Po raz kolejny pragnę ostrzec ludzi, którzy nie chcą czytać ciężkiego slashu: w chwili, w której natraficie na zdanie „Draco spojrzał z zaciekawieniem na Harry'ego", przewińcie sobie aż do kolejnej sceny. Ten rozdział składa się z sześciu scen i piąta zawiera w sobie slash.
Rozdział dwudziesty pierwszy: Zbieżności
Kiedy w „Proroku Codziennym" wyszedł artykuł, w którym Aurora Whitestag i Philip Willoughby postanowili ogłosić się z nawiązaniem współpracy, Harry uznał, że ma już serdecznie dość otaczającego go bezsensu i czas najwyższy z kimś o tym porozmawiać.
Wszedł do Wielkiej Sali i zorientował się, że ludzie mu się przyglądają. Harry wywrócił oczami. Ilekroć dochodzi do tego jeszcze przed śniadaniem, to zwykle jest to wina jakiegoś artykułu w gazecie. Nie sądził jednak, żeby to mogło być „Vox Populi". Większość uczniów wciąż nie brała tej gazety równie poważnie co „Proroka", a Hornblower był chwilowo zajęty karczowaniem lasu teorii spiskowych dotyczących tego, czy minister w ogóle nadaje się na swoje stanowisko. Od dobrych pięciu dni nie opublikował niczego o Harrym.
Harry usiadł przy stole Slytherinu. Millicenta bez słowa podrzuciła mu kopię gazety. Harry kiwnął do niej głową, złapał za pomocą swojego zaklęcia lewitującego, po czym rozłożył w powietrzu przed sobą, nalewając sobie soku pomarańczowego i nakładając owsianki. Opłacił sklep w Hogsmeade, żeby dostarczali mu regularnie jedzenie, ale jego właściciele okazali się wyjątkowo pozbawieni wyobraźni w wyborze posiłków. Na szczęście Harry'emu wciąż nie przeszkadzały specjalnie mdłe dania.
OPOZYCJA UWAŻA, ŻE VATES POTRZEBUJE NADZORU
Rada nadzorcza może okazać się najlepszym kompromisem
Autor: Melinda Honeywhistle
– Obawiam się, że do tej pory niewłaściwie do tego podchodziliśmy – powiedziała wczoraj Aurora Whitestag. – Ostatecznie vates potrzebuje przede wszystkim skupić się na wojnie z Sami–Wiecie–Kim. Mam jednak nadzieję, że to nowe rozwiązanie okaże się kompromisem dla obu stron.
Whitestag odnosiła się do nowej petycji, którą przedstawili wczoraj Wizengamotowi, a w którym wychodzą z prośbą o ustanowienie rady nadzorującej działania byłego Harry'ego Pottera. Rada taka składałaby się głównie z rodziców dzieci, które Harry zabił przed Bitwą o Hogwart, ale Whitestag powiedziała, że członkowie Wizengamotu i profesorowie ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa, Hogwartu, również będą mile widziani.
– Każdy widzi, że Harry'emu naprawdę przyda się jakiś nadzór – powiedziała. – Trenował przez lato, ale wydaje mi się, że powrócił do czarodziejskiego świata na długo, nim jego trening dobiegł końca. Potrzebuje czegoś więcej. Możemy zasugerować mu taktyki, upewnić się, że nie używa nierozsądnie swojej magii. Harry skorzysta z naszej obecności, a cały świat będzie mógł spać spokojnie ze świadomością, że Chłopiec, Który Przeżył otrzymuje odpowiedni trening, a jego postępy są nadzorowane.
Philip Willoughby, którego córka, Alexandra, zginęła w czasie ataku na Hogwart i który przeprowadzał petycję w nadziei, że Harry stanie za to przed sądem, zdaje się popierać Whitestag.
– Osobiście już się poddałem i nie sądzę, żebym kiedykolwiek zdołał zobaczyć Pottera w Tullianum, gdzie powinien trafić za swoje zbrodnie – powiedział wczoraj tej reporterce. – Ale rada nadzorcza to dobry pomysł. Jestem nieskończenie wdzięczny, że tak wielu obywateli czarodziejskiego świata zwróciło uwagę na kogoś takiego jak ja, mugolskiego ojca, którego córka była postrzegana jako gorszy sort przez swoich rówieśników i domowników. Nawiązałem wiele dobrych przyjaźni i ci przyjaciele równie mocno będą mnie wspierać przy ustanawianiu rady nadzorującej, co robili to w sprawie petycji dotyczącej sądu wojennego.
Whitestag wyjaśniła też własne motywy, jak i motywy rodziców Poświęconej Piętnastki. Nie chodzi im o zemstę za zmarłych, ale po prostu upewnienie się, że czarodziejski świat jako taki przetrwa burzę, jaką jest vates.
– Istnieje wiele powodów, dla których żaden Lord nigdy nie był nastolatkiem – powiedziała. – Nie można im powierzyć tak ogromnej potęgi. To, oczywiście, nie jest wina Harry'ego, już się taki urodził. Jeśli już, to uważam, że to przede wszystkim nasza wina, wina rodziców i profesorów, którzy pozostawili go na pastwę dorosłych, którzy wypaczyli mu poczucie honoru czy sprawiedliwości. Dzięki naszej opiece przekona się, na jak wiele tak naprawdę go stać i będzie mógł prawdziwie rozwinąć skrzydła, zamiast dalej przemieniać się w potwora, którym ewidentnie powoli się staje.
Harry odłożył gazetę, jak tylko skończył czytać artykuł i potrząsnął głową. Draco momentalnie zabrał mu gazetę, a Owen stanął za nim, czytając mu przez ramię i cierpliwie czekając, ilekroć Draco potrząsał „Prorokiem" ze złością.
Mimo to, Draco nie odezwał się, póki nie skończył czytać. Harry jadł dalej, czekając na rozpętanie się burzy.
– I ciebie to nie wkurza?
Przynajmniej Draco syknął mu to na ucho, zamiast wrzeszczeć przy wszystkich w Wielkiej Sali. Harry podniósł brew.
– Pewnie, że wkurza – powiedział. – Ale wrzask się na nic mi się nie przyda. Nie wiadomo, czy Wizengamot w ogóle weźmie to pod uwagę, a nawet jeśli, to ile im zajmie ustalenie szczegółów, zwłaszcza teraz, kiedy tak strasznie starają się uprzykrzyć wilkołakom życie. Przynajmniej zostałem ostrzeżony. Przecież przyjąłem do wiadomości, że tego rodzaju konsekwencje są nieuniknione, zupełnie jak wtedy, kiedy pozabijałem te dzieci z litości, Draco.
Draco potrząsnął głową.
– Ależ ty mnie czasami irytujesz – powiedział, ale w głosie było więcej rezygnacji, niż czegokolwiek innego.
– Na pewno nie robię tego celowo – powiedział stanowczo Harry, po czym odsunął od siebie miskę po owsiance i wstał. Draco zagapił się na niego. – Idę znaleźć Snape'a – wyjaśnił Harry – żeby zobaczyć, czy wyleczył się wystarczająco, żeby móc się ze mną zobaczyć.
– Po tym, co ci ostatnim razem powiedział w czasie eliksirów?
– Tak – powiedział łagodnie Harry. Przykro mu się zrobiło, kiedy Snape skrytykował jego eliksir, czego nie zrobił odkąd Harry zaczął naukę w Hogwarcie, robiąc wyrzuty nie jego treningowi – bo przecież wszystkiego nauczył się od Snape'a – ale jego pragnieniu do eksperymentowania. Sugerował, że Harry pewnie uważa się za lepszego do wszystkich i nie ma czasu na warzenie tego samego, co otaczający go przeciętniacy. To była kolosalna zmiana podejścia, w porównaniu do paru tygodni wcześniej, kiedy Snape ufał Harry'emu pod względem eliksirów na tyle, że pożyczył mu „Medicamenta Meatus Verus." Harry przemyślał jednak to sobie porządnie i zdołał się uspokoić. Jasne, tamte słowa bolały, ale jeśli wziąć pod uwagę wszystko, przez co Snape w tej chwili przechodził, to był prawdziwy cud, że w ogóle był w stanie prowadzić lekcje, a co dopiero zwracać się uprzejmie do kogokolwiek. Harry miał wrażenie, że można by to uznać wręcz za zaszczyt, nawet jeśli cokolwiek wątpliwy, że Snape'owi zależało na nim wystarczająco, by w ogóle go tak wyszczególnić. Ostatnimi czasy Snape zwykle po prostu wrzucał instrukcje na tablicę i przez resztę zajęć krążył po klasie, łypiąc na wszystkich.
– Czemu?
– Bo chcę zobaczyć, czy może uda mi się pomóc przy jego leczeniu, no i sprawdzić, czy może zdołam odzyskać mojego opiekuna – powiedział Harry i uśmiechnął się do Dracona, po czym wyszedł szybko z Wielkiej Sali. W ogóle go nie zaskoczyło, że Snape nie pojawił się na śniadaniu. Unikał ich od pierwszego dnia semestru, kiedy to niemal transmutował Puchonkę w coś zawstydzającego. Harry miał nadzieję, że to oznacza, że Snape zaczął słuchać sugestii Josepha, co mogło być dobrym znakiem.
W drodze do kwater Snape'a odliczał minuty, jakie zostały mu do pierwszych zajęć tego dnia. Powinien mieć wystarczająco dużo czasu. Właśnie dlatego poszedł wcześnie na śniadanie, w dodatku klasa eliksirów nie znajdowała się jakoś szczególnie daleko od pokojów Snape'a. Miał pół godziny.
Kiedy obudził się tego ranka i pozwolił sobie poleżeć przez chwilę na łóżku z baldachimem, słuchając cichego pochrapywania Dracona, zorientował się, że gesty pojednania mogą jednak wyjść mu na zdrowie. Odwlekanie odbycia rozmowy z kimś, ponieważ nie chce się przypadkiem nastąpić na czyjąś wolną wolę ponownie oznaczało zakładanie czegoś z góry. Skąd ma wiedzieć, czy drugiej strony duma nie powstrzymuje przed odezwaniem się, albo złość, albo zwykłe niezrozumienie motywów Harry'ego? Od czasu pierwszego pytania, nie zagadywał nawet dalej Snape'a o to, o co właściwie im poszło z Kamelią. Nie naciskał na odwiedzanie Snape'a, ponieważ obawiał się, że go tym skrzywdzi.
Ale trzymaniem się z daleka też mogę go skrzywdzić. Nie będę wiedział na pewno, póki przynajmniej nie zapytam.
Jak tylko dotarł do kwater Snape'a, te otworzyły się. Joseph wyszedł, a jego szare szaty zawirowały mu łagodnie wokół kostek, kiedy zamykał za sobą drzwi. Dopiero wtedy podniósł wzrok, a na widok Harry'ego zmarszczył brwi i pokręcił głową.
– To nie jest najlepsza pora, Harry.
– Dlaczego nie? – Harry przechylił głowę i zaczekał. Czuł się stabilnie i spokojnie. Przyjął do wiadomości, że nie istnieje ścieżka pozbawiona błędów. Naciskanie w tej sytuacji mogło okazać się błędem, który tylko rozogni rany Snape'a. Odczekanie paru dni mogło okazać się błędem, ponieważ Snape mógłby dojść do wniosku, że Harry w ogóle nie przejmuje się jego cierpieniem. Każdy drobny gest, czy słowo mogły okazać się błędami, jeśli zostaną niewłaściwie zinterpretowane. Musiał być skłonny do popełniania tych błędów i znoszenia ich konsekwencji. Musiał iść dalej przed siebie, nawet jeśli nie wiedział za bardzo, co zrobić. Musiał zwyczajnie pozostać otwarty na to wszystko. Skoro nastroje Snape'a zmieniały się jak pogoda, to Harry powinien brać pod uwagę każdą możliwą zmianę.
– Miał wczoraj wyjątkowo paskudny sen. – Joseph mamrotał te słowa, jakby mogły skrzywdzić samo powietrze – albo jakby Snape podsłuchiwał ich przez drzwi, co Harry uznał za bardziej prawdopodobne. – W tym śnie zaatakowały go wspomnienia, które nie tylko wcisnął na samo dno swojego umysłu, ale wręcz usiłował aktywnie zniszczyć. Wyraził zgodę na powiedzenie ci, że dotyczyły Regulusa Blacka. A ponieważ Regulus nie jest obecnie dostępny, to niewiele jestem w stanie dla niego zrobić.
– A jak w ogóle się trzyma?
Joseph westchnął.
– Bez zmian. Skłonny do dzielenia się ze mną strzępami informacji, ale opiera się, ilekroć proszę go o wyjaśnienie poszczególnych węzłów w jego duszy. Przekonany o własnej szpetocie. Cierpi, ale nie chce okazać bólu, a mimo żałuje, że nie ma obok niego kogoś, kto by go doskonale zrozumiał.
Harry kiwnął głową.
– A przychodzi ci może do głowy cokolwiek, co mógłbym dla niego zrobić, nawet jeśli nie chce się ze mną zobaczyć, albo ze mną porozmawiać?
– Obawiam się, że nie – powiedział Joseph. – Nawet ja widzę, że potrzebuje twojego towarzystwa, ale nie wpuszczę cię do jego pokoju, jeśli tego sobie wyraźnie nie życzy.
Harry przygryzł wargę.
– A co powiesz na list? – zasugerował. – Przyjdzie do niego i powiadomi go, że jestem tu i czekam na niego, ale na który nie musi odpisywać, ani nawet go czytać, jeśli tego nie chce.
Joseph zamrugał.
– To… w sumie może zadziałać. Ale chyba zdajesz sobie sprawę, że może odpisać na taki list wyjątkowo nieprzyjemnie? Może nawet brzmieć, jakby chciał się nad tobą znęcać…
– Bywało gorzej. – Harry odkrył, że uśmiecha się szeroko. Zawsze czuł się lepiej, kiedy miał przed sobą jakiś konkretny plan, nie znosił bezsensownego dreptania w miejscu. – No i chcę z nim porozmawiać, wiesz? Jeśli uważasz, że to mu nie zaszkodzi, a może pomóc, to chcę zaryzykować.
Minęła chwila ciszy, którą Harry spędził na patrzeniu z wyczekiwaniem na Josepha, a wieszcz na zastanawianiu się nad tym. Wreszcie kiwnął głową.
– Jeśli wierzysz, że jesteś w stanie to znieść – mruknął.
– Mogę – powiedział Harry. – W dodatku wiem, że tego ode mnie potrzebuje. No i kocham go, więc wiesz. – Ponownie uśmiechnął się do Josepha, po czym odwrócił się i ruszył na zajęcia z eliksirów, po drodze komponując list w głowie. Kiedy już odszedł spory kawałek, usłyszał jak drzwi do kwater Snape'a otwierają się i zamykają, ale nie obejrzał się. Jeśli Snape wyjrzał, żeby na niego spojrzeć, to Harry pozwoli mu się na siebie pogapić bez konieczności patrzenia mu w oczy, jeśli to okaże się zbyt wielkim wyzwaniem.
Czy naprawdę ma takie wielkie znaczenie, kto wykona pierwszy gest w kierunku pogodzenia się? Nie. To nie jest poświęcenie i nie mam zamiaru się tu poświęcać. Jak Snape każe mi się odpierdolić, to się odpierdolę. Może po prostu potrzebuje na mnie nakrzyczeć? To też zniosę.
A po zajęciach z eliksirów będę musiał znaleźć Connora. Chyba dam radę go złapać po drodze na zajęcia z obrony przed mroczną magią. Ta cała kłótnia z Draco jest koszmarnie głupia, już dawno powinienem był wysłuchać jego wersji wydarzeń. Spróbuję skombinować nam myślodsiewnię.
Snape nie czuł się jak człowiek.
Nie chciał iść i nauczać eliksirów.
Ale McGonagall podała mu warunki jego pobytu w Hogwarcie i to był jeden z nich. Gdyby zmuszono go teraz do opuszczenia Hogwartu i udania się gdzie indziej... Snape nie wiedział, czy by przeżył. Wiedział jednak, że byłby tam jeszcze mniej wart niż tu, a tu był zwykłym worem kości, krwi i wypalonych wspomnień. Tak długo jak pozostawał Mistrzem Eliksirów, to przynajmniej wciąż miał eseje do ocenienia i lekcje do nauczania.
Jedynym, co mógłby zyskać na przebywaniu z dala od Hogwartu, to że znalazłby się również z dala od Harry'ego.
Coraz ciężej przychodziło mu znoszenie Harry'ego, odkąd zaczął śnić o Regulusie i roli, jaką Regulus odegrał w przeciąganiu go z powrotem na stronę Światła. Chciał zobaczyć się z Harrym. Obserwował go, kiedy jadł obiady i kolacje w Wielkiej Sali, rozmawiał z innymi Ślizgonami, siedział w zamyśleniu, albo organizował kolejne zajęcia klubu pojedynków. Chciał, żeby Harry do niego przyszedł, przeprosił za odesłanie Snape'a z Nadmorskiego Basztańca, wyjaśnił że już ukarał Kamelię i Snape już nigdy więcej nie będzie musiał się jej obawiać.
Ale jednocześnie nie chciał, żeby Harry się do niego zbliżał. Nie był w stanie wybaczyć mu jego nieobecności, kiedy cierpiał w czasie snów, albo tego, że przyzwał Josepha i pozostawił Snape'a na jego nieistniejącą łaskę. Chciał, żeby Harry go rozumiał, a ne żeby zadawał pytania. Chciał, żeby Harry zorientował się, jak te sny na niego wpływały, ale nie chciał mu mówić o samych snach.
Wiedział, że był nieracjonalny. To tylko pogarszało jego cierpienie, zwłaszcza w te dni, kiedy Harry w ogóle nie próbował się z nim zobaczyć.
A dzisiaj Harry przyszedł i rozmawiał za drzwiami z Josephem, więc Snape ich podsłuchał. Harry powiedział, że chce napisać do niego list. Snape momentalnie znienawidził ten pomysł. Harry powinien być bardziej rozsądny i nie próbować się z nim kontaktować po snach z Regulusem, które dręczyły go każdej nocy.
Harry nie wie o snach z Regulusem, wyszeptała bardziej poczytalna część jego umysłu.
Snape'a to nie obchodziło. Powinien wiedzieć. Harry był legilimentą. Mógłby spojrzeć Snape'owi w oczy i odczytać sny z jego umysłu. Świadomość, że Harry nie zrobiłby czegoś takiego przez wzgląd na niechęć do przymuszenia, tylko wszystko pogarszała, ponieważ sugerowała, że Harry cenił sobie swoje drogie zasady wyżej od Snape'a, a to z kolei potwierdzało kolejną starą prawdę, której nauczył się od matki: że nikt nigdy nie pokocha go ponad wszystko inne. Harry'emu zależało na nim wyłącznie wtedy, kiedy okazywał się niezbędny do prowadzenia wojny i odwrócił się od niego w chwili, w której Snape odsłonił swoje rany i zgorzknienie.
Myśli, poczytalne i szalone, tak mocno owinęły się wokół zgorzknienia, że zaczęły przypominać linę, na której Snape wolałby się powiesić, niż słuchać słów, które Harry kierował do Josepha. A kiedy je wysłuchał, to roześmiał się, ponieważ Harry spodziewał się po nim nikczemności.
Jak on śmie, po tym wszystkim co dla niego zrobiłem?
Ale gdyby Harry się tego nie spodziewał, Snape gardziłby nim za zlekceważenie lekcji, które tak długo starał się wpoić chłopcu. Tylko głupiec wyszedłby z założenia, że Snape w tym stanie jest w stanie napisać spokojny i spójny list, czy też w ogóle spróbuje się z kimkolwiek skontaktować. Bez względu na to, czego Harry by nie zrobił, i tak wychodził na głupca.
– Czy czujesz się na siłach, żeby dzisiaj tłumaczyć?
Snape podniósł wzrok. Joseph wrócił i oparł się o zamknięte ponownie drzwi, przyglądając mu się z namysłem.
– Przecież muszę – wychrypiał Snape.
Joseph kiwnął głową.
– Jeśli nie będziesz chciał przeczytać tego listu, to zawsze możesz go po prostu spalić.
Czyli Joseph wiedział, że podsłuchiwał – albo się tego domyślił, ponieważ właśnie do czegoś takiego dopuściłby się człowiek o duszy czarnej jak ta Snape'a. Każde z tych założeń było niedopuszczalne. Snape warknął na niego i odwrócił się.
Joseph nie odezwał się, za co Snape był wdzięczny. Szybko i efektownie przygotował się na zajęcia. W głowie miał zapamiętany przepis eliksiru. Wrzuci go na tablicę i pozwoli uczniom go śledzić w miarę możliwości. Jego łypnięcia zwykle wystarczały, by nawet najbardziej pewni siebie szóstoroczni, znajdujący się na jego owutemowych zajęciach z eliksirów, spuszczali z tonu i niepewnie wracali do śledzenia instrukcji. Hermiona Granger popełniała niewielkie błędy od początku roku szkolnego.
Wyszedł na korytarz, trzymając mocno różdżkę w palcach, a twarz uformowała mu się w zamrożoną maskę. Nie był pewien, do czego by doszło, gdyby spotkał kogoś po drodze. Na szczęście do niczego takiego nie doszło, więc otworzył drzwi i wszedł do klasy posuwistym krokiem, zauważając z chłodną radością, że paru uczniów szybko stara się wrócić na miejsca.
– Hufflepuff traci dwanaście punktów za ślamazarność – powiedział wyniośle, ponieważ Susan Bones jako ostatnia dotarła do swojej ławki. Spuściła wzrok, a na jej twarzy pojawił się obraz rozpaczy.
Snape machnął różdżką i przepis na eliksir uderzył o tablicę w ferii barw i kolorowego dymu. Odwrócił się i złowieszczo spojrzał na wszystkich, bez słów polecając im zabrać się do roboty. Większość uczniów momentalnie rzuciła się po składniki. Tylko trójka pozostała na miejscach: Draco i Granger, którzy zawsze najpierw spisywali przepis z tablicy, albo porównywali go z tym, który mieli w podręcznikach…
Oraz Harry, który siedział spokojnie w ławce, przyglądając się Snape'owi swoimi wielkimi, zielonymi oczami.
Snape spojrzał na niego, wlewając w to całe okrucieństwo bólu, przez który przechodził, jak i nienawiści do świata jako takiego i używając tego jak ostrza do przebicia się przez bariery oklumencyjne Harry'ego. Harry uśmiechnął się lekko i nagle jego bariery kompletnie opadły, a Snape nagle zorientował się, że patrzy na umysł, którego niemal nie poznawał.
Myśli Harry'ego uległy zmianie, odkąd je widział ostatnim razem. Wówczas przypominały szkielet stalowego drzewa, ledwie tkniętego liśćmi. Teraz to drzewo żyło, a ciemne miejsca między gałęziami, niegdyś przepełnione niepewnością, teraz były pełne nowych gałęzi i liści – niewątpliwie emocji i doświadczeń, których Harry wciąż nie wiedział, jak zinterpretować. Snape zagapił się.
Harry szturchnął go lekko własną legilimencją. Snape był tak wytrącony z równowagi, że pozwolił mu zaciągnąć się w jedno, konkretne miejsce i nagle odkrył, że patrzy wprost na miłość, którą Harry do niego czuł.
Była ostra niczym promienie słońca i zacięta niczym nieustannie odrastająca trawa. Harry nie spodziewał się, że Snape pewnego dnia obudzi się jako człowiek, którym kiedyś był. Wiedział, że Snape może spędzić resztę życia na leczeniu. Wiedział, że Snape może już nigdy nie będzie w stanie ponownie stać się jego opiekunem, może już nigdy więcej się do niego nie odezwać, może okazać się kompletnie bezużyteczny w wojnie, czy też we wszystkich działaniach, jakich Harry podejmie się jako vates.
To wszystko nie miało znaczenia. Harry wciąż będzie go kochał, ponieważ miłość Harry'ego nie opierała się na żadnej z tych spraw.
Snape poczuł, jak jego ostrożnie poukładana rzeczywistość, rozpada się wokół niego. Wiedział, mimo całego tego wściekania się o to, że Harry nie chce porozmawiać z nim bezpośrednio, że nie miał prawa oczekiwać od kogokolwiek tego rodzaju oddania. Elieen Prince miała rację. Tego rodzaju oddanie nie istniało.
A mimo to właśnie gapiło mu się prosto w twarz.
Snape odwrócił wzrok.
– Panie Potter – warknął. – Przecież pan wie, że jeśli pan Malfoy będzie musiał zrobić wszystko za pana, to otrzymacie niższą ocenę. Proszę się wziąć do roboty.
Czuł, że Harry się uśmiechał nawet, kiedy wstawał, żeby wykonać polecenie, bo Snape się pomylił i zwrócił do niego po nazwisku, którego już przecież dawno temu się wyrzekł.
Snape nie musiał otwierać listu od Harry'ego. Właściwie, to kiedy go otrzyma, to od razu go spali, bo wcale nie chciał go czytać. Spali go, bo wiedział już, co w nim znajdzie.
W jaki sposób to miałoby cokolwiek zmienić? pomyślał, z rosnącą paniką odbudowując roztrzaskaną przez Harry'ego maskę. Przecież jego miłość może okazać się zwykłym oszustwem, kłamstwem. Albo kocha cię za to, kim kiedyś byłeś, a nie to, kim jesteś teraz. Nie podjął żadnego wysiłku, by dowiedzieć się, kim teraz jesteś.
Ale Snape nie sądził, żeby dowolny pragmatyzm mógł go teraz uratować przed samym faktem, że ta miłość istniała. Mógł zmieniać zdanie. Mógł się wściekać. Mógł się burzyć. Mógł kazać Harry'emu zostawić się w spokoju, albo spróbować pociąć mu serce na kawałki za pomocą najbardziej okrutnych słów, jakie znał. Mógł uznać, że już nigdy więcej nie chce widzieć Harry'ego na oczy.
Nic z tego wszystkiego nie zmieni faktu, że ta miłość tam istniała i będzie istnieć dalej, choćby wbrew jego woli.
Harry dogonił Connora akurat, kiedy Connor miał już wchodzić na zajęcia z obrony. Connor wiedział, że to musiał być on, bo nikt inny nie złapałby go równie delikatnie za ramię i odciągnął na bok, po czym przycisnął do ściany.
– Czy mogę z tobą porozmawiać? – zapytał jego brat.
Connorowi przyszło do głowy, żeby odmówić. Wiedział, że powinien. Parvati miała rację. Harry mógł wszystko rozwiązać już dawno temu, gdyby tylko kazał Connorowi wyjaśnić jego punkt widzenia. Przecież Connor szybko by ustąpił. I tak nie chciałby przepraszać za cokolwiek Malfoya, ale znacznie lepiej byłoby załatwić to w ten sposób.
Z drugiej jednak strony, Harry do niego przyszedł. Connor nie chciał krzyczeć na Harry'ego na oczach wszystkich z owutemowej obrony. Parvati wolałaby, żeby nie robił sceny.
– Chyba tak – powiedział, przykładając podbródek do piersi i łypiąc krzywo spod grzywki na swojego brata.
Harry po prostu kiwnął głową.
– Chciałem się dowiedzieć, czy mógłbyś opowiedzieć mi swoją wersję tego, co zaszło między tobą i Draco – powiedział. – Jeśli nie chcesz mi o niczym mówić, albo nie przypominasz sobie wszystkiego, to mogę zorganizować myślodsiewnię, w którą wrzucisz wspomnienie. Wtedy będę mógł wszystko obejrzeć i podjąć własną decyzję.
Connor zamrugał i uchylił lekko usta.
– Czy ty użyłeś na mnie legilimencji? – wypalił.
– Co? Oczywiście że nie. – Harry też zamrugał w odpowiedzi. – Niby czemu miałbym?
– Bo dokładnie to chciałem zrobić! – zawołał Connor. – Powiedzieć ci prawdę, o wszystkim, i zrobiłbym to, gdybyś tylko mnie o to zagadał. A zamiast tego między nami zapadła cisza na dwa tygodnie i nigdy nawet nie spróbowałeś o to zapytać.
Harry skrzywił się.
– No wiem, Connor – powiedział. – Wybacz. To był błąd z mojej strony. Ale jeśli mam naprawdę szanować wolną wolę otaczających mnie ludzi, to powinienem przede wszystkim dowiedzieć się, czego ci ludzie chcą, co mi pozwoli na odpowiednie podejście do nich, dzięki czemu rany między nami nie będą tak ropiały. – Connor pokiwał głową z aprobatą. Parvati uważała, że przeprosiny Harry'ego powinny brzmieć mniej więcej w ten sposób, nawet jeśli nie przyszło jej równie wiele szczegółów do głowy. – No dobrze. A teraz czy pozwolisz mi wysłuchać swojej wersji wydarzeń?
– Po zajęciach – powiedział Connor. – W myślodsiewni – dodał, bo nie sądził, żeby był w stanie przypomnieć sobie wszystkie szczegóły rozmowy, a nie chciał, żeby Harry uznał go za stronniczego.
Harry kiwnął głową, a potem nagle wyłonił się zza niego Malfoy, biorąc go pod rękę i rzucając Connorowi pełne wyższości spojrzenie. Connor wywrócił oczami i wszedł do klasy. Może i Malfoy już nie odczepi się od Harry'ego, jak to powiedział Ron, ale to nie znaczyło, że Connorowi musiało się to podobać.
A jak Harry zobaczy wspomnienie z myślodsiewni, to pewnie też nie zapała do Malfoya szczególną sympatią.
Connor zajął swoje miejsce i rozmarzył się nad tym scenariuszem, kiedy Peter wszedł do sali. Connor zauważył przy okazji, że Peter wyglądał na znacznie mniej podenerwowanego tego dna. Wyglądało na to, że im dłużej nauczał, tym bardziej czuł się z tym komfortowo.
Harry powoli wyciągnął głowę z myślodsiewni, którą pożyczył od Dracona – to była ta sama, której kiedyś użył, testując zaklęcie, które pozwala na spojrzenie na sytuację z punktu widzenia konkretnej osoby – i zamrugał, potrząsając głową i zrzucając z siebie krople srebrzystego płynu. Connor siedział na swoim łóżku w sypialni szóstorocznych Gryfonów i przyglądał mu się z niepokojem. Harry wyprostował się i ponownie pokręcił głową.
– Wydaje mi się, że wszyscy wtedy zawiniliśmy – powiedział Connorowi.
Jego bratu opadła szczęka i Connor zaperzył się, po czym wierzgnął nogą tak agresywnie, że aż stopa zaplątała mu się w sznurach do podwiązywania zasłon baldachimu. Harry zaczekał, oglądając z cichym rozbawieniem, jak Connor kręci głową i zaciska szczęki. Connor nie osiągnął jeszcze pełni swojego wzrostu. Takie straszne z niego dziecko czasami, ale przecież wiem, że stać go na naprawdę wspaniałe gesty. Ta właśnie nadzieja ukoiła gniew Harry'ego i doprawdy, do tego samego powinno było dojść już wcześniej. Przecież wiedział, jak wiele dobra kryło się w ludziach. Jako vates powinien go wypatrywać. Nigdy nie powinien był dopuszczać do takiej sytuacji, w której między nim a Connorem cisza zapadła na tak długo.
Dlaczego właściwie straciłem wtedy nad sobą panowanie? Przecież na nic to się nikomu nie przydało. Przyjmowanie do wiadomości czynów ludzi wokół mnie, rozmawianie o tym z nimi i akceptowanie ich złości na mnie – wszystko to jest znacznie bardziej produktywne od dąsania się, obrażania, czy wyzywania ich.
– Nic złego tam nie zrobiłem! – wypalił wreszcie Connor. – To on wlazł mi do pokoju i zaczął ze mnie szydzić!
– A ty odpowiedziałeś tym samym – powiedział Harry, głosem nieugiętym niczym stal.
– Wcale nie musiał mówić tego, co wtedy powiedział!
– Nie, nie musiał – zgodził się Harry. – Ale ty też nie. – Nachylił się, żeby złapać brata za rękę. – Connor, naprawdę wydawało ci się, że te wszystkie docinki sprawią, że nagle wyrazi więcej sympatii wobec półkrwistych, że nagle ich zaakceptuje?
– Nie – powiedział naburmuszony Connor, patrząc na podłogę i odsuwając rękę, nie pozwalając się złapać. – Ja wcale… nie próbowałem go w ten sposób przekonać do zaakceptowania półkrwistych. Po prostu chciałem, żeby się zamknął.
– I nie uważasz tego za dziecinne? – zapytał Harry.
– A to, co on zrobił, nie było dziecinne?!
Harry odchylił się, opierając o poduszkę – siedział na łóżku Neville'a, który właśnie był na owutemowych zajęciach z antycznych run – i postukał palcami o brodę. Pierścień od Dracona błysnął w świetle pokoju i zamigotał mu prosto w oczy. Harry zamrugał. Diamentowe powidoki rozmazały mu nieco wizję, kiedy spojrzał znowu na Connora.
– Czy naprawdę chcesz być do końca życia dziecinny w porównaniu do niego? Naprawdę chcesz, żeby Gryfoni wydawali się dziecinni w porównaniu do Ślizgonów?
– No raczej nie – powiedział Connor wbijając wzrok w podłogę. – Po prostu nie rozumiem, czemu to zawsze ja mam być tym bardziej dojrzałym.
– Och, nie zawsze – powiedział Harry. – Przecież to Draco zwykle jest bardziej dojrzały od ciebie. – Connor wyprostował się, otwierając usta w proteście, ale Harry tylko pokręcił głową. – Dobrze wiesz, że mam rację, Connor. Wytrenowano go w udawaniu dorosłego, w okazywaniu dystansu i opanowania. Przeklął cię i zaatakował cię, ale ty zrobiłeś dokładnie to samo i to nawet częściej od niego. Ilekroć Draco ma do powiedzenia coś koszmarnego na twój temat, to albo mówi to do mnie, albo tylko we własnej głowie. Ty zwykle mówisz mu to prosto w twarz.
– Wydawało mu się, że powiedziałeś, że wszyscy byliśmy tam winni, nie tylko ja – wycedził Connor przez zaciśnięte zęby.
Harry kiwnął głową.
– Wiem. Moja wina leży głównie w tym, że tak nagle na was naskoczyłem, przekonany, że usłyszałem całą rozmowę. – Z całą pewnością nie usłyszał; zgodnie ze wspomnieniem w myślodsiewni, umknęła mu ponad połowa. – I za to przepraszam. A Draco był winien tego, że w ogóle wparował ci do pokoju. Przecież mógłby zignorować twoje trzaskanie wiekiem kufra. – Nabrał głęboko tchu i zebrał się w sobie, przygotowując na gniew Connora. – Ale wydaje mi się, że w tym przypadku zawiniłeś bardziej od niego.
Connor zagapił się na niego. A następnie zerwał na równe nogi i ruszył do drzwi.
– Connor? – Harry przypilnował, żeby jego głos był głęboki i łagodny, dzięki czemu Connor zatrzymał się, trzymając za klamkę i krzywiąc się niemiłosiernie. – Czy możesz mnie wysłuchać?
Connor kiwnął szybko i nerwowo głową. Harry przytaknął, po czym zaczął wyłuszczać, co o tym wszystkim myśli tak szczerze i ostrożnie, jak tylko był w stanie.
– Zaatakowanie w ten sposób Draco nie było honorowe z twojej strony, Connor – powiedział. – Nie było gryfońskie. Widziałeś przecież, jak strasznie Wielka Ujednolicona Teoria wytrąciła go z równowagi. Co więcej, wiedziałeś że tamtego dnia w kuchni stanąłem po twojej stronie, bo wydawało mi się, że zaraz rzuci się na ciebie z pięściami i wiedziałeś, że doszło do tego wszystkiego zaledwie na parę dni przed tym, co zaszło między Snape'em i Kamelia. To, co zrobiłeś, było okrutne, wymierzone i potworne.
– Ale on musi wreszcie zaakceptować, kim jesteś – wycedził Connor. – Nie pojmuję, czemu dalej się z nim zadajesz, Harry. Przecież on nie znosi tego, że jesteś półkrwi.
– Wcale nie – powiedział Harry, nieco zaskoczony, że Connor w ogóle tak to postrzega. – Czemu niby miałby? Wydaje mi się, że kocha mnie znacznie bardziej od dowolnej sugestii, jakoby czystokrwiści byli idealni. Ale wszystko zaszło dla niego nieco za szybko. A to moja wina, bo nie przygotowałem go na te wieści. Chyba nie zorientował się jeszcze, że Thomas uważa – a ja go popieram – że kultura czystokrwistych jest wspaniała i bezcenna. Nie kłócimy się pod tym względem głównie o kulturę czy rytuały. Draco zdaje się być przekonany, że istnieje jakaś genetyczna różnica między kimś takim jak on, a kimś takim jak Hermiona i to właśnie ta różnica sprawia, że jest od niej lepszy. Nie zgadzam się z tym, ale jestem w stanie z tym żyć. Jeśli zmiana zdania zajmie mu całe lata, to niech i tak będzie.
– Ale to obrzydliwe, że w ogóle tak myśli. – Twarz Connora pomarszczyła się, jak pysk małego psa, który zaraz zacznie szczekać. Harry bawił się przez chwilę myślą, że jego forma animagiczna może okazać się mopsem, ale z żalem odsunął to od siebie. W tej chwili powinien zachować powagę.
– Nie bardziej obrzydliwe od tego, co wam zrobiłem. – Harry nachylił głowę w jego kierunku. – Albo wykorzystywanie słabości przeciwnika.
Connor spuścił wzrok, a na jego twarzy pojawił się zawstydzony rumieniec. Harry zaczekał. Jego brat wciąż miewał problemy z przyznawaniem się do błędu, ale już nie mógł po prostu chować się za ideą, że w ogóle nie był wtedy winny.
Mimo to następne słowa Connora kompletnie go zaskoczyły.
– Jak ty go w ogóle znosisz? – zapytał wyzywająco. Oczy mu zabłysły, kiedy zrobił krok w stronę Harry'ego. – Już mniejsza z Wielką Ujednoliconą Teorią, mniejsza z krwią. Przecież to okrutny i złośliwy dupek, który ciągle cię wykorzystuje. Czemu go w ogóle kochasz, Harry? Wiesz chociaż to?
Tym razem to Harry się zarumienił, przypominając sobie Wigilię z zeszłego roku. Powiedział wtedy Draconowi, czemu go kocha i to była wyjątkowo długa lista przeróżnych spraw. Zdołał zmusić się do krótkiego kiwnięcia głową.
– Wiem.
– No to mi powiedz. – Connor jeszcze mocniej przymrużył oczy.
Harry odwrócił wzrok.
– Nie chcę dzielić się z tobą czymś takim, Connor – powiedział.
– W takim razie nie rozumiem, czemu miałbym mu cokolwiek wybaczać. – Harry usłyszał szelest i wiedział, ze Connor właśnie założył ręce na piersi. – Bo dla mnie to brzmi, jakbyś się wstydził tego, że go kochasz. Dobrze wiesz, że jest wszystkim, co powiedziałem, ale i tak jesteś nim zafascynowany. Rozumiem twoje przywiązanie, w końcu to był twój pierwszy przyjaciel tutaj, ale doprawdy, Harry, żeby spędzać z kimś resztę życia przez taką głupotę?
Harry poczuł, jak wściekłe ciepło wypełnia mu pierś. Wstał.
– A powiesz mi, czemu kochasz Parvati? – zapytał wyzywająco.
Connor zamknął usta tak gwałtownie, że prawie ugryzł się w język.
– No, nie – przyznał wreszcie. – Bo to prywatna sprawa.
Harry kiwnął głową.
– I w moim przypadku jest tak samo.
– Ale nikogo nie obchodzi czemu kocham Parvati! – Connor wykonał kolejny zniecierpliwiony krok przed siebie. – A mnie ciekawi, co ty takiego widzisz w Draco. Dlatego cię zapytałem. Bo chcę wiedzieć. Czemu mi nie powiesz? Bo jedyny powód, jaki mi przychodzi do głowy, to wstyd. Można by pomyśleć, że Draco z radością wysłuchałby, jak recytujesz wszystkie…
– Nie wygram tego, choćbym nie wiem co zrobił – powiedział cicho Harry. – Nie rozumiesz tego, Connor? Jeśli ci powiem, to zdradzę prywatność Draco, a specyficznie poprosił mnie, żebym tego nie robił. – To była jedna ze spraw, o jakie Draco go poprosił, kiedy w zeszłym roku leżał na piersi Harry'ego i patrzył na niego miękko i w kompletnym poczuciu bezpieczeństwa. – A jeśli ci nie powiem, to będzie ci się wydawało, że się go wstydzę, albo że to tylko pożądanie.
– Wiem, że to nie tylko pożądanie – żachnął się Connor. – Nie po twoim treningu. Ale naprawdę nie wydaje mi się, żeby Draco był dobrym partnerem dla ciebie, Harry. Chyba nie spodziewasz się, że w świetle takich myśli będę siedział i tylko patrzył jak cię wyniszcza? Że nie spróbuję was rozdzielić? A skąd mam wiedzieć, że nie podchodzisz do tego jak debil, skoro nie chcesz mi nawet wymienić powodów, dla których go kochasz?
– Nigdy nie spróbowałbym oddzielić cię od Parvati, nawet gdybym uważał, że nie wpływa na ciebie najlepiej – powiedział Harry. – Akceptuję ludzi, których kochasz, Connor.
– Ale to nie jest córka śmierciożercy – powiedział Connor. – Nie jest nawet mroczną czarownicą. Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, Harry, jak koszmarnie Draco może cię skrzywdzić, jeśli kiedykolwiek uzna, że jednak bardziej zależy mu na wyższości czystokrwistych, a nie na tobie? No i co będzie, jak się zadeklaruje wobec Mroku?
– Podejrzewam, że dokładnie to samo co wtedy, kiedy zadeklarowałeś się Światłu – powiedział Harry. – Wciąż nie będę czuł przymuszenia do obrania strony.
Connor oddychał szybko, twarz zalał mu rumieniec frustracji.
– Po prostu nie rozumiem, czemu postanowiłeś stanąć po jego stronie, a nie mojej – powiedział. – To wszystko.
– Nie chcę stawać po żadnej ze stron – wyszeptał Harry, wyciągając ręce. Connor nie poruszył się, żeby się do niego przytulić. Harry skrzywił się i opuścił ręce, upominając się, że wcale nie miał prawa do złości czy poczucia rozczarowania. Jego złość i rozczarowanie na dłuższą metę tylko wszystko pogorszą. – Tak samo jak nigdy nie oczekiwałbym po tobie, żebyś musiał wybierać między mną a Parvati.
– Kiedy nigdy nie będę musiał tego robić – powiedział Connor. – Bo umiem sobie to wszystko zrównoważyć. Ale wydaje mi się, że nie zdołasz tego zrobić między nami, Harry. Za bardzo różnimy się między sobą. I wydaje mi się, że on ci szkodzi. – Kiwnął szybko głową, jakby ktoś mu właśnie wydał rozkaz, po czym wyprostował się. – Kocham cię, Harry. Po prostu chcę się upewnić, że nic ci nie grozi.
– Nic mi nie grozi ze strony Draco – powiedział Harry, czując się już tym wszystkim naprawdę zmęczony.
– A mi się wydaje, że jednak tak. – Connor spojrzał na niego, a jego oczy były szczere i szeroko otwarte. – Naprawdę dużo o tym myślałem przez ostatnie dwa tygodnie, Harry, i rozmawiałem o tym z Parvati. Ale postanowiliśmy zaczekać i zobaczyć, co powiesz. Gdybyś mi wybaczył i przyznał, że zachowanie Draco robi się niebezpieczne, to nie musiałbym tego robić. Ale wydaje mi się, że on ci aktywnie szkodzi i na dłuższą metę tylko będzie cię wyniszczał. Przykro mi.
Powinienem był już wcześniej z nim o tym porozmawiać, pomyślał Harry. Za długo to odciągałem. To moja wina.
Nabrał głęboko tchu i odsunął od siebie poczucie winy, ponieważ o ile wina mogłaby mu pomóc w nie popełnianiu drugi raz tego samego błędu, to w tym przypadku była mu zwyczajnie zbędna. Wiedział, że Connor był zmienny, jego przekonania chwiały się z chwili na chwilę, porzucał uprzedzenia w chwili, w której w jego zasięgu pojawiały się nowe informacje, oraz rozwiązywał sytuacje, jak tylko docierało do niego, jak bardzo się mylił. Niemal do tego doszło, kiedy Harry zwrócił mu uwagę, że atakowanie przekonań Dracona nie było honorowe z jego strony. Jak mu dać parę tygodni, to pewnie znowu zmieni zdanie.
Connor wydawał się zaskoczony, kiedy Harry zaoferował mu po prostu niewielki, ale bardzo zdeterminowany uśmiech, po czym minął go w drodze do drzwi.
– Harry? – zwrócił się do jego pleców.
– Przykro mi – powiedział Harry. – Obawiam się, że pod tym względem będziemy musieli przyjąć do wiadomości, że nigdy się nie zgodzimy. Po prostu wiedz, że kocham was obu, Connor. Nigdy nie spróbowałbym zerwać kontaktów z tobą, żeby zadowolić Draco – ostatecznie nie zrobiłem tego nawet podczas trzeciego roku – i nie zerwę z Draco, żeby zadowolić ciebie. Przykro mi. Jeśli nie jesteście w stanie nawzajem się znieść, to trudno, rozumiem. Nie spróbuję was nakłonić, żebyście zachowywali się przy sobie jak przyjaciele, czy bracia. Ale i tak kocham was obu.
Connor spróbował coś powiedzieć, ale kiedy Harry zatrzymał się i zaczekał, to nic z tego nie wyszło. Westchnął lekko i zamknął drzwi za sobą.
Ale tym razem nie zaczekam na to, żeby sam do mnie przyszedł i coś powiedział. Będę z nim codziennie rozmawiać. Pokażę mu, że jestem szczęśliwy przy Draco. Będę pokazywał mu prawdę, póki nie przezwycięży ona jego skłonności do tarzania się w kłamstwach.
Draco spojrzał z zaciekawieniem na Harry'ego. Harry wydawał mu się dziwnie nerwowy tego wieczora, nawet kiedy Draco po raz kolejny przeglądał swoje notatki z lekcji animagii, a Harry starał się sprawdzać informacje, które znalazła dla niego Granger. Kiedy Draco go o nie zapytał, to wymamrotał coś o „wkraczaniu w sen", czego Draco nie zrozumiał, więc szybko odpuścił. I tak w tej chwili bardziej ciekawiło go zbliżenie się do wizualizacji swojego kształtu. Wiedział już, że jego forma była czworonożna, dość niewielka i smukła, ale wciąż nie wiedział, czym właściwie mogłaby być.
– Draco – odezwał się nagle Harry, więc Draco momentalnie odłożył notatki i odwrócił się do niego, bo Harry brzmiał, jakby niemal panikował, do czego niemal nigdy nie dochodziło.
– Tak, Harry? – zapytał Draco, przyglądając się twarzy swojego partnera. Harry był zarumieniony i ten rumieniec zdawał się sięgać mu w każdy zakątek twarzy, poza blizną w kształcie błyskawicy, która lśniła mu srebrno na czole. Draco był naprawdę rad, że nie jest zaogniona w żaden sposób.
Harry potrząsnął głową i nagle złapał Dracona za kark, przyciągnął go do siebie i pocałował.
Draco zamrugał, ale przecież nie będzie się temu stawiał, więc zareagował, chwytając Harry'ego za ramię i włosy, odchylając mu głowę do tyłu. Harry pociągnął go za sobą i przez chwilę trwało między nimi takie osobliwe przeciąganie liny, póki nie wylądowali niezgrabnie na łóżku. Draco zamamrotał z protestem, kiedy ich zęby szczęknęły o siebie i Harry wyszeptał przeprosiny, ale nie przerwał pocałunku.
Draco wierzgnął, starając się złapać lepiej Harry'ego, zamiast po prostu wiercić się na środku łóżka. Ale nagle w pokoju zapachniało różami, a Harry po prostu przewrócił go z powrotem na plecy, bardziej magicznie niż rękami i Draco nagle odkrył, że jest przyciskany do łóżka i pozostaje mu patrzeć tylko na zdyszanego Harry'ego.
– Czy pozwolisz, żebym cię podotykał? – wyszeptał Harry. – Po prostu… po prostu podotykał? Tylko tego teraz chcę.
Dracona aż fizycznie bolało zabieranie rąk z Harry'ego, ale kiwnął głową. Harry wymamrotał podziękowania, po czym pociągnął za krawat Dracona i jego koszulę, ściągając je z taką gracją, że Draco niemal nie poczuł ocierającego mu się o skórę materiału. Wydawało mu się, że Harry musiał użyć do tego magii, ale wyjątkowo ciężko przychodziło mu oderwanie wzroku od tych zielonych oczu, więc nie miał jak się upewnić.
– Kocham cię – wymamrotał Harry, pochylając głowę i całując Dracona po piersi. Draco odetchnął głęboko, zastanawiając się, czemu nie może oddychać, czemu nie czuje więcej paniki, kiedy miał wrażenie, że nie może poprawnie oddychać, czemu nagle czuje się, jakby leżał na łóżku, skąpanym promieniami słońca w środku lata. – Mam to gdzieś, czy ktoś tego nie pochwala i wiem, że z czasem możemy nabawić się przez to kłopotów, ale i tak nie przestanę cię kochać i to brzmi tak strasznie głupio, Draco, a nie wiem nawet, czy mnie w ogóle słuchasz…
Draco może i by chciał powiedzieć mu, że owszem, słucha, ale Harry po prostu nie przestawał go dotykać. Skubał, całował, lizał i ssał, a skóra Dracona zdawała się napięta i rozciągnięta, jakby była gotowa ześlizgnąć mu się z ciała i wlecieć do ust Harry'ego. Z całych sił starał się trzymać ręce przy sobie, ale i tak mu się to nie udało, nawet jeśli po prostu złapał parę razy za szaty Harry'ego, kiedy ściągał z niego spodnie i majtki, równie efektownie co wcześniej koszulę i krawat.
– Kocham cię – powiedział miękko Harry i wziął Dracona w rękę, głaszcząc go ręką i przewracając się tak, że jego biodro przyciskało się do draconowego, jakby chciał tak bardzo otoczyć go sobą, jak to tylko możliwe z Draconem leżącym płasko na materacu. Nawet przez chwilę nie odrywał też od niego wzroku.
Draco zamknął oczy. Unosił się pośród złota. Zmieniało się i falowało mu w umyśle, niczym promienie słońca przebijające się przez liście. Wydawało mu się, najwyraźniej nierozsądnie, że tak na dobrą sprawę przyjemność, jaką dzielił z Harrym nie będzie się tak w gruncie rzeczy zmieniała, bez względu na to, gdzie by się za nią nie zabierali. Och, jak strasznie się mylił. Ta przyjemność była znacznie bardziej skupiona, ostrzejsza od tej, którą podzielili się na podłodze Srebrnego Lustra. Draco odkrył, że nie jest w stanie powstrzymać swoich bioder przed szarpliwym poruszaniem się, wbijaniem się w rękę Harry'ego. Wiedział, że oddech opuszczał mu usta w gorących podmuchach. Światło przemykało mu przed oczami. Nie miał właściwie pojęcia, co się dzieje zresztą jego ciała. Usta, oczy i chuj – po co miałby się teraz martwić o cokolwiek innego?
Kiedy doszedł, usłyszał jak głos Harry'ego rozbrzmiewa przed nim, ale nie był w stanie go usłyszeć, przytłoczony intensywnym naciskiem i przyjemnością od zewnątrz i wewnątrz. Jego głowa zrobiła się za ciężka, by kark mógł ją udźwignąć, kiedy drżał pod ostatnimi spazmami światła i ciepła i nagle zdał sobie sprawę z tego, gdzie są jego ręce. Sięgnął przed siebie i złapał Harry'ego za ramię. Przyciągnął go do siebie, uchylając lekko powieki.
– Co powiedziałeś? – wyszeptał.
– To, co zwykle – wyszeptał Harry w odpowiedzi i pocałował go. – Kocham cię.
Draco starał się odpowiedzieć, naprawdę się starał. Ale z ust uciekło mu tylko potężne ziewnięcie, mimo że ruszanie teraz szczękami naprawdę bolało. Chciał jednak usiąść, sięgnąć w dół po Harry'ego. Chciał zaoferować mu choć sugestię przyjemności, którą przed chwilą podarował Draconowi.
Harry jednak złapał go na nadgarstek, kiedy tego spróbował, a metal na jego pierścionku wydał się dziwnie chłodny na skórze Dracona.
– Nie trzeba – wyszeptał. – Chciałem tego, chciałem przypomnieć sobie, że jesteś prawdziwy, że nie siedzisz tylko po drugiej stronie łóżka, ucząc się, ale możesz też w każdej chwili znaleźć się w moich ramionach, jeśli tylko tego chcę. – Draco praktycznie usłyszał, że Harry uśmiechnął się, mimo że nie otworzył oczu, żeby to potwierdzić. – I w mojej ręce też.
Draco spróbował zaprotestować.
– Ale Harry… – Wydawało mu się, że powinien być bardziej stanowczy pod tym względem i pewnie nawet faktycznie powinien był być, ale ciepło już zagnieździło mu się w kończynach, przerabiając mu mięśnie na budyń. Poczuł, jak Harry przewraca ich, póki nie znalazł się w pełni w jego objęciach, a potem nastąpiła chwila szamotaniny, po której żaden kawałek Dracona nie leżał na pościeli, tylko na piersi, ramionach, nogach, czy kroczu.
– Jestem tu – wymamrotał Harry. – Obaj tu jesteśmy. I nic nas nie rozdzieli, Draco. – Jego ramiona zacisnęły się zaborczo wokół torsu Dracona. – Idź spać.
I Draco zasnął, pozwalając swojej głowie oprzeć się wygodnie, póki nie wtulał się ustami w nasadę karku Harry'ego. Ostatnie, co usłyszał przed zaśnięciem, było łagodne, spokojne mruczenie magii Harry'ego, która owijała się wokół nich niczym potężny kocur, przez co jego ostatnią myślą było absurdalne, Jego formą animagiczną musi być ryś.
Następnego ranka Harry nabrał głęboko tchu i pokręcił głową, po czym wszedł do Wielkiej Sali. Miał coś do powiedzenia swojemu bratu i długo o tym myślał poprzedniej nocy, kiedy leżał z Draconem w swoich ramionach, wciąż nieco zszokowany swoją zdesperowaną poczucia Dracona pod sobą i upewnienia się, że jego chłopak faktycznie istnieje i znajduje się obok niego.
Draco podszedł do niego, muskając ramię Harry'ego własnym. Harry uśmiechnął się do niego, po czym ruszył do stołu Gryffindoru.
Connor siedział obok Rona i nachylali się nad czymś, co wyglądało jak plansza do planowania strategii w quidditchu. Poderwał z zaskoczeniem głowę, kiedy zobaczył Harry'ego, ale na jego twarzy szybko pojawił się zrezygnowany wyraz.
– Co, przyszedłeś mnie ochrzanić za wczoraj? – zapytał.
Harry przez chwilę po prostu stał, przyglądając mu się. Connor wyglądał, jakby się nie wyspał, ale wciąż był uparty, wciąż zdeterminowany, wciąż chciał dopiąć swego, przekonany o własnej racji. Zupełnie jak podczas trzeciego roku, jak teraz Harry się nad tym zastanowił, kiedy Connor był przekonany, że Harry zabije Syriusza, albo jak w czasie czwartego roku, kiedy starał się przebrnąć przez Turniej Trójmagiczny, mimo że sama idea brania w nim udziału napełniała go przerażeniem, albo jak w czasie piątego roku, kiedy zdecydował się zeznawać w czasie rozprawy Lily i Jamesa i nie uprzedził o tym Harry'ego, bo nie chciał, żeby Harry spróbował go przed tym powstrzymać.
Obaj jesteśmy przekonani o własnej racji. Ale tym razem nie dopuszczę do tego, żeby poróżniło nas jakieś niedomówienie, albo żebym zignorował to wszystko przez wzgląd na sympatię, jaką do niego czuję. Jasne, wydaje mu się, że dobrze robi, ale to nie znaczy, że to, co robi, nie jest kurewsko durne.
– Właściwie to nie – powiedział Harry. – Przyszedłem ci powiedzieć, że naprawdę chcę, żebyśmy zaczęli się dogadywać, Connor. Wiem, że teraz do tego nie dojdzie, ale pewnie z czasem do tego dojdziemy. Jeśli kiedyś zdecydujesz się poślubić Parvati, to chciałbym móc odbyć rozmowy z moją szwagierką bez konieczności ubiegania się do wściekłych wrzasków. Podobnie z moim bratem. Miło by było też, gdyby mój brat był w stanie zrobić to samo przy własnym szwagrze.
Twarz Connora skrzywiła się z odrazy.
– Harry, Parvati powiedziała mi o paru sprawach na jego temat, o których naprawdę powinieneś usłyszeć…
– I wysłucham ich – powiedział Harry, kiwając głową. – Ale powinieneś wiedzieć, Connor, że nigdy nie przestanę kochać żadnego z was, podobnie jak nigdy nie przestanę próbować zrównoważyć waszej trójki w moim życiu i upewniać się, w miarę możliwości, że każde z was ma dokładnie to, czego potrzebuje. Ale nie uwierzę, że Draco kiedykolwiek spróbuje zwrócić się przeciw mnie, póki faktycznie tego nie zrobi.
– Harry…
– Nie zostawię go – powiedział Harry prosto z mostu. – To mój partner. Pozostanie nim, póki nie powie mi wprost, że już tego nie chce. Możesz się ze mną sprzeczać, Connor, a ja cię wysłucham. Ale to nie znaczy, że cię posłucham.
Twarz Connora znowu się spięła, tym razem z frustracji.
– Harry, mógłbyś to wszystko rozwiązać, gdybyś tylko powiedział mi, co ty właściwie w nim widzisz.
– Ale on tego ode mnie nie chce. I ja też tego nie chcę. – Harry przechylił głowę, przyglądając się uważnie Connorowi. – I wcale nie sądzę, żeby to cokolwiek rozwiązało; po prostu znalazłbyś inny powód, żeby się ze mną sprzeczać. Nie oczekuję po tobie, żebyś sam go pokochał. Po prostu chcę, żebyś przyjął wreszcie do wiadomości, że go kocham.
– Gdybyś mnie tylko wysłuchał…
– Gdybyś ty mnie wysłuchał – powiedział Harry – to usłyszałbyś, co próbuję ci powiedzieć. Kocham go. Nie zostawię go. Jest mój, a ja jestem jego. I tak już pozostanie.
Zamilkł, ale wyglądało na to, że Connor nie miał na to w tej chwili żadnego kontrargumentu; jego twarz wyrażała czystą niechęć. Harry kiwnął głową i odwrócił się od stołu.
Po drodze zauważył wbite w siebie spojrzenie Rona. Ron podniósł brwi, po czym zacisnął pięść na poziomie serca. Harry uśmiechnął się i odwzajemnił gest szacunku w miarę swoich możliwości; jego nie mógł mieć tego samego znaczenia, ponieważ brakowało mu lewej dłoni, ale i tak zauważył, że Ron zrozumiał. Pozostał przy stole na tyle długo, by usłyszeć jak Ron mówi, „Wiesz, stary, zachowujesz się jak skończony idiota", przez co Connor zaczął gapić się na niego z oburzeniem, ale zaraz potem ruszył do stołu Slytherinu.
Powitał sowę, która dostarczyła jego owsiankę z Hogsmeade i zaczął odbierać jej przesyłkę. Radośnie ignorował spojrzenie Dracona, póki ten nie odezwał się:
– Czyli pokłóciłeś się o mnie ze swoim bratem.
– Hmmm – powiedział Harry, nalewając sobie owsiankę do miski, z którą przyszła. Następnie sięgnął po flakon soku. Tego dnia dostał pomarańczowy.
– I stanąłeś po mojej stronie – powiedział Draco. – Czemu?
Harry poderwał wzrok.
– Jak to, czemu?
Twarz Dracona zmieniała się powoli, jakby mijały ją chmury. Następnie położył dłoń na ramieniu Harry'ego i nachylił się, żeby go pocałować.
Harry akceptował to przez chwilę, a potem sam całował go przez moment, po czym odsunął się i zabrał za śniadanie.
Ciągle czuł na sobie spojrzenie Connora, a kiedy Parvati przyszła na śniadanie, wrażenie się pogłębiło. Miał to gdzieś.
Niektórzy ludzie, których kocham, zachowują się w tej chwili niedorzecznie. Nie szkodzi. Minie im, a ja przecież mogę czekać, póki nie zmienią zdania.
