Dwa dni później Minerwa starannie ukrywała grymas, cisnący się na twarz i metodycznie wkładała kolejne przedmioty do torby w kolorową kratę. Poppy, Pomona i Amelia, oraz znaczna część Zakonu dopilnowali, by niczego jej nie zabrakło przez te dwa dni. Ich obecność zmuszała Minerwę do nieustannej czujności i udawania, ale z drugiej strony czarownica cieszyła się, że kogoś jeszcze poza Albusem martwi jej zdrowie.

Z pietyzmem schowała kartki od uczniów do osobnej kieszeni – sprawiły jej one wiele radości – od koślawych kulfonów pierwszorocznych, przez zabawne wierszyki starszych klas, do poważnych, ale bardzo miłych życzeń od najstarszych uczniów. Co jeszcze bardziej zdumiewające, dostała mnóstwo listów od absolwentów i rodziców uczniów. Większość wyrażała oburzenie, z powodu sposobu, w jaki ją traktowano. Minerwa czytała je z gorzkim uśmiechem – musiała prawie zginąć, by ogromna część społeczeństwa zauważyła, jaki reżim wprowadziła Umbridge w Hogwarcie.

- Zatem nikt nie zdołał pani przekonać, że powinna pani zostać u nas dłużej, profesor McGonagall? – w drzwiach z założonymi rękami stał jej uzdrowiciel, Lottet, o ile dobrze pamiętała. Minerwa zatrzasnęła torbę i machnięciem różdżki przywołała płaszcz, co wywołało pełną dezaprobaty minę na twarzy uzdrowiciela.

- Jeszcze to. – mag podał jej misternie rzeźbioną laskę. Minerwa z niechęcią ujęła drewnianą rączkę – laska ta należała do jej dziadka – Albus przyniósł ją z rezydencji.

- Jestem bardzo wdzięczna za opiekę, którą tu otrzymałam. – Minerwa formalnie wyciągnęła dłoń do uzdrowiciela, opierając drugą rękę na lasce.

- Gdyby nie to, że wszyscy wiedzą, iż ani Hogwart, ani profesor Dumbledore nie funkcjonują dobrze bez pani, nie wypisałbym pani dzisiaj, pani profesor. Nie zapytałem też o te blizny na pani rękach, ani o udawany sen, za każdym razem, gdy wchodziłem do sali. – mag z wahaniem podał jej dłoń.

Minerwa z całej siły uścisnęła jego rękę, twardo patrząc mu w oczy.

- Zatem nie brak panu rozsądku. – wycedziła, następnie puściła jego rękę i wyminęła go, wysoko unosząc głowę. Musiała mocno się powstrzymywać, by nie wyczyścić mu pamięci – taki byłby jej pierwszy odruch, ale przecież poprzysięgła sobie, że do zaklęcia czyszczącego pamięć ucieknie się tylko w wyjątkowej sytuacji. Ta nie była groźna – uzdrowiciele mieli zbyt wielki szacunek do niej, jako do zastępczyni dyrektora Hogwartu, by pisnąć komuś słowo o tajemniczych bliznach na jej rękach.

Jedną ręką wspierała się na lasce, w drugiej trzymała różdżkę i torbę. Szła powoli w stronę wind, nie zważając na ciekawskie spojrzenia uzdrowicieli, pacjentów i odwiedzających. Niektórzy wytrzeszczali oczy, inni odwracali wzrok, a garstka skłoniła się jej. Minerwa nie miała wobec nich żadnych oczekiwań. Rozumiała, że nie wiedzą, jak się zachować na jej widok. Zaledwie wczoraj wszystkie czarodziejskie gazety obwieściły powrót Voldemorta, zwolnienie Umbridge i zmianę postawy ministerstwa. O ,,wypadku", jakiemu uległa sama Minerwa, ,,Prorok Codzienny", napisał jedynie krótką notkę na jednej z ostatnich stron. Brak rozgłosu naturalnie ją cieszył – tak jak zawsze, dobrze jej było w cieniu Albusa.

Na parterze też nie przeszła niezauważona. Mimo chaosu i rozgardiaszu, czarodzieje schodzili jej z drogi. Ona najchętniej uciekłaby stamtąd jak najszybciej, ale każdy gwałtowniejszy ruch powodował ból w klatce piersiowej, a jeśli dodać do tego zadyszkę, to nikt nie uwierzyłby, że jest gotowa opuścić szpital. Z niezauważalnym westchnieniem ulgi zostawiała za sobą szpital św. Munga. Na chodniku wyciągnęła rękę z różdżką. Była zbyt słaba, by się aportować, użycie sieci Fiuu również nie było najlepszym rozwiązaniem. Nie poinformowała też nikogo o tym, o której godzinie zamierza wyjść ze szpitala. Chciała wrócić do Hogwartu o własnych siłach. Musiała skorzystać zatem z Błędnego Rycerza.

Wściekle fioletowy autobus pojawił się prawie natychmiast. Na widok Minerwy Stan Shunpike, jeden z jej byłych uczniów, wyprostował się i zasalutował.

- To dla nas zaszczyt, profesor McGonagall. – rzekł z dziecinnym uśmiechem.

- Do Hogsmeade poproszę. – Minerwa podała mu garść sykli.

- Ale pani profesor, podwieziemy panią pod same bramy Hogwartu. – zaprotestował Stan, szczerząc zęby.

- Dziękuję. – Minerwa kiwnęła głową.

- Drobiazg.

Droga upłynęła naprawdę szybko. Minerwie kleiły się oczy, ale ze wszystkich sił powstrzymywała sen. Gdyby znów nawiedził ją koszmar groty, naraziłaby wszystkich pasażerów autobusu. ,,Jeszcze trochę, wytrzymaj." – powtarzała sobie, mocno ściskając różdżkę w dłoni.

Nie spała od trzech dni – według nauki, jej organizm powinien przestać funkcjonować.

Na widok znajomej bramy ze skrzydlatymi dzikami, Minerwie zrobiło się ciepło na sercu. Wrota były otwarte- w końcu był weekend, a wyjścia do Hogsmeade nie zostały zawieszone, choć podejrzewała, że to jedynie kwestia czasu. Przeszła przez nie powoli, a Błędny Rycerz odjechał z piskiem opon. Wygrzewając twarz w promieniach już letniego słońca, Minerwa bardzo wolno ruszyła w stronę majestatycznego zamku.

Każdy krok był wielkim wysiłkiem. Każdy oddech palił ją w płucach. Pierwsze krople potu spływały po skroni. Zatrzymywała się co kawałek, by otrzeć je kraciastą chustką. Było ciężko, ale przecież nie spodziewała się niczego innego. Za to każde spojrzenie na zbliżający się Hogwart dodawało jej sił.

Była już prawie przy drzwiach wejściowych, gdy usłyszała zjadliwy głos Severusa:

- Ach, widzę, że już nic nie można odjąć Gryffindorowi, bo nie ma żadnych punktów. W takim razie, Potter, będziemy musieli…

- Trochę ich dodać? – rzekła Minerwa, przekraczając próg.

Natychmiast ogarnęła wzrokiem sytuację. Wściekły Severus, nie mniej zdenerwowany Harry, Malfoy i dwójka jego goryli. A także zupełnie pusta klepsydra z punktami Gryffindoru. Mimowolnie zacisnęła usta – kolejny powód, by nienawidzić Umbridge.

- Profesor McGonagall! Jak widzę, opuściła już pani szpital św. Munga! – rzekł Snape i podszedł do niej.

- Tak, profesorze Snape. Czuję się jak nowo narodzona. – odparła, ledwie ukrywając sarkazm. Potem władczym gestem przywołała Crabbe'a i Goyle'a.

- Wy dwaj. Weźcie to i zanieście do mojego gabinetu. – zarządziła, jednemu oddając torbę, a drugiemu podróżny płaszcz.

- Tak więc uważam, że Potter i jego przyjaciele powinni zarobić po pięćdziesiąt punktów dla swojego domu za ostrzeżenie wszystkich o powrocie Sam- Wiesz-Kogo. Zgadza się pan ze mną, profesorze Snape? – ciągnęła dalej Minerwa.

- Co? Och.. no…chyba. – odpowiedział Severus, ale Minerwa wiedziała, że oto zdążyła go zirytować.

- A więc po pięćdziesiąt dla Pottera, obojga Weasley'ów, Longbottoma i panny Granger. Aha… i pięćdziesiąt dla panny Lovegood. A pan, profesorze, chciał odjąć dziesięć za Pottera, więc… - rzekła Minerwa, z dziecięcą radością patrząc na opadające rubiny w klepsydrze Gryffindoru.

- Potter, Malfoy, co z wami, chyba powinniście być na dworze w taki cudowny dzień? - dodała wesoło, mrugając do Harry'ego. Chłopak uśmiechnął się do niej i wybiegł z sali, nie oglądając się. Malfoy tylko skrzywił się i poczłapał w stronę lochów. Minerwa została sama z Severusem.

- Szybko cię wypuścili, chyba nie mogli z tobą za długo wytrzymać, co Minerwo? – rzucił z przekąsem Snape, upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu. Ruszając w stronę wielkich schodów, Minerwa odpowiedziała:

- Czyżby ci brakowało mojego gryfońskiego charakteru?

- Nawet nie wiesz jak. – Snape lekko uniósł kąciki ust. Minerwa prawie zachichotała, ale zaraz opamiętała się i spytała:

- A więc, co tu się działo, kiedy mnie nie było?

Snape odprowadził ją pod chimerę strzegącą gabinet dyrektora, po drodze opowiadając o SUMACH, przyłapaniu Pottera i jego przyjaciół na próbie połączenia z kominkiem przy Grimmauld Place…

- Dlaczego nie poszli do ciebie? Albo do Poppy? – zapytała zdumiona Minerwa. W końcu zarówno Snape, jak i pielęgniarka byli członkami Zakonu.

- Potter przypomniał sobie o mnie dopiero, gdy już złapała go Umbridge. A wygląda na to, że nie wiedział, iż Poppy jest członkiem Zakonu- to znaczy był u niej, ale pytał się o ciebie. – odpowiedział Snape.

- Och. – Minerwa poczuła zimny pot spływający po plecach.

Zatem Harry szukał jej, potrzebował jej pomocy, a jej nie było. Nie było jej, kiedy była potrzebna. Gdyby jak głupia nie pobiegła bez różdżki w ręku naprzeciw aurorom, może byłaby w zamku, by sprawdzić, czy Syriusz jest bezpieczny. Gdyby nie dała się oszołomić, Syriusz może nadal by żył…

- Piernikowe traszki. – mruknął Snape, zatrzymując się przed chimerą. Minerwa nie była w stanie nawet zdobyć się na uśmiech, słysząc nazwę swoich ulubionych pierniczków. Cały czas myśląc o tym, że to przez nią Syriusz zginął, weszła na ruchome schody. Severus nie podążył za nią.

Drzwi gabinetu Albusa otworzyły się przed nią same. Coraz bardziej opierając się na lasce, przemierzyła gabinet, zatrzymując się przed żerdzią Fawkesa. Feniks był mały, ledwie opierzony i zaskrzeczał z wyraźnym zadowoleniem, gdy pogłaskała go delikatnie.

- On też tęsknił za tobą. – ze schodów powoli schodził Albus, a na jego twarzy malował się dobrotliwy uśmiech.

- Nie było mnie nawet tygodnia. – odpowiedziała, nawet nie patrząc na dyrektora.

- Co cię gryzie, Minerwo? – Albus podszedł do niej i położył dłoń na jej ramieniu.

Nie była w stanie już dłużej przed nim udawać.

- Harry szukał mnie, zanim wyruszył do ministerstwa. Gdybym tu była…

- Moja droga, nawet nie próbuj obwiniać się o śmierć Syriusza. – zaprotestował Albus.

- Ale..

- Nie, sama mówiłaś, że to Bellatriks zabiła Blacka. I tak zbyt wiele na siebie bierzesz, nie ma najmniejszego sensu, byś dokładała sobie poczucie winy za śmierć Syriusza.

Minerwa pokiwała głową, ale nadal uważała siebie za winną. Kokon nieustannego poczucia winy, jakim się otaczała, powoli się zacieśniał. Ile czasu jeszcze minie, zanim to ją w końcu zadusi? Jak bezbronne kocię, wrzucone w płóciennym worku do rwącej rzeki?

- Min, Min. Drżysz. – jakimś cudem wyczuła jego ciepłe dłonie na swoich ramionach – coś, na czym mogła się skupić. Fakt, że te dłonie powędrowały wyżej, muskając opuszkami palców jej szyję, by zatrzymać się na policzkach pozwolił jej spojrzeć w jego oczy, pełne troski. Nie wiedziała, ile z jej emocji odczytał, ale chyba podjął jakąś decyzję.

Delikatnie ucałował jej czoło, jeden i drugi policzek, a potem, wciąż trzymając jej twarz w swoich dłoniach, powiedział z powagą:

- Minerwo, proszę, nie dam rady martwić się o ciebie bardziej, niż martwiłem się przez ostatnie dni. – była błagalna nuta w jego głosie, była ta prośba, by pozostawała silna jak zwykle, bo przecież tym zawsze byli dla siebie – ostojami siły w chwilach największego zwątpienia. Pokiwała głową, uspokajając swój oddech. Zadrżała znów mocniej tylko na chwilę, gdy opuścił ręce i cofnął się o krok. Obserwowała, jak zerka na Fawkesa, a potem odwraca się do okna, bokiem do niej.

- Nigdy nie chciałem nikogo tak bardzo skrzywdzić jak wtedy. – wyszeptał. Pewien ból w jego oczach sprawił, że uznała, iż on wraca do tamtej kłótni, kiedy obydwoje stracili kontrolę, kiedy ona go zraniła tak okrutnie. To była ich ostatnia rozmowa przed atakiem. A myśl o tym, że mogłaby umrzeć, nie przeprosiwszy go…

- Przepraszam. Nie panowałam nad sobą. Ale wiesz, że naprawdę to nie myślę tak o tobie. – powiedziała. Spojrzał na nią, unosząc brwi, ale to jej nie zatrzymało:

- Oboje wiemy, że bezpieczniej byłoby usunąć mnie ze sceny, ale oskarżenie ciebie, że byłbyś w stanie do tego doprowadzić, to był cios poniżej pasa. I jeszcze przypomnienie o wojnie – zupełnie jakby ciebie tamten pojedynek nie dotknął. Byłam taka głupia, wciąż myśląc tylko o swojej urażonej dumie i tamtym… przepraszam cię. – spuściła wzrok.

Cisza trwała zbyt długo. Uniosła głowę i poczuła się jeszcze gorzej, widząc czysty szok na jego twarzy. Szeroko otwarte, pozbawione migotania oczy, lekko lśniące końcówki palców, dłonie drżące tak mocno jak ona sama przed chwilą.

- O czym ty mówisz? – zapytał, a było coś w jego tonie co przywiodło jej na myśl przerażone dziecko.

- O naszej kłótni. Severus powiedział, że nie wybaczyłbyś sobie, gdybyś mnie skrzywdził. – nagle nie była już niczego pewna, tym bardziej, że jego oczy zalśniły nienaturalnie.

- Naprawdę myślisz, że mógłbym… skrzywdzić ciebie? Że chciałbym… usunąć cię ze sceny? – gdyby Minerwa miała opisać jak Albus przyjąłby zdradę, to postawiłaby właśnie na tą reakcję – te emocje, których nawet nie umiała rozgraniczyć – rozczarowanie, gniew, smutek, rozpacz – to wszystko gdzieś tam było, skrywane jednak przez jedną z tysięcy masek.

- Przepraszam. Lecz powiedziałeś że… - nie dokończyła nawet, przerwał jej gwałtownie:

- Mówiłem o Umbridge! Że za to, co ci zrobiła, za to, co przez nią wycierpiałaś, że o mało nie zginęłaś, byłem prawie gotów rozszarpać ją na strzępy, wydusić z niej ostatni oddech, zadać jej wszelki możliwy ból, unicestwić, ale tak, by umierała długo i boleśnie! – zawołał kompletnie poruszony Albus, gestykulując żywo. Minerwa miała wrażenie, że całe poczucie winy, jakie ją ogarnęło w związku ze śmiercią Syriusza jest niczym w porównaniu z tym, jakie czuła teraz, uświadomiwszy sobie, jak głęboko zraniła czarodzieja, którego przecież kochała.

- Ja… tak mi przykro. – spróbowała niezdarnie, ale czuła się żałośnie słaba, niezdolna do zrozumienia jego emocji.

- Ty wiesz. Doskonale wiesz, że moją największą słabością jest niezdolność do wyobrażenia sobie, że mógłbym być zmuszony do oglądania cierpienia i śmierci drogich mi ludzi przede mną, na moich oczach. – ukrył twarz w dłoniach, załamany tak, jak Minerwa widziała go bardzo rzadko.

I co mogła zrobić? Dopiero teraz do niej dotarło, że słowa, które dla niej znaczyły scenariusz odejścia przed nim, wcześniej w czasie, dla niego oznaczały scenariusz odejścia na jego oczach albo z jego ręki. Nienawidziła siebie. Jak mogła, jak mogła?! Przecież to wszystko między nimi… dlaczego ona musiała to niszczyć, dlaczego musiała go wciąż obrażać, drażnić i ranić? A teraz? Co miała mu powiedzieć?

- Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam. – wolno stawiając kroki, podeszła do niego, powtarzając to jedno słowo jak mantrę. Nie reagował, jego twarz wciąż była ukryta w dłoniach. Ostrożnie dotknęła jego zgarbionych pleców. Nic.

- Przepraszam. Albusie. Nie chciałam, nie myślałam, nie kontrolowałam… Wybacz mi, proszę, Albusie. Błagam, spójrz na mnie. Przepraszam cię…- nigdy nie sądziła, że przyjdzie jej błagać go z taką desperacją, ale nie mogła znieść jego załamania. Nie mogła … to było jej winą, powiedziała mu tyle okropnych rzeczy, przywołała tyle bolesnych wspomnień, zignorowała wszelkie granice, jakie tylko mogła… miał wszelkie prawo jej nienawidzić, być wściekły. Ale tak przygnębiony… jej serce się krajało, gdy obserwowała, że mimo upływu minut on nie jest w stanie uspokoić ani swoich emocji, ani magii, która coraz gwałtowniejszymi falami uciekała od niego. Minerwa chciałaby móc ją absorbować, szczególnie że podłoga zaczynała drżeć, a szyby w oknach brzęczeć.

- Albusie. – uniosła dłoń, by dotknąć jego ramienia.

I znów, to uczucie porażenia prądem. Ale zazwyczaj, kiedy im się to przytrafiało, nie było bolesne. Dzisiaj, Minerwa zachwiała się, bo szramy na jej piersi zapiekły dotkliwie, a nogi się pod nią ugięły. Gabinet zdawał się wirować przed jej oczami, na przemian z ciemnymi kropkami, zaburzając wszelkie poczucie równowagi. Upadłaby, gdyby jej nie złapał.

- Powinnaś odpocząć. Za szybko wypuścili cię ze szpitala. – powiedział cicho, troskliwie. Bez względu na wszystko, nie pozwoliłby jej upaść.

- Przepraszam. – powtórzyła, prostując się. Doskonale wiedziała, że to jest zbyt płytkie i puste słowo, ale nie umiała znaleźć innego.

- To nic. Nie myśl o tym. Myśl o tym, że dobrze jest być znów w domu. – czarodziej zmusił się do uśmiechu.

Dom. Pokiwała głową. Była w domu. I on też tu był. A wszystko inne? Koszmar, ale taki, który tutaj, mogła częściowo zwalczyć. Sen, będący wybawieniem i pułapką. Wyszła, zamykając za sobą drzwi. Gdyby Albus wiedział, z jakimi demonami przyjdzie jej się teraz zmierzyć… może nie pozwoliłby jej odejść tak łatwo.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa, pozbawiona laski przez Irytka, opierała dłonie na zimnym kamieniu zamkowej blanki. Z wysokości Wieży Astronomicznej widziała powozy, odwożące uczniów na stację Hogsmeade.

Oto minął kolejny rok. Rok nieustannego strachu, rok reaktywowania Zakonu, rok reżimu Umbridge, rok śmierci Syriusza.

Rok, którego Minerwa na pewno nie będzie wspominać dobrze, choć było wiele rzeczy, za które powinna być wdzięczna. Ostatecznie Umbridge opuściła zamek, minister przejrzał na oczy, żaden z uczniów nie zginął, Voldemort nie poznał przepowiedni, ona sama przeżyła…

Nie chciała wiedzieć, co przyniesie kolejny rok. Spojrzała na słońce skryte za ciemnymi chmurami – któż wiedział, ile zostało jej czasu? Któż wiedział, jak długo Hogwart stanowił nienaruszalne sanktuarium? Któż wiedział, ile nocy jeszcze przyjdzie jej się budzić po koszmarze groty?

Zsunęła na dół rękawy obszernych szat, by nikt nawet nie dostrzegł białych bandaży. Teraz było już lepiej, ale w noc po jej powrocie do Hogwartu, o mało się nie wykrwawiła. Musiała sięgnąć po ostatnią butelkę mikstury uzupełniającej krew i przyspieszającej gojenie. Do tej pory nie poprosiła o nową Severusa czy Poppy. Postanowiła, że sama uwarzy eliksir w wakacje. Postanowiła też więcej jeść - Albus zbyt często posyłał zaniepokojone spojrzenia na jej sylwetkę. Nie chciała, by zaczął coś podejrzewać, szczególnie jeśli uzdrowiciele powiedzieli mu o bliznach. Nie mogła go martwić, miał wystarczająco ciężarów do dźwigania.

Nie mogła nie zauważyć, że jej relacja z Albusem uległa zmianie od czasu ataku. Czarodziej był wobec niej bardziej opiekuńczy, mniej od niej wymagał i bardzo pilnował się, by nie urazić jej żadnym słowem. Minerwa nie wiedziała, czemu przypisywać tę zmianę – nie chciała nawet o tym myśleć. Do jakichkolwiek wniosków doszedł Dumbledore, ona już pogodziła się z nieuniknionym – w jego planach, w jego świecie wolnym od Voldemorta, z pewnością nie było miejsca dla niej, skażonej brudną magią.

Odruchowo sięgnęła do źródła swojej mocy. Tak, instynktownie wiedziała, że ta magia jest skażona, zbrukana bólem, z którego powstała. Jeśli jednak tą magią mogła pomóc Harry'emu pokonać Voldemorta, to musiała ją w sobie dusić, kumulować, ukrywać.

Co jak co, ale w ukrywaniu informacji Minerwa McGonagall była mistrzynią. Odwróciła twarz od odjeżdżających uczniów, świadoma, że oszukiwała każdego dnia nie tylko ich, ale całą czarodziejką społeczność.

Zrobiła kilka kroków ku schodom, ale zatrzymała się, widząc wspinającego się czarodzieja.

- Odzyskałem ją. – Albus podał jej rzeźbioną laskę, pokiwała głową z wdzięcznością.

- Dobrze, że ten rok szkolny się skończył. – mruknęła, schodząc powoli na dół. Albus szedł obok, ale wyczuwała promieniującą z niego troskę – bo szła zbyt wolno, bo za mocno opierała się na lasce. Niemniej jednak każdy krok był jak wyzwanie – jej ciało buntowało się przeciw narzuconemu wysiłkowi, nie chciała sięgać po skażoną magię, ale jak długo miała operować na samej woli i determinacji?

Nie długo. Zdołała zejść może dwa piętra w dół, gdy zachwiała się, a nogi odmówiły utrzymywania jej ciężaru. Laska wypadła z jej dłoni i potoczyła się poza zasięg wzroku, stukając o kolejne schody. A sama Minerwa niechybnie poleciałaby w dół, obijając wszystkie kości o kamienne stopnie, gdyby nie para silnych rąk, które pochwyciły ją mocno. Utrzymała równowagę, ale w głowie jej się kręciło, wszystko rozmywało się w szarość, a jej przyspieszony oddech spowodował okropne pieczenie w klatce piersiowej.

Chyba krzyknęła, gdy Albus podniósł ją bez problemu, jedną ręką podtrzymując jej uda, drugą plecy.

- Co ty wyprawiasz? – wychrypiała, odruchowo przywierając do jego piersi.

- Zabieram cię do Wieży Gryffindoru, sama nie jesteś w stanie iść. I złap się mocno. – oświadczył, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.

- To jest zupełnie nieprofesjonalne, a skoro już się upierasz, trzeba było mnie lewitować, a nie dźwigać! – zaprotestowała, ale objęła rękoma jego szyję. Zdumiało ją, jak miło czuła się w jego ramionach.

- Mówisz, jakbyś była kilkutonowym ciężarem. – prychnął, bez wysiłku pokonując kolejne stopnie w dół.

- Całe szczęście, że uczniowie już pojechali, cóż by sobie pomyśleli? – dopiero po kilku sekundach zdała sobie sprawę, że wypowiedziała to pytanie na głos, bo Albus przewrócił oczami.

- Że ratuję cię z opresji, w końcu chociaż troszeczkę odwdzięczając się za wszystko, co dla mnie robisz? – zasugerował i rozejrzał się, bo oto znaleźli się na piętrze, z którego mogli dotrzeć do schodów prowadzących do wieży Gryffindoru. Albus szedł powoli, a Minerwa mimowolnie pomyślała, że dobrze, iż do jej pokojów jest tak daleko – podobało jej się to. Zdradziecki rumieniec wkradł się na jej policzki, przywarła więc mocniej do niego, wtulając twarz w jego srebrną brodę. Pachniał cytryną i czekoladą, jak zwykle.

Nie odzywali się przez resztę drogi do jej komnat. Minerwa nie chciała psuć tej chwili, chciała ją zapamiętać jak najdokładniej, by móc ją potem przywoływać, wciąż i wciąż. Trzymał ją tak pewnie, że nie mogła obawiać się, że ją upuści. To, że jej ręce mocno oplatały jego szyję wynikało raczej z tej niepohamowanej chęci bliskości, bycia jak najbliżej.

Nucił cicho melodię jednej z jej ulubionych szkockich piosenek. Głębokie dźwięki wydobywały się z jego piersi i Minerwa zadrżała, bo wspomnienia wszystkich najgorszych chwil, które przeżyli w tym roku znów zatańczyły przed jej oczami. Lecz jakież te wszystkie momenty miały znaczenie, gdy był tu z nią, gdy niósł ją jak najcenniejszy skarb, a ciepło związane z rosnącym poczuciem bezpieczeństwa powoli rozdmuchiwało chłód z jej zmęczonych kości?

Dotarli do wieży Gryffindoru szybciej, niż Minerwa by tego sobie życzyła. Albus spokojnie podał hasło do jej prywatnego apartamentu i wniósł ją do salonu. Portret Theresy był pusty i Minerwa była zadowolona z tego powodu. Jeszcze lepiej się poczuła, gdy Albus, wcale jej nie wypuszczając, usiadł ostrożnie na sofie, tak, że teraz siedziała na jego kolanach.

Przez moment jeszcze obejmowała jego szyję, wtulona w jego brodę, zaciągając się jego zapachem. Jeszcze sekunda. Jeszcze chwilka. Jeszcze…

Delikatnie zsunęła się z jego kolan na sofę, żałując, że ten moment był taki krótki. Nie mogła jednak odsunąć się całkowicie – jedna ręka Albusa powstrzymywała ją, zatem oparła się plecami o niego, nie mając wcale ochoty protestować na ten kontakt – potrzebowała go.

Westchnęła, ale jej płuca nabrały za dużo powietrza – ostry, piekący ból zaatakował jej klatkę piersiową. Syknęła, walcząc by nie skulić się w kulkę, podczas gdy czerwone gwiazdki zatańczyły przed jej oczami.

- Minnie, co się dzieje? – Albus natychmiast dostrzegł, że coś jest nie tak.

- Nic. –odpowiedziała odruchowo, chociaż zaciskała pięści, marząc, by okropne pieczenie w miejscu czarnych pręg zniknęło tak szybko, jak się pojawiło.

- Przecież przede mną nie musisz udawać. – powiedział zupełnie cicho, lekko przesuwając się w ten sposób, że opierała się o jego ramię i mogła patrzeć mu w oczy. Ale nie chciała, zamiast tego wbijając wzrok w swoje zupełnie białe knykcie. Udawać? Przecież tu nie chodziło o udawanie! Chodziło o kontrolę! Kontrolę nad emocjami, nad bólem, nad łzami…

- Najdroższa Minnie…- jego kojący głos przebił pierwszy z jej murów. Czuła jak jej ramiona zaczynają drżeć, mimo promieniującego z niego ciepła. Jej wargi zatrzęsły się, chociaż pragnęła je zacisnąć, by zdradliwe, tak żałośnie słabe słowa nie uciekły z jej ust:

- To tak boli, Albusie.

Ujął subtelnie jej podbródek, by spojrzała na niego. Prosto w te migoczące smutkiem oczy.

- Powiedz mi. – poprosił. Mało kto mógłby przypuszczać, że ten wielki Albus Dumbledore może prosić o coś w ten sposób, z tak wyraźnym błaganiem. Tak bardzo pragnął, żeby mu zaufała. I jak miała go zbyć, kiedy on był jedyną osobą, która miała jakiekolwiek szanse jej pomóc?

- Te szramy. Pieką za każdym razem, kiedy biorę głębszy oddech. To minie z czasem, ale one… zostaną. I ja wiem… że wszystkie moje blizny są testamentem mojej odwagi i poświęcenia, lecz… mam takie okropne wrażenie, że one robią ze mnie… ikonę, wojowniczą profesor McGonagall, weterankę dwóch wojen, et cetera, podczas gdy coraz mniej jestem… Minerwą, kobietą… która kiedyś… - potrząsnęła głową. Jak mogła się tak rozczulać nad sobą? McGonagallowie tego nie robili. Ona tego nie robiła… ale przecież kiedyś była po prostu kobietą, która…

- Zawracała w głowie wszystkim swoim fizycznym pięknem?

Na powrót skupiła się na jego oczach. Odczytywał ją tak łatwo. Pewnie zawsze przypuszczał, że jest próżna, że brakuje jej skromności, co było typowe u jedynaczek wychowanych w arystokratycznych rodach…

- Min, przecież ty wiesz, że nigdy nie chodziło o urodę, w twoim przypadku. Piękno nie znika wraz z pojawiającymi się siwymi włosami – wsunął dłoń w jej srebrne pasma – z zmarszczkami – ze skroni przesunął palce na linie zmarszczek znaczące jej skórę wokół oczu – z zbieranymi nowymi bliznami – opuszki palców muskały elegancką linię jej szczęki, by opaść na kark.

- Ty promieniujesz pięknem wynikającym z twoich działań, twojej postawy, twoich słów, myśli, przekonań i twej magii. I tym pięknem nadal zawracasz w głowach tych, którzy mają w sobie tyle mądrości, by je dostrzec. – jego palce zręcznie rozpięły kilka guzików jej szaty na karku. Wstrzymała oddech, gdy odsunął od jej szyi gruby, aksamitny materiał nauczycielskich szat, gdy pieszczotliwie przesunął dłonią wzdłuż jej obojczyka a potem niżej.

- Albus, co ty robisz? – wyszeptała, bo jej serce biło jak szalone, gdy najpierw długim palcem prześledził dokładnie każdą z czarnych pręg znaczących jej klatkę piersiową, a potem położył na nich całą, promieniującą kojącym ciepłem dłoń.

- Dla mnie, jesteś najpiękniejszą kobietą ze wszystkich, które poznałem. A to… - mocniej przycisnął swoją dłoń do jej szram, wywołując cichy jęk – strachu, niepewności i oczekiwania.

- …to martwi mnie jedynie dlatego, że sprawia ci ból. – wyszeptał. Jego oczy migotały tak szybko… Minerwa położyła jedną ze swoich dłoni na jego ręce, tej spoczywającej na jej bliznach. Głowę wtuliła w to zagłębienie pod jego szyją, a jego broda łaskotała jej policzki. To było zbyt idealne. Jak najcudowniejszy, wyśniony sen.

Który oczywiście nie mógł trwać wiecznie.

- Dyrektorze! Dyrektorze! Severus Snape wrócił, czeka w pańskim gabinecie! - zza drzwi, z gabinetu Minerwy dobiegł ich głos Godryka Gryffindora, namalowanego na jednym z portretów. Było ponaglenie w tym zazwyczaj tubalnie radosnym głosie i Minerwa wiedziała, że jeśli Severus wrócił z dowództwa śmierciożerców, musiał mieć ważne wieści dla Albusa.

- Już idę. – odpowiedział Albus i Minerwa uwolniła jego dłoń, odwracając głowę, gdy poczuła wkradający się na twarz rumieniec.

Powstrzymał ją. Zabrał dłoń z jej serca i ujął lekko jej policzek. Jej źrenice musiały się rozszerzyć w zdumieniu, gdy pochylił się i jego usta lekko musnęły jej blizny, a jej ciało zalał ten jednocześnie nowy i znajomy, palący i odżywczy, rozbudzający i kojący, ogień.

- Pamiętaj, jesteś absolutnie, ponadczasowo i idealnie piękna, najdroższa Minerwo. – powiedział z niezachwianym przekonaniem. Zamrugała, ale nie była w stanie się odezwać, gdy wysunął rękę spod jej pleców i wstał. Bo co miała mu powiedzieć? Poza tym, czy naprawdę musiała cokolwiek mówić? Przecież obydwoje wiedzieli. To był jeden krótki moment załamania, który kiedyś musiał nastąpić, ale nie mógł wydarzyć się po raz kolejny. To był moment dawania i odbierania pocieszenia, bo bez tego nie mogli być tak silni, jak musieli być, by stawić czoła ciemności, która powoli ogarniała całą czarodziejską społeczność.

Łzy popłynęły po twarzy Minerwy, szramy na jej piersi zapiekły. Tu nie chodziło o miłość. Tu chodziło o zmuszenie się do trwania, do podążania tą ścieżką do końca, by ostatecznie, większe dobro zwyciężyło.

ooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo

Najdrożsi Czytelnicy!

To jest ostatni rozdział tego tomu i aż mi smutno, bo ta część mojej historii, a szczególnie rozdziały dotyczące wydarzeń z Zakonu Feniksa, są szczególnie bliskie mojemu sercu. Oczywiście, jestem ciekawa, jak Wy odbieracie tą historię: jak podobał się Wam ten rozdział, czy piąty rok nauki Harry'ego oczami Minerwy i Albusa przypadł Wam do gustu i co sądzicie o całej tej części - jak, Waszym zdaniem, ,,Była jego najdroższą", prezentuje się na tle całej serii?

Ja ze swojej strony jestem ogromnie wdzięczna za te wszystkie cudowne reviews, którymi raczyliście mnie przez całą przygodę z tym tomem. Niesamowite, o ile więcej radości można czerpać z dzielenia się tą historią! A te Wasze komentarze, sugestie i opinie inspirują mnie do dalszego tworzenia i dziękuję Wam za to. Mam świadomość tego, że ta historia ma wiele wad, że jest długa, frustrująca, momentami nierzeczywista, ale myślę, że można znaleźć w niej coś, co się podoba, fascynuje, ekscytuje i może budzi refleksje (którymi warto się podzielić z autorką ;) ).

Może się powtarzam, ale naprawdę jest mi bardzo miło, że są osoby, gotowe komentować, dzielić się przemyśleniami i inspirować mnie do dalszego szlifowania kolejnych rozdziałów- dziękuję, dziękuję, dziękuję!

Kitiaa- wiem coś o takim zamyślaniu się, czasem aż jestem zatrwożona ilością czasu jaka mi schodzi na tworzenie zupełnie poplątanych historii ;) Co do MM i Oddziału Synów Chrzestnych... dobre przypuszczenie, chociaż tam oczywiście będzie więcej dramatu. Jeśli chodzi o Harry'ego, to ja zakładam, że mimo tego, że Albus wymusza na Min dystansowanie się od Pottera, sam Harry szuka swego rodzaju matczynej figury i kiedy traci Syriusza oraz czuje się zmanipulowany przez Albusa, potrzebuje kogoś, kto pozostaje tą stałą w jego życiu. Portrety dyrektorów - zgadzam się, że pracowanie pod czujną obserwacją swoich poprzedników mogło być stresujące, ale sama koncepcja ożywionych portretów zmarłych osób wydawała mi się jedną z genialniejszych rzeczy w uniwersum, chociaż zawsze zastanawiało mnie, jak wiele z tej osoby rzeczywiście istniało w tym portrecie, szczególnie w kontekście szukania przez Toma sposobów na nieśmiertelność. Severus to dla mnie ciekawa postać i akurat uwielbiam dramatyzm Rickmana, więc heroizację Snape'a chyba będziesz musiała mi wybaczyć, szczególnie na przestrzeni następnego tomu, chociaż uważam, że nie do końca nadawał się na nauczyciela. Patronusy - Albus wspomina, że Minerwa dowiodła, iż jest możliwe zmienianie patronusa samą siłą woli, było to przedmiotem jej badań w Ameryce, równocześnie z szukaniem drugiej formy animagicznej i badaniami nad snami. Dlatego dyrektor pamięta o tym, jak jej patronus się zmienił, ale nie przywiązał do tego takiej wagi. To mój wymysł, niezwiązany z kanonem, bo choć sam koncept patronusów jest świetny, podobnie jak sprawa animagów, to jednak dla mnie potencjał nie został wyczerpany do końca, więc trochę to pozmieniałam. (nie wspominając o pomyśle, że by stać się animagiem trzeba żuć jakieś liście przez kilka miesięcy ) Daj koniecznie znać jaki był finał tego zakładu, a jakbyś przegrała, to powiedz co obstawiałaś, bo przyznaję, że tytuł następnego tomu był dla mnie dość problematyczny. Fakt, Albus wybaczyłby Minerwie wiele, ale pytanie, czy wybaczy jej tamto jedno Obliviate? Mam nadzieję, że Ty wybaczysz mi brak cukru w następnym tomie, bo tam niestety smutki Minerwy przyjmą centralną rolę.

Minerwa - Zakon Feniksa czytałam najwięcej razy i tam już w kanonie jest mnóstwo szczegółów, ale w odniesieniu do Min i Albusa wciąż jest spore pole do popisu w tworzeniu jakiejś historii. Albus i jego patronus - jego uczucia do Minnie są skomplikowane, a atak z oszałamiaczami bardzo nim wstrząsnął, nawet jeśli później robił wiele, by tego nie pokazać.

greenispretty - tak, zgadzam się, że jeśli ktokolwiek jest odpowiedzialny za śmierć Syriusza poza Bellatriks, to jest to Dumbledore. Voldemort mimo wszystko jest cierpliwy - dla niego największym zwycięstwem będzie zdobycie Minerwy w ostatecznej rozgrywce, razem z pokonaniem Harry'ego. Na razie zabicie Harry'ego jest jego najważniejszym celem, a że nie zna siły miłości, nie spodziewa się, iż najłatwiej pokonałby i Albusa i Harry'ego właśnie poprzez Minerwę. Voldemort chce najpierw usunąć ich, a potem sięgnąć po Minerwę, jako najwspanialsze trofeum. Ach, jak ładnie napisałaś, że delektujesz się każdym rozdziałem, aż jakoś tak od razu lepiej, nawet jeśli smutno, bo następny tom jest bardzo depresyjny, a do końca całej serii coraz bliżej.

Elena - prawda, że to wszystko jest zagmatwane? Cieszę się, że wyłapałaś ten pozorny brak zaufania - chciałam stworzyć taką ułudę, bo to wzmacnia strach Albusa odnośnie tego, co Tom mógłby zrobić, gdyby Minerwa się do niego przyłączyła. Strach ten ma podstawy w tamtej fatalnej przepowiedni profesor Vatblasky, w którą Albus niestety zbyt łatwo uwierzył. Severus bardziej przyczyni się do nieszczęścia Albusa i Minerwy, ale więcej nie zdradzę. Bardzo ciekawe przemyślenia odnośnie relacji Min z Harry'm, nie zakładałam, że Minerwa może traktować tą relację przez pryzmat straty swojego dziecka, ale to interesujące spostrzeżenie. Problem z koszmarami jest taki, że nasilają się, gdy Albusa nie ma blisko - jedyna noc, podczas której Minerwa naprawdę spała dobrze to ta, kiedy zasnęła w w jego ramionach po tym jak Umbridge zawiesiła pół drużyny Gryffindoru. Jak podoba ci się motyw rycerza ratującego swoją damę z wysokiej wieży w tym rozdziale? ;) Przyznam, ta metafora z feniksem silnie do mnie przemawia i jakbym miała wskazać najdoskonalsze magiczne stworzenie, to byłby to właśnie feniks.

Avenity - masz rację, gobelin i tkanie magii to odrębny pomysł, który nie pojawi się w serii. A opowiadanie ,,Gobelin tkany magią i miłością" nie zostało zamieszczone w serii, bo są w nim pewne subtelne spojlery odnoszące się do sequelu, który wciąż jest niedopracowany i niedokończony, nie chciałam więc umieszczać tego tutaj, bo to mogłoby być konfundujące w razie jakiś zmian w sequelu. Ciekawie podsumowałaś sposoby funkcjonowania umysłów Min i Albusa. Także świetnie wyłapałaś ich cechę wspólną, czyli obwinianie się o wszystko, chociaż Min ma do tego większe tendencje.

Na koniec, jakie są Wasze oczekiwania dotyczące następnej części? Co będzie dalej z relacją Albusa i Minerwy, jaką rolę odegra w tym wszystkim klątwa pierścienia, Severus Snape, Eliksir Życia i jad bazyliszka? Zdradzę Wam, że kolejny tom obejmuje wydarzenia związane z Księciem Półkrwi oraz Insygniami Śmierci i ma około 23 rozdziałów.

Także mam nadzieję, że spotkamy się przy kolejnym tomie, w wolnej chwili zapraszam do zajrzenia na konto ,,Emeraldiana", bo tam zamieściłam krótkie opowiadanie pt ,,Gobelin tkany magią i miłością". Trzymajcie się zdrowo, pozdrawiam Was serdecznie i jeszcze raz dziękuję tym, którzy śledzą i komentują tą historię.

Wasza Emeraldina