przez całe ciało. A zaraz potem zrobiło się jej czerwono przed oczami. Syknęła, gdy jej klatkę piersiową przeszył ból.

- Co się dzieje? – zapytał przerażony Albus.

Minerwa nie miała sił, by odpowiedzieć, jedynie drżącymi rękami odsunęła kołdrę i sięgnęła dłońmi do piersi.

- Sprowadzę uzdrowicieli. – rzekł Albus i wybiegł z sali. Minerwa zacisnęła zęby, by za wszelką cenę nie wydać z siebie jęku bólu. Po chwili usłyszała tupot stóp i przez zmrużone z bólu powieki zobaczyła wbiegających ludzi w uzdrowicielskich szatach.

- Profesorze, proszę wyjść. – odezwał się jakiś męski głos. Minerwa poczuła jak czyjeś ręce odwijają warstwy materiału, którym okryto jej pierś. Zacisnęła mocniej zęby – nie mogła krzyczeć, nie mogła martwić Albusa, choć dawno nie czuła bólu w tak fizycznej postaci.

Otworzyła oczy akurat w porę, by zobaczyć cztery czarne, krzyżujące się pręgi na wysokości mostka.

- Macie maści? Dobrze. Trzeba podać jej coś przeciwbólowego i nasennego. – autorytarny głos należał do uzdrowiciela w okularach.

Czyjeś drobne dłonie zaczęły smarować czarne rany zimną maścią. To wywoływało chwilowy ból, ale potem zimno maści zadziałało kojąco. Minerwa westchnęła, a zaraz potem ktoś podsunął jej do ust puchar z znajomą, mętną cieczą.

- Nie. – odsunęła puchar od siebie.

Zrozumiała, że za wszelką cenę nie może zasnąć. Znajdowała się w szpitalu, z dziesiątkami magów wokół, z dala od czarów Hogwartu. Nie mogła pozwolić, by ktokolwiek zobaczył jak zwija się z bólu we śnie, jak rani sama siebie, byle tylko obudzić się z koszmaru groty. Nikt nie mógł się dowiedzieć.

Musiała zmusić swój organizm do czuwania. O ile mikstury nasenne na nią nie działały, była zbyt osłabiona, by ryzykować.

- Proszę to wypić, madame, przyniesie pani sen. – odezwał się asystent uzdrowiciela.

- Jestem uczulona. – wycharczała, bez wahania posuwając się do kłamstwa.

Przełożony uzdrowicieli uniósł brwi ze zdumieniem, ale potem wzruszył ramionami i machnął ręką do asystenta. Minerwa zmusiła się do chwycenia go za nadgarstek.

- Jak długo tu zostanę? – zapytała.

- Z tak rozległymi obrażeniami powinna pani spędzić tu co najmniej dwa tygodnie, pani profesor. – odpowiedział uzdrowiciel.

- Trzy dni i mnie wypiszesz. – rozkazała Minerwa.

- Madame, została pani ogłuszona czterema oszałamiaczami! Przecież nawet teraz każdy oddech musi być bolesny! – oburzył się mag.

- Nic mi nie będzie. McGonagallowie są wykuci z twardszej materii niż reszta. Chcę wrócić do Hogwartu za trzy dni. I zmuś Dumbledore'a, by wrócił do zamku i odpoczął trochę. Jak długo tu tkwi? – Minerwa utkwiła harde spojrzenie w drzwiach, wiedząc, że za nimi nerwowo krąży Albus.

- Jakieś dwanaście godzin. Ani na chwilę nie chciał pani opuścić. – wyjaśnił uzdrowiciel.

- Lepiej dajcie jemu tę miksturę. – mruknęła Minerwa, wskazując podbródkiem na puchar z miksturą nasenną, nadal trzymany przez asystenta.

Przez jakiś kwadrans uzdrowiciele kręcili się wokół niej, ale przestała zwracać na nich uwagę. Teraz jej najważniejszym zadaniem było powstrzymanie snu. Musiała przetrwać bez niego trzy dni. Bez snu, nawet tego nękanego koszmarami i bez fizycznych sił, Minerwa wiedziała, że to karkołomne zadanie. Ale musiała sobie z tym poradzić – potem, gdy już wróci do Hogwartu, wszystko powoli się unormuje, taką miała nadzieję.

Czuwała więc, zamykając oczy tylko, gdy uzdrowiciele zaglądali, by sprawdzić jej stan. Czuwała, ignorując pulsujący ból w klatce piersiowej. Czuwała, myśląc o Syriuszu Blacku, jej niesfornym Huncwocie, i o Harrym Potterze, który stracił niedawno odzyskanego ojca chrzestnego.

Według jej szacunków musiała być siódma rano, gdy uzdrowiciele przyszli sprawdzić jej rany i ogólny stan. Minerwa nawet nie usiłowała z nimi rozmawiać, z obojętną miną pozwalała im na zbadanie jej. Uparcie ignorowała ich zdumione miny, gdy oglądali inne blizny, znaczące jej skórę. Nie wiedziała, czy nie pytają ze strachu, czy z też wolą nie znać odpowiedzi.

Po tych wszystkich zabiegach wmusili w nią jakieś śniadanie, ale Minerwa tak naprawdę nie czuła głodu. Jej organizm póki co dobrze znosił brak snu, ale nie mogła się czarować, że ten stan potrwa przez cały okres jej pobytu w szpitalu. Wiedziała też, że nie może ciągle zamieniać magicznej mocy na energię potrzebną do normalnego funkcjonowania.

Po śniadaniu Albus przyszedł ją odwiedzić. Minerwa bardzo dzielnie maskowała brak snu.

- Jak się czujesz? – zapytał czarodziej.

- Dużo lepiej, dziękuję.

- Podobno już rozkazałaś przygotować wypis na pojutrze. – Albus wyraźnie się martwił.

- W Hogwarcie prędzej wrócę do zdrowia. Poza tym, tęsknię za zamkiem. – wyznała.

- Minerwo… jest jedna sprawa… - zaczął Albus, nerwowo zacierając ręce.

- Tak? Mów śmiało. – zachęciła go.

- Jest tu ktoś, kto bardzo chciał się z tobą zobaczyć. Oczywiście, jeśli jesteś zmęczona, albo nie masz ochoty na odwiedziny… - wyjaśnił dyrektor.

- Nie, proszę, poproś tego kogoś. – Minerwa zdecydowała natychmiast. Albus machnął ręką w kierunku drzwi. Te otworzyły się, ukazując stojącego w progu Harry'ego Pottera.

Chłopiec cofnął się o krok, a na jego twarzy pojawił się szok. Minerwa zrozumiała, że nie spodziewał się zobaczyć jej przykutej do łóżka, z nieuczesanymi włosami i poszarzałą twarzą. Uniosła lekko rękę w zachęcającym geście, ignorując ból, jaki spowodował ten ruch.

- Harry… - rzekła i chyba jej łagodny ton przekonał Pottera do zbliżenia się. Albus zwolnił krzesło i powiedział:

- Zostawię was.

Gryfon jakby odruchowo opadł na wolne miejsce, ale na jego twarzy wciąż malował się szok.

- Pani profesor… ja… nie wiedziałem, że… - zaczął niezdarnie, ale Minerwa przerwała mu.

- Potter, to tylko zaklęcia oszałamiające. Nic, z czym bym sobie nie poradziła, choć oczywiście doceniam twoją troskę. – naturalnie była zła na siebie, za ostry ton, ale przecież z tym chłopcem i tak już łączyło ją zbyt wiele magicznych powiązań, by dokładać te emocjonalne.

- To było bardzo odważne, jak pobiegła pani bronić Hagrida. – rzekł Harry.

- Same chęci może były dobre, ale założenie, że cywilizowani urzędnicy ministerstwa nie posłużą się magią było błędne. Pamiętaj Potter, miejsce różdżki jest w dłoni. – Minerwa uniosła lewą dłoń, w której dzierżyła swoją różdżkę. Szmaragdy na rączce zalśniły lekko.

- Wszyscy w Hogwarcie bardzo się o panią martwiliśmy. Mam kartki od innych. – Harry niezdarnie wyciągnął z torby gruby plik listów i kartek.

- Połóż je na stoliku, to bardzo miłe, przyjemniej nie będę się tutaj tak nudzić. – Minerwa po raz pierwszy poczuła ciepło rozlewające się w okolicach serca, a nie zwyczajowy ból.

- Pani profesor, pani wie co się działo…- Harry spojrzał poważnie na Minerwę. Ona już wiedziała, jaki temat chce poruszyć uczeń.

- Wiem. O Umbridge, ministerstwie, Voldemorcie i …Syriuszu. Bardzo mi przykro, Harry. – Minerwa ostrożnie uścisnęła jego dłoń. Gdy chłopiec uniósł głowę, zobaczyła łzy w jego oczach.

- To moja wina, pani profesor. Dałem się złapać w pułapkę, choć miałem bronić swój umysł przed tymi wizjami… Gdybym poczekał, gdybym skontaktował się z kimś z Zakonu, może Syriusz… - Harry mówił szybko, jakby każde słowo powstrzymywało jego łzy.

- Nie wolno ci tak nawet myśleć, Harry. Syriusz zginął z ręki Bellatriks Lestrange – tylko ona jest odpowiedzialna za jego śmierć. – rzekła surowo Minerwa, choć jakaś część jej umysłu szeptała, że przecież sama w to nie wierzy, że okłamuje i Pottera i siebie.

- Chciałem ją zabić. Rzuciłem na nią klątwę Cruciatus. – wyznał Harry, drżąc. Minerwa mocniej ścisnęła jego dłoń.

- To bardzo potężne zaklęcie. Wymaga wiele nie tylko od ofiary, ale i od rzucającego. W twoim przypadku jednak nie zadziałało jak należy, mam rację? – spytała cicho Minerwa. Na twarzy Harry'ego pojawiło się zdumienie.

- Skąd pani wie? …Zatem to prawda, że trzeba tego mocno, mocno chcieć? – spytał, wyraźnie zagubiony.

- Tak, ale trzeba też mieć wystarczającą ilość mocy i trzeba czerpać przyjemność z cierpienia ofiary. – odpowiedziała Minerwa. Przez moment przemknęła jej przed oczami usatysfakcjonowana, przystojna twarz Grindelwalda.

- Jej cierpienie nie wróciłoby Syriusza. – rzekł zamyślony Harry.

- Otóż to. – Minerwa pokiwała głową.

- Syriusz… żałuję, że mieliśmy tak mało czasu. – wyznał chłopiec.

Minerwa poprawiła się na poduszkach. Może nie mogła przywiązywać Harry'ego do siebie, może nie mogła być dla niego tym, kim był Syriusz, ale miała coś, czym mogła się z nim podzielić, coś, co mogło pomóc mu przejść żałobę.

Miała setki wspomnień związanych z Syriuszem. Nie wypuszczając ciepłej dłoni Harry'ego, Minerwa zaczęła opowiadać – o chłopcu, który ku zdumieniu wszystkich trafił do jej domu, o wiernym przyjacielu, który stał się animagiem by wesprzeć Remusa, o niesfornym uczniu, którego żarty zawsze poprawiały jej humor, o odważnym i zapalczywym mężczyźnie, którego kochała jak syna.

Nie wiedziała, ile czasu rozmawiała z Harrym, ale nie zważała ani na upływające minuty, ani na nieustępujący ból w klatce piersiowej, ani na narastającą senność. Liczyło się jedynie to, że Harry potrzebował jej wspomnień, że z każdym jej słowem, które jakby spijał zasłuchany, smutek w jego oczach nieco się pomniejszał. Oczywiście nie łudziła się, że Harry szybko upora się ze śmiercią Syriusza. Pamiętała swoją własną, trwającą lata w ukryciu żałobę po rodzicach. Nie, Harry jeszcze długo będzie odczuwał pustkę na myśl o ojcu chrzestnym. Lecz dzięki sile więzi, jaka połączyła go z Syriuszem, wzmocnionej wspomnieniami od Minerwy, Harry nigdy nie zapomni o magu, który dla Minerwy już był uosobieniem jednego słowa : przyjaźń.

Ich rozmowę przerwało ponowne pojawienie się Albusa. Dyrektor posłał jej jeden ze swoich enigmatycznych uśmiechów, gdy Harry poderwał się z krzesła:

- Przepraszam, pani profesor, ja tu panią zamęczam, a pani powinna odpoczywać. – wymamrotał Harry.

- Skądże, Potter. Bardzo się cieszę, że mnie odwiedziłeś. – odpowiedziała Minerwa, ignorując uniesione brwi Albusa. Mogła udawać, by Harry nie przywiązał się do niej, ale to nie zmieniało faktu, że ona już czuła się przywiązana do niego.

- Szybkiego powrotu do zdrowia, pani profesor. I dziękuję. – Harry uścisnął jej dłoń, a jego oczy zalśniły lekko.

- Nie ma za co. Do zobaczenia, Harry.

Albus bez słowa wręczył chłopcu pustą puszkę po piernikowych traszkach. Po chwili świstoklik zaświecił na niebiesko, a potem Harry zniknął. Minerwa westchnęła.

- Bardzo mu pomogłaś. – rzekł Albus, siadając obok.

- To i tak niewiele. Śmierć Syriusza, przepowiednia… Harry jest silniejszy niż większość jego rówieśników. – zauważyła Minerwa.

- Kiedyś się zastanawiałem… - zaczął Albus, a potem urwał i zapatrzył się w okno.

- Tak? – Minerwa uniosła pytająco brwi.

- Zastanawiałem się, jak bardzo Harry będzie różnił się od innych dzieci. Bez rodziców, wychowany przez raczej nieprzyjaznych mugoli, nieświadomy swojej roli, a potem nagle wrzucony na głęboką wodę, pełną meandrów wyobrażeń i oczekiwań. Gdy go zobaczyłem, jak wprowadziłaś jego rocznik do Wielkiej Sali, ujrzałem po prostu dobrego, nieco przytłoczonego nową sytuacją chłopca. Teraz to prawie mężczyzna i nie mógłbym być z niego bardziej dumny. Nadal jednak nie wiem, czy jego szlachetność jest cechą wewnętrzną, czy nabył ją w Hogwarcie.

- Hogwart na każdego wywiera wpływ, większy lub mniejszy. Dla Harry'ego stał się domem. To w zamku nauczył się kontrolować magię, to tam zyskał przyjaciół, którzy skoczyliby za nim w ogień. – wyjaśniła Minerwa.

- Ma także ciebie, jako cichego anioła stróża. – rzucił Albus. Potem odwrócił wzrok.

- Nie jest łatwo go strzec, gdy ograniczasz mi do niego dostęp. – odpowiedziała.

- Przecież wiesz dlaczego.

- Wiem. – odparła, a potem odwróciła głowę, sygnalizując rozmowę za zakończoną. Albus pokręcił głową, widziała to kątem oka.

- Wracam do Hogwartu. Spodziewaj się wieczorem Poppy, bardzo się o ciebie martwiła, zresztą jak wszyscy nauczyciele. – rzekł.

- Snape też? – wypaliła z niedowierzaniem, żałując tego, gdy zobaczyła zdumienie na twarzy Albusa. Nie wiedział, skąd to pytanie - a ono brało się z wyczuwania słabego echa aury Severusa w powietrzu.

- Severus jako pierwszy pobiegł ci na pomoc i przeniósł cię do skrzydła szpitalnego. – odpowiedział obojętnym tonem Albus. Minerwa wyczuła, że chciał powiedzieć coś jeszcze, ale się powstrzymał. Ona sama poczuła się okropnie – oczywiście, że Snape martwił się o nią – był wierny Zakonowi, Albusowi. Poza tym, chyba jednak łączyła ich pewna nić porozumienia, przynajmniej ona zaczynała w to wierzyć.

- Podziękuj mu ode mnie, dobrze? – poprosiła, zawstydzona swoim pytaniem.

- Oczywiście. Do zobaczenia. – Albus uśmiechnął się słabo i wyszedł.

Minerwa skrzywiła się. Czekało ją teraz wiele godzin walki ze snem.