32. KREACJA
Harry już nad ranem udał się z Draco na Grimmauld Place – nie chcieli ryzykować zatrzymania przez Dumbledore'a. Zostawili rzeczy, a potem Draco przeniósł się jeszcze do domu Lupina, żeby zobaczyć się z rodzicami i porozmawiać, gdyby... Dokładnie. Nawet nie chcieli nazwać swoich lęków po imieniu, byli tak bardzo zestresowani.
– Matko! Ojcze! – zawołał z ulgą, gdy tylko zobaczył ich w korytarzu.
I choć Malfoyowie nie należeli do zbyt wylewnych publicznie, w zaciszu domowym pozwalali sobie na ogromną swobodę; obydwoje przytulili Draco mocno, ciesząc się ze wspólnych chwil. Zwykle były krótkie, a od powrotu Czarnego Pana nie mogli sobie pozwolić również na jakiekolwiek potknięcie w rozmowie, lecz akurat dzisiejszego dnia to nie miało znaczenia. Jeśli Harry wygra, dostaną w nagrodę takich chwil tysiące. Lecz jeśli przegra... Nawet nie chcieli myśleć, co się z nimi stanie, gdy Czarny Pan wreszcie odkryje prawdę.
Dlatego zasiedli wspólnie do bardzo wczesnego śniadania. Dlatego rozmawiali o wszystkim i niczym, śmiejąc się; matka opowiadała anegdoty z młodości, zabawne historie z dzieciństwa, ojciec uśmiechał się z rozczuleniem, patrząc na nią z miłością, a Draco był wdzięczny za moment ulgi. Czuł się trochę tak, jakby czas się cofnął. Znów był małym czarodziejem, aspirującym do tego, aby być jak ojciec.
Ukradkiem rozejrzał się po skromnym mieszkaniu Lupina. Nie były ogromne przestrzenie Malfoy Manor, wiekowe meble, portrety rodzinne czy kunsztowne zdobienia, jednak z pewnością czuł się tu przytulnie i komfortowo. Nawet przy małym, kwadratowym stole. Jego rodzice nie okazywali niezadowolenia – prawdopodobnie byli po ludzku wdzięczni za schronienie, lecz to nie był temat, na który Draco chciał rozmawiać.
– Jak w szkole, Draco? – spytała matka.
– W porządku – odpowiedział, przełknąwszy kęs. – Dużo nauki, ale Harry mi pomaga, więc daję radę.
– Cieszę się. Jestem z ciebie dumny. – Szczerość głosie ojca sprawiła, że poczuł nagłe ciepło gdzieś w sobie. Ojciec naprawdę był z niego dumny! To znaczyło bardzo wiele dla Draco.
– Dziękuję.
– Nie masz za co dziękować, synku – odrzekła matka. – To my powinniśmy dziękować tobie. I Harry'emu. Zrobiliście dla nas bardzo wiele. Harry równie dużo zrobił dla ciebie.
– Fakt. – Draco uśmiechnął się na wspomnienie o Harrym. Był jednym z najlepszych ludzi na świecie, cholera. Do dziś nie wierzył we własne szczęście. – Jestem pewien, że on wie, jak bardzo jesteście mu wdzięczni. To dobry człowiek.
– Tak, tak, zaiste. Harry to bardzo specyficzny chłopiec – zauważył ojciec. – Mam nadzieję, że dziś w szczególności wykaże się ogromnym talentem i pokona Czarnego Pana.
– Lucjuszu! – syknęła Narcyza.
– Nie, nie, mamo, w porządku – uspokoił ją Draco. – Wiemy, jaka jest sytuacja i nie uciekniemy od niej. – Przygryzł wargę. – Możemy udawać, że to kolejne śniadanie rodzinne, ale tak nie jest. – Spojrzał rodzicom w oczy twardo, zdecydowanie, zaskakując ich własną determinacją. – Dołożę wszelkich starań, aby Harry już dziś pokonał... Voldemorta. – Rodzice skrzywili się na dźwięk imienia Czarnego Pana. – Albo my, albo oni. Chcę, żebyśmy to byli my. Jestem gotów zrobić wszystko, co trzeba.
– Draco... – Narcyza miała łzy w oczach; przemowa syna brzmiała jak pożegnanie.
Lucjusz położył jej dłoń na ramieniu.
– Nie bój się, kochanie. Jest w końcu naszym synem.
Draco podziękował skinieniem głowy za wszystko: za śniadanie, za rozmowę, za wiarę, za wychowanie... Za wszystko, co się w życiu liczyło. Na wszelki wypadek.
Po chwili zniknął.
– Uratuję cię – powiedział szeptem Harry, patrząc wprost na Syriusza. Duch nie odezwał się. – Jeszcze dziś wrócisz do nas, do mnie i będziemy znów rodziną. Wyjedziemy na wakacje. Odpoczniemy. Zamieszkam z tobą tu, na Grimmauld Place.
Milczenie ze strony Syriusza tylko dołowało Harry'ego, który uparł się, aby chrzestny wykazał się choć odrobiną wiary.
– Wyrwiemy się stąd, rozumiesz?! Sam mnie uczyłeś tej pieprzonej animagii! Możemy zniknąć na miesiąc lub dwa, nikt się nie dowie! – Doskoczył do niego, jakby chciał nim szarpnąć. – Na Merlina, powiedz coś!
Syriusz spojrzał mu w oczy.
– Jesteś takim samym idiotą jak James – rzekł ze źle ukrywanym bólem.
Właśnie wtedy z kominka wypadł Draco. Otrzepał się, patrząc to na Harry'ego, to na Syriusza. Starał się nie okazywać zaskoczenia, a jedynie uprzejme zainteresowanie.
– Co mnie ominęło?
– Mała sprzeczka z powodu poglądów na sprawę przywrócenia komuś życia – odpowiedział Harry, cedząc słowa.
– Znów? I tak wszystko gotowe.
– Jesteście skończonymi kretynami! – wykrzyczał Syriusz i zniknął za ścianą.
Harry westchnął, po czym opadł na krzesło. Oparł łokcie o blat długiego stołu, po czym ukrył twarz w dłoniach. Jeszcze bardziej rozwichrzył włosy.
Dochodziła dziesiąta. Siedem minut. Tylko tyle dzieliło ich od początku planu. Snape miał wtedy pojawić się u Voldemorta, żeby go zaprowadzić do Harry'ego, zaś Remus miał za zadanie skontaktować się z tyloma członkami Zakonu, z iloma tylko zdoła, żeby również się tu pojawili. W tym czasie Harry i Draco musieli się dobrze ustawić. Jak Voldemort się pojawi, Snape miał obciąć Nagini łeb.
Potem Harry'emu zostało stoczyć walkę na śmierć i życie, w której od początku przegrywał. Bo tak musiało się to odbyć. Musiał umrzeć, żeby zabić Voldemorta.
Im dłużej czekali, tym gorzej. Harry miał wrażenie, że minęły wieki, kiedy to tylko dwie minuty. Draco też siedział jak na szpilkach. Patrzyli wszędzie, ale nie na siebie nawzajem.
Atmosfera w pomieszczeniu zrobiła się nerwowa; Harry miał wrażenie, że się dusił, że nie miał w ogóle czym oddychać. Wstał, przeszedł się po pomieszczeniu, starając się nie dać zdenerwowaniu.
Draco z kolei wystukiwał paznokciami rytm na blacie. Patrzył w ścianę, gdy ze zdenerwowania czuł nacisk na żołądek. Nagle miał ochotę zwrócić całe śniadanie, jakie zjadł z rodzicami. Te parę godzin z nimi nieco go podbudowało, lecz teraz... Byli tak blisko...
Zabrzmiała kukułka. Dziesiąta. Przedstawienie czas zacząć.
Świat nieco wirował mu przed oczyma, gdy Zakon oraz Voldemort ze Śmierciożercami pojawili się na Grimmauld Place właściwie w jednym momencie. Draco, stający tuż za plecami Harry'ego, wciągnął głośniej powietrze; najwyraźniej i na nim zrobiło to wrażenie. W ostatnim, niemal niezauważalnym geście, Harry ścisnął jego dłoń, w drugiej trzymając fiolkę z eliksirem.
– Harry Potter! Chłopiec, który przeżył. – Voldemort uśmiechnął się okropnie, a wśród Śmierciożerców rozległy się pomruki. – Tu już cię nikt nie obroni.
Kierowany instynktem, powoli kierował się w stronę Voldemorta, nie zważając na okrzyki od członków Zakonu. Szczerze mówiąc, niewiele do niego docierało. Liczył się tylko stojący trzydzieści stóp dalej Voldemort. Nawet Draco został w tyle. I chociaż był najbliżej końca, nie bal się śmierci. Ani trochę.
Czuł na krańcu świadomości, że Draco podążył za nim. Przystanął, by partner mógł do niego dołączyć.
Było aż nienaturalnie cicho.
Nagle z tłumu Śmierciożerców wyskoczyła zakapturzona postać z Mieczem Gryffindora, ucięła Nagini, spoczywającej u boku Voldemorta, łeb, a potem rzuciła się do ucieczki slalomem. Voldemort błyskawicznie dobył różdżki, starał się trafić uciekiniera zaklęciem zabijającym, lecz było to bezcelowe. Ten moment z kolei wykorzystał Harry – wylał eliksir z fiołki prosto na czarnoksiężnika.
– Tom Marvolo Riddle! Syriusz Black! Vertuuvitus! – Rzucił zaklęcie, modląc się, by zadziałało. Zaraz jednak przystąpił z Draco do dalszego ataku.
Zakon i Śmierciożercy również nie próżnowali; momentalnie dołączyli się do walki. Harry miał jednak tylko jeden cel: Voldemort.
Musieli jednak walczyć ze wszystkimi, nie mogąc sobie pozwolić na martwienie o najbliższych. Czarnoksiężnik zasłonił się swoimi sługusami, boleśnie świadomy tego, co się wydarzyło. Jeśli tylko spotka go śmierć, której był tak bliski...
Kątem oka obserwowali ludzi po obu stronach, którzy padali na ulicę, panował rozgardiasz. Krzyki, klątwy, zaklęcia wypełniały uszy, oczy widziały cierpienie i śmierć, ale nie mogli się poddać. Żaden z nich. To nie był czas na łzy za poległych; żałoba miała dopiero nadejść. Teraz liczyło się coś więcej.
Harry i Draco fantastycznie współpracowali przy wspólnych zaklęciach. Było trudniej niż w klasie, jednak całkiem nieźle im szło. Właściwie walka ożywiła ich; dzięki kolejno rzucanym zaklęciom ofensywnym, wzmocnionym wspólnymi siłami, osiągali więcej. Tu już nie było miejsca na błędy, ponieważ mogły one kosztować ich życie.
– Musimy się dostać do Voldemorta! – krzyknął Harry do Draco.
– Osłaniam cię!
Pokiwał głową, rozumiejąc, a potem zaczął powoli się przesuwać, krok po kroku, coraz bardziej zmniejszając odległość.
Wokół nich latały wszelkie zaklęcia ofensywne, jakie tylko znali, ale także takie, o których nie słyszeli. Łatwo można było odróżnić, kto jakie zaklęcie rzucał; Śmierciożercy się nie patyczkowali, rzucali Niewybaczalne za Niewybaczalnym.
– Drętwota!
– Crucio!
– Impedimenta!
– Incarcerous!
Lawirowali między walczącymi z niemałym wysiłkiem. Draco z całych sił starał się odpierać klątwy i pilnować, żeby Harry nie oberwał żadną z nich. Ten sam Harry, który był skupiony wyłącznie na postaci Voldemorta i zabiciu go.
Musiał umrzeć. Był ostatnim horkruksem. Bez śmierci Harry'ego nigdy nie uda im się pokonać Voldemorta. Nieistotne, co takiego zrobią, tak długo, jak Harry oddychał, żyła w nim cząstka duszy Czarnego Pana, nie pozwalając mu umrzeć.
To się działo niczym w zwolnionym tempie. Harry, gotów spróbować rzucić zaklęcie zabijające w kierunku Voldemorta, zauważył, że w ich stronę leciał zielony promień. Kątem oka uchwycił postać dzielnie walczącego Draco, tak znakomicie osłaniającego jego plecy. I to właśnie w jego kierunku leciała smuga klątwy. Serce Harry'ego zamarło. Draco miał... umrzeć?
Ciało zareagowało instynktownie: rzucił się przed Draco, przyjmując klątwę na siebie, ułamek sekundy wcześniej krzycząc:
– Avada kedavra!
Potem była już tylko błoga ciemność.
Syriusz, przyzwyczajając się do swojej dawnej, całkowicie materialnej formy, wyszedł przed drzwi frontowe w momencie, w którym Harry padł na ziemię. Martwy.
– Nie! – usłyszał wrzask. Zaraz. To on wrzeszczał.
Zamarli wszyscy. I Zakon, i Śmierciożercy, wszyscy ciekawi, co się wydarzyło. Gdy to do nich dotarło, nie byli w stanie zareagować w sensowny sposób.
Harry padł martwy. To samo jednak spotkało Voldemorta. Obie grupy, dotychczas walczące ze sobą, po prostu gapiły się na ciała obu. Przy Harrym szybko zaczęli zbierać się ludzie. Pierwszy był przy nim Draco, zaraz za nim Remus i McGonagall.
– Harry! Harry! – To Draco wył jak zranione zwierzę, przytulając do siebie martwe ciało ukochanego i kołysząc je. Łzy lały się ciurkiem po jego policzkach. Wyglądał, jakby zawalił się jego cały świat.
Syriusz, wciąż wychodząc z otępienia, padł na kolana, złapał chrześniaka za rękę. Była chłodna.
– Harry... – wyszeptał, nagle żałując z całego serca ich ostatniej rozmowy. Gdyby wiedział... Gdyby tylko wiedział... Jeszcze był taki zły... – Przepraszam, Harry... – dodał, a potem sam się rozpłakał.
Dołączyło do nich wielu. Remus, McGonagall, członkowie Zakonu, ludzie, których Syriusz nie widział już kupę czasu... byli tu i wspólnie opłakiwali śmierć Harry'ego. Nie potrafili się radować zwycięstwem nad Voldemortem. Byli w żałobie.
Oby to był sen. Oby to był sen. Oby to był paskudny sen!
Gdyby Draco miał możliwość, wybrałby tysiące Cruciatusów od Czarnego Pana, nawet codziennie przez miesiąc, ale w zamian zażądałby, żeby nie musiał przezywać tego piekła związanego ze śmiercią Harry'ego. Właśnie wszystkie ich plany, obietnice, marzenia wzięły w łeb. Już nie było miłości. Nie było żadnego małżeństwa. Nie było nic.
Już nie płakał. Nie miał czym, choć wciąż potrzebował. Czerwone, napuchnięte oczy z pewnością nie czyniły z niego zbyt atrakcyjnego chłopca, lecz to nie miało znaczenia. Nie miał dla kogo świetnie wyglądać. Nie miał komu dogryzać. Nie miał komu wyznać miłości.
Ogromna pustka, którą poczuł w sercu, ziała chłodem. Nicość i marność. Czuł się paskudnie. Jakby przeżuł go gumochłon. A może nawet gorzej.
– Draco, tak mi przykro. – Ręka na ramieniu, ciepły, kojący głos. – Lepiej go zostaw... – Remus. Tak, to musiał być on. Ale jak miał zostawić Harry'ego?!
– Nie! – zawył, zaciskając kurczowo dłonie na zimnym ciele. Nie miał zamiaru odchodzić. Spojrzał na spokojną twarz Harry'ego. – Nie zostawiaj mnie! Nie możesz! Nie możesz, kurwa, rozumiesz?! Kocham cię! Kocham! Na Merlina, Harry, nie możesz mi tego zrobić! Obiecałeś!
– S-serio? – wychrypiał cichy głos.
– Harry?! – Draco, siąkając nosem, aż nie wierzył. – Ty żyjesz! TY IDIOTO, ŻYJESZ! – Przytulił go mocno.
Dobra wiadomość rozeszła się bardzo szybko. Draco jednak nie zwracał na nic uwagi, zajęty teraz płaczem ze szczęścia. Nawet nie wiedział, kiedy Syriusz z Remusem też zaczęli płakać. Wszyscy trzej odczuli ogromną ulgę.
Tego dnia Snape został cichym bohaterem ich niewielkiego grona; tylko oni wiedzieli, że to on zabił Nagini. Na szczęscie Voldemort nie trafił go zaklęciem zabijającym, zatem Snape'a czekało parę lat męczenia nowych pokoleń czarodziejów w szkole. Harry szczerze się cieszył, że mężczyzna był cały i zdrowy, o czym nie omieszkał mu powiedzieć.
– Daj mi spokój, Potter – warknął Snape i zniknął z Grimmauld Place.
Czyli wszystko wróciło do normy.
Kiedy tylko Harry poczuł się lepiej, zażyczył sobie spotkania z Zakonem Feniksa oraz paroma innymi osobami. Był tam nawet obecny Dumbledore. To było oczywiście celowe działanie, ponieważ właśnie wtedy Harry opowiedział całą historię manipulacji oraz intrygi, jakich dopuścił się dyrektor. Na świadków miał dwóch profesorów – Remusa oraz Snape'a, choć tego drugiego przekonywał Draco, aby w ogóle wziął udział.
Początkową reakcją było oczywiście niedowierzanie, szok, paru zarzuciło mu kłamstwo, lecz miał solidne dowody chociażby w postaci małżeństwa. Poza tym państwo Weasley wiedzieli, że Dumbledore go zamknął w swoim gabinecie za pomocą zaklęć – to tylko stanowiło dodatkowy argument.
Dumbledore był zmuszony potwierdzić wszystko, miał trafić pod sąd. Harry ucieszył się – nie dlatego, że starzec na to zasłużył (chociaż to też miało wpływ na jego samopoczucie), ale dlatego, że otworzył oczy wielu ludziom. Wykreował nowe poglądy, a także idee, które, miał nadzieję, zmienią ich świat na lepsze.
W sumie już sam brak Voldemorta stanowił nadzieję na stworzenie czegoś nowego, lepszego.
Po wszystkim pożegnali zmarłych, wszystkich tych, którzy stali po jasnej stronie, walczący w imię wspólnego dobra. Harry, chociaż nie znał prawie nikogo, nie był w stanie nie pogrążyć się w smutku. Strata bolała zawsze. Wcale nie musiała być prywatna.
