31. PUŁAPKA
Piątek nadszedł wyjątkowo szybko. Aż za szybko jak na gust Harry'ego. Jeszcze parę chwil temu pisał esej na transmutację, a teraz nagle... to. Jutro miało wszystko się wyjaśnić. W tę lub inną stronę. Przez Snape'a Voldemort dowiedział się, że Harry będzie bez ochrony Dumbledore'a na Grimmauld Place (cokolwiek Draco wymyślił, chwała mu). Mieli gotowy eliksir, a Remus uznał, że ich wspólne czary osiągnęły na tyle wysoki poziom, że mogli razem walczyć. Zakon miał zostać zwołany w ostatniej chwili, jak uznali, żeby nikt nie próbował powstrzymać Harry'ego – szczególnie Dumbledore.
Był też pozytyw. Mały, ale jednak. Ron i Hermiona się do niego zaczęli odzywać, co najwidoczniej zabolało Ginny tak bardzo, że ostentacyjnie komentowała ich zgodę przy stole Gryffindoru. To wywołało oczywiście nową falę plotek, wedle których Harry znów był singlem.
Wtedy właśnie, przy śniadaniu, dostał kulturalną notkę od Dumbledore'a, aby po zjedzeniu pojawił się w jego gabinecie. To nie mogło wróżyć niczego dobrego.
Pojawił się przed gargulcem zgodnie z prośbą dyrektora, denerwując się. Nie wiedział, czemu dyrektor go zaprosił. Może miał zamiar poinformować Harry'ego, że jego ślub odbędzie się szybciej, niż zaplanowali pierwotnie? Może chodziło o wybadanie jego obecnych stosunków z Ronem i Hermioną? Jeśli chodziło o Dumbledore'a, możliwości było tak wiele, iż potrzebowałby konsultacji z Remusem, żeby wymyślić choć połowę z nich.
Dumbledore osobiście wyszedł z gabinetu, żeby zaprowadzić Harry'ego do środka. Nawet nie próbował się przywitać dobrotliwie; obserwował Harry'ego uważnie, gdy wspinali się po schodach. Wyraz twarzy dyrektora pozostawał nieprzenikniony.
Dotarli do gabinetu, tam również nie padło żadne słowo. Harry, wciąż zdenerwowany, postanowił wykazać się determinacją i nie odezwać pierwszy, chociaż cholernie go kusiło. To Dumbledore, usiadłszy za biurkiem, przerwał milczenie:
– Wiem, co sobie zaplanowałeś.
W umyśle Harry'ego zawrzało. Starał się nie pokazać po sobie, że słowa dyrektora w ogóle go ruszyły, choć myśli goniły się wzajemnie. Zastanawiał się, na ile była to prawda, a na ile prowokacja, żeby cokolwiek z niego wyciągnąć. Wiedział przecież, jakim paskudnym manipulantem Dumbledore był, zatem Harry był gotów uwierzyć, iż mógłby się posunąć do zgrywania wszystkowiedzącego. Poza tym wątpił, aby Remus, Draco lub Snape cokolwiek wygadali. Ale co, jeśli Ron lub Hermiona...?
– Nie musisz udawać, mój chłopcze – mówił dyrektor, uśmiechając się sztucznie. – Zdaję sobie sprawę, jak wygląda sytuacja. Nie wiem wyłącznie, czemu chcesz ściągnąć Voldemorta na Grimmauld Place. – Niebieskie oczy zwęziły się. – Czemu akurat tam?
Siedział jak skamieniały. Dumbledore naprawdę wiedział. Zapewne o wszystkim, sądząc po nagłym tryumfalnym uśmiechu, który zagościł na jego twarzy.
Mierzyli się na spojrzenia. Harry miał wrażenie, że czas stanął w miejscu. Zaczęło mu się kręcić w głowie ze stresu, którego wciąż próbował nie okazać. Zaciskał dłonie na podłokietnikach fotela tak mocno, że aż pobielały mu kłykcie. Wiedział, że był na przegranej pozycji. Dumbledore w ostatniej chwili, w przeddzień spełnienia planu, miał zamiar zniszczyć wszystko, co osiągnął wspólnie z Draco, Remusem i Snape'em. Szlag by go!
To Dumbledore ostatecznie urwał kontakt wzrokowy, a potem wstał, wzdychając ostentacyjnie.
– Harry, Harry, Harry... Powiedz mi, mój chłopcze, czemu nie chciałeś ze mną współpracować? Wszystko byłoby łatwiejsze.
– Nieprawda! – wybuchł w końcu Harry, wyrzucając z siebie złość. – Manipuluje pan wszystkimi dookoła, byle tylko osiągnąć swój cel!
Dumbledore uśmiechnął się kącikami ust.
– Słuszna uwaga, mój chłopcze. Szkoda, że nikt by ci nie uwierzył... – Zamyślił się.
– Już mi wierzą! – warknął nieostrożnie Harry.
Dyrektor uniósł brwi.
– Och, czyżby? – Fawkes wydał z siebie skrzekliwy dźwięk. Coś się święciło. – Proszę, wejdźcie!
Do gabinetu weszli państwo Weasley. Nie przypominali kochających rodziców Rona, których Harry zapamiętał z pierwszej wizyty. Artur Weasley obejmował żonę, nie patrząc na Harry'ego, zaś Molly nie szczędziła mu pełnych żalu i gniewu spojrzeń. To byli ludzie całkowicie zmanipulowani przez Dumbledore'a. Ludzie, którzy, w pełnym zaufaniu do niego, pozwolili się wplątać w tę żałosną intrygę.
– Molly, Arturze – przywitał ich ciepłym głosem Dumbledore. – Jak wiecie, niestety, nasz Harry próbował postawić się naszym staraniom, aby był bezpieczny. Co więcej, nawiązał przyjaźń z groźnym Śmierciożercą. Nie zdaje sobie sprawy, co robi. – Zatroskane cmoknięcie ze strony Dumbledore'a Harry miał ochotę skwitować pogardliwym prychnięciem. Ledwo się powstrzymał. – Pozwólcie zatem, że was zostawię. Może wam powie, czemu to zrobił. – Po chwili opuścił gabinet.
Harry został sam na sam z państwem Weasley. Miał ochotę wrzeszczeć, lecz ograniczył się do zgrzytania zębami ze złości. Nie ruszył się jednak z miejsca, wątpiąc, by Weasleyowie go przepuścili.
Kątem oka obserwował, jak powoli ruszyli się z miejsca, po czym stanęli za biurkiem. Molly zajęła miejsce Dumbledore'a, zaś Artur oparł się o blat, pochylając w stronę Harry'ego. Mierzyli się spojrzeniami, atmosfera robiła się coraz bardziej napięta.
– Dlaczego nam to zrobiłeś? – zapytała szeptem pani Weasley. – Chcieliśmy cię chronić, a ty... Skrzywdziłeś Ginny, skrzywdziłeś nas, zdradziłeś! – zarzuciła mu, brzmiąc na załamaną.
Pan Weasley pogłaskał ją po ramieniu.
– Może w tajemnicy chcesz być jak on, co? – dodał swoje Artur.
Harry aż prychnął. Wiedział, o którym „nim" mówił mężczyzna.
– Mam chcieć być jak ktoś, kto zamordował moich rodziców? – zakpił.
– A chcesz?!
– Nie chcę! – również się uniósł. – Ale nie będę też marionetką w cudzych rękach! Jak w ogóle mogliście się zgodzić na to durne małżeństwo?!
– Zrobiliśmy to dla twojego dobra! Chcemy cię chronić! – zagrzmiał pan Weasley. Harry nigdy się tego po nim nie spodziewał; znał go jako najłagodniejszego z czarodziei, który zawsze stawał ponad wszelkie obelgi oraz zniewagi.
Harry aż dyszał ze złości. Nie mógł uwierzyć, że Weasleyowie byli tak bardzo zaślepieni przez słodkie słówka tego kłamcy, Dumbledore'a. Brzmieli, jakby w ogóle się nie zastanowili nad tym, co dyrektor im powiedział; zwyczajnie ślepo wierzyli mu na słowo jako jednemu z najmądrzejszych i najpotężniejszych czarodziei w dziejach. To było... smutne.
Czy oni tak mocno wierzyli, że małżeństwem z Ginny go ochronią? Czy naprawdę nie brali pod uwagę uczuć oraz myśli Harry'ego, który był wolną jednostką, czującą? Przecież od początku zaaranżowane małżeństwo było absurdem! W jaki sposób miałoby mu zapewnić ochronę? I przed czym, skoro chciał wykończyć Voldemorta już jutro?
– Nie pomyślałeś...
– Nie będę więcej na ten temat rozmawiał – przerwał Harry wypowiedź pani Weasley, uniósłszy rękę.
Miał już dość prób tłumaczenia, przekonywania. Ostatnio już kilka razy to robił, w większości z miernym skutkiem, zatem teraz zwyczajnie zrezygnował.
Postanowił skupić się na wydostaniu się z sytuacji. Nie miał zamiaru słuchać tego, co obecnie mieli mu do powiedzenia Weasleyowie – liczył się czas, którego miał wyjątkowo niewiele. Mieli dziś przecież z Draco ostatni raz poćwiczyć, już dla siebie, aby być pewnymi swej synergii. Mieli też ostatni raz omówić plan. Dograć szczegóły. A tymczasem Harry tkwił tu z Weasleyami...
Bez słowa wstał, nie zważając na ich krzyki, a potem spróbował wyjść. Zamknięte. Zaklął pod nosem. Pięknie. Czyżby Dumbledore miał zamiar go tu przetrzymać? Nie dopuścić do pokonania Voldemorta?
Niech go Merlin!
Weasleyowie, obserwując go uważnie, uśmiechnęli się. Najwidoczniej wiedzieli, że Dumbledore to zaplanował.
Niech go Merlin!
Harry, gotując się ze złości, wrócił na fotel. Jego magia z czarami Dumbledore'a była bez szans. Był zatem skazany na towarzystwo Weasleyów tak długo, aż Dumbledore wróci i łaskawie go wypuści. Harry wątpił, aby miało to nastąpić szybciej niż w niedzielę.
Minęły już cztery godziny od momentu, gdy przestąpił próg gabinetu dyrektora. Sytuacja się nie zmieniła – nie mógł wyjść, cały czas milczał, a Weasleyowie wciąż próbowali przekonać go do swoich racji oraz wspaniałości Dumbledore'a. Harry, uparcie trwając w swoim postanowieniu, nawet nie reagował na ich słowa; nie miał zamiaru się kłócić i denerwować, kiedy potrzebował znaleźć wyjście z pułapki.
Cholerny Dumbledore. Stary czarodziej świetnie to wymyślił. Harry zaczął podejrzewać, że dyrektor wiedział o wszystkim niemal od początku, czekając na ostatni moment, aby udaremnić realizację ich planu. Znając go, mógł nawet przejrzeć wspomnienia Hermiony za pomocą legilimencji, kiedy się tego nie spodziewała. Nieistotnym było, jak się dowiedział, ponieważ za późno na żale. Teraz liczyło się, jak zniszczyć jego plan, aby zrealizować własny.
Po cichu miał nadzieję, że w końcu ktoś się zorientuje – Draco czy Remus – co dyrektor zrobił. Harry bowiem wątpił, aby sam potrafił uciec. Wiedza oraz zaklęcia Dumbledore'a to wyższa liga, z którymi, na obecnym poziomie, nie mógł konkurować. Niestety.
Minęło kolejne pół godziny, aby Weasleyowie uświadomili sobie, że ich wysiłki były daremne.
– W porządku – rzucił wreszcie zrezygnowany Artur. – Skoro tak stawiasz sprawę, nic tu po nas. – Obejrzał się na żonę. – Molly, wychodzimy. Niech sam przemyśli, co robi.
A potem najzwyczajniej w świecie opuścili gabinet, ku zdziwieniu Harry'ego, który po cichu liczył, że nie będą mogli.
Cholera, to komplikowało sytuację.
Patrząc na zegarek, uświadomił sobie, że była już pora kolacji. To wywołało w nim tylko nową falę zdenerwowania. Czy naprawdę nikt się nie zorientował, że coś było nie tak? A może to Dumbledore stanął im na drodze? Obie możliwości były równie niepokojące. To nie poprawiało samopoczucia Harry'ego.
Przechadzał się po gabinecie, przyglądając portretom byłych dyrektorów. Większość z nich spała, kilku jednak przyglądało mu się uważnie. Harry jednak nie planował się odzywać, ponieważ każdy z nich mógł później donieść Dumbledore'owi. Wolał więc trzymać emocje na wodzy, a język za zębami.
Może Draco miał trochę racji. Pasowałby do Slytherinu.
Był sprytny na tyle, żeby milczeć.
I jednocześnie na tyle durny, żeby dać się zamknąć w gabinecie dyrektora tuż przed wykonaniem planu.
Ironię stanowiła świadomość, że to miejsce było najbezpieczniejszym, jeśli chodziło o Voldemorta. Z drugiej strony groził mu Dumbledore. To było zabawnie żałosne.
Kiedy Harry już tracił wszelką nadzieję, do gabinetu wszedł Remus.
– Harry! Tu jesteś! Chodź, musimy porozmawiać o tym eseju na obronę, który ostatnio oddałeś – rzekł oficjalnie, idąc pewnie przez gabinet. Oczyma dawał Harry'emu znać, żeby wczuł się w rolę.
– Ach, tak! Wiem, popełniłem błąd w opisie czaru – zaczął się tłumaczyć Harry, starając się brzmieć przekonująco.
Remus wyprowadził go z gabinetu; przy drzwiach niemal niezauważalnie wstrzymał oddech, nie będąc pewnym, czy zdjęli ze Snape'em wszystkie zaklęcia blokujące. Udało się. Harry był wolny.
Przy gargulcu czekało na nich dwóch Ślizgonów.
– Chodźcie, nie mamy czasu – mruknął Snape, po czym rzucił na wszystkich czar kameleona.
Przemierzali korytarze szybko, sprawnie, korzystając również z tajemnych skrótów, które Remus i Harry znali. Zależało im, żeby dostać się do komnat Remusa w ciągu chwili, skoro już jutro zamierzali postawić na szali życie.
– Skąd wiedzieliście? – zadał wreszcie nurtujące go pytanie Harry, gdy tylko przekroczyli próg prywatnych komnat Remusa.
– Severus się domyślił – przyznał Lupin. – Widział, jak Dumbledore przekazywał ci wiadomość przez uczniów, a potem Dumbledore'a, który w pośpiechu opuszczał Hogwart. Prawdopodobnie będzie próbował dostać się na Grimmauld Place, choć bez ciebie będzie to trudne.
– Jak tylko zniknął, zaczęliśmy szukać sposobów na zbadanie i zdjęcie zaklęć, które nałożył na drzwi – dorzucił Draco. – Dumbledore zawarł twoją sygnaturę magiczną, żebyś tylko ty nie mógł przejść. Potrzebowaliśmy czasu, żeby zdjąć je wszystkie. Jeśli zostałoby nawet jedno, wciąż tkwiłbyś w jego gabinecie jak idiota. – Mimo złośliwości, posłał Harry'emu pełen ulgi uśmiech.
– Dziękuję. Wam wszystkim – powiedział szczerze Harry.
Jeśli właśnie tak miało wyglądać zawierzanie swojego życia Śmierciożercom, Harry był gotów w to wejść. Dzięki nim mógł wypełnić jutro przeznaczenie.
– Dobrze, skoro wszystko jasne, życzę dobrej nocy na zaś – pożegnał się Snape, po czym wyszedł, nie czekając na odpowiedź. Wyglądał, jakby coś go gryzło.
Chłopcy spojrzeli po sobie, wzruszyli jednocześnie ramionami, po czym odwrócili się do Lupina.
– My też już pójdziemy. Wszystko jest gotowe na jutro, więc nic tu po nas – stwierdził Draco.
– Poproś skrzata, żeby przyniósł coś Harry'emu.
– Nie trzeba. Pójdziemy do Pokoju Życzeń.
– Jasne. – Remus posłał im ostatni uśmiech, po czym zamknął za nimi drzwi.
Draco rzucił na nich zaklęcie kameleona, żeby mogli spokojnie przejść na siódme piętro. Nie odzywali się w ogóle, jedynie trzymali za ręce. Jutro miało przesądzić o wszystkim. Dosłownie. I chociaż Harry nie miał za bardzo złudzeń, że mógł przeżyć starcie, Draco uważał inaczej. Nie rozmawiali o tym jednak, żeby tylko bardziej się nie dołować.
W Pokoju Życzeń Harry zjadł prostą kolację składającą się z kanapek i soku dyniowego, a potem przystąpili do ostatnich ćwiczeń. I choć nie mogli wypracować gotowego scenariusza kolejności zaklęć, rozumieli swoją mowę ciała, dostrzegali szczegóły w ruchach rąk. Ich symbioza w tym wypadku musiała być perfekcyjna, jeśli chcieli zrobić to razem.
A chcieli.
Wszystko sprowadziło się właściwie do tego, aby być jednym organizmem, jednym umysłem. Na tym etapie ich relacji było to wręcz dziecinnie proste. Obydwaj byli pod wrażeniem, z jaką łatwością przychodziło im dzielenie się magią, rzucanie wspólnych zaklęć, a także obrona. Ciężka praca była opłacalna; zbierali tego efekty.
Tylko... no właśnie. To jutrzejszego dnia mieli się przekonać, czy naprawdę byli tak dobrzy. Warunki w klasie, a warunki podczas walki... Wszystko wyjdzie jutro.
Pocałowali się na dobranoc, a potem zasnęli w swoich objęciach; zwróceni do siebie twarzami, w może niewygodnych pozycjach, ale akurat dziś potrzebowali swojej bliskości, czułości, miłości, drżąc w obawie przed tym, co niosła bardzo bliska przyszłość. Gdy tylko otworzą oczy, rozpocznie się koszmar.
