UWAGA: Graficzne gore.
Dodatek: Katastrofo, na imię ci Regulus
– Severusie.
Snape spiął się na dźwięk swojego imienia, po czym łypnął przez ramię. Za nim, we ciemności wczesnego lata, z przechylona głową i oczami lśniącymi intensywnie, stał Regulus Black. Snape nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek widział u niego tego rodzaju intensywność w szkolę. Jasne, Regulus był od niego o rok młodszy, ale ponieważ należeli do tego samego domu, to Snape postawił sobie za punkt honoru badanie jego zachowań i poznanie go bliżej, po prostu dlatego, że był bratem Syriusza Blacka. Zauważyłby coś takiego.
– Co ty tu robisz? – zapytał Snape. Rzeczonym „tu" były ruiny po magicznej społeczności, która mieszkała zaraz za szkocką granicą. Śmierciożercy po raz pierwszy zaatakowali miejsce, które znajdowało się tak blisko Hogwartu, ale Snape wiedział, że to niebawem ulegnie zmianie. Poza tym, nie zaatakowali tego miejsca wyłącznie po to, by rozwścieczyć Dumbledore'a i zasiać panikę pośród jego popleczników. To miejsce po prostu okazało się wystarczająco odizolowane od innych, by mogli bezpiecznie przetestować w nim zarodniki Czarnej Plagi, które Adalrico Bulstrode niedawno wyhodował. Wyniki jednak nie do końca zadowoliły Mrocznego Pana, więc jeszcze przez jakiś czas nie będą mogli użyć ich w oficjalnej walce. Snape szturchnął butem resztki po wzdętym ciele i zmarszczył nos. Lord nakazał mu uważnie sprawdzić rozsadzone przez zarodniki rany i sprawdzić, czy byłby w stanie uwarzyć eliksir, który zneutralizowałby efekty plagi. Snape wiedział, jak ważnym było, żeby śmierciożercy byli w stanie ochronić się przed efektami plagi, kiedy zostanie dopracowana, ale i tak zadanie przepełniało go zniesmaczeniem. Ależ te ciała cuchnęły.
– Ukończyłem naukę w Hogwarcie. – Regulus przeskoczył zgrabnie ponad ciałem i przyłączył się do Snape'a, po czym wzdrygnął. Snape okazał temu zrozumienie. Sam musiał spędzić tu trochę czasu, nim nie przyzwyczaił się do smrodu na tyle, by móc pracować pomimo niego. Regulus podwinął lewy rękaw i podsunął przedramię Snape'owi pod nos, zmuszając go do przyjrzenia się znajdującego się tam Mrocznego Znaku. – I postanowiłem przyłączyć się do naszego pana.
Snape zerknął na Regulusa, po czym odwrócił wzrok.
– Oczywiście że tak – powiedział. Zastanawiał się, czemu te wieści go w ogóle zaskoczyły. Wszyscy wiedzieli, że Syriusz Black uciekł z domu w czasie przerwy świątecznej na szóstym roku, przez co rodzice go wydziedziczyli i ogłosili Regulusa swoim dziedzicem. Oczywiście, że Mroczny Pan spróbował po czymś takim przeciągnąć ich na swoją stronę, zwłaszcza że byli jedną z najbardziej wpływowych, mrocznych, czystokrwistych rodzin, której najstarszy syn znajdował się poza jego zasięgiem, opleciony ściśle sieciami Zakonu Feniksa.
– No tak. – Regulus kopnął ciało i pokręcił głową. – Jak ty w ogóle znosisz ten smród?
– Niełatwo. – Snape zobaczył kobietę, na piersi której znajdował się nietknięty, czarny bąbel, więc przyklęknął przy niej i użył klątwy tnącej, żeby ściągnąć całą połać zakażonej skóry. Galaretowata krew zaczęła rozlewać się powoli. Wstał i owinął skórę w materiał, który szybko schował do kieszeni szaty. – Czy Mroczny Pan cię po mnie przysłał?
Regulus podskoczył lekko.
– Och! Tak, przysłał. Powiedział, że masz czym prędzej do niego wracać. Najwyraźniej jesteś mu w tej chwili bardziej potrzebny do czegoś innego, więc badania nad eliksirem, który ma się oprzeć pladze, muszą poczekać. – Jego ton osunął się w osobliwej imitacji głosu Voldemorta. Snape uznał, że prawdopodobnie zrobił to podświadomie. A przynajmniej miał nadzieję, że to było podświadome. Regulus nie pożyje długo, jeśli Voldemort uzna w pewnym momencie, że ktoś sobie z niego kpi.
– W takim razie powinniśmy się czym prędzej do niego udać – powiedział Snape, po czym obrócił się, by minąć ulicę, usianą porozrzucanymi kończynami i resztkami po organach.
– No tak – powiedział ponownie Regulus.
Dopiero po trzech minutach do Snape'a dotarło, że Regulus nie poszedł za nim, a wtedy znalazł się już na skraju wioski. Obrócił się, gotów do rzucenia ciętym i zniecierpliwionym komentarzem.
Zobaczył, że Regulus klęczy obok kobiety, której głowa zeskoczyła z ramion, jak tylko zarodniki po raz pierwszy wylądowały na ziemi. Ostrożnie układał jej ciało z powrotem i zamknął jej oczy. Snape zastanowił się z niedowierzaniem, czy może rzuci też zaklęcie łatające, ale chyba nawet do Regulusa dotarło, jak niewłaściwe byłoby to z jego strony. Po prostu tam stał, przyglądając się przez chwilę rezultatowi swoich działań, po czym wreszcie kiwnął głową i ruszył za Snape'em. Nawet zdołał go dogonić i ruszyć przodem; Snape musiał jeszcze przez chwilę stać jak wryty, zastanawiając się, czemu Regulus miałby zrobić coś tak koszmarnie zbędnego.
– Nie żyje.
Snape niemal roztrzaskał szklane mieszadło o bok kociołka. Zwykle tak mocno skupiał się na warzeniu, że kompletnie zapominał o istniejącym wokół świecie. Wiedział, ze to była słabość i to taka, którą będzie musiał naprawić. Odłożył na bok mieszadło, nie pozwalając swojej ręce na drżenie, po czym obejrzał się na Lucjusza.
– Tobie się wydaje, że w ogóle zwracam uwagę na to, gdzie się włóczysz, Lucjuszu? – zapytał z wyższością, przeciągając zgłoski i z satysfakcją zobaczył, jak zarumieniona z tryumfu twarz Lucjusza zalewa się rumieńcem z zupełnie innego powodu. – Kto nie żyje?
– Gideon Prewett – powiedział Lucjusz z zajadłą satysfakcją. – I jego brat, Fabian, też. Musieliśmy zająć się nimi w piątkę, ale wreszcie się udało.
Snape kiwnął uprzejmie głową, powstrzymując się przed powiedzeniem czegoś niefortunnego, na przykład tego, jakie żałosne to było, że trzeba było aż pięciu mrocznych czarodziejów do pokonania dwóch świetlistych. Jasne, bliźniacy Prewett byli sławnymi, szanowanymi czarodziejami, ale przecież ponoć poplecznicy Mrocznego Pana mieli być potężniejsi od każdego – bo tylko oni mieli dość odwagi i woli, by poskromić śmierć.
– Ciesz się swoją nagrodą, Lucjuszu – powiedział, po czym wrócił do swojego eliksiru. Voldemort chciał eliksir, który pozwoliłby każdemu na imitowanie efektu pocałunku dementora. Póki co Snape'owi raczej marnie to wychodziło. Zwyczajnie nie był w stanie znaleźć dość informacji o samych dementorach, nawet pośród rozległych bibliotek, do których mieli dostęp wierni słudzy Voldemorta; niewielu czarodziejów w ogóle było nimi zainteresowanych.
– Taki mam zamiar – powiedział Lucjusz, którego głos zrobił się ospały z zadowolenia. – Na najbliższy miesiąc nie mamy w planach żadnych większych ataków, a Narcyza już za mną tęskni.
Snape usłyszał pyknięcie aportacji za sobą i wrócił do swojego kociołka. Czy też spróbował do niego wrócić. Po kilku chwilach musiał odłożyć ponownie mieszadło i zacząć chodzić w kółko po pomieszczeniu. Upewnił się, że wyglądało to, jakby potrzebował rozciągnąć ścierpnięte od pochylania się nad kociołkiem mięśnie. Znajdował się w prawym skrzydle posiadłości Riddle'ów i wiedział, że był tam sam, ale nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś może mieć cię na oku. No i, oczywiście, jego osłony oklumencyjne były wzniesione wysoko, ale to już z czystego przyzwyczajenia.
Nie mógł dać po sobie poznać, że napięcie w jego mięśniach pochodziło z dzikiej pogardy. Jeszcze rok temu żywił tego rodzaju uczucia wyłącznie wobec szlamowatych dzieci, które zginęły w czasie jego inicjacji.
Przekonał się, że niewielu śmierciożerców było do niego podobnych, zarówno pod względem potęgi magicznej, jak i oddania sprawie Voldemorta. Przyłączyli się do niego, ponieważ bali się śmierci, albo chcieli pomóc Mrocznemu Panu w stworzeniu czystokrwistego świata, wolnego od wszelkich zmaz. Snape przyjął do wiadomości, że przyjdzie mu pracować u boku ludzi, których nie rozumiał i za którymi nie będzie przepadał. To nie było dla niego nic nowego, w końcu nikt na świecie nie był do niego podobny.
Ale nie spodziewał się, że będzie nimi tak koszmarnie pogardzał.
Przechwalali się, kiedy ich własna duma powinna podpowiedzieć im, kiedy powinni się nie odzywać. Używali paskudnych i oczywistych zaklęć w sytuacjach, w których proste i eleganckie znacznie lepiej by się sprawdziły – co więcej, w sytuacjach, w których ich pan nakazał im ostrożność ponieważ czasami nie chciał, by niektóre ataki zostały z miejsca rozpoznane jako działania śmierciożerców. A potem byli tacy koszmarnie zaskoczeni, kiedy Mroczny Pan dotrzymywał słowa i torturował ich za porażki i niedociągnięcia. W dodatku w kółko popełniali te same błędy. Pogardzali troską, z jaką Snape podchodził do swoich eliksirów i nie pojmowali, czemu ich Lord tak wysoko go cenił, nawet po usłyszeniu wyjaśnień od samego Voldemorta. Roztrzaskiwali bezcenne i wartościowe artefakty, które udawało im się odzyskać w czasie rajdów, z równą beztroską, co czaszki szlam.
Snape nie spodziewał się, że w tych ludziach będzie tak niewiele gracji.
– Severusie?
A to był Regulus, który jako jedyny poza Mrocznym Panem wciąż nazywał go po imieniu – a od czasu ich pierwszego spotkania, Snape zawsze był w stanie rozpoznać magię Voldemorta i klęczałby na długo przed jego wejściem do pokoju. Zatrzymał się w miejscu tak gwałtownie, że jego szaty aż trzasnęły o siebie, kiedy obracał się w kierunku Regulusa.
– Czego? – warknął.
Regulus zamrugał, po czym podniósł rękę.
– Przyszło mi do głowy, że może chciałbyś to zobaczyć – powiedział. – Właśnie wróciłem z wizyty u rodziców i powiedzieli, że mogę to wynieść z domu i ci pokazać.
Snape nabrał tchu, żeby posłać go w diabły, ale wówczas ożyła trzymana przez Regulusa srebrna kula. Po jej bokach rozwinęły się zrobione ze światła skrzydła, a Snape zobaczył blask gwiazd, porozsiewanych po głębokiej, aksamitnej czerni. W samym środku znajdowała się złota kropka, wokół której tańczyły planety ich układu słonecznego.
Podszedł bliżej i zagapił się. Jeszcze nigdy nie widział czegoś równie niewielkiego, stworzonego z równie wielką troską o szczegóły. Ktokolwiek stworzył to urządzenie, przypilnował na przykład, żeby idealnie oddać kolory Saturna, który nie mógł być większy od paznokcia Snape'a, a przecież inne były jeszcze mniejsze. A mimo to, kiedy Snape wymamrotał zaklęcie, które wzmocniło mu wzrok, był w stanie zobaczyć nawet lśnienie zielonych kontynentów na Ziemi. Ten artefakt był idealny nawet w najdrobniejszych detalach.
Tak właśnie Snape wyobrażał sobie kiedyś całą magię: spokojną potęgę, która bez trudu tworzy tego rodzaju cuda i nawet nie zwraca uwagi na wszelkie próby wpłynięcia na nią.
Przyglądał się jej i przyglądał, a kiedy podniósł wzrok, zobaczył że Regulus przygląda się jemu. Miał jednak odprężoną twarz i w żaden sposób tego nie skomentował, po prostu uśmiechnął się lekko i kiwnął głową, po czym poskładał kulę z powrotem i zabrał ze sobą. Snape'owi przyszło do głowy, że naprawdę pasował mu ten uśmiech. Regulus był znany ze swojego śmiechu i dowcipkowania – tłumaczono to zarówno jego młodym wiekiem, jak i faktem, że był rozpieszczonym dziedzicem zamożnej rodziny – a śmierciożercy często byli w stanie docenić sztukę, nawet jeśli nieczęsto z tego korzystali. Zwykle wręcz brakowało im rozumu do stworzenia jej na własną rękę.
Kiedy Snape ponownie wrócił do warzenia, uznał że to dziwne, że jedyny śmierciożerca, który okazał się skłonny do podzielenia z nim czymś pięknym i pełnym gracji, był bratem Syriusza Blacka.
– Amputo!
Snape ryknął to słowo, a stojąca przed nim czarownica z Zakonu Feniksa padła na ziemię, wyjąc z bólu, usiłując podnieść różdżkę. Oczywiście, z pewnością nie pomagał jej w tym fakt, że jego zaklęcie wyrwało jej lewą rękę i odrzuciło z daleka od ciała, a to właśnie w lewej dłoni trzymała tę różdżkę. Jedyne, co wystawało jej teraz z barku, były porozrywane kości i mięśnie, wszystko w sumie nie większe od pięści Snape'a.
Mógłby ją tak po prostu zostawić. Szok połączony z utratą krwi by ją wykończyły, a przecież słyszał, że inni też potrzebowali jego pomocy; wszędzie wokół padały klątwy, za pomocą których śmierciożercy starali się odeprzeć nagły atak Zakonu.
Ale nie mógł jej jeszcze zostawić, bo to mu nie wystarczyło.
Ponownie skupił się na czarownicy.
– Coquo – wyszeptał.
Zaklęcie najpierw owinęło się wokół jej nóg i kobieta zaczęła wyć z bólu, co było czystym dźwiękiem nieszczęścia, który nawet nie brzmiał do końca ludzko, ale Snape'owi skojarzył się wyłącznie z wyciem wilkołaka. Zadrżał, ale nie odwrócił wzroku od swojej ofiary. Na niebie nie było pełni, a Fenrir Greyback i tak przebywał obecnie po przeciwnej stronie pola bitwy, jak to zawsze miało miejsce na życzenie Snape'a. Dlatego też mógł swobodnie przyglądać się, jak kwasy żołądkowe powoli trawią stopy, łydki, uda i wreszcie krocze kobiety. Kiedy powoli rozpływały się jej biodra, wydała z siebie wrzask, który sprawił, że coś w rodzaju spokoju ponownie zapanowało w sercu Snape'a.
Była już tylko torsem z prawym ramieniem i głową, ale wciąż żyła. Snape jeszcze z nią nie skończył.
– Torridus.
Klątwa odwodnienia pomarszczyła jej skórę i kobieta spróbowała zawyć po raz kolejny, ale nie miała w ustach, ani w gardle nawet odrobiny śliny, więc nie zdołała wydać z siebie żadnego dźwięku. Jej oczy skruszyły się w czaszce na wiór. Jej włosy rozsypywały się, kiedy miotała wściekle głową. Jej skóra lśniła matowo od pożaru, który płonął za nią; Snape odebrał jej pot.
Snape uśmiechnął się. Zauważył kątem oka, że osoba, która właśnie do niego podchodziła, powoli zaczęła się wycofywać. W ogóle jej nie winił.
Czas skończyć.
– Extorqueo.
Potężne, niewidzialne dłonie złapały to, co pozostało z czarownicy i zaczęły odkręcać jej głowę od torsu. Snape widział, jak jej usta poruszają się w panice, kiedy głowa obracała się wkoło, a potem po okolicy poszedł echem trzask, jaki wydał z siebie jej wyschnięty kark. W chwilę później niewidzialne dłonie oderwały jej głowę w fontannie krwi. Snape zamrugał, kiedy krew go zalała, tryskając mu na twarz, mocząc szaty, a kawałki kości minęły go niczym odłamki po bombie. Jeden nawet naciął mu policzek.
Uśmiechnął się.
– Severusie?
I wtedy obejrzał się i zobaczył Regulusa – Regulusa, którego uważał za martwego, bo był przekonany, że zginął z ręki tej przeklętej czarownicy – i osunął się nagle na kolano, kompletnie oszołomiony. Regulus podszedł szybko do niego i ostrożnie położył mu dłoń na ramieniu.
– Nie… nie musiałeś tego robić – wyszeptał Regulus. – Przecież nic mi się nie stało. A nawet gdyby tak nie było… – Snape spojrzał w górę i zobaczył, jak Regulus kręci głową i niczego więcej już nie mówi, ale przecież nie musiał, bo Snape doskonale wiedział, co chciał przez to powiedzieć. A nawet, gdyby tak nie było, to nie powinieneś był używać tych zaklęć. Przecież masz w sobie więcej gracji. Wiesz, kiedy po prostu trzeba zabić i ruszyć dalej.
I Snape pomyślał, że tak, powinien był to zrobić. Powinien był. Na wszystko był odpowiedni czas i miejsce, nawet na przyjemność z tortur.
Bitwa nie była takim miejscem.
Poczuł, jak coś się w nim zmienia, niczym ruch kontynentalny i po raz pierwszy od dwóch lat poczuł, jak jego własna pogarda zwraca się przeciw niemu samemu, zalewając go niczym kwasy żołądkowe klątwy Coquo. Przecież wiedział, jak się mścić. Przede wszystkim do zemsty należało podchodzić z dystansem i opanowaniem i obierać najbezpieczniejszą i najskuteczniejszą możliwą metodę. Nie powinno się poddawać furii, jak jakiś…
Jak jakiś Gryfon.
Po raz pierwszy Severus Snape spojrzał na siebie klarownie, zobaczył, czym się stał i koszmarnie to znienawidził. Nie było w nim niczego pięknego, pełnego gracji i potęgi, które powinny przepełniać śmierciożerców. Nie było tego w nich, ani w Mrocznym Panie, ani w nim. Nie mógł już dłużej udawać, że kroczył pośród całego tego syfu i nic z tego go nie tknęło i nie uwiesiło się na nim. Idea, że nawet jeśli był paskudnym człowiekiem, to i tak by mu to nie przeszkadzało, również poległa.
A wszystko z winy Regulusa, który wciąż okazywał nutę gracji we wszystkim co robił, choć pewnie nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, który wciąż nazywał Snape'a po imieniu, który wciąż chciał dzielić się z nim pięknem i doradzał mu, że istnieją przecież lepsze sposoby na zemstę. Właśnie przez niego wszystko w głowie Snape'a zaczęło się rozsypywać w dwa lata po jego pierwszym spotkaniu z Voldemortem i nie mógł tego za żadne skarby poskładać z powrotem.
