Witajcie,

po dłuższej przerwie spowodowanej różnymi życiowymi zawirowaniami, zamieszczam nowy rozdział Skóry. W ramach rekompensaty za oczekiwanie macie tutaj ponad 10 tys słów do schrupania. Olimpiady i innych atrakcji ciąg dalszy.

Jak zwykle dziękuję za miłe słowa i zapraszam do lektury.

Betowała Błotniak stawowy.


Rozdział XXX

Scorpius leżał z rękoma pod głową i patrzył w ciemny sufit. Był środek nocy, a gonitwa myśli znowu nie pozwalała mu zasnąć. Wczorajsze spięcie z Rose i późniejsza rozmowa z Albusem dały mu dużo do myślenia.

Nigdy nie planował wchodzić w ich życie z butami, w ogóle nie chciał mieszać w ich relacjach, ostatecznie zawsze uważał, że pozostaje na uboczu. A jednak wczorajszy dzień pokazał, że z łatwością, paroma słowami, może bardzo wszystko skomplikować. I to nie tylko sobie. On już dawno przywykł do tego, że wiele osób patrzy na niego wilkiem. Nauczył się to ignorować, nie pozwalał, by podobne słowa go dotykały, a przynajmniej starał się niczego po sobie nie pokazywać. Wiedział, że zdradzenie się z podobnymi emocjami oznaczało okazanie słabości, którą jego wrogowie wykorzystają bez cienia wahania.

Gryfoni byli jednak inni. Nienawykli do obelg, traktowali je bardzo personalnie. A ponieważ nie mieli w zwyczaju kryć się ze swoimi emocjami, z łatwością można było to użyć przeciwko nim. Przecież właśnie dokładnie to zrobił w przypadku Rose. Dobrze wiedział, że dziewczyna cierpi na kompleks matki, która była dla niej niedoścignionym wzorem. Jak łatwo było to wykorzystać. To było takie proste, takie szybkie. Jedno zdanie wystarczyło, by Weasley straciła panowanie nad sobą. Tylko kilka słów, by wywołać burzę.

Ale takie słowa nie pozostają bez konsekwencji. Rykoszetem oberwał Albus, choć nie był niczemu winny. A tego Scorpius absolutnie nie chciał. Tak raczej nie powinien działać przyjaciel, prawda? Ale wtedy o tym nie myślał. Znowu zadziałał instynktownie, pozwolił, by jego niewyparzona gęba narobiła kłopotów.

Chyba jednak wciąż nie do końca przywykł do tego całego zamieszania z przyjaźnią. Bez tego życie było prostsze. Nie musiał się wahać i zastanawiać. Był on, przeciwko wszystkim innym. Za nic miał ich uczucia, nie obchodziło go, czy kogoś tym zrani. Teraz to się zmieniło. Musiał ważyć słowa, bo niosły one za sobą konsekwencje. Jego konflikt z Rose miał dużo większy zasięg, niż tylko oni sami. Wtedy na błoniach jednak zupełnie o tym nie myślał.

Kątem oka spojrzał na Albusa, który spał po drugiej stronie łóżka. Karl i Zack mieli zabawne miny, kiedy przyprowadził Gryfona do pokoju. Na szczęście obaj nie mieli nic przeciwko, znali Pottera na tyle długo, by wiedzieć, że jest on nieszkodliwy. Zresztą nawet oni, choć byli rasowymi Ślizgonami, nie pozostawali obojętni na zbolałą minę Albusa. Szybko zaakceptowali wyjaśnienia i przeszli nad tym do porządku dziennego. Nawet Tori zareagowała entuzjastycznie na gościa, bo natychmiast wspięła się na jego kolana i domagała pieszczot, co wyraźnie poprawiło samopoczucie Gryfona. Zawsze miał miękkie serce do zwierząt.

Jeśli się nad tym zastanowić, to też było ciekawe. Jego dwaj współlokatorzy nigdy nie wyrzucali Scorpiusowi przyjaźni z Potterem. Może czasami Zack rzucił jakiś uszczypliwy komentarz, ale tak naprawdę, to żaden z nich nigdy nie miał nic przeciwko temu. W ogóle akceptowali bez trudu wszystkie dziwactwa Scorpiusa, choć ten chyba sobie na to nie zasłużył. Zwłaszcza, że znowu ukrywał przed nimi kilka paskudnych rzeczy. Tylko Albus wiedział o wyczyszczonych wspomnieniach, tylko on miał świadomość, czego mogą dotyczyć. Jednak Scorpius wolał sobie wmawiać, że ta tajemnica chroni również Ślizgonów. Jeśli dowie się czegoś paskudnego, lepiej by oni nie zostali w to wmieszani. Ich rodziny miały wystarczająco problemów.

Scorpius westchnął i przekręcił się na bok, choć nie liczył, że zdoła zasnąć. Zbyt dobrze znał ten scenariusz. Jego umysł pracował teraz na przyśpieszonych obrotach, układając plany następnych działań. Obliviate, turniej, Rose… było tego stanowczo za dużo, by mógł spokojnie zasnąć.

Ostatecznie zirytowany wstał z łóżka, chwycił różdżkę i podręcznik do zaklęć, po czym wyszedł do pokoju wspólnego. Od gapienia się na ciemne ściany raczej nic dobrego mu nie przyjdzie.


Zbudziło go szturchnięcie w ramię. Miał wrażenie, że zasnął kilka minut temu, a teraz zobaczył nad sobą Karla.

– Co się dzieje? – zapytał, rozprostowując obolałe kości. Spanie w fotelu było naprawdę kiepskim pomysłem.

– Powinniśmy wyprowadzić Pottera, zanim ktoś go tutaj zobaczy – stwierdził Ślizgon. – Nic dobrego nie przyjdzie z podobnego zamieszania.

Scorpio przetarł twarz i zobaczył, że za Karlem stoją w pełni ubrani Albus i Zack.

– Racja, słusznie – mruknął, choć słabo jeszcze kontaktował rzeczywistość. – Dajcie mi minutę, zaraz będę gotowy.

To powiedziawszy zebrał upuszczoną przez sen książkę i poszedł na górę, by założyć szatę.

Kiedy zszedł na dół, od razu dostrzegł wyraźnie zmartwioną minę Pottera.

– Jakbym wiedział, że tak kopiesz, to bym cię wyrzucił z powrotem do Gryffindoru – stwierdził, kpiącym uśmiechem przysłaniając zmęczenie.

– Ja… przepraszam – mruknął Albus, odwracając spojrzenie.

Naraz jednak Zack oparł rękę na jego ramieniu i nachylił się nad Gryfonem.

– Nie daj sobie wciskać kitu, ten idiota zarywa co drugą noc.

Potter spojrzał na niego zaskoczony i chyba dopiero wtedy dotarło do niego, że Scorpius go wkręca. Widać, jeszcze za rzadko obcował ze Ślizgonami.

– To dlatego rano zwykle wyglądasz jak zombie.

Scorpio wywrócił oczami.

– Nie jestem typem rannego ptaszka.

– Za to jesteś pracoholikiem, chodźmy już, bo słyszę, że inni wychodzą – skwitował Zack i cała czwórka wyszła na zewnątrz.


Nie spodziewali się o tak wczesnej porze spotkać kogoś w Wielkiej Sali, tymczasem nie dość, że Scorpius od razu dostrzegł przy stole Gryffindoru Rose i Jamesa, to jeszcze ze stołu Krukonów obserwowała ich Nash. Ta ostatnia była chorobliwie blada, miała zapadnięte policzki i cienie pod oczami. Najwyraźniej nie tylko Scorpius źle spał tej nocy.

Choć jakby się przyjrzeć, to Weasley też nie wyglądała dobrze. Wciąż była dziwnie zapuchnięta na twarzy, a teraz przewiercała Ślizgona morderczym spojrzeniem.

– Jeśli chcesz rozwiązać tu i teraz ten konflikt, to choć z nami do stołu – mruknął Scorpius w stronę Albusa.

– Czy to wszystkiego nie pogorszy? – odparł ten, patrząc z pewnym niepokojem na kuzynkę i brata.

– Mam plan.

– Właśnie tego się obawiam.

Jednak wbrew własnym lękom Gryfon odwrócił spojrzenie i podążył wraz z nimi do stołu Slytherinu. Scorpius kątem oka obserwował, jak Rose patrzy na to z niedowierzaniem.

Kiedy Albus usiadł koło Karla, Scorpius zatrzymał się, odwrócił i ruszył do Gryfonów, przyciągając spojrzenia tych nielicznych uczniów, którzy byli obecni na śniadaniu.

– Mam dla ciebie propozycję – rzucił bez wstępu w kierunku Weasley, jednocześnie ignorując obecność Jamesa.

Widział, jak dziewczyna silnie zaciska pięści. Wyglądała, jakby chciała wstać i go uderzyć.

– Nie gadam z tobą, gadzie – warknęła.

Scorpius wziął głęboki wdech, by powściągnąć wszystkie pchające się na język słowa. Teraz musiał zachować zimną krew, choć zmęczenie ostatnią nocą tego nie ułatwiało.

– I co ci to da? Jeśli będziemy się teraz żreć, ucierpi nie tylko nasz udział w turnieju, ale przede wszystkim Albus.

Dziewczyna poderwała się z krzesła, z trudem hamowany gniew wyraźnie odciskał się na jej twarzy.

– Nie wiem, jak udało ci się przeciągnąć go na swoją stronę, ale…

– Dobrze wiesz jak – wszedł jej w słowo. – Po pierwsze nie kazałem mu wybierać. W odróżnieniu od ciebie nie uważam Albusa za swoją własność.

– Ja nie… – zająknęła się Rose, a potem na moment przeniosła spojrzenie na siedzącego po drugiej stronie kuzyna.

– Dokładnie to zrobiłaś i to było bardzo ślizgońskie z twojej strony. Próbowałaś użyć Albusa jako karty przetargowej, ale przeliczyłaś się, bo ostatecznie on stanął po mojej stronie.

– Albus nie wie, co robi – mruknęła dziewczyna, ale wyraźnie spuściła z tonu. Mimo wszystko była na tyle inteligentna, by nie negować słów prawdy. Ewidentnie brała Pottera za pewnik, tymczasem ten postąpił zupełnie inaczej. Wybrał oślizgłego gada nad kuzynkę, to ewidentnie był cios, którego nie mogła przełknąć. Nie mogła też temu zaprzeczyć, bo obecność Albusa przy stole Slytherinu dobitnie o tym świadczyła.

Scorpius przelotnie spojrzał na Jamesa, który w milczeniu obserwował rozwój wypadków. Spodziewał się, że starszy z Potterów będzie się wtrącał, tymczasem on wyglądał na co najwyżej zirytowanego zamieszaniem. Chyba też nie miał ochoty być rozjemcą w tym sporze.

– Albus robi to, co uważa za słuszne. I my powinniśmy wziąć z niego przykład. Całą sytuację spowodował mój niewyparzony język i twój ośli upór. Spójrzmy prawdzie w oczy, nie potrafisz się przyznać do błędu, a ja nie umiem panować nad słowami. Stąd moja propozycja: odwróćmy role. Ja się przyznam do błędu, a ty cofniesz to, co wczoraj powiedziałaś Albusowi.

Dziewczyna popatrzyła na niego wyraźnie zaskoczona.

– A co ty będziesz z tego mieć?

– Jednego kwilącego w moim pokoju Gryfona mniej – rzucił Scorpius, zanim pomyślał, że ironizowanie w tej chwili może nie być najlepszym pomysłem. Dlatego odchrząknął i szybko dodał. – Skonfliktowanie ciebie z Albusem nie było moim celem, nic przez to nie osiągnę. Nie powinienem też wypowiadać się na temat twoich relacji rodzinnych. Co na to odpowiesz, Weasley?

Dziewczyna najpierw spojrzała w stronę Albusa, potem kątem oka na Jamesa, a w końcu jej wzrok zatrzymał się na Ślizgonie. Ten czekał cierpliwie na jej decyzję. Mógł jedynie liczyć, że obawa przed utratą sympatii kuzyna będzie wystarczającym argumentem.

– Chyba nie będziesz gorsza od Ślizgona – mruknął od niechcenia James, którego mina już jasno wyrażała irytację całą sytuacją. Naraz Scorpio przypomniał sobie słowa Albusa, jakoby jego brat od czasu wypadku starał się zdawać na osąd młodszego z Potterów. Tutaj też widocznie trzymał się tej zasady. On, w odróżnieniu od Rose, ufał bratu. Choć ewidentnie i jemu cała sytuacja była nie w smak.

Gryfonka zasępiła się, a potem skrzyżowała ręce na piersi i odwróciła wzrok.

– Jeśli Albus chce się z tobą przyjaźnić, to jego sprawa. Ja nie będę się mieszać – stwierdziła, zadzierając głowę do góry. – Ale jeśli jeszcze kiedyś powiesz choć słowo na temat mojej rodziny, to nigdy ci tego nie wybaczę.

Scorpius wywrócił oczami, ale ostatecznie skinął głową.

– Niech tak będzie, a teraz przestań się dąsać, bo wyskoczą ci zmarszczki. Nie słyszałaś, że złość piękności szkodzi.

W jednej chwili twarz Rose zrobiła się na powrót purpurowa.

– Wcale się nie dąsam.

Scorpius wzruszył ramionami, kiwnął głową w stronę Jamesa, po czym wrócił do swojego stołu.

– Załatwione – rzucił do Albusa.

– Co jej powiedziałeś?

– To co było konieczne, by uspokoić nieco sytuację. Przyznałem, że nie powinienem wspominać jej matki.

Nagle Zachary zaczął krztusić się jedzonym właśnie sernikiem.

– Dobrze słyszałem? Ty przyznałeś się do błędu? Scorpius Malfoy, który pozjadał wszystkie rozumy, powiedział, że nie miał racji? Koniec świata.

– Skończyłeś już? – warknął Scorpio.

– Nie, myślę, że jeszcze trochę sobie poużywam – zaśmiał się blondyn, a potem klepnął kumpla w plecy. – Powinieneś sobie znaleźć dziewczynę, może wtedy nauczyłbyś się, jak nie wkurzać tych wszystkich, które stają ci na drodze.

Scorpius westchnął ciężko, nawet nie miał ochoty komentować tego stwierdzenia. Choć jak się nad tym dobrze zastanowić, to drań miał trochę racji. Najpierw White, potem Nash, a teraz Weasley. Chyba rzeczywiście nie miał podejścia do dziewczyn.

– Nieprawda, Lily mnie lubi.

Zack zbył go gestem dłoni.

– To jeszcze dziecko, nie zdążyła się na tobie poznać.

– Odezwał się doświadczony kobieciarz. Z naszej trójki tylko Karl mógłby się w tym temacie wypowiadać.

– Nie mieszajcie mnie do tego – odezwał się wyrwany do odpowiedzi Ślizgon.

– Katie też się nie liczy, to Puchonka, oni lubią wszystkich – skwitował Zack.

Naraz usłyszeli, jak siedzący obok Potter zaczyna coraz głośniej się z nich śmiać, co na dobre zakończyło tę idiotyczną dyskusję.


Na szczęście żadne szalone dziewuchy nie nękały Scorpiusa przez resztę dnia. Ślizgoni chyba również zrozumieli, że ostatnie zajścia narobiły mu problemów, bo woleli trzymać się od niego z daleka. Dzięki temu bez dalszych komplikacji mógł się przygotować do kolejnej konkurencji.

Spotkał Rose dopiero następnego dnia, przed wejściem na stadion Quidditcha. Gryfonka zmierzyła go spojrzeniem, ale nic nie powiedziała. Może tak było lepiej. Im mniej będą ze sobą rozmawiać, tym mniejsza szansa, że skoczą sobie do gardeł.

Alex i Simon chyba wyczuli napiętą atmosferę, bo sami również trzymali dystans i nie odzywali się zbyt wiele.

Na szczęście następna konkurencja dotyczyła historii magii i była głównie konkursem wiedzy. Poruszali się po wielkiej planszy do gry, a prawidłowe odpowiedzi zapewniały im ruch do przodu. Tutaj Scorpius nie mógł zaprzeczyć, że Weasley okazała się bardzo przydatna. Miała olbrzymią wiedzę historyczną i praktycznie bezbłędnie poprowadziła ich do zwycięstwa.

Ze wszystkich drużyn tylko szósty rok, pod przewodnictwem Jamesa, wyprzedził ich o kilka sekund. W efekcie tego zebrali dziewiętnaście na dwadzieścia możliwych punktów i wskoczyli na trzecią pozycję w rankingu.

To znacząco poprawiło samopoczucie Rose, która przestała stale chodzić taka naburmuszona, a nawet wymieniła na zakończenie kilka cywilizowanych słów ze Scorpiusem. To dobrze rokowało na dalsze ich występy. Ślizgon tylko musiał pamiętać, żeby trzymać język za zębami i nie dopuszczać do ponownego zaognienia konfliktu. Zwłaszcza, że czekała ich za chwilę kolejna konkurencja, w której będą musieli polegać na umiejętnościach Rose – Eliksiry. Scorpio z góry zakładał, że będzie tutaj najbardziej bezużytecznym ogniwem, bo zawsze był na bakier z tym przedmiotem. Nawet nie próbował nadrobić tych zaległości.

Kiedy dwa dni później ponownie znaleźli się na stadionie, Scorpius wyraźnie czuł ciążące na nim braki. Jakież było jego zdziwienie, kiedy tuż przed wejściem otrzymali od profesora Smilthona po jednej fiolce przezroczystego eliksiru. Nauczyciel polecił im wypić je, uśmiechając się w ten swój jowialny sposób.

Ślizgon wykonał bez wahania polecenie i ku własnemu zdziwieniu nie poczuł żadnej różnicy.

– Kiedy wyjdziecie na zewnątrz znajdziecie stół z ośmioma fiolkami – zaczął tłumaczyć profesor. – Musicie zidentyfikować ich zawartość. Eliksiry, które otrzymaliście zablokowały wybrane zmysły, tak więc Rose będzie jedynie widzieć rzeczone fiolki, Alex poczuje ich zapach, Scorpius natomiast smak, a Simon będzie mógł poznać ich konsystencję zmysłem dotyku. Bez obaw, podany wam specyfik zabezpieczy was również przed działaniem tych substancji. Musicie się konsultować i wspólnie zdecydować, jakie eliksiry zostały ukryte w fiolkach. Powodzenia.

Uczniowie spojrzeli po sobie, a potem nie tracąc więcej czasu weszli na murawę stadionu. Tu rzeczywiście nie było niczego prócz długiego stołu, na którym dostrzegli osiem przezroczystych fiolek.

– Pierwszy z lewej jest mętny i mlecznobiały – odezwała się Rose, podchodząc do stołu jako pierwsza. – Unosi się z niego lekki dym.

– Ale ten dym nie ma żadnego zapachu – dorzucił od siebie Alex.

– Twoja kolej, Malfoy – rzuciła Gryfonka i Scorpius był niemal pewny, że dostrzegł ślad złośliwej satysfakcji odciskający się na jej twarzy.

– Smacznego – mruknął niechętnie i chwycił fiolkę, która dla niego wydawała się pusta. Nie czuł nawet ciężaru jej zawartości.

Kiedy jednak przyłożył ją do ust, po chwili zakrztusił się i wypluł na trawę wzięty wcześniej łyk.

– Szkiele–wzro – zawyrokował natychmiast, ocierając wargi.

– Jesteś pewien?

– Tak, piłem już to świństwo.

Naraz przypomniał sobie ile tego paskudnego eliksiru dawała mu Pomfrey, kiedy poharatał sobie rękę Proteuszem. To nie były miłe wspomnienia.

Niestety dalej nie było lepiej. Kolejne siedem eliksirów było albo mdląco słodkich, albo nieprzyjemnie cierpkich. Tylko jeden okazał się niemal kompletnie bez smaku. Co gorsza w odróżnieniu od pierwszego, w większości przypadków nie miał zielonego pojęcia, co pije. Na szczęście Rose i Alex, a nawet Simon doskonale dawali sobie radę. Zajęło im zaledwie cztery minuty odgadnięcie wszystkich poprawnie. A kiedy spojrzeli w niebo, z satysfakcją dostrzegli zielone dwadzieścia punktów.

– Teraz możemy tylko liczyć, że James da plamę – mruknął Scorpio, kiedy schodzili do szatni, żegnani gromkimi oklaskami.

Szósty rok dotychczas prowadził i miał za sobą dwie wcześniejsze konkurencje zaliczone na maksimum.

– Nie liczyłabym na to. Jest świetny w eliksirach – odparła Rose.

– To czy mamy szansę w jakiś sposób nadrobić stracone punkty?

– Celowałabym w Astronomię, to nigdy nie było jego mocną stroną.

Scorpio przechodząc obok, rzucił okiem na rozpiskę turnieju wywieszoną na ścianie.

– Następna jest Obrona przed Czarną Magią, a potem Transmutacja.

– Mam nadzieję, że jesteście dobrzy z jednego i drugiego – rzucił Alex, wyraźnie zmieszany. Na Historii Magii i Eliksirach spisywał się dobrze, ale chyba praktyka nie była jego domeną.

Scorpius spojrzał na Weasley, która uśmiechnęła się bardzo przebiegle jak na Gryfona.

– Już ja zadbam, by James pożałował, że stanął nam na drodze.

Ślizgon wywrócił oczami. Pewność siebie Rose była nieco irytująca, choć z drugiej strony stanowczo wolał ją w takim nastroju. Zdobycie maksimum punktów sprawiło, że niemal całkowicie zapomniała o ich wcześniejszych niesnaskach i teraz rozmawiała z nim na powrót zupełnie normalnie. Naprawdę dziwna była z niej dziewczyna.


Kiedy opuścił stadion, na błoniach spotkał Karla i Zacka.

– Gratulację, stary, niezły wynik. Jeszcze trochę, a przeskoczycie na drugie miejsce – zawołał entuzjastycznie blondyn.

Scorpius skinął głową i jeszcze raz spojrzał na wiszącą nad stadionem tablicę wyników. Wciąż prowadził rok szósty, który zgodnie z przewidywaniami Rose znowu zdobył dwadzieścia punktów. Na drugim byli drugoroczni, ale mieli przewagę już tylko jednego punktu.

– Idziemy na kolację? – zapytał Karl.

– Ja sobie daruję. Po tych wszystkich eliksirach straciłem apetyt – stwierdziwszy to, machnął chłopakom na pożegnanie i skierował się do biblioteki.

Miał nadzieję nikogo tam nie zastać, biorąc pod uwagę, że teraz większość uczniów była na błoniach, kiedy jednak wszedł do środka, dostrzegł jedną osobę pochyloną nad podręcznikiem. Długie, kasztanowe włosy, tym razem luźno rozpuszczone, przysłaniały jej twarz, ale i tak bez trudu rozpoznał Nash.

Przez jedną krótką chwilę zastanawiał się, czy powinien do niej podejść i coś powiedzieć, może o coś zapytać. Szybko jednak doszedł do wniosku, że ona nie będzie chciała z nim gadać, zresztą dostrzegł, jak obserwuje go kątem oka. Dlatego chwycił potrzebną książkę i udał się w drugi kąt biblioteki, chowając się między regałami.

Rozłożył podręcznik przed sobą, ale jakoś nie mógł w pełni skupić się nad czytanym tekstem. Głowa mu ciążyła, a w ustach wciąż czuł gorycz wypitych eliksirów. Słowa zlewały się ze sobą, tracąc kompletnie sens i nim się spostrzegł, głowa opadła mu na biurko, po czym zasnął.


Przeszedł ją dreszcz, kiedy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Nikt nie powinien tutaj przychodzić, przecież właśnie odbywały się zawody. Liczyła na chwilę spokoju, w czasie której nie będzie musiała myśleć o wszystkich tych wydarzeniach.

Powinna być spokojniejsza, od kiedy Timothy został wydalony ze szkoły, ale cóż z tego. Wiedziała, że otrzymał tylko nadzór aurorski i w najlepsze siedział w domu. Tym samym domu, do którego ona będzie musiała wrócić za trochę ponad miesiąc. Coś niebezpiecznie ściskało jej wnętrzności, kiedy myślała o powrocie. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, co ją tam czeka. Zastanawiała się nawet, czy nie powinna uciec, tylko gdzie miałaby się schronić, nikt z jej rodziny nie da wiary oskarżeniom. Ojciec i Tim zawsze uważani byli za porządnych ludzi, nigdy na zewnątrz nie pokazywali tego, co kryło się w środku. Była zupełnie sama. Nie mogła liczyć nawet na matkę, która sama się bojąc, udawała, że niczego nie dostrzega.

Ten ciągły niepokój powodował, że nie potrafiła na niczym skupić uwagi. Nie miała siły z nikim o tym rozmawiać, choć jej współlokatorki próbowały dopytywać o szczegóły. Nie potrafiła jednak ścierpieć ich ciekawskich spojrzeń. Dla nich to była tylko tania sensacja. Wolała trzymać je w niewiedzy, niż żeby widziały w niej ofiarę. Wobec jej milczenia z czasem przestały pytać. Teraz udawały, że nic się nie wydarzyło. Hipokrytki, zapewne doskonale wiedziały, co się stało, ale one również wolały udawać niewiedzę. Tak było łatwiej i wygodniej.

Elizabeth nie wiedziała, czy bardziej brzydzi ją ich zachowanie, czy jej własny strach, nad którym nie potrafiła zapanować. Czuła się fizycznie chora, na samą tylko myśl o przyszłych wydarzeniach, o tym, z czym będzie musiała się zmierzyć i czasami naprawdę zastanawiała się, czy jeszcze wróci do szkoły. Najchętniej w ogóle by jej nie opuszczała, ale wiedziała, że to niemożliwe. Może gdyby poszła do dyrektorki? Może ta znalazłaby dla niej jakieś rozwiązanie? Ale myśl, że miałaby przed tą surową kobietą zwierzać się ze swoich lęków, również napawała ją strachem. Dobrze pamiętała upokorzenie, jakie czuła, kiedy cała sprawa wyszła na światło dzienne. Co prawda McGonagall zachowała pełny profesjonalizm, ale i tak zarówno rozmowa z nią, jak i późniejsza z aurorami, była jednym z najgorszych wspomnień Elizabeth. Musiała się przyznać do tego, jaka jest słaba i bezradna. Musiała opowiedzieć o tym, że jest ofiarą. Ofiara… Jak nienawidziła tego słowa, tej słabości, jaka z niego biła. Ofiara, to ktoś, kto potrzebuje pomocy, ktoś nad kim trzeba się litować. A ona nie chciała współczucia ani od dyrektorki, ani od ludzi z Ministerstwa, a już z pewnością nie od…

Poczuła, jak silnie zaciska palce na piórze, kiedy dostrzegła, że do biblioteki wchodzi Malfoy. Z tym wiecznym samozadowoleniem przyklejonym do twarzy, wyzwalał w niej najgorsze emocje. Z trudem dotrzymywała słowa, by trzymać się od niego z daleka, choć tak naprawdę, to za to, co zrobił, chętnie przeklęłaby go na wieki. Mógł się zasłaniać słusznością swoich działań, ale ona w to nie wierzyła. Szlachetność czynów nie leżała w naturze takich oślizgłych gadów jak on.

Przez jedną krótką chwilę zdawało się, że podejdzie do niej, a wtedy wątpiła, by znalazła w sobie siłę na zachowanie spokoju. Była zbyt zmęczona kolejnymi nieprzespanymi nocami i zbyt rozdrażniona ostatnimi myślami. Na szczęście się rozmyślił i zniknął między regałami.

O ile wszystko wyglądałoby lepiej, gdyby Malfoy trzymał język za zębami. Ale przecież to Ślizgon, więc zrobił dokładnie to, co leżało w jego najlepszym interesie. Nie dość, że zrobił z siebie bohatera uciśnionych, to jeszcze brutalnie się na niej zemścił za wcześniejsze działania. Oj, gorzko przyjdzie jej za to zapłacić.

Zacisnęła zęby, by powstrzymać nagłą falę mdłości. Wzięła kilka głębszych wdechów, by zapanować nad paniką. Ten lęk stał się obecnie niemal jej nieodłącznym przyjacielem. Im bardziej zbliżał się koniec roku, tym większym napawał ją przerażeniem. Czuła się jak zwierzę w pułapce, któremu nie pozostawiono żadnej drogi ucieczki. Żadnej prócz tej prowadzącej prosto w paszczę drapieżnika.

Starała się myśleć, że to tylko trochę ponad dwa miesiące. Przecież nie pierwsze wakacje, które spędzi w domu. Wiedziała jednak, że ojciec i Tim nie darują jej tej zdrady. Powinna była wszystkiemu zaprzeczyć, kiedy była ku temu okazja, ale pod naciskiem dyrektorki, coś w niej pękło i nie zdołała utrzymać twarzy. Słono zapłaci za tamtą słabość.

Ludzie z Ministerstwa mogli powtarzać, że będą obserwować jej rodzinę, że nie pozwolą, by stała się jej więcej krzywda, ale ona w to nie wierzyła. Przez tyle lat jej ojciec potrafił tak skutecznie oszukiwać społeczeństwo, że i teraz znajdzie sposób. Był mistrzem gry w pozory. Przykładny ojciec, przykładny brat, niemal elita świata czarodziejów. Zamożni, udzielający się dobroczynnie, wspierający potrzebujących. Tacy ludzie przecież nie mogą być sadystami, prawda? Nikt w to nie uwierzy.

Tylko raz ktoś uwierzył… bo zobaczył to na własne oczy. Gdyby wiedziała, jak to się skończy.

Próbowała na powrót skupić się na zadaniu do zrobienia, ale czuła, że ręka drży jej nieznośnie. Świadomość, że ten drań siedzi gdzieś niedaleko, doprowadzała ją do szału. Po kilku minutach nie wytrzymała, złożyła pergaminy i wstała od biurka. Ruszyła w stronę wyjścia z biblioteki, wkładając wiele wysiłku, by nie spojrzeć w jego kierunku. A jednak spojrzała i zatrzymała się wpół kroku. W czasie kiedy ona walczyła z zżerającym ją niepokojem, ten gad spał w najlepsze na ławce.

Wbrew sobie, podeszła bliżej i przez chwilę obserwowała śpiącego Ślizgona. Miała ochotę poczęstować go jakąś wredną klątwą, może wtedy poczułaby się lepiej.

Prychnęła cicho, zniesmaczona ostatnią myślą. To było absolutnie nie w jej stylu. Nigdy nie zaatakowałaby kogoś bezbronnego. Nie zamierzała zniżać się do poziomu Timothy'ego. Nawet jeśli miała wielki wyrzut do Ślizgona.

Możesz w to wierzyć lub nie, ale poszedłem do McGonagall, bo uważałem, że tak trzeba. Nie z zemsty, nie z chęci ugrania czegoś dla siebie, ale dlatego, bo to po prostu trzeba było zrobić.

Naraz przypomniała sobie ostatnie słowa, jakie usłyszała od Malfoya. Ani przez moment nie dawała wiary w szczerość jego intencji, ostatecznie był Ślizgonem i mordercą. Nie wiedziała dokładnie, jak zdołał uniknąć kary za śmierć Peggy White i tak samo nie potrafiła uwierzyć, że powiadomił dyrektorkę, bo przejął się jej losem.

A mimo to po tamtej ich ostatniej rozmowie ani razu nie próbował znowu z nią pogrywać. W odróżnieniu od niej otaczał się ludźmi, którzy zdawali się go szanować i mu ufać. Co więcej, nie należeli oni tylko do Slytherinu. Za każdym razem, kiedy to widziała, zaczynała się zastanawiać, co takiego on knuje. Jak zdołał omamić tylu ludzi?

A teraz, patrząc na jego pogrążaną we śnie twarz, wyjątkowo bez tego złośliwego grymasu, zaczęła po raz pierwszy wątpić w słuszność swoich sądów. Co jeśli tamtego dnia rzeczywiście przyszedł tylko po to, by oddać jej naprawioną różdżkę? Co jeśli powiadomił dyrektorkę jedynie dlatego, bo zauważył, że dzieje się coś złego? A może ludzie chcieli dobrowolnie przebywać w jego otoczeniu, bo traktował ich jak przyjaciół? Czy Ślizgon może mieć przyjaciół?

Pokręciła zdecydowanie głową. To w ogóle nie powinno jej interesować. Cokolwiek robił, dała słowo, że zostawi go w spokoju. Jakikolwiek knuł podstęp, jeśli go knuł, nie zamierzała się mieszać. W końcu obiecała.

Odwróciła się na pięcie i wtedy przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz, może z nerwów, a może z chłodu, nie potrafiła powiedzieć. Jeszcze raz kątem oka spojrzała na Malfoya, a potem nie myśląc zbytnio, co robi, chwyciła różdżkę i jeden z pustych pergaminów transmutowała w koc, który opadł na plecy chłopaka. Nie zastanawiając się dłużej, szybkim krokiem opuściła bibliotekę.


Obudziło go szturchanie w ramię. Podniósł zaspane spojrzenie i zobaczył zatroskane miny Albusa i Lily.

– Długo tu śpisz? Już dawno po kolacji – stwierdziła dziewczynka, wspierając ręce na blacie biurka.

– Na brodę Merlina – jęknął Scorpius, prostując obolałe plecy. – To wszystko wasza wina – dodał, uśmiechając się złośliwie. – Przez te wasze gryfońskie awantury nie mam możliwości się wyspać.

Albus spojrzał na niego łagodnie.

– Czy któreś z nas kazało ci spać w bibliotece?

– Wszyscy – skwitował Ślizgon i zaczął zbierać swoje rzeczy. Wtedy też dostrzegł koc, który spadł na podłogę. Nie spodziewał się takiej dobroduszności ze strony pani Pince. Bez wahania złożył go i odłożył na kontuar. Bibliotekarki zresztą nie było, najwyraźniej nie miała ochoty przesiadywać tutaj do późnych godzin wieczornych.

– Wzięliśmy dla ciebie trochę ciastek – stwierdziła Lily, podając mu zawiniątko wypełnione babeczkami z wiśniowym nadzieniem.

– Dzięki – odparł, sięgając po jedno z ciastek, a potem podał kolejne Gryfonom. Dopiero wtedy poczuł, jak strasznie jest głodny. Zignorował obiad, przygotowując się do zawodów, więc w efekcie od śniadania nic nie jadł.

Zajadając się ciastkami, wyszli na korytarz.

– Widziałem, że dobrze wam idzie – odezwał się do Lily, która na te słowa zdawała się urosnąć parę centymetrów.

– Chyba nie sądziłeś, że skoro jestem młodsza, to dam za wygraną. Choć przyznaję, że ciężko będzie pokonać Jamesa, po trzech konkurencjach są bezbłędni.

– My zamierzamy to zrobić – rzucił z przekonaniem Scorpius. – Mamy plan.

– Rozumiem, że doszedłeś do porozumienia z Rose – skwitował Albus.

– Można tak powiedzieć. Wspólny cel dobrze wpływa na nasze relacje, a teraz jest nim doścignięcie Jamesa. I przykro mi, ale będziemy musieli was przeskoczyć – dodał Ślizgon w stronę Gryfonki.

– Próbujcie – stwierdziła, zadzierając głowę do góry. – Życzę powodzenia, będzie wam potrzebne – dodała z przekornym uśmiechem.


Obrona przed Czarną Magią okazała się dla nich bułką z masłem i po raz pierwszy Scorpius miał poczucie, że przyczynił się do ich zwycięstwa. Co więcej, udało im się o trzy punkty zbliżyć do szóstorocznych. Wbrew groźnym zapowiedziom Lily, zdołali również przeskoczyć drugi rok, dzięki czemu wskoczyli na drugą pozycję. Co prawda różnice pozostawały nieznaczne, ale Rose zarzekała się, że nie zamierza oddać zwycięstwa kuzynostwu. Słuchając jej wypowiedzi, Scorpius zaczynał rozumieć frustrację Albusa. Wszyscy z jego rodziny wykazywali się ogromnymi magicznymi umiejętnościami. Tymczasem Potter wydawał się pozostawać w cieniu. Czy rzeczywiście był tak przeciętnym czarodziejem, czy może lata porównywania do brata odcisnęły na nim takie piętno? Scorpio miał szczerą nadzieję, że jednak to drugie, bo już niebawem Gryfon będzie musiał przetestować umiejętności na umyśle Ślizgona.


Dwa dni później stanęli na środku stadionu, patrząc w zdumieniu na pustą przestrzeń wokół siebie. Cisza panowała również na trybunach, choć zapewne widzowie wiedzieli więcej niż oni sami o tym, co się za chwilę wydarzy.

– Jakieś pomysły? – zapytał Alex, rozglądając się wokoło. – Już się zaczęło?

– Raczej nie, zegar jeszcze nie ruszył – stwierdziła Rose, spoglądając w górę, gdzie na niebie wyświetlane były informacje.

– Coś się zbliża – rzucił Simon, wskazując na niewielką istotę zmierzającą w ich kierunku.

Scorpius natychmiast rozpoznał tego konkretnego kota, którego za nic nie dało się pomylić z Panią Norris. Niespełna minutę później stanęła przed nimi profesor McGonagall we własnej osobie.

– Witajcie w kolejnej konkurencji, tym razem poświęconej transmutacji. Zasady jej są proste. Dzięki waszym umiejętnościom musicie odtworzyć zaprezentowaną przeze mnie transmutację.

To mówiąc, dyrektorka wyciągnęła różdżkę i wypowiedziała łacińską sentencję. Naraz z ziemi wzbiły się cztery konary, niczym szybko rosnące drzewo, którego gałęzie połączyły się nad nimi, by ostatecznie utworzyć solidny dach. Chwilę później drobne liście zaczęły opadać, lecz nim spadły na ziemię przekształciły się w płatki śniegu, który kiedy dotknął podłoża rozkwitał w szklane kwiaty. Nie minęła nawet minuta, gdy stali pośród kryształowego ogrodu.

Scorpius patrzył w osłupieniu. To była nie tylko potężna magia, ale również widowiskowa i piękna. Z pewnością godna McGonagall.

– Powodzenia – dodała dyrektorka, a Ślizgon nie mógł odeprzeć wrażenia, że tym słowem rzucała mu wyzwanie.

– Co to w ogóle było? – zapytał Alex, wciąż patrząc na budowlę.

– Transmutacja na najwyższym poziomie – odparł Simon.

– Ale jak niby mamy to powtórzyć?

– Krok po kroku – zarządziła Rose. – Pani profesor na pewno nie wykorzystała żadnego czaru, którego byśmy nie przerabiali, po prostu użyła ich w nieszablonowy sposób. Na początek drzewa, można próbować przetransmutować w nie po prostu ziemię, chociaż…

– Lepiej trawę – wtrącił Scorpius. – Związki będą podobne, wystarczy przekształcić strukturę.

– Słusznie, to zaczynajmy.

Rose już wyciągała różdżkę, kiedy powstrzymał ją Simon, który jak nigdy wykazywał zaangażowanie konkurencją. Chyba transmutacja była jego domeną.

– Mamy zaprezentować całość rekonstrukcji, a nie po fragmentach. Zauważyłem trzy fazy, stworzenie drzew, przekształcenie liści w śnieg, a na końcu kryształowe kwiaty. Trzeba być profesorem Hogwartu, żeby zrobić to samodzielnie. Myślę, że my musimy rozdzielić między siebie zadania. Dwie osoby do drzew, jedna do śniegu i jedna do kryształów. Kto się czuje najsłabszy w transmutacji, powinien wziąć na siebie śnieg, myślę, że to będzie Alex. Rose i Malfoy wam zostawię drzewa, a sam zajmę się kwiatami, bo to wymaga największej precyzji.

Wszyscy pozostali popatrzyli na Simona, jakby właśnie coś go nawiedziło. To było więcej zdań wypowiedzianych za jednym zamachem, niż w sumie usłyszeli od niego od początku zawodów. Widząc jednak jego zacięty wyraz twarzy, nikt nie śmiał zgłosić słowa sprzeciwu.

Scorpius cofnął się kilka kroków i stanął naprzeciwko Rose. Kiedy Gryfonka dała znak głową, oboje wyciągnęli różdżki i skierowali je w stronę ziemi. Symultanicznie zaczęli wypowiadać zaklęcie, dzięki czemu spośród traw wyłoniły się cztery drzewa. Może nie były tak rosłe, jak te stworzone przez dyrektorkę, ale sprawnie poprowadzone, po kilku sekundach utworzyły sklepienie. Tam już oczekiwał Alex, który zaczął kolejne liście przekształcać w płatki śniegu. Udało się ich wytworzyć całkiem sporo, dzięki czemu już po chwili pod jego stopami, z pomocą Simona, zmieniły się w dorodne, równie piękne jak pierwowzór, kwiaty. Bez wątpienia Krukon miał talent w tym zakresie.

Kiedy ostatni z nich rozłożył swoje płatki, Simon wyprostował się, a stadionem wstrząsnęła burza oklasków. W przeciągu zaledwie czterech minut zdołali zrekonstruować skomplikowany czar McGonagall. Mogli być z siebie dumni. A świecące na zielono dwadzieścia punktów tylko potwierdzało ich sukces.

Niespełna godzinę później dowiedzieli się, że mieli podwójne szczęście, bo nie dość, że zdobyli maksymalną liczbę punktów, to jeszcze drugie miejsce zajęła drużyna Lily, a Jamesa dopiero trzecie. Dzięki temu przybliżyli się o kolejne punkty. Teraz dzieliło ich tylko sześć.

– Mamy Astronomię i Zaklęcia, żeby odrobić tę stratę – stwierdziła Rose, kiedy wracali przez błonia do szkoły. – A w sumie tylko Astronomię, tam musimy odrobić jak najwięcej, na Zaklęciach dużo nie ugramy. James jest w nich świetny.

Scorpius zamyślił się przez chwilę.

– Na szczęście my też jesteśmy w nich dobrzy. Póki co jednak skupmy się na Astronomii.

– Ta konkurencja jako jedyna będzie się odbywać wieczorem – odezwał się Alex, spoglądając na pergamin z rozpisanym rozkładem zawodów. – Może być ciekawie.


Słowa Alexa okazały się prorocze. Wszyscy uczniowie zostali zgromadzeni na stadionie niedługo przed północą. O dziwo jednak, kiedy Scorpius wraz z pozostałymi członkami drużyny weszli na murawę, okazało się, że wcale nie będą musieli spoglądać daleko w niebo. Cała przestrzeń stadionu nad nimi wypełniona była świecącymi punktami, które tworzyły półkolistą sferę, niczym magiczne planetarium. Natomiast na niewielkim postumencie w samym środku znajdowała się mała karteczka, z zapisanym jednym pytaniem: „W jakim kraju stoicie?"

Członkowie drużyny spojrzeli na siebie zdumieni, przez chwilę zastanawiając się nad postawionym przed nimi zadaniem.

– Przypuszczam, że musimy ustalić położenie tego miejsca, na podstawie otaczających nas gwiazd. – Pierwsza odezwała się Rose, a Scorpius tylko pokiwał głową, bo doszedł do podobnego wniosku.

Zaczęli się rozglądać wokoło.

– Szukajcie punktów charakterystycznych, na przykład Gwiazdy Polarnej. Na jej podstawie będziemy mogli określić położenie – pociągnęła Weasley.

Zadanie to wcale nie było proste, bo mnogość gwiazd nie dawała się łatwo objąć wzrokiem.

– To chyba ta – zawołał Alex, wskazując na jedną z jaśniejszych gwiazd.

– Niemożliwe, poniżej powinien być tył Wielkiej Niedźwiedzicy, a nic takiego tam nie widzę – stwierdził Simon.

Weasley wyglądała na wyraźnie sfrustrowaną, co wyrażało się w coraz bardziej ściśniętych brwiach.

– Coś mi tu nie gra, to nie wygląda jak…

– Nie ta półkula – mruknął Scorpio w nagłym olśnieniu. – Szukamy naszych gwiazdozbiorów, a to jest niebo południowe.

– Czyli to co wskazał Alex, to nie jest Gwiazda Polarna, to będzie Omega Centauri! – zawołała Rose, która aż podskoczyła na to odkrycie. – No przecież to takie oczywiste. Trochę na prawo, mamy Krzyż Południa osadzony na Drodze Mlecznej, a jeszcze dalej Mały i Wielki Obłok Magellana! Ale to nadal cała półkula, jeśli mamy określić kraj, to musimy uwzględnić porę roku.

Na te słowa Gryfonka wyciągnęła różdżkę i wyczarowała przed sobą sporych rozmiarów globus, który ustawiła na postumencie, po czym zaczęła nim manewrować, jednocześnie mamrocząc coś pod nosem.

– Australia! – wykrzyknęła niespodziewanie. – Takie niebo, o tej porze roku jest widoczne w Australii.

Kiedy tylko jej słowa wybrzmiały, wszystkie gwiazdy zamigotały przez moment, a potem zgasły, w zamian wyświetlając ich wynik. Osiemnaście punktów.

– Musieli nam odjąć za to moje pudło z Gwiazdą Polarną – stwierdził Alex, ze skwaszoną miną. – Przepraszam.

– Nie przejmuj się, to wciąż całkiem dobry wynik, nie wierzę, żeby James dał radę zdobyć więcej – odparła pogodnie Rose, co już całkiem wprawiło pozostałych w osłupienie.

– Kim jesteś i co zrobiłaś z prawdziwą Weasley? – rzucił Scorpius.

Gryfonka tylko uśmiechnęła się podstępnie.

– Po prostu czuję, że ich doganiamy.


Było kilka minut po pierwszej w nocy, gdy konkurencja dobiegła końca. Wygrał w niej drugi rok pod przewodnictwem Lily, który zdobył okrągłe dwadzieścia punktów. Natomiast drużyna Jamesa zajęła dopiero czwartą pozycję, zdobywając ich czternaście. Stało się jasne, że tylko drugi, czwarty i szósty rocznik pozostał w grze o zwycięstwo, mając kolejno w sumie sto dwa, sto sześć i sto osiem punktów. Inne drużyny były daleko z tyłu. Pozostały Zaklęcia i Uroki, o których Scorpius wiedział, że są mocną stroną zarówno jego, jak i Rose. Co prawda według słów Gryfonki, nie powinni lekceważyć Jamesa, ale Ślizgon nie potrafił wyobrazić sobie, by mogli w tej konkurencji wypaść słabiej. Pytanie tylko, czy zdołają przeskoczyć brakujące dwa punkty.

Zmęczony po tych nocnych zawodach i rozmyślając o nadchodzącej, ostatniej i rozstrzygającej konkurencji, szedł powoli przez dziedziniec szkoły. Mimo że była już połowa maja, to zrobiło się nieprzyjemnie chłodno, więc szczelniej okrył się peleryną.

Naraz jakiś ruch przykuł jego uwagę. Spojrzał w górę i na wysoko położonym, zadaszonym przejściu łączącym jedną z wież z resztą szkoły, dostrzegł jakąś postać. Powyżej wiatr musiał być jeszcze silniejszy, bo jej szata była brutalnie szarpana kolejnymi podmuchami. Większość uczniów i nauczycieli dopiero wracała ze stadionu, a nikt inny nie powinien się o tej porze kręcić po szkole.

To oczywiście nie była jego sprawa, mógłby po prostu zignorować tę osobę i pójść do dormitorium, ale ciekawość zwyciężyła i ruszył schodami prowadzącymi na wieżę. Nie minęło więcej jak dwie, może trzy minuty, kiedy znalazł się w drzwiach prowadzących na przejście. Z tej odległości bez trudu rozpoznał rysy Nash, której twarz, oświetlana jedynie przez mdłą poświatę księżyca, była trupio blada.

Przez moment zastanawiał się czy uparta Krukonka nie próbuje złapać zapalenia płuc, ale potem zupełnie inna myśl sprawiła, że przeszedł go nieprzyjemny dreszcz. To właśnie przez nią zrezygnował z odwrócenia się na pięcie i powrotu do siedziby Slytherinu. Zamiast tego ruszył w stronę dziewczyny.

– Jeśli chciałaś oglądać gwiazdy, trzeba było pójść na stadion. Tam było ich dziś wyjątkowo dużo – rzucił obojętnym tonem, choć coś dziwnie ściskało go za gardło.

Dziewczyna drgnęła nerwowo, ale szybko opanowała się i spojrzała na niego ze złością.

– Czego tu chcesz?

– Od ciebie konkretnie to niczego – powiedział bez wahania, po czym zatrzymał się krok od niej i wsparł przedramiona na balustradzie, spoglądając na nocny krajobraz poniżej. – Tak się składa, że to moje ulubione miejsce do przemyśleń.

Kłamstwo wyszło z jego ust bez choćby zająknięcia, ale i tak Krukonka nie wyglądała na przekonaną.

– Jakoś poprzednio cię tu nie spotkałam.

– Było za zimno.

Dziewczyna tylko cicho prychnęła, ale nie zamierzała drążyć tematu. Zamiast tego również spojrzała na otaczające szkołę wzniesienia.

Przez dłuższą chwilę panowała między nimi cisza, a Scorpius zastanawiał się, co powinien teraz zrobić. Czuł potrzebę powiedzenia czegoś, ale z drugiej stronie wiedział, że jego słowa zawsze były odbierane jako atak. Więc może milczenie było lepsze.

Nagle jednak zobaczył, jak dziewczyna zaciska silniej dłonie na poręczy.

– Boję się… – wyszeptała tak cicho, że jej słowa niemal całkiem zostały zagłuszone przez wiatr. Mimo to Scorpius nie miał wątpliwości, co usłyszał. Spojrzał na nią kątem oka, ale nic nie odpowiedział. Widział, jak zbiera się w sobie.

– Boję się wracać do domu – dodała po kolejnej długiej chwili milczenia.

Po prawdzie to nie wiedział, co miałby na to odpowiedzieć. Domyślał się, że powrót do domu, gdzie czekali na nią oprawcy, musiał napawać ją lękiem. Nie wiedział jednak, co mógłby na to poradzić.

– Nie tkną cię. Nie teraz, kiedy Ministerstwo ich obserwuje – rzucił w końcu, choć wcale nie był przekonany o słuszności swoich słów.

Dziewczyna westchnęła nieznacznie, a potem cierpki uśmiech wypłynął na jej chorobliwie blade, popękane usta.

– Ty powinieneś najlepiej wiedzieć, że nie trzeba kogoś fizycznie dotknąć, żeby go zranić.

Oj, doskonale o tym wiedział. Ile razy sam zadawał podobne rany bez cienia litości, tak wrogom, jak i tym, których uważał za przyjaciół. A nawet rodzinie. Zwłaszcza tej ostatniej. Tym bardziej był w stanie z łatwością wyobrazić sobie, co może czekać Nash po powrocie do rodzinnego domu. On przynajmniej zawsze miał wsparcie w matce, tutaj Krukonka chyba nie mogła liczyć nawet na tyle. Cokolwiek działo się w tej rodzinie, niemożliwe, by jej matka o niczym nie wiedziała. Może wolała udawać, że nic nie dostrzega albo sama również się bała. To nie było teraz istotne.

– Mówienie tego mnie jest trochę bez sensu. Powinnaś iść z tym do McGonagall. Ona naprawdę potrafi pomóc.

Elizabeth spojrzała na niego kątem oka, tym razem jednak bez gniewu. Więcej w niej było rezygnacji.

– Wiem, ale ona oczekuje konkretów. Na pewno wiele się domyśla, ale bez moich zeznań jest bezradna. A ja… – urwała gwałtownie, a potem zaśmiała się nerwowo. – Na Merlina, po co ja z tobą o tym rozmawiam.

Wyprostowała się i odwróciła, gotowa ruszyć do wyjścia.

– Bo przede mną nie musisz ukrywać paskudnej rzeczywistości – zawołał za nią Scorpius, również się prostując. – Widziałem ją na własne oczy.

Dziewczyna zatrzymała się i pochyliła głowę. Jej długie włosy, związane w niestaranny warkocz, unosiły się w kolejnych podmuchach wiatru. Jej ramiona zaczęły drżeć i przez chwilę Scorpio myślał, że Krukonka płacze, ale moment później usłyszał złowieszczy śmiech.

– Gówno widziałeś – rzuciła, odwracając się w jego stronę. Jej twarz zdobił dziwny grymas, coś jakby mieszanka rozbawienia i obrzydzenia zarazem. – Myślisz, że wszystko zrozumiałeś, że poznałeś całą moją historię, kiedy to był tylko jeden, krótki wycinek. Zwykła sprzeczka, nieporównywalna z… – Znowu urwała, by zaczerpnąć powietrza, a potem jej głos nagle się złamał. – Nic nie wiesz.

Scorpius patrzył na dziewczynę i autentycznie, jak nigdy, zabrakło mu słów. Jeśli tamte wydarzenia uważała za sprzeczkę, to co działo się, gdy dochodziło do prawdziwych kłótni? Nie! Nie chciał tego wiedzieć, nawet nie próbował sobie tego wyobrażać. I bez tego źle sypiał w nocy.

Przez długą chwilę patrzył na Krukonkę, która wzrok miała wbity w podłogę przed sobą. Jeszcze do niedawna doprowadzała go do szału swoją obecnością, tymczasem teraz czuł się współodpowiedzialny za jej stan. Była kompletnie rozbita, a jednocześnie zbyt wstydziła się swoich słabości, by prosić kogoś o pomoc. To też doskonale rozumiał. Sam zawsze miał z tym problem. Dopiero Albus nauczył go, że są osoby, do których o tę pomoc może się zwrócić. Jednak Nash ewidentnie była z tym sama, do tego wiedząc, jaka jest zapalczywa, zapewne odrzucała każdą próbę pomocy czy to ze strony dyrektorki, Ministerstwa czy innych Krukonów. Nie chciała jej przyjąć, bo w zamian musiałaby znowu przeżywać to upokorzenie. Przez lata skutecznie się z tym kryła, a takie zachowanie bardzo wchodzi w krew. O tym również Scorpius wiedział doskonale. Dawniej on też ukrywał swoje emocje głęboko, poza zasięgiem wzroku postronnych. Rozumiał więc, jak trudno zmienić podobne nawyki.

Dlatego w końcu sięgnął po różdżkę, z pomocą której wyczarował pióro i kawałek pergaminu. Wspierając się na balustradzie, naskrobał kilka słów i podał kartkę dziewczynie.

Nash obrzuciła dziwnym spojrzeniem wyciągniętą w jej stronę dłoń, a potem sięgnęła po notatkę.

– Co to jest?

– Adres mojego domu – rzucił Scorpius, szybkim czarem pozbywając się przyborów do pisania. – Jeśli nie będą chcieli dać ci spokoju, to będziesz miała wyjście awaryjne.

Widział, jak z każdym kolejnym słowem jej oczy robią się coraz większe.

– Chyba nie oczekujesz…

– To lepsze wyjście, niż skok z tego miejsca.

Elizabeth gwałtownie cofnęła się o krok.

– Ja nie…

Scorpius zacisnął pięści i zdecydowanie podszedł bliżej.

– Już raz widziałem, jak Krukonka zginęła przeze mnie. Drugi raz na to nie pozwolę.

Nash patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, a jej zdumienie zagłuszało wszystko inne, nawet to, że Ślizgon stał teraz bardzo blisko niej.

Wykorzystując to, Scorpius pociągnął dalej.

– Nie chcę cię tu więcej widzieć. Może rzeczywiście nie znam cię zbyt dobrze, ale nie wierzę, że byłabyś takim tchórzem. Poza tym w ten sposób tylko oddałabyś im przysługę. Pozbyliby się problemu. Nie dawaj im tej satysfakcji.

Zamilkł i widział, że Nash parokrotnie otwiera usta, ale nie może się zdecydować, co odpowiedzieć. Ostatecznie tylko znów się cofnęła i spojrzała na kartkę, którą wciąż trzymała w dłoni.

– Dziękuję – wyszeptała. – Ja… pomyliłam się co do ciebie – dodała po chwili wahania, a potem ponownie przeniosła na niego, teraz już znacznie spokojniejsze spojrzenie. – Myślałam, że Peggy zginęła, bo bała się ciebie. Sądziłam, że jesteś taki sam jak Tim. Nie mogłam być dalej od prawdy.

Scorpius prychnął cicho, skrzyżował ręce na piersi i pozwolił sobie na lekki uśmiech.

– Nie ty pierwsza źle mnie oceniłaś, prawdopodobnie też nie ostatnia.

Elizabeth tylko pokręciła nieznacznie głową i również uśmiechnęła się krzywo. Jeszcze przez moment stali naprzeciw siebie, a potem dziewczyna skinęła głową i ruszyła w stronę wieży Ravenclawu. Scorpius odprowadził ją wzrokiem, a potem sam skierował się do własnego dormitorium.

Idąc pustymi korytarzami szkoły miał mętlik w głowie, ale jednocześnie nie opuszczało go poczucie, że postąpił słusznie. Choć wolał się nie zastanawiać, jak ewentualną obecność Krukonki w posiadłości Malfoyów wyjaśni ojcu. Na wspomnienie Draco przeszedł go nieprzyjemny dreszcz i dobry humor natychmiast go opuścił. Do końca roku szkolnego pozostał miesiąc. Mieli z Albusem coraz mniej czasu, by złamać Obliviate.


Scorpius ścisnął silniej różdżkę i wraz z pozostałymi członkami swojej drużyny wszedł na stadion Quidditcha. To był ich ostatni występ i zarazem ostatnia szansa na zwycięstwo. Zaklęcia i uroki. Wchodząc, czuł na sobie wzrok McGonagall. Dyrektorka zawsze miała wobec niego duże wymagania i tym razem nie miało być inaczej. Nie mógł jej rozczarować, nie dziś, nie w tej konkurencji.

Kiedy minęli drzwi, ich oczom ukazało się kilkadziesiąt sporych mydlanych baniek, które lewitowały w przestrzeni stadionu. Każda z nich zawierała w środku jakiś zwój.

– Zwykło się mawiać, że zaklęcia i uroki to rodzice wszystkich innych nauk przekazywanych w Hogwarcie – odezwał się profesor Flitwick, wchodząc za nimi na murawę. – Bez nich nie ma magii, są podstawową umiejętnością każdego czarodzieja. Wasze zadanie jest zarazem bardzo proste, jak i skomplikowane. Strącacie wybraną przez was bańkę, a potem wykonujecie zapisane na zwoju zaklęcie. Im więcej zdołacie ich wykonać poprawnie, tym więcej punktów zbierzecie. Macie trzy minuty, licząc od teraz. Do startu, gotowi, start!

Scorpius tylko wymienił z Rose spojrzenie, a potem uniósł różdżkę.

Aquamenti – zawołał, na skutek czego przed nim pojawiło się nieco wody, która rozchlapała się w powietrzu. Nim jednak spadła na ziemię, zmieniła się w kryształki lodu. Scorpius machnął różdżką i drobiny poleciały w stronę baniek, kosząc niemal wszystkie pod drodze.

Accio! – krzyknęła Rose, za jednym zamachem przyciągając do siebie wszystkie zwoje, które jeszcze nie zdążyły upaść na ziemię. – Alex, Simon, rozpieczętowujcie je i krzyczcie nazwy – zarządziła.

Krukon i Puchon nie zamierzali się sprzeciwiać. Przysiedli na ziemi i zaczęli rozwijać zwoje. Posypały się zaklęcia, które na zmianę wykonywali Rose i Scorpio. Zanim jeszcze nazwa na dobre rozbrzmiała w powietrzu, zaklęcie było już w użyciu, czasami w wykonaniu Gryfonki nawet niewerbalnie. Aqua Eructo, Bombarda, Incendio, Lumos, Defodio, Expulso, Nox, Wingardium Leviosa i wiele następnych. Zaklęcia strzelały jedno po drugim niemal bez chwili przerwy.

Nie upłynęły dwie minuty, gdy zauważyli, że skończyły im się zwoje.

– Dajmy coś na wiwat – zaproponował Scorpius.

Oczy Rose tylko zalśniły na tę propozycję. Wskazała różdżką na stertę wykorzystanych zwojów i wypowiedziała zaklęcie, na skutek którego te zmieniły się w papierowe ptaki, które zaczęły lecieć w stronę publiczności.

Scorpius pokiwał głową z uznaniem.

Gemino! krzyknął, wskazując na ptaki i nagle z kilkudziesięciu zrobiło się ich kilka setek. To wielkie stado obleciało cały stadion, przelatywało między trybunami i nieużywanymi pierścieniami od Quidditcha, po czym uniosło się wyżej, by zniknąć gdzieś w przestworzach.

Ciszę, jaka potem zapadła, przerwała po chwili burza oklasków z publiczności, a oni u góry dostrzegli piękne, zielone dwadzieścia punktów.

Scorpius dostrzegł, że Alex i Simon również bili brawo, doceniając ich umiejętności. Widząc to, skinął im głową, a potem dając się ponieść emocjom, chwycił Rose za rękę i uniósł ich splecione dłonie w zwycięskim geście. Gryfonka w pierwszej chwili wyglądała na zaskoczoną, ale potem uśmiechnęła się z satysfakcją. Nieważne czy zdołają pokonać Jamesa, w tej konkurencji byli zwycięzcami i tak się teraz czuli. I to było fantastyczne uczucie.


Podekscytowani i rozentuzjazmowani wrócili do szatni, mijając po drodze drużynę Jamesa, która z racji zajmowania pierwszego miejsca występowała jako ostatnia. Szóstoroczni spojrzeli na nich nieco zaskoczeni, widząc takie rozbawienie i zarazem pewność wymalowaną na twarzach.

– Nie przebijecie nas – rzuciła w ich stronę Rose.

– To się okaże – odparł natychmiast James, choć Scorpius wyraźnie widział cień niepokoju w jego wzroku. Potter musiał zdawać sobie sprawę, że by wygrać, jego drużyna potrzebuje zdobyć co najmniej dziewiętnaście punktów.

Gdy weszli do szatni, niemal od razu dopadła do nich Lily.

– Gratulacje! Wiedziałam, że będziecie świetni. Nie wątpiłam, że zdobędziecie maksa – zaczęła z entuzjazmem. – No dobrze, trochę liczyłam, że zdołamy was przeskoczyć, ale cóż będziemy się musieli zadowolić trzecim miejscem. To i tak nieźle jak na drugorocznych. Zresztą pierwszaki też wypadły nie najgorzej, bo są tuż za nami.

– Rocznik nie ma znaczenia, konkurencje były tak wymyślone i oceniane, by każdy rok miał szanse na zwycięstwo – odpowiedziała Rose, siadając na jednym z wolnych miejsc pod ścianą. W odróżnieniu od pomieszczenia dla oczekujących drużyn, tutaj zgromadzone były te, które już zakończyły zawody i teraz na ścianie mieli magiczny ekran, na którym widzieli zmagania ostatniej drużyny.

– Trzeba przyznać, że daliście popis – odezwał się Alex, również podchodząc bliżej. – Chciałbym mieć w połowie taki talent do władania magią, jak wy.

Rose obrzuciła go karcącym spojrzeniem.

– Talent to tylko niewielki procent sukcesu. Trzeba też włożyć dużo pracy.

Na to oświadczenie zaśmiała się Lily, po czym spojrzała w stronę Puchona.

– Myślę, że jeśli lubisz spać w nocy, to ich tryb życia nie będzie ci odpowiadał. Oni oboje wolą bibliotekę od własnego łóżka.

– Wypraszam sobie, ja tam lubię się wyspać – rzucił Scorpius, fałszywie oburzony, po czym dodał z uśmiechem. – Nie moja wina, że rzadko mi się to zdarza.

Puchon tylko wywrócił oczami, a potem jak pozostali przeniósł spojrzenie na ekran, gdzie szósty rok właśnie zaczynał konkurencję.


– Nie wierzę! – krzyknęła Rose, zrywając się z miejsca. Cała ich czwórka ze zdumieniem patrzyła na wynik drużyny Jamesa. Unoszące się nad stadionem osiemnaście punktów.

– Więc mamy remis. Ciekawe co teraz – skwitował Simon, który w pewnym oddaleniu podpierał ścianę z rękoma skrzyżowanymi na piersi.

Chwilę później do pomieszczenia weszła pani Hooch.

– Czwartoroczni, zapraszam ze mną – zawołała zwyczajowym, dziarskim tonem.

Kiedy ponownie znaleźli się na murawie boiska, zobaczyli drużynę Jamesa, wraz z towarzyszącą im dyrektorką. Ich czwórka stanęła obok i wszyscy w napięciu oczekiwali werdyktu.

– Na początek chciałam pogratulować obu drużynom – zaczęła McGonagall. – Przez ostatnie dni pokazaliście nie tylko olbrzymie umiejętności, ale także wspaniałego ducha walki i współzawodnictwa. Jednak zwycięzca może być tylko jeden, stąd potrzebna będzie dogrywka. Wraz z innymi jurorami, ustaliliśmy, że odbędzie się ona jutro po południu. Każda z drużyn musi wydelegować jednego zawodnika, który weźmie w niej udział. Wybierajcie więc mądrze, bo ta osoba zadecyduje o zwycięstwie. Jeszcze raz wam gratuluję i życzę powodzenia.

Po słowach dyrektorki po stadionie rozniosła się fala podekscytowanych, jak i zdziwionych głosów. Tymczasem Scorpius wymienił spojrzenie z Rose i już wiedział, że w ich przypadku wybór wcale nie będzie prosty. Jednocześnie Ślizgon nie mógł odegnać myśli, że McGonagall z premedytacją podała właśnie taki, a nie inny warunek. Pewnie chciała sprawdzić, czy i tym razem znajdą porozumienie, czy może kolejna kłótnia pogrzebie ich szanse na zwycięstwo. To był test nie tylko z magii, ale raczej przede wszystkim ze współpracy.


Wracali do szkoły w dziwnej ciszy i Scorpius widział, jak Rose bije się z własnymi myślami. Zdążył ją już wystarczająco poznać, by wiedzieć, co chodzi jej po głowie. Gryfonka dobrze wiedziała, że Scorpio nie ustępuje jej na krok, jeśli chodzi o umiejętności magiczne, a może nawet w niektórych aspektach ją przewyższał. Z drugiej jednak strony była córką Hermiony Granger i na pewno chciała wystartować jako reprezentantka. Rozsądek więc walczył u niej z poczuciem dumy i własnej wyższości.

– Jutro rano – odezwał się, kiedy zobaczył, że otwiera usta. – Spotkamy się po śniadaniu i przeprowadzimy głosowanie. Dajmy sobie trochę czasu na przemyślenie.

Spodziewał się sprzeciwu, tymczasem wszyscy inni tylko pokiwali głowami i bez słowa rozeszli się do swoich dormitoriów.


Gdy wieczorem zobaczył Albusa w Pokoju Życzeń, miał nadzieję, że choć na chwilę będzie w stanie przestać rozmyślać o zawodach. Szybko okazało się, że nie tylko on zaprząta sobie tym głowę.

– Ale McGonagall dała wam zagwozdkę – rzucił Gryfon, który siedział przy stole, na którym w klatce spał chochlik. – Rose nie gada o niczym innym. Wiesz, że zrobi wszystko, by wygryźć cię z roli reprezentanta.

Scorpius wywrócił oczami.

– Domyślam się – odparł, siadając po przeciwnej stronie. – Zakładam, że mieszała mnie z błotem trzy razy na minutę.

Na to stwierdzenie Albus się roześmiał.

– Pewnie się zdziwisz, ale nawet nie. Nigdy nie przyzna tego otwarcie, ale zaimponowałeś jej. Właśnie dlatego tak się wkurza, bo czuje, że to ciebie powinna puścić do dogrywki, ale rozumiesz… nie przechodzi jej to przez gardło.

Scorpius spojrzał na przyjaciela z powątpiewaniem.

– Jakoś trudno mi w to uwierzyć.

– Gdyby było inaczej, to już dawno zadecydowałaby za was. Przecież ona ma ustawianie ludzi po kątach we krwi, znam to z doświadczenia. Podobno zaproponowałeś głosowanie. Zgodziła się na nie, by mieć czas to wszystko przemyśleć.

Ślizgon westchnął ciężko i pokręcił głową.

– Strasznie to wszystko bierze do siebie, przecież to tylko szkolne zawody.

– Masz rację, ale dla niej to coś więcej. Ona wszystko traktuje poważnie, bo uważa, że jej mama robiła tak samo.

– No tak, wieczny kompleks matki.

Albus zachichotał.

– Chyba wszyscy mamy z tym problem, z tą różnicą, że Rose trochę bardziej.

Ile racji było w słowach Pottera. Mu zawsze ciążyło to, że jego ojciec jest wielkim bohaterem świata czarodziejów. Nie lubił, kiedy był z nim porównywany. W przypadku Scorpiusa było podobnie, choć z zupełnie innych przyczyn. Czy więc powinno go dziwić, że Rose również porównuje się do matki? Co prawda w jej przypadku sytuacja była zupełnie inna, bo ona sama narzuciła sobie tak wysokie standardy, niemniej rozumiał jej postępowanie. Ile razy musiała słyszeć, że jej matka jest najmądrzejszą czarownicą swoich czasów, ile razy obawiała się, że nigdy nie będzie wystarczająco dobra, by wyjść z tego cienia?


Gdy następnego ranka wszedł do Wielkiej Sali na śniadanie, poczuł na sobie wiele zainteresowanych spojrzeń. Nie wątpił, że duża część uczniów uważa go za reprezentanta swojego roku i zapewne jeszcze większej liczbie się to nie podobało. Miał świadomość, że nie jest najpopularniejszą osobą w szkole. Jednocześnie wczoraj skutecznie omijał innych Ślizgonów, wiedział bowiem, co od nich usłyszy. Dla nich był tylko jeden uczeń, który mógł wywalczyć im zwycięstwo. Zdał sobie również sprawę, że bardzo nie chce ich rozczarować. W efekcie tego wszystkiego tej nocy również nie spał dobrze.

Usiadł przy stole, nalał sobie dyniowego soku i w pośpiechu zjadł tosta. Jakoś nic innego nie chciało przejść mu przez gardło. Gdy przełknął ostatni kęs, dostrzegł wyczekujące spojrzenia Alexa, Simona i Rose. Skinął głową i cała czwórka jednocześnie podniosła się z miejsc. Wielu uczniów obserwowało z zaciekawieniem, jak razem, w milczeniu, wychodzą z Wielkiej Sali.

Weszli do pierwszej z brzegu pustej klasy i wsparli się na stojących tam ławkach.

– Ja oddaję swój głos na Rose – odezwał się pierwszy Simon. To akurat było łatwe do przewidzenia, bo Krukon mógł doceniać umiejętności ich obojga, ale jego niechęć do Ślizgona była zbyt wielka, żeby mógł zagłosować inaczej.

– Ja uważam, że powinien startować Scorpius – pociągnął Alex. – Przepraszam, Rose, ale on bardziej na chłodno wszystko kalkuluje, ty za łatwo ulegasz emocjom.

Scorpio widział, jak wzrok Gryfonki twardnieje. Widać było, że ten argument do niej trafiał, najwyraźniej ona sama zdawała sobie sprawę z tej słabości. Już otwierała usta, by oddać swój głos, kiedy wszedł jej w słowo.

– Ja też głosuję na Weasley – rzucił od niechcenia.

– Jak to? – Rose spojrzała na niego zdumiona. – Przecież jesteś…

– Jestem zmęczony tymi zawodami – skłamał bez zająknięcia. – Jak nie chcesz startować, to wyślemy Simona.

– Oczywiście, że chcę – żachnęła się Rose, szybko odzyskując pewność siebie. – Nie ma zresztą lepszego kandydata. W takim razie głosami trzy do jednego, ja będę brać udział w dogrywce.

Powiedziawszy to, czym prędzej wyszła z sali, zupełnie jakby obawiała się, że dalsza dyskusja zmniejszy jej przekonanie. Zaraz za nią klasę opuścił Simon, więc Scorpio pozostał w towarzystwie zdumionego Puchona.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał Alex. – Przecież jesteś lepszy, nawet ona to wiedziała.

Ślizgon wzruszył ramionami i uśmiechnął się przekornie.

– Jakbym przegrał, nie dałaby mi żyć do końca szkoły. A tak za ewentualną porażkę będzie mogła winić tylko siebie.

Alex spojrzał na niego podejrzliwie.

– Dlaczego mam wrażenie, że w tej odpowiedzi nie ma nic z prawdziwych powodów.

Scorpius popatrzył na Puchona kątem oka.

– Za to, to odpowiedź w bardzo ślizgońskim stylu.

– Niewątpliwie – zaśmiał się Alex i razem poszli w stronę klasy, gdzie czekały ich zajęcia z Transmutacji, które akurat mieli wspólnie.


Obserwowanie zawodów z perspektywy widza było ciekawym doświadczeniem. Scorpius rozsiadł się wraz z Karlem i Zackiem w sektorze Slytherinu i przyglądał się z zainteresowaniem dziwacznym konstrukcjom rozstawionym na murawie. Wszystko wskazywało na to, że dogrywka będzie się odbywać na zasadach magicznego toru przeszkód. Patrząc na to, coraz mniej żałował, że ustąpił pola Rose. Wcale nie miał ochoty się tam męczyć.

– Dlaczego wybraliście Gryfonkę? – zapytał Tobiasz, nachylając się do nich z rzędu powyżej. – Przecież jesteś lepszy.

– To dyskusyjne – mruknął Scorpius, świadom, że większość Ślizgonów z jego roku przysłuchuje się odpowiedzi. – Poza tym nie mogłem jej odmówić satysfakcji skopania tyłka kuzynowi. Aż się do tego paliła.

– Myślisz, że da sobie radę z Potterem?

– Ma olbrzymią motywację, żeby dać z siebie wszystko.

– Właśnie wychodzą – zauważył Karl i uwaga wszystkich przeniosła się na murawę, gdzie w towarzystwie pani Hooch wyszli Rose i James. Ta pierwsza rzeczywiście miała bardzo zacięty wyraz twarzy. Podświadomie Scorpius zaczął się zastanawiać, komu kibicują Lily i Albus. Przeczesał wzrokiem trybuny, by dostrzec wyraźnie przejętą Gryfonkę w towarzystwie brata. Oboje w wielkim skupieniu patrzyli na uczestników dogrywki, nic więcej jednak nie dało się wyczytać z ich twarzy.

Tymczasem pani Hooch przedstawiła krótkie wprowadzenie, tłumacząc, że dwójka uczestników będzie jednocześnie pokonywać wyznaczoną dla każdego trasę. Te były od siebie oddzielone, dzięki czemu nie będą mogli wchodzi sobie w drogę. Jednak to nie kondycja fizyczna, a wiedza i umiejętności, jak również pomysłowość zadecydują o szybkości, z jaką zdołają dotrzeć do końca toru. Zwycięży to z nich, które pierwsze przekroczy linię mety, znajdującą się na drugim końcu stadionu. Jednak każde wykonane niepoprawnie na trasie zaklęcie skutkować będzie dodaniem pięciu sekund do uzyskanego czasu.

Kiedy wszystko było już jasne, Rose i James wyjęli różdżki, stanęli na wyznaczonej linii, a kiedy pani Hooch dała znak, ruszyli pędem przed siebie.

Scorpius nie odrywał wzroku od Weasley, która nawet się nie zatrzymała, przed pierwszą przeszkodą, utworzoną z tafli szkła. W biegu transmutowała szkło w cukier i rozbiła ręką kruchą powierzchnię. Tuż za tym znajdowała się spora kałuża, z wyraźną instrukcją mówiącą, by się nie zmoczyć. Jedno machnięcie różdżki i woda zmieniła się w solidny lód. Rose dosłownie prześlizgnęła się po jego powierzchni i dopadła do trzeciej przeszkody. Ta przypominała szeroki regał z książkami. Gryfonka zlustrowała nagłówki woluminów i zaczęła coś przekładać. Z odległości w jakiej siedział Scorpius, nie potrafił stwierdzić, co konkretnie robi, ale przypuszczał, że musiało być to związane z historią magii, bo dziewczyna była w tym świetna, a teraz działała bez cienia wahania. Niespełna minutę później regały rozstąpiły się, ukazując przejście dalej. Ślizgon dostrzegł charakterystyczny cień satysfakcji na twarzy Weasley, ten jednak szybko został zastąpiony skupieniem, kiedy dziewczyna dobiegła do kolejnej zagadki. Tym razem od przejścia oddzielał ją wysoki ceglany mur, a obok stały cztery fiolki z jakimiś eliksirami. Gryfonka przyjrzała się im szybko, każdy też powąchała, a potem wypiła zawartość jednego z nich. Naraz jej ciało skurczyło się do rozmiarów rocznego dziecka, dzięki czemu mogła przejść przez niewielki otwór znajdujący się u podstawy muru. Gdy tylko znalazła się po drugiej stronie, szybko wypiła antidotum na eliksir kurczenia i pobiegła dalej.

Jednym zaklęciem unieruchomiła kilka bahanek, które znalazły się na jej drodze, a potem wbiegła w gąszcz roślin, który przy słabej znajomości zielarstwa ze strony Scorpiusa pozostał bezimienny. Niemniej Rose dała radę przecisnąć się między pnączami, nawet bez pomocy żadnego zaklęcia, choć straciła przez to kilka cennych sekund.

Ostatnia przeszkoda nawiązywała do Astronomii i składała się z trojga drzwi, nad którymi były trzy znaki zodiaku – lew, waga i byk. Ze swego miejsca na trybunach Scorpius widział, że dwa pierwsze prowadziły długim korytarzem do ślepego zaułka. Na szczęście Weasley również była nie najgorsza z Astronomii i wiedziała, że piętnasty maja, który mieli obecnie znajdował się w znaku byka. Bez wahania wybrała tamte drzwi i nacisnęła klamkę. Wtedy zobaczyła linię mety oddaloną o jakieś dziesięć metrów. Puściła się biegiem, ale kilka kroków przed nią biegł już James i wpadł na metę dosłownie sekundę wcześniej.

Trybuna wybuchła brawami, a tymczasem Rose, oddychając ciężko, zacisnęła pięści, po czym najpierw spojrzała na równie spoconego kuzyna, a potem w górę, dokładnie w miejsce, gdzie siedział Scorpius. Ślizgon nie zamierzał się jednak nad nią pastwić, zamiast tego uniósł dłonie i również zaczął jej bić brawo. Może była odrobinę wolniejsza, ale Scorpio był przekonany, że sam nie zrobiłby tego lepiej. Była utalentowaną wiedźmą i należało jej się uznanie.

Widząc jego zachowanie, Weasley skinęła głową, po czym spojrzała na panią Hooch, która wraz z dyrektorką i pozostałą dwójką jurorów wyszła na murawę.

– Gratuluję, panie Potter, dotarł pan na metę pierwszy – zaczęła pani Hooch – jednak przy próbie pozbycia się z drogi zalegających kłód, użył pan niepoprawnie zaklęcia Ascendio i dopiero poprawka przy użyciu czaru Alarte Ascendare przyniosła spodziewany efekt. Zgodnie z przedstawionymi na początku zasadami, do pana czasu zostaje doliczone dodatkowe pięć sekund. W związku z tym zwycięzcą tej konkurencji zostaje Rose Weasley, a co za tym idzie całą olimpiadę wygrywa czwarty rok.

Początkową konsternację słowami nauczycielki zastąpiła wrzawa na stadionie. Czwartoroczni Gryfoni zaczęli zbiegać z trybun i dostali się na murawę, gdzie opadli Weasley. Chwilę później dołączyli do nich uczniowie z innych Domów, w tym także Scorpius wraz ze Ślizgonami. Na boisku zrobiło się naprawdę spore zamieszanie, ale nauczyciele chyba nie zamierzali interweniować i pozwolili czwartorocznym nacieszyć się zwycięstwem.

Z pewnym zdumieniem Scorpius zauważył, że wraz z Alexem i Simonem znalazł się w samym centrum tego zamieszania. Stojąc pośród przemieszanych uczniów różnych Domów, doszedł do wniosku, że może to nie rozwiąże naraz wszystkich problemów, ale z pewnością McGonagall zrobiła przynajmniej krok w stronę zakopania przepaści, jaka dzieliła poszczególne Domy. Teraz wszyscy z czwartego roku jednakowo cieszyli się z wygranej.

W końcu, kiedy wrzawa nieco przycichła, dyrektorka zapowiedziała, że jeszcze tego samego dnia, w Wielkiej Sali zaraz po kolacji, odbędzie się uroczyste nagrodzenie trzech najlepszych drużyn.


Kiedy uczniowie zaczęli opuszczać stadion, Scorpius podszedł do Rose, która stała w towarzystwie Albusa i Lily.

– Gratulacje, mamusia byłaby dumna – rzucił ze złośliwym uśmiechem przyklejonym do twarzy.

Gryfonka zgromiła go wzrokiem, a potem uśmiechnęła się równie perfidnie.

– Dobrze zrobiłeś, przekazując dogrywkę w ręce fachowca. Ty pewnie jeszcze łamałbyś sobie głowę nad kolejnością, w jakiej trzeba było ułożyć książki.

Scorpius już otwierał usta, kiedy przerwał mu chichot Lily. Młodsza z Gryfonek ewidentnie nie przejmowała się porażką, ani swoją, ani tym bardziej brata.

– Myślę, że dziś najbardziej będzie sobie pluł w brodę James, że pomylił zaklęcia.

Rose wzięła się pod boki i pokręciła głową.

– Kumple zjedzą go żywcem. Przecież wszyscy wiedzą, że Ascendio działa tylko na ludzi, a on tym próbował ruszyć drewniane kłody. Amator.

To stwierdzenie tylko zwiększyło rozbawienie rodzeństwa.

– Jasne, przecież to takie oczywiste – odezwał się Albus, który z pewnością nie miał pojęcia o takim zastosowaniu tego zaklęcia.

Pozostający w dobrym humorze Scorpio, oparł się ręką na ramieniu przyjaciela.

– Musisz zrozumieć, że to jest ta tajemna wiedza dostępna tylko dla kujonów.

– Sam jesteś kujonem – żachnęła się Rose. – Pupilku McGonagall.

Scorpius wywrócił oczami, a Lily parsknęła śmiechem.

W tak doskonałych nastrojach cała czwórka wróciła do budynku szkoły.


W Wielkiej Sali wisiały chorągwie w kolorach wszystkich domów, a każda opatrzona była rzymską czwórką. Scorpius stał na środku sali w towarzystwie Rose, Alexa i Simona. Po ich prawej stronie stała drużyna Jamesa, a po lewej Lily wraz z drugorocznymi, którzy zajęli trzecie miejsce. Dyrektorka wręczała każdemu uczestnikowi dyplom i wieszała mu na szyi pamiątkowy medal, jednocześnie ściskając dłonie i wymieniając uprzejme słowa.

Gdy doszła do Ślizgona, Scorpius dostrzegł na jej twarzy prawdziwe zadowolenie, choć wyraźnie przytłumione profesjonalną maską. Mimo to oczy kobiety błyszczały radością.

– Gratulacje, dobrze wiem, jak wielkie to było wyzwanie, zwłaszcza dla ciebie – powiedziała, wręczając mu dyplom.

Doskonale rozumiał, co miała na myśli. To nie zaklęcia i konkurencje były dla niego największą trudnością. Kluczem do zwycięstwa była umiejętność porozumienia się z innymi członkami drużyny. Gdyby wciąż zachowywali się tak jak przy pierwszej konkurencji, dziś nie staliby na podium, ale zamiatali ostatnie miejsca w tabeli. Ich charaktery i wzajemna niechęć były największym wrogiem i wyglądało na to, że po tych dwóch tygodniach zdołali znaleźć wystarczającą nić porozumienia, żeby zwyciężyć. Czy przetrwa to dalej? Tego nikt nie potrafił powiedzieć, ale to z pewnością krok w dobrą stronę. I Scorpius wiedział, że właśnie to tak cieszy McGonagall.

Gdy wszyscy uczestnicy zostali nagrodzeni, z Sali znowu odezwał się brawa nagradzające najlepsze drużyny. Pierwszy raz od wielu lat uczniowie z jednych Domów oklaskiwali tych z innych. Dziś nie było Gryfonów, Puchonów, Ślizgonów czy Krukonów. Dziś byli po prostu uczniowie szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.