Witam wszystkich w kolejnym rozdziale.

Betowała Błotniak Stawowy


Rozdział XXIX

– Śpiew mandragor? Przecież one tylko wrzeszczą – żachnęła się Rose. – A jedyne krzyki, które tu słychać, to te z trybun.

Scorpius rozejrzał się bezradnie po członkach drużyny, bez większej nadziei na uzyskanie jakiejś odpowiedzi. Weasley nie była zbyt pomocna, Simon patrzył bez większego zainteresowania na ścianę lasu, a Alex wciąż trwał w lekkim osłupieniu.

– Mów po kolej wszystko, co wiesz o mandragorach – rzucił w stronę tego ostatniego Ślizgon.

Puchon zająknął się, po czym zaczął recytować.

– To roślina lecznicza, stosowana już od starożytności. Bulwa młodej mandragory przypomina noworodka i jej krzyk może pozbawić przytomności na wiele godzin, wrzask dorosłej może być śmiertelny. Jest to też silny środek pobudzający, używany, by przywrócić pierwotną postać ludziom będącym pod wpływem klątwy bądź po nieudanej transmutacji.

– Tyle to i ja wiem, ale czy kojarzysz coś o ich śpiewie? – zapytała Gryfonka.

Alex smętnie pokręcił głową.

– W takim razie nie traćmy czasu, chodźmy, może coś innego naprowadzi nas na cel – zarządziła Rose i nie czekając na decyzję pozostałych, ruszyła w stronę wejścia do puszczy.

– Kto mianował ją dowódcą? – mruknął Alex.

– Na pewno nie ja – rzucił Scorpius, wywracając oczami. – Widać to takie gryfońskie spaczenie.

Puchon zachichotał, ale kiedy poczuł na sobie piorunujące spojrzenie Weasley, szybko zamilkł i posłusznie podążył w jej ślady.

Scorpius powstrzymał się od kąśliwej uwagi, która sama pchała mu się na usta. Kłótnia z Rose w niczym im teraz nie pomoże.

Kiedy tylko przekroczyli bramę, ta gwałtownie zarosła się za nimi, odcinając im drogę powrotną. Szybko przekonali się, że puszcza tworzyła prawdziwy labirynt, w którym wystarczyła chwila nieuwagi, by stracili orientację.

– Może chodzi o hałas, jakieś echo – stwierdziła Rose, po czym rzuciła zaklęcie, na skutek którego po okolicy rozniósł się ogłuszający pisk. Cała pozostała trójka zatkała uszy i skrzywiła się.

– Mogłaś nas ostrzec – warknął Scorpius, kiedy dźwięk ucichł.

– Nasza pozycja zależy od czasu, w jakim rozwiążemy łamigłówkę, nie zamierzam go tracić na subtelności.

Ślizgon już otwierał usta, żeby wyjaśnić jej w dosadnych słowach, ile wnoszą do obecnej sytuacji jej działania, ale ostatecznie tylko przygryzł zęby i zmiął przekleństwo w ustach.

– Jakieś wnioski z ogłuszenia nas? – mruknął zamiast tego.

Rose patrzyła na otaczający ich gąszcz, jakby liczyła, że tam dostrzeże jakąś odpowiedź. Rosnąca frustracja wyraźnie odciskała się na jej twarzy.

– A może chodzi o częstotliwość? – rzucił niespodziewanie Simon. – Dla nas krzyk mandragor jest niebezpieczny, ale może te rośliny właśnie w ten sposób się komunikują. Może dla nich to jest śpiew.

Nie czekając na kolejny komentarz Rose, Scorpius wyciągnął różdżkę i wypowiedział zaklęcie.

Muffliato!

Zaklęcie wyciszające sprawiło, że przestali słyszeć tak publiczność, jak i wszelkie otaczające ich dźwięki puszczy. Ogarnęła ich brzęcząca w uszach cisza.

– Teraz zupełnie nic nie słychać – stwierdził Alex.

– Poczekaj chwilę – mruknął Scorpio, skupiając całą uwagę na zaklęciu.

Kątem oka widział, jak zbliżyła się do niego Rose.

– Dobrze kombinuje, zaklęcie Muffliato powoduje, że zamiast czyjejś rozmowy słyszysz tylko brzęczenie, właśnie przez zmianę częstotliwości fal dźwiękowych – wyjaśniła. – Jeśli to rzeczywiście to, wystarczy znaleźć tę właściwą…

Naraz pośród ciszy dotarł do ich uszu najpierw cichy szum, a potem coraz wyraźniejsze słowa, układające się w dziwaczną pieśń.

Nie rozumieli zawartych w niej słów, nie wiedzieli nawet, co to za język, ale po chwili spośród gęstwiny liści i gałęzi wyłoniły się cztery ścieżki. Scorpius wycofał zaklęcie i ponownie uderzyła w nich kakofonia dźwięków.

– Która droga jest właściwa? – zapytał Alex.

Ślizgon spojrzał na Gryfonkę, ale widząc jej sfrustrowane spojrzenie, tylko wzruszył ramionami.

– Może rozwiązanie było w słowach pieśni – zasugerowała Rose.

– Wątpię, w ramach programowych dla czwartego roku nie ma lekcji dialektu mandragor.

Scorpius zamyślił się. Mieli cztery ścieżki i żadnej wskazówki, która z nich jest tą prawidłową. Nie powinni tutaj tracić czasu, a zamiast tego wydawało się, że żadne z nich nie potrafi wymyślić nic konstruktywnego. Mieli współpracować, ale…

Współpracować! Oczywiście.

– Wszystkie ścieżki są właściwe – rzucił w nagłym olśnieniu. – Jest ich cztery, czyli po jednej na każdego z nas. Czy tego chcemy, czy nie, zadanie wymaga od nas współpracy.

To mówiąc, spojrzał na pochmurnego Simona, który z rękoma założonymi na piersi stał nieco z boku. Widząc pytający wzrok Ślizgona, Krukon tylko wzruszył ramionami i wykonał nieokreślony gest głową.

– Zrobię, co do mnie należy – mruknął niechętnie.

Scorpius skinął głową, po czym sięgnął po lianę zwisającą tuż koło nich i transmutował ją w cztery długie liny. Te związał na końcu w gruby supeł, a końcówki podał pozostałym członkom zespołu. Ci od razu pojęli jego intencje, a potem każdy kolejno ruszył przeznaczoną dla siebie ścieżką.

Droga była zaskakująco długa i męcząca. Na dnie lasu panowała duszna i wilgotna atmosfera, a gęstwina liści i pnączy nie ułatwiała orientacji. Scorpius zawiązał sobie linę wokół nadgarstka i sprawił, że magicznie wydłużała się z każdym jego krokiem. Kilkoma zaklęciami starał się oczyścić drogę, ale rośliny niemal natychmiast zdawały się odrastać.

– Starajcie się nie kaleczyć liści i gałęzi – usłyszał z oddali głos Alexa. – To pnączohydra, roślina, która rośnie tym szybciej, im bardziej się ją niszczy.

Ta nazwa brzmiała dla Scorpiusa znajomo. Był pewien, że czytał o niej w ciągu ostatniego tygodnia. Nie był jednak w stanie powiązać jej z roślinami, które miał tuż koło siebie. Ponownie mógł jedynie przeklinać mentalnie swój brak skupienia na lekcjach zielarstwa.

– To jak mamy przejść? – zapytał głośno, patrząc na plątaninę przed sobą.

– One nie lubią dotyku, przejedź lekko ręką po łodydze, a roślina się usunie – wyjaśnił Puchon.

Idąc za wskazówką Alexa, Scorpius schował różdżkę i wyciągnął rękę w stronę grubego, zielonego pnącza. Kiedy tylko je musnął palcami, roślina zadygotała i poszybowała w górę, ukazując drogę. Powtórzywszy ten manewr parokrotnie, zdołał pokonać zarośla, aż w końcu znalazł się na niewielkiej otwartej przestrzeni. Polanka miała nie więcej jak metr na metr powierzchni, a na jej środku stał kamienny postument z jakimś powykręcanym korzeniem na wierzchu.

– Dotarłem do końca ścieżki – zawołał. – Mam tu jakiś korzeń.

– Ja również – odezwała się z lewej Rose. – Ja mam kwiaty lawendy.

– U mnie są jakieś czerwone jagody. – Usłyszeli głos Simona.

– Chwila, już idę, muszę się wyplątać… auć… na brodę Merlina… – Dało się słyszeć zduszone przekleństwo Alexa.

– Czyżby głaskanie roślinek nie pomogło? – zaśmiała się Rose.

– To ostatnie pnącze to nie była hydra, ale oset złośliwy – warknął Puchon. Nie mógł być daleko od Scorpiusa, bo ten słyszał trzask łamanych gałęzi i szelest liści. – Dobra, już jestem. Ja mam tutaj jakieś liście… to mięta.

– Czyli mamy miętę i lawendę, oraz jakiś korzeń i jagody – podsumowała Rose.

– To jarzębina – poprawił się Simon.

– A ten twój tajemniczy korzeń, Malfoy. Naprawdę nie rozpoznajesz?

Scorpius nachylił się nad nieszczęsnym kłączem i przyjrzał się bliżej. Było dziwnie powyginane, nieco bulwiaste, o kremowej barwie i ostrym zapachu, który kojarzył mu się z herbatą, jaką czasami w czasie świąt podawała do kolacji mama.

– To imbir – zawyrokował. – Tak mi się wydaje.

– Fajnie, tylko co nam to daje, mamy zrobić sobie z tego nalewkę? – żachnęła się Rose.

– Prócz walorów smakowych wszystkie te rośliny są wykorzystywane w ziołolecznictwie – powiedział Alex. – A także są składnikami eliksiru pieprzowego. Oprócz tego w jego skład wchodzą mandragory i…

– Róg dwurożca – zakończyła Rose.

– Czyżby w takim razie on był naszym skarbem? – zapytał retorycznie Scorpius, a potem bez wahania zawołał. – Accio róg dwurożca!

Usłyszeli stłumiony szelest, który przybierał na sile, aż w końcu w rękę Ślizgona wpadł zakręcony róg. Naraz gałęzie wokół niego się rozstąpiły, ukazując pozostałych członków drużyny, którzy stali w niewielki odstępach od siebie. Pnącza nad nimi również się rozstąpiły, otwierając widok na wypełnione po brzegi trybuny i czerwony napis świecący na niebie. Wieścił on dwanaście minut i siedemnaście sekund, a pod nim błyszczało zielone dziewięć punktów.

– Oszałamiający wynik – mruknął Scorpius. – Nie dobiliśmy nawet do połowy.

– Może gdybyś ograniczył cyniczne uwagi, wypadłoby lepiej – warknęła Rose.

– Akurat od ciebie nie będę przyjmować krytyki, nie wniosłaś nic wartościowego prócz zamieszania.

Gryfonka wydęła usta, gotowa kontynuować ten pusty spór, kiedy wszedł między nich Alex.

– Zawsze mogło być gorzej. Trzecioroczni zdobyli tylko siedem punktów, więc przynajmniej nie będziemy ostatni.

Rose zmierzyła go takim spojrzeniem, jakby Puchon obraził jej rodzinę do dziesiątego pokolenia wstecz, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia ze stadionu. Simon również gdzieś się ulotnił, więc na placu boju pozostał tylko Scorpius i Alex.

– Z takim nastawieniem będzie dobrze, jeśli nie będziemy ostatni – zawyrokował Puchon i niestety Ślizgon musiał się z nim zgodzić.


Scorpius usiadł ciężko na łóżku w dormitorium i z niesmakiem spojrzał na książkę do Zielarstwa, leżącą na stoliku nocnym. Absolutnie nie miał ochoty rozmawiać o dzisiejszych zawodach, choć wiedział, że nie minie wiele czasu, nim zlecą się tu wszyscy Ślizgoni z jego roku. To z pewnością nie był występ, na jaki liczyli.

Scorpio prychnął. Jeszcze kilka miesięcy temu miał zupełnie za nic, co myśli o nim większość uczniów, tymczasem teraz był zły, bo nie sprostał ich oczekiwaniom. Też coś!

Gwałtownie wstał i zaczął krążyć po pokoju. Od kiedy był taki miękki, przecież oni go nie obchodzili. Nigdy. Więc co się zmieniło? Czemu nagle zaczęło mu zależeć? Przecież to nie miało żadnego znaczenia. Oni wszyscy nie mieli znaczenia, byli tylko bandą dzieciaków, które przypadkiem zostały przydzielone z nim do jednego Domu.

A jednak musiał powiedzieć sobie jasno, że gdzieś podskórnie naprawdę chciał im zaimponować, pokazać, że jest dobry, lepszy niż inni. Tymczasem dał ciała i musiał się zmierzyć z konsekwencjami tego. Wcale nie był taki sprytny, jak uważał, zwłaszcza jeśli musiał działać w kooperacji z innymi. To nie było wcale takie proste.

Nagle jego przemyślenia przerwało gwałtowne otwarcie drzwi. Stał w nich zziajany Zack.

– Chodź szybko! – krzyknął blondyn. – Natalie i Alice pobiły się z Weasley.

– Że co?!


Biegnąc za Zacharym, Scorpius w przeciągu niespełna trzech minut znalazł się na błoniach, gdzie wśród zbiegowiska dostrzegł trzy wyzywające się dziewczyny, otoczone wianuszkiem uczniów. Szybko rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś nauczyciela, ale jak na złość nikogo nie było w zasięgu wzroku. Zapewne ci wciąż robili porządki na stadionie.

Z trudem przepchnął się między uczniami i zobaczył, że Rose miała trawę oraz liście we włosach i była cała potargana, Natalie miała rozciętą skroń i zasinione prawe oko, a Alice siedziała na ziemi z twarzą ozdobioną dziwnymi krostami. Wszystkie trzy mierzyły do siebie różdżkami, a okoliczni uczniowie tylko dopingowali uczennice do dalszego boju, wyraźnie rozbawieni zamieszaniem.

– No chodźcie, ślizgońskie mendy – krzyknęła Rose. – Pokażę wam prawdziwą magię.

– Jesteś tylko mocna w gębie, Weasley. Nic nie potrafisz, głupi rudzielcu – odkrzyknęła Natalie, odbijając tarczą rzucone w jej stronę zaklęcie. – Tak cię urządzimy, że Pomfrey będzie cię zbierać przez tydzień.

Na te słowa Alice cisnęła w Rose kolejnym czarem. Gryfonka zdążyła się uchylić i zaklęcie trafiło w jednego z uczniów z tyłu, przewracając go na ziemię. Jego twarz w jednej chwili zrobiła się napuchnięta i czerwona niczym dojrzały burak.

Scorpius był chyba w zbyt wielkim szoku, żeby dostatecznie szybko zareagować. Zaraz jednak przed oczami pojawiła mu się wizja wkraczającej w to całe zamieszanie wściekłej McGonagall i stanowczo nie miał ochoty, żeby doświadczyć to na własnej skórze.

Expelliarmus! Koniec tego, idiotki! – krzyknął, zabierając jednocześnie różdżkę Natalie, która gotowała się do kolejnego ataku.

Cała trójka spojrzała na niego zaskoczona.

– Co tu się na dupę trolla wyprawia?!

– Zapytaj swój fanklub – warknęła Rose, wciąż nie opuszczając gardy.

Scorpius przeniósł pytające spojrzenie na Ślizgonki.

– To jej wina! Gęba jej się nie zamyka, próbowała całą winę zwalić na ciebie – krzyknęła Natalie. – Idiotka sama nawaliła, a twierdzi, że to przez ciebie zajęliście szóste miejsce!

Scorpio spojrzał na dziewczynę, jakby zobaczył ją pierwszy raz w życiu, a potem nie wytrzymał i zaniósł się śmiechem, wprowadzając w konsternację tak zebranych, jak i same zainteresowane.

– Co cię tak bawi? – syknęła Rose.

Scorpius wziął głęboki wdech, żeby powstrzymać rozbawienie.

– W sumie to chyba wszystko, począwszy od tego, że ktoś postanowił z takiego powodu robić awanturę, kończąc na pryszczach, jakie wyczarowałaś Alice. Jesteście po prostu śmieszne. Ty – zwrócił się do Rose – bo nie potrafisz przełknąć porażki, jak na Gryfona przystało, a wy – tu spojrzał na Ślizgonki – bo przejmujecie się tym, co ona gada, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.

– Mam dość słuchania Gryfonów, którzy traktują nas jak śmiecie – krzyknęła Alice. – Myślałam, że ty to rozumiesz!

– Tak, bo na pewno, podbijając jej oko, zyskasz ich respekt. To najgłupsza rzecz, jaką dziś usłyszałem.

– Nie zamierzam dłużej słuchać tych bredni – żachnęła się Weasley, schowała różdżkę i ruszyła w kierunku szkoły.

– I dobrze. Oddaj przysługę wszystkim wokół i zabierz stąd swoje ego – rzucił przez ramię Scorpius.

Rose zatrzymała się w pół kroku.

– Masz jeszcze coś do dodania, Malfoy? – zapytała złowrogo.

Scorpius widział, jak Ślizgoni wpatrują się w niego wyczekująco. Wiedział, że powinien zignorować Weasley, w końcu głupia dziewucha nie była tego warta, ale z drugiej strony rozumiał, że jeśli teraz odpuści, rozczaruje ich jeszcze bardziej. Oni chcieli, żeby choć raz to ich racja zwyciężyła.

– Żebyś wiedziała – rzucił i nim zdołał pomyśleć, słowa popłynęły same. – Albus zawsze twierdził, że chcesz być jak matka, ale po tym, co dziś zobaczyłem, jestem pewien, że nigdy nie będziesz choć w niewielkim stopniu taką czarownicą jak Hermiona Granger. I jesteś żałosna w swoich próbach udowodnienia, że jest inaczej.

Rose była szybsza niż mgnienie oka. W jednej chwili Scorpius poczuł, jak piecze go policzek, po ciosie, który mu wymierzyła. Wokół zapanowała totalna cisza i nawet ci, którzy wcześniej wydawali się rozbawieni, teraz patrzyli na Weasley w zdumieniu. Dziewczyna cała się trzęsła, a jej oczy zalśniły się łzami.

Niestety te nie robiły wrażenia na Scorpiusie. Jego wewnętrzny paskudny Ślizgon wypełzł w pełnej krasie i właśnie dawał popis swoich umiejętności.

Scorpio uniósł wyżej głowę i spojrzał z pogardą na Gryfonkę.

– Pomogło? Poczułaś się od tego lepiej? Naprawdę sądzisz, że w ten sposób zmienisz cokolwiek? Argumentem siły chcesz udowodnić mi swoją wyższość? Żałosne.

Rose gwałtownie wciągnęła powietrze, a potem szybkim ruchem wyjęła różdżkę.

– Walcz ze mną! – krzyknęła. – Wyzywam cię!

Scorpius tylko zmierzył ją tym samym, pełnym niechęci spojrzeniem.

– Nie ma mowy! Nie zniżę się do tego, żeby jeszcze bardziej cię ośmieszyć – odparł z wyższością.

– Przyznaj lepiej, że po prostu się boisz.

Naraz oczy Ślizgona zabłysły niebezpiecznie.

– Wręcz przeciwnie – mruknął.

– Rose, co tu się dzieje? – Usłyszeli niespodziewane pytanie z tyłu.

Weasley odwróciła się gwałtownie i zobaczyła szybko idącego w jej stronę profesora Longbottoma. Na jej twarzy odmalowało się prawdziwe przerażenie, musiała sobie zdać sprawę, w jakim świetle to ją stawia. Stała z wyciągniętą różdżką naprzeciwko Ślizgona, który swoją miał schowaną w kieszeni, a jego twarz zdobił wyraźny ślad po ciosie. Dodatkowo własnym ciałem zasłaniał dwie ranne dziewczyny. Przez moment spojrzała spanikowana na Scorpiusa, jakby licząc, że on wyprostuje to nieporozumienie, ale ten stał tylko i patrzył na nią z mroczną satysfakcją.

Już chwilę wcześniej dostrzegł zbliżającego się profesora i wykorzystał to z pełną premedytacją. Może później dopadną go wyrzuty sumienia, ale teraz patrzył tylko na załzawioną twarz Rose i napawał się swoim zwycięstwem.

– W kategorii nieczystych zagrań nie wygrasz ze Ślizgonem – mruknął tak, by tylko Weasley go usłyszała.

Ręce dziewczyny zaczęły drżeć coraz silniej.

– Wytłumacz się, Rose, czemu atakujesz Malfoya i te dziewczyny? – powtórzył z naciskiem nauczyciel, przeciskając się między uczniami.

– To nie tak… ja… – zająknęła się dziewczyna. – To oni…

Profesor pokręcił tylko głową, dając jej jasno do zrozumienia, żeby nie próbowała zwalić winy na innych.

– Znasz przecież regulamin szkoły, nie wolno mierzyć różdżką w innych uczniów. O atakach fizycznych nie wspominając. Muszę odebrać Gryfindorowi trzydzieści punktów – powiedział profesor z wyraźnym smutkiem, po czym położył dłoń na ramieniu coraz bardziej roztrzęsionej Gryfonki. – Pójdziesz ze mną do mojego gabinetu, dobrze, Rose?

Dziewczyna tylko pokiwała głową i spuściła wzrok.

– Panie Malfoy – zwrócił się tymczasem nauczyciel do Scorpiusa. – Proszę zadbać, by pana koleżanki trafiły prosto do Skrzydła Szpitalnego.

Ślizgon tylko skinął głową.

– A resztę proszę o rozejście się do Dormitoriów.

Uczniowie, czując, że wszystko zaszło trochę za daleko, szybko zaczęli kierować się w stronę szkoły, aż na błoniach pozostał jedynie Scorpius z grupą Ślizgonów. Scorpio jeszcze chwilę patrzył za odchodzącym profesorem, a kiedy ten zniknął mu z pola widzenia, wziął głęboki wdech, by zapanować nad emocjami. Wcześniejsza satysfakcja szybko przechodziła w niepokojące poczucie, że prędko pożałuje dzisiejszych słów.

To by było na tyle, jeśli chodzi o międzydomową integrację.

Czując narastający gniew, cisnął różdżkę Natalie na ziemię pod nogi dziewczyny.

– Jesteście zadowolone? – warknął, a kiedy się odwrócił, zobaczył zaskoczone spojrzenia wymierzone w jego stronę. Chyba tylko Zachary patrzył na niego ze zrozumieniem, on jeden zdawał sobie sprawę, że ostatnie, o czym Scorpius marzył, to wejście w konflikt z Gryfonami.

– Czego się wściekasz, przecież to było świetne? – zapytała Alice. – Zmieszałeś tę idiotkę z błotem, a jej mina była bezcenna.

– Ta… bezcenna… – mruknął Scorpius.

Zastanawiał się, na co liczył. Że inni Ślizgoni go zrozumieją, że dostrzegą błąd, który tu popełnił. Dla nich liczyło się tylko to, że zdołali upokorzyć Gryfona.

– Właśnie! Zasłużyła sobie na to – przytaknęła Natalie. – Każdy z nas z przyjemnością zrobiłby to samo.

– Problem w tym, że ja nie jestem każdym – rzucił Scorpius, a potem spojrzał w stronę Zacka. – Odprowadzisz je do Skrzydła Szpitalnego za mnie?

– Jasne. Chodźcie, kretynki – mruknął blondyn i chwyciwszy Alice pod ramię, podniósł ją z trawy.

Scorpio skinął mu nieznacznie głową i nie spoglądając na nikogo więcej, ruszył w stronę szkoły. Wściekłość na Gryfonkę powoli zmieniała się we wściekłość na samego siebie, na bezmyślnych Ślizgonów i w końcu na bezsensowność całego tego zajścia.


Jakoś nie zdziwił się, gdy tego samego dnia, kiedy wszedł do Pokoju Życzeń, zastał pomieszczenie puste. Bezczynnie czekał przez kilka minut, ale szybko zrozumiał, że traci tylko czas. Z irytacją kopnął w klatkę z chochlikiem, która spadła z niskiego stołu i potoczyła się po podłodze. Istotka, wyraźnie zaskoczona, zaczęła latać w środku jak oszalała i wydawać świszczące krzyki. Scorpius jednak nie specjalnie przejmował się samopoczuciem małego szkodnika. Nerwowo przemierzał długość pomieszczenia, by w końcu z rezygnacją usiąść na sofie i wesprzeć ciężką głowę na dłoniach.

Albus był mu potrzebny, by mógł odzyskać wymazane wspomnienia, nikomu innemu nie ufał na tyle, aby powierzyć podobny sekret. A teraz, przez jedno głupie wydarzenie, wszystko może zostać zaprzepaszczone.

Szybko jednak zdał sobie sprawę, że to nie sprawa utraconej pamięci tak go frustrowała. Zastanawiał się, co takiego Weasley mu nagadała, że Albus postanowił się tutaj nie pokazać. Oczywiście może po prostu teraz wypłakiwała sobie oczy w jego pokoju i zwyczajnie nie mógł się wyrwać, ale Scorpius miał podskórne przeczucie, że chodziło o coś innego.

Ślizgon prychnął. Nikt lepiej od niego nie wiedział, jak podatny na wszelkie wpływy był Albus. Komuś takiemu jak Rose nie trzeba będzie wiele, by przekonać go do swoich racji. By przekonać go, że przyjaźń z uczniem Slytherinu nie przyniesie mu nic dobrego.

Scorpius zaklął pod nosem, podniósł się z sofy i ruszył do drzwi. Nie chciał tracić tu więcej czasu. Czuł narastający gniew i frustrację. Nie zamierzał jednak przepraszać, ostatecznie nie zrobił nic, na co Gryfonka, by sobie nie zasłużyła. A jeśli Albus postanowi trzymać jej stronę… no cóż. Przez lata obchodził się bez niczyjej pomocy, więc teraz też sobie poradzi. Tymczasem musiał znaleźć inny sposób na złamanie Obliviate. To było obecnie jego największe zmartwienie. Przynajmniej tak sobie powtarzał.


Albus siedział w swoim pokoju i właśnie skupiony był na pisaniu listu do mamy, kiedy niespodziewanie drzwi otwarły się z hukiem. Do środka wparowała Rose, tak czerwona na twarzy, że kolor jej skóry był bardziej jaskrawy od włosów.

– Wypad – rzuciła do współlokatora Albusa, który na swoim łóżku czytał książkę. – Chcę pogadać z kuzynem na osobności.

Chłopak, widząc jak wściekła jest Gryfonka, bez słowa zebrał swoje rzeczy i w mgnieniu oka zniknął z pokoju.

– Co się stało? – zapytał Albus, wstając od biurka.

– Gryffindor stracił trzydzieści punktów, a ja dostałam dwa tygodnie szlabanu w cieplarni. I wszystko przez twojego niedorobionego kumpla! – krzyknęła dziewczyna, tak wściekła, że bliska płaczu. – Myślałam, że spalę się ze wstydu, kiedy wujek Neville przy wszystkich odjął mi punkty. Nie widziałeś, jak na mnie patrzył! A to wszystko przez tego wstrętnego gada!

Albus z rosnącym przerażeniem patrzył na miotającą się kuzynkę, nie za bardzo ogarniając to, co mówiła.

– Poczekaj, Rose, bo nie rozumiem, o co ci chodzi – zaczął, kiedy Gryfonka zamilkła, by chwycić oddech.

– Wrobił mnie! I ośmieszył przy wszystkich!

– Kto taki? Scorpius? – zapytał niedowierzająco.

– A kto by inny! Oczywiście, że Malfoy! Ta przebrzydła, ślizgońska szuja!

Albus dawno nie widział Rose podobnie wnerwionej. Oczywiście wiedział, że miała wybuchowy charakter, ale takie krzyki nawet do niej nie były podobne. Z drugiej strony trudno mu było sobie wyobrazić, co takiego Scorpio zrobił, że doprowadził ją do podobnego stanu.

– Kiedy skończyły się zawody, wracałam do szkoły, żeby zjeść obiad i wtedy na błonia przylazły jakieś dwie dziewuchy i zaczęły się awanturować, że to niby przeze mnie nasz rok tak słabo wypadł w konkurencji. A potem przypałętał się ten drań i zaczął mnie prowokować. Powiedział… uh… – Dziewczyna jęknęła i ostatecznie usiadła na łóżku Albusa, po czym ukryła twarz w dłoniach.

– Żebyś go słyszał! – kontynuowała stłumionym głosem. – Jak on w ogóle śmiał wspominać o mojej mamie, brudny, wstrętny, paskudny Ślizgon. Uderzył dokładnie tam, gdzie wiedział, że mnie zaboli najbardziej. I zrobił to z czystą premedytacją. Wiedział, że podobnych słów mu nie daruję. A jednocześnie widział, że zbliża się wujek. Ja nie widziałam, stałam tyłem. Sprowokował mnie do ataku, żebym podpadła nauczycielowi. Rozumiesz?!

Uniosła głowę i spojrzała na Albusa z desperacją.

Ten powoli zaczynał ogarniać, co się mogło wydarzyć. Zresztą wystarczająco dobrze zdążył poznać Scorpiusa, żeby wiedzieć, że podobne zagranie było bardzo w jego stylu. Już przynajmniej kilka razy był świadkiem, jak Ślizgon pozbywał się przeciwników, wykorzystując tego typu działania.

Jednak znając Rose, Albus domyślał się, że ona również nie mogła być bez winy. Oczywiście nie mógł jej tego powiedzieć wprost. Nie w chwili, kiedy była w takim stanie. Dlatego po prostu usiadł obok i objął ją ramieniem. Dziewczyna wsparła o niego głowę i czuł, jak oddycha nierówno, próbując powstrzymać łzy cisnące się do oczu.

Minuty płynęły i Rose powoli zaczynała się uspokajać. Jednocześnie Albus spojrzał na zegar i z niechęcią stwierdził, że powinien już iść do Pokoju Życzeń. W obecnej sytuacji nie mógł jednak zostawić Rose i tak po prostu wyjść. Tym bardziej, że nie zamierzał się jej tłumaczyć. Domyślał się zresztą, jak wyglądałaby jej reakcja, gdyby usłyszała, gdzie się wybiera. Stanowczo nie chciał powtórki z wcześniejszej furii.

Westchnął nieznacznie i pokręcił głową. Od pewnego czasu miał wrażenie, że Scorpio i Rose dogadują się coraz lepiej. Naprawdę nie miał najmniejszej ochoty być rozjemcą w ich konflikcie, zwłaszcza że doskonale wiedział, jak uparci potrafią być oboje.

– Nie powinnaś przejmować się tym, co on mówi, w końcu to Ślizgon – stwierdził, kiedy wydawało się, że Rose trochę ochłonęła.

– Nie mogłam puścić podobnych słów płazem – mruknęła dziewczyna.

– Ale przez to dałaś się wciągnąć w jego pułapkę. Wykorzystał twój gniew przeciwko tobie.

– Bronisz go? – Rose podniosła się gwałtownie i spojrzała na niego ze złością.

Albus pokręcił głową.

– Stwierdzam fakt. Gdybyś powściągnęła gniew, nic by się nie wydarzyło.

Dziewczyna wstała i popatrzyła na niego niedowierzająco.

– Nie próbuj zwalać winy na mnie. Gdyby ten gad trzymał język za zębami, nic by się nie stało. Ja już się wycofałam i chciałam wracać do szkoły, kiedy to on mnie znowu zaczepił.

Albus patrzył na kuzynkę powątpiewająco. Znał ją stanowczo zbyt długo, by uwierzyć w jej całkowitą niewinność. Wiedział, że ona też nie zawsze panuje nad swoim słowami.

– Nie próbuję, ja tylko…

– Albusie Severusie Potterze – warknęła Rose, stając naprzeciw i mierząc w niego palcem. – Musisz wreszcie się zdecydować. Prosiłeś mnie wcześniej, żebym spróbowała go poznać i Merlin mi świadkiem, że naprawdę bardzo się starałam. Może czasami potrafi być znośny, ale powiem ci jedno, to wszystko to tylko maska. Dziś w pełni zobaczyłam, jaki jest naprawdę. Pod tą maską kryje się wstrętny gad, nie warty ani odrobiny twojej sympatii. Powiem więcej, jestem przekonana, że ta wasza rzekoma przyjaźń jest tylko po to, by postawić go w lepszym świetle. On wykorzysta cię do swoich celów, a potem się ciebie pozbędzie, gdy będziesz już zbędny.

– Chyba trochę dra…

– Jeszcze nie skończyłam! Nie mogę cię do niczego zmusić, ale uważam, że gorzko pożałujesz tej przyjaźni. Wiesz dobrze, że kocham cię jak brata i twoje dobro jest dla mnie bardzo ważne. Dlatego nie mogę bezczynnie patrzeć, jak ten wąż okręca sobie ciebie wokół palca. On jest przebiegły, a ty naiwny. Zbyt łatwowierny, by dostrzec podstęp. Dlatego nie pozostawiasz mi wyboru! – Rose zatrzymała się, po czym wzięła głębszy wdech i dodała. – Jeśli dalej zamierzasz się z nim przyjaźnić, to ja umywam ręce i nie chcę cię znać.

– Ej, nie możesz! – Albus też poderwał się z łóżka.

– Właśnie, że mogę, wręcz muszę. Ty jesteś teraz zaślepiony, ale ja dalej nie będę tego tolerować. Jako twoja rodzina nie pozwolę, by ten gad cię oszukał. Jeśli będziesz upierać się przy swoim, w porządku, ale nie licz potem na moją pomoc, jak już się przejedziesz – zakończyła gniewnie, po czym, nie dając Albusowi dojść do słowa, wyszła z pokoju.

Gryfon jeszcze przez długą chwilę stał oniemiały koło swojego łóżka i gapił się na zamknięte drzwi. To musiał być jakiś chory żart, Rose nie miała prawa stawiać mu podobnych warunków. To było niedorzeczne i… okrutne.

Kiedy odzyskał kontakt z rzeczywistością, odruchowo chciał chwycić za lusterko i skontaktować ze Scorpiusem. Rozsądek podpowiadał, by poznać wersję drugiej strony. Gdy jednak sięgnął po nie i zobaczył swoje odbicie, naszły go wątpliwości.

...to wszystko to tylko maska...

Brzmiały mu w uszach słowa Rose. A co jeśli ona miała rację? Dotychczas zawsze tak było. To Rose była tą mądrzejszą, bardziej przewidującą, znającą każdą odpowiedź, on pozostawał zawsze tym niezbyt rozgarniętym, zbyt naiwnym i prostodusznym. A co jeśli znowu zaufał zbyt łatwo?

Tylko czy to możliwe? Nagle Albus przypomniał sobie te kilka nielicznych momentów, kiedy widział Scorpiusa zupełnie odsłoniętego, załamanego lub przestraszonego. Wtedy Ślizgon nie mógł udawać, nie mógłby oszukiwać. I to właśnie wtedy Albus mu zaufał. Z drugiej jednak strony ufał również Rose, towarzyszyła mu od najmłodszych lat życia, była niczym kompas wskazujący właściwy kierunek. W czasie, kiedy James dbał o jego bezpieczeństwo, ona zawsze gotowa była wytknąć mu błędy i naprowadzić na odpowiednią ścieżkę. Jeśli miałby wybierać… Rose nigdy by mu nie wybaczyła, gdyby wybrał kogoś innego.

Albus odłożył lusterko na miejsce i westchnął ciężko. Przez myśl, by mu nie przeszło, że zostanie postawiony przed takim dylematem. Jednak wiedział, jak zapalczywa bywa jego kuzynka. Jeśli spróbowałby się jej teraz przeciwstawić, gotowa nastawić przeciwko niemu także Jamesa. On pierwszy chętnie uwierzy, że Scorpius jest draniem, mimo kredytu zaufania, jaki mu ofiarował. Albus nie miał wątpliwości, że w tej konfrontacji James bez mrugnięcia weźmie stronę Rose. Mogli często się sprzeczać, ale jeśli przychodziło co do czego, zawsze stali za sobą murem.

Albus jęknął i z rezygnacją usiadł z powrotem na łóżku. Kogo próbuje oszukać, przecież kiedy tylko usłyszał słowa Rose, wiedział jaką decyzję podejmie. Nie miał w sobie tyle odwagi, by stawać przeciwko własnej rodzinie. Całe życie wszyscy mu powtarzali, że ta przecież jest najważniejsza, że cokolwiek będzie się działo, powinni się trzymać razem, bo tylko razem są naprawdę silni. I choć coś wewnątrz się przeciw temu buntowało, to z drugiej strony wiedział, że Scorpius bez niego sobie poradzi, a on bez wsparcia w bliskich będzie jeszcze bardziej bezradny niż teraz.


Scorpius nie był specjalnie zdziwiony, gdy na kolacji nie zobaczył ani Weasley, ani żadnego z rodzeństwa Potterów. Ale tak może było i lepiej. Był tak zirytowany całą sytuacją, że gdyby teraz ich zobaczył, zwłaszcza Rose, nerwy znowu mogłyby mu puścić.

Karl i Zack, najwyraźniej świadomi jego paskudnego nastroju, dla świętego spokoju w ogóle nie poruszali tego tematu i tylko między sobą dyskutowali o jakiś głupotach, a potem cała trójka udała się do Dormitorium, żeby odrobić zadania na następny dzień.

Scorpio siedział i dość bezmyślnie patrzył na pobazgrany pergamin, na którym miał powstać esej na najbliższe Eliksiry. Po prawdzie to był bliski ciśnięcia tego w kąt, kiedy usłyszał ciche wołanie. Spojrzał na lusterko, gdzie widniała twarz Pottera.

– Długo się zbierałeś, żeby się odezwać – powiedział zgryźliwie, kiedy dostrzegł, że jest już po dwudziestej drugiej. Niby Albus nie był niczemu winny, ale jednak świadomość, że wolał spędzić czas, pocieszając Rose, niż pojawić się w Pokoju Życzeń, nie pomagała.

Gryfon najwyraźniej pojął przytyk, bo zmieszał się i zająknął.

– Ja… Mógłbyś wyjść z Dormitorium?

Tym razem Ślizgon nie zdołał ukryć zdumienia.

– A gdzie ty jesteś?

– Przy wejściu.

– Skąd Gryfon wie, gdzie jest wejście do Slytherinu? – zapytał, zanim pomyślał, że odpowiedź jest oczywista. Cholerna mapa. – Już idę – mruknął, po czym wstał od biurka i zszedł na dół. Pokój wspólny na szczęście był już pusty, więc nie tracąc czasu, Scorpius podszedł do drzwi, a kiedy je otworzył, zobaczył tuż za nimi Pottera.

– Wchodź i tak nikogo nie ma – powiedział, wpuszczając Gryfona do środka. W tym momencie nie myślał o tym, jak dziwne mogłoby się to wydać dla kogoś z zewnątrz. Potter był zapewne jednym z pierwszych uczniów Gryffindoru, który postawił tu nogę.

Albus przez moment rozglądał się po wystawnym wnętrzu pokoju wspólnego, a potem spojrzał poważnie na Scorpiusa.

– Pokłóciłem się z Rose.

– No to witam w klubie. Jeśli przyszedłeś tutaj przekonywać mnie, żebym się z nią dogadał, to raczej źle trafiłeś. Weasley sama jest sobie winna.

Albus westchnął ciężko i dopiero teraz Ślizgon dostrzegł, jak silnie zaciska palce na mapie.

– Czy ty też nie dasz mi dojść do słowa? – warknął wyraźnie zirytowany.

Scorpius spojrzał na niego zaskoczony, ale więcej się nie odezwał, ustępując pola Gryfonowi.

Ten wziął jeszcze jeden głębszy wdech i powściągnął gniew.

– Rose próbowała wymusić na mnie, bym przestał się z tobą zadawać. Uważa, że wykorzystujesz moją naiwność do swoich celów i w ogóle domyślasz się, że nie mówiła o tobie najlepiej.

– Jakoś nie trudno mi to sobie wyobrazić – stwierdził Scorpius, siadając na jednej z sof.

– Mówiąc krótko kazała mi wybierać, po której stronie się opowiem.

Scorpio spojrzał na niego przenikliwie. Domyślał się, że Weasley mogła wymyślić coś podobnego.

– W takim razie przyszedłeś się pożegnać? Powinienem być wzruszony?

Albus spojrzał na niego wilkiem.

– Mógłbyś choć przez moment powstrzymać się od złośliwych komentarzy? Jestem tu, bo powiedziałem wprost Rose, co myślę o stawianiu takich warunków. Zrobiłem coś, czego pewnie jutro będę żałować, bo jak znam życie, to zaraz James i Lily zaczną mnie dręczyć. – Niespodziewanie Albus zaczął nerwowo krążyć po pokoju. – Ciebie to może nie rusza, ale Rose to moja rodzina i zawsze trzymaliśmy się razem, a ja… ja powiedziałem jej kilka naprawdę nieprzyjemnych słów. Zirytowałem się, że próbuje ustawiać mi życie, że próbuje za mnie decydować. Ale przecież ja taki nie jestem. Dawniej nigdy mi to nie przeszkadzało, byłem wręcz wdzięczny, że nie muszę sam podejmować decyzji.

Gryfon coraz bardziej nerwowo gestykulował, a ostatecznie jęknął i usiadł na sofie obok Ślizgona.

– Już widzę, co się jutro nasłucham od Jamesa. Wiesz, ona się przeze mnie rozpłakała i teraz czuję się, jakbym wbił jej nóż w plecy. I naprawdę to podłe uczucie – dodał, spoglądając przed siebie.

Scorpius w milczeniu przyglądał się Gryfonowi.

– Wiesz co – zaczął po namyślę. – Nie mam rodzeństwa, ale wydaje mi się, że to draństwo stawiać komuś podobne warunki.

– Twierdziła, że to dla mojego dobra.

Ślizgon prychnął.

– Wygodne.

Albus pokiwał nieznacznie głową.

Przez dłuższą chwilę panowała między nimi cisza. Scorpiusa opuściła już cała złość, kiedy zdał sobie sprawę, że w batalii z Rose odniósł poniekąd podwójne zwycięstwo. Tylko czy to było tego warte? Patrząc na zasępioną twarz Pottera, miał wątpliwości.

– Pogadam z nią jutro – rzucił, zupełnie wbrew wcześniejszym założeniom.

Albus spojrzał na niego krytycznie.

– Boję się, że to tylko wszystko pogorszy.

Scorpius niespodziewanie wstał i klepnął go w ramię.

– Trochę wiary, przecież nie mogę pozwolić, by mój najlepszy kumpel żarł się z własną rodziną.

Albus nadal nie wyglądał na przekonanego, ale mimo to też podniósł się z sofy. Widząc to, Scorpius skinął głową i ruszył w stronę schodów do własnego pokoju.

– Chodź, kimniesz się u nas.

Teraz Gryfon patrzył na niego już całkiem zdumiony, na co Scorpius uśmiechnął się w nader ślizgoński sposób.

– Trzeba trochę ją zmiękczyć. Jak się przez noc o ciebie pomartwi, to jutro będzie bardziej chętna do dialogu.

– Albo bardziej wściekła – skwitował Albus, ale mimo to podążył za Ślizgonem na górę.