OSTRZEŻENIA: Graficzne gore. Cliffhanger.
I wreszcie wszystko pierdolnie.
Rozdział dwudziesty drugi: Zgroza biega na czterech łapach
Harry usłyszał przytłumione, zaskoczone piśnięcie Connora, kiedy dogonił go z Parvati po drodze na opiekę nad magicznymi stworzeniami.
– Pozwolicie, że się z wami przejdę? – zagaił tak uprzejmie, jak tylko mógł w takiej sytuacji.
Connor po prostu się na niego zagapił. Parvati wyjrzała sponad ramienia Connora i rzuciła mu znacznie ostrzejsze spojrzenie. Harry je zniósł. Przecież tylko martwi się o Connora, powiedział sobie. Czy sam bym się nie martwił, gdyby Draco miał brata, który go przeważnie ignorował i ten brat umawiałby się z kimś z Zakonu Feniksa?
– Przecież ty nie masz opieki nad magicznymi stworzeniami – powiedziała Parvati.
Harry pochylił głowę, uśmiechając się.
– Nie. Ale mam okienko, a Connor wspomniał, że dzisiejsza lekcja z Hagridem będzie krótsza. – Zajęcia z magicznymi stworzeniami zostały skrócone odkąd Hagrida użądliło coś tajemniczego i prawdopodobnie nielegalnego, co przechowywał w Zakazanym Lesie. – Dlatego przyszło mi do głowy, że może byśmy po niej porozmawiali, jeśli wam to nie przeszkadza.
Parvati położyła rękę na ramieniu Connora. Connor zatrzymał się i obejrzał na nią. Parvati zaczęła do niego szeptać, nie spuszczając podejrzliwego spojrzenie z Harry'ego.
Harry poczekał chwilę. A potem kolejną. Wyglądało na to, że Parvati miała naprawdę wiele do powiedzenia, ale on pewnie też by miał w podobnych okolicznościach. Strzepnął z siebie jakiegoś latającego robaczka, który ewidentnie pomylił jego skórę z kwiatkiem i kiedy podniósł wzrok, zobaczył że wreszcie odwrócili się do niego i patrzyli z równą determinacją w oczach. Harry był rad. że Connor najwyraźniej znalazł sobie dziewczynę, która mu w tym dorównywała.
– Postanowiliśmy, że możesz z nami porozmawiać po zajęciach z Hagridem – powiedział Connor ostrożnym głosem. – Ale musisz być tak otwarty na nowe wiadomości, jak to tylko możliwe, Harry. Bez marudzenia w chwili, w której któreś z nas powie ci coś, co ci się nie spodoba.
– Obiecuję – powiedział Harry. Był rad, że Dracona wtedy z nimi nie było; zmuszenie całej czwórki do traktowania się nawzajem z szacunkiem, zwłaszcza na początku, zwłaszcza z Parvati, po prostu by nie wypaliło. Draco też miał okienko, ale postanowił spędzić je na agresywnej wizualizacji swojej formy animagicznej. Michael nad nim czuwał, więc Harry nie musiał martwić się o jego bezpieczeństwo. – Czy mam się z wami spotkać pod chatą Hagrida, czy gdzieś indziej?
– Jak będziemy już wracać do szkoły – powiedziała Parvati, wciąż nie zdejmując ręki z ramienia Connora. Jej oczy również pozostały twarde niczym krzemienie. – Jak zaczniemy się zbliżać do hali wejściowej.
Harry kiwnął głową.
– Żaden problem. – Parvati zamrugała, ale Harry naprawdę miał to na myśli; chciał, żeby obaj poczuli się przy nim tak komfortowo, jak to było możliwe, bo dzięki temu istniała szansa, że faktycznie ze sobą porozmawiają, zamiast od razu naskakiwać na niego z wrzaskiem, a ponieważ Harry'emu nie zależało na tym, gdzie właściwie miałoby dojść do takiego spotkania, to mógł przekazać Parvati pełną kontrolę nad tym aspektem. – W takim razie do zobaczenia.
Kiwnął do Connora, ale przed Parvati pokłonił się zamaszyście, bo wiedział, że rozpozna ten gest jako potomkini świetlistej, czystokrwistej rodziny. Ukłon zakończył się machnięciem dłoni na poziomie gardła. Kiedyś oznaczało to udzielenie zgody narzeczonemu swojego rodzeństwa do zabicia wykonującego go z litości, jeśli zajdzie taka potrzeba. W obecnych czasach oznaczało to formalne powitanie w rodzinie, oraz że w ogóle nie przeszkadzała mu obecność Parvati.
Connor już szedł dalej w kierunku chaty. Parvati zawahała się, gapiąc na Harry'ego z niedowierzaniem, po czym potrząsnęła swoimi długimi, ciemnymi włosami i ruszyła za Connorem. Harry zobaczył, jak łapie go pod ramię. Uśmiechnął się. Przynajmniej go kocha. Nie bawi się z jego uczuciami.
Odwrócił się. Powinien po prostu stanąć przy wejściu do zamku i poczekać. Nie miał nic do roboty, dla odmiany. Napisał już do Snape'a, medytował nad transformacją animagiczną, rozmawiał z Kamelia, przeczytał nowe informacje, jakie Hermiona dla niego znalazła o magii miejsc i skończył pracę domową. Ma to swoje zalety, kiedy lenistwo wprawia człowieka w zakłopotanie.
Sowa wyleciała mu na spotkanie, jak tylko wszedł na dziedziniec. Harry poderwał z zaciekawieniem wzrok. Nadleciała z kierunku sowiarni, ale wylądowała mu na ramieniu, pohukując ze zmęczenia. Harry zacmokał językiem, żeby uspokoić syczące Wielu, po czym odebrał kopertę od sowy, głaszcząc ją po piórach. Wtuliła dziób w zagięcie jego szyi, drżąc okrutnie.
Okazało się, że koperta była wiadomością, bo pergamin został po prostu złożony na kształt listu. Atrament był rozchlapany po całej kartce, ewidentnie ze zgrozy.
Drogi Harry,
Byłem jednym z tych, którzy ignorowali twoje wiadomości, w których oferowałeś pomoc, ponieważ wydawało mi się, że na nic mi się nie przydasz. Teraz już wiem, że nie poradzę sobie z tym sam. Wschodzi już wrześniowa pełnia, a ja nie jestem w stanie zaufać, że osłony ministerstwa mnie obronią.
Jestem jednym z tamtych trzech łowców, którzy w czerwcu zabili wilkołaki. Wiem, że nie masz żadnych powodów, żeby czuć we mnie jakąkolwiek sympatię, ale czytałem o tobie historie i wiem, że jesteś jednym z ludzi, którzy są skłonni do udzielania pomocy, nawet tym, których nie lubią. Dlatego właśnie...
Chcę przybyć do ciebie i skorzystać z twojej opieki przez trzy noce pełni. Chcę się po prostu upewnić, że Loki mnie nie dorwie. Widziałem, co zrobił Felicji. W zamian mogę ci powiedzieć wszystko co wiem o zamiarach departamentu wobec wilkołaków. Możesz też wymagać ode mnie innych informacji, co tylko chcesz, ale proszę, proszę pomóż mi.
Kieran Morologus
Harry'emu dech zaparło. Zmiął pergamin w garści, a jego magia wzniosła się tak gwałtownie, że siedząca mu na barku sowa spięła się, rozłożyła skrzydła i zaczęła niespokojnie pohukiwać.
Harry musiał popracować przez chwilę nad własnym oddechem, żeby się uspokoić i zastanowić nad tą prośbą, a nawet wtedy odmowa była jego pierwszym impulsem. Kieran sam to na siebie ściągnął, kiedy zaczął polować na wilkołaki i obdzierać je ze skalpów. Harry miał wrażenie, że to mógł być nawet ten łowca, który pojawił się na zdjęciu w "Proroku Codziennym", trzymając skóry Wrzośca i Gudrun i szczerząc się szeroko. Jeśli mu pomoże, to zdradzi swoją watahę, zdradzi pamięć o zmarłych.
Ale, co Harry przypominał sobie bardzo niechętnie i to głównie dlatego, że jego własna etyka wyciągała to z niego na siłę, sam po ataku Lokiego nawiązał kontakt z Departamentem Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii, oferując im pomoc w leczeniu ran czy naprawianiu zniszczeń. Ewidentnie nie ostrzegł ich wystarczająco dobrze, skoro Loki tak czy inaczej zdołał podejść ich z zaskoczenia. A przecież zdołał zignorować wszystkie przerażające sprawy, jakich dopuścili się kiedyś jego śmierciożerczy sojusznicy. W dodatku zemsta Lokiego, jeśli mu się na nią pozwoli, tylko pogorszy sytuację jego watahy. Z całą pewnością w żaden sposób im nie pomogła w zeszłym miesiącu, skoro coraz więcej ludzi żądało ograniczeń praw wilkołaków. A możliwe, że gdyby Loki nie zaprzysiągł się zemście, część tej nieszczęsnej histerii już by ucichła i w tej chwili znacznie dalej znajdowaliby się na ścieżce, prowadzącej do pokojowego rozwiązania sytuacji.
Podjęcie tej decyzji nie zajęło Harry'emu dużo czasu. Nie zdoła w żaden sposób pomóc zmarłym, ale wciąż mógł ocalić życie żywych. A jeśli informacje Kierana pomogą mu w ustaleniu polityki departamentu, to może nawet będzie w stanie bardziej efektywnie chronić swoją watahę. Oczywiście, wciąż istniała szansa na to, że będą to postrzegały jako zdradę. Jeśli do tego dojdzie, to Harry odstąpi od roli alfy z nadzieją, że wybiorą sobie Kamelię.
Rzucił zaklęcie przywołujące, które przyniosło mu jego prywatny atrament, pergamin, pióro i sowie przysmaki. Sowa na jego ramieniu ponownie zadrżała, kiedy śmignęły obok niej, ale zaczęła jeść mu z dłoni z wyraźną wdzięcznością. Harry podejrzewał, że pewnie podłapała zgrozę od swojego właściciela i zrobiło mu się jej naprawdę żal. Bez względu na zbrodnie Kierana, ta biedna sowa nie zasługiwała na to, żeby teraz tak się bać.
– Piękna jesteś, wiesz? – wymamrotał, głaszcząc ją po piórach. Bo była; płomykówka, ale jej upierzenie na brzuchu i pod skrzydłami było niemal tak jasne, jak Hedwigi, a jej złote oczy miały w sobie zielone plamki. – Zaniesiesz dla mnie odpowiedź?
Brzmiała znacznie lepiej, kiedy zahuczała cicho i przeczesała dziobkiem kosmyk jego włosów. Harry uśmiechnął się i usiadł, żeby napisać list, w którym wyjaśni Kieranowi, w jaki sposób miał zamiar go ochronić, oraz poda dokładny opis Dracznego Dworu. Z całą pewnością nie mogli stawić czoła Lokiemu w Hogwarcie, a Harry nie mógł przecież poprosić watahy o opuszczenie Grimmauld Place czy Nadmorskiego Basztańca, a Srebrne Lustro miało w sobie zdecydowanie zbyt wiele skarbów, na których Kieran mógłby "przypadkiem" położyć łapy, albo które Loki mógłby zniszczyć w czasie ataku.
Harry oddał list sowie, po czym spędził trochę czasu na głaskaniu sowy i poprawianiu jej humoru, zanim nie puścił ją w drogę. Następnie oparł się o ścianę i przyzwał w głowie mentalny kalendarz. Kiwnął głową. Pierwsza noc pełni będzie miała miejsce dwudziestego piątego, a dzisiaj był osiemnasty. Powinien mieć dość czasu na przygotowania, w które będzie musiał włączyć wzmocnienie osłon Dracznego Dworu i skontaktowanie się z Glorianą Griffinsnest w ramach sprawdzenia, czy nie mogłaby podać mu jakichś informacji o wilkołakach, znajdujących się na ścieżce zemsty.
– Harry!
Kiedy podniósł wzrok, zobaczył że Connor i Parvati idą w jego kierunku. Harry wstał, żeby ich powitać, ale Parvati pokręciła głową i wskazała gestem schody.
– Obawiam się, że lepiej by było, gdybyś siedział przez większość tej rozmowy – powiedziała, krzywiąc się. – Nie spodoba ci się to, co mamy do powiedzenia.
To prawda, ale raczej nie z powodów, z jakich ci się wydaje, uznał Harry, ale usiadł z powrotem i spojrzał na nią z wyczekiwaniem. Parvati stanęła przed nim. Connor zajął miejsce obok, łapiąc ją za rękę. Parvati ścisnęła mu dłoń w odpowiedzi i od czasu do czasu głaskała ją kciukiem.
– Prawdopodobnie nie znasz szczegółów zbrodni, których dopuścił się Lucjusz Malfoy – ogłosiła Parvati. – Mój ojciec walczył w Pierwszej Wojnie. Zna je wszystkie. Zeznawał na rozprawie Malfoya po stronie prokuratury. Starali się go skazać. Nie zadziałało, oczywiście, bo jakimś cudem udało mu się przekonać Wizengamot, że przez cały ten czas znajdował się pod Imperiusem. Ale mój ojciec zna wszystkie szczegóły.
– Ja też – powiedział nieco zaskoczony Harry. To Connor nie powiedział jej, że mój trening obejmował historię Pierwszej Wojny? – Wiem, że był związany ze śmiercią Edgara Bonesa, czy braci Prewettów, albo dzieci Nascentów. Istnieje jeszcze wiele innych zarzutów, których nie da się udowodnić, ale nie mam żadnych wątpliwości, że są prawdziwe. Między innymi, zgodnie z raportami w ministerstwie, wziął udział w Bitwie o Valerian. – Skrzywił się, czując w ustach kwaśny posmak. Pod tym względem zgadzał się z Lily, naprawdę wolał określenie "Rzezi Valerian". Mieszkańcy tej wsi nie mieli szans na obronienie się przed mięsożernym deszczem Voldemorta.
– I nie obawiasz się, że tendencje ojca przeszły na syna? – Parvati przyglądała się mu bystro, ale miała szeroko otwarte usta. – Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że już nie raz przeklął Connora i używał mrocznych sztuk w bitwie?
Harry rzucił jej potępiające spojrzenie.
– Istnieje różnica między korzystaniem z mrocznych sztuk, a uciekaniem się do nich z czystej złośliwości.
– Ale to i tak mroczna magia – upierała się Parvati.
– Wiem – powiedział Harry. – Ale sam też z niej korzystałem. I uczyłem jej członków klubu pojedynków, w tym ciebie i twoją siostrę. Czy może już o tym zapomniałaś? – Wzbierało w nim coraz większe rozczarowanie, bez względu na to, ile nie starał się go stłumić, mówiąc sobie, że przecież na nic mu się teraz nie przyda. – Ardesco, które wam zademonstrowałem i które większość z was podłapała momentalnie, jest mrocznym zaklęciem.
– Ciężko mi się go używa – powiedziała cicho Padma. – I Padmie też. Ale Malfoy nie ma z nim żadnego problemu. W dodatku jest koszmarnie o ciebie zazdrosny i przerażająco mściwy. – Harry kiwnął głowa; nie mógłby temu zaprzeczyć. – Czy nie boisz się, że pewnego dnia użyje jakichś mrocznych sztuk na kimś, kto cię zwyczajnie wyzwał, albo... albo nie był wobec ciebie idealnie uprzejmy?
Harry zamrugał, kiedy jego ocena Parvati nagle została wywrócona na lewą stronę.
– Ty się go boisz, co? – wyszeptał.
Parvati zadygotała mocno, ale zadarła wysoko głowę.
– Jestem Gryfonką – powiedziała. – Dlatego nie ucieknę przed nim. Ale owszem, boję się go. Connor powiedział mi, że Malfoy już wiele razy atakował go zarówno fizycznie, jak i magicznie, w dodatku już zabijał w walce. A ja nigdy nie przestanę chronić Connora. – Oparła głowę o kark Connora, nawet na moment nie odrywając wzroku od Harry'ego. – Tylko czekać, aż uzna, że dziewczyna Connora irytuje go równie mocno co on, przez co zaatakuje i mnie.
– Dlatego wydaje ci się, że łatwiej dla was by było, gdybym po prostu z nim zerwał – powiedział Harry bezbarwnym głosem.
– Nie tylko łatwiej, ale byłoby to też po prostu słuszne z twojej strony. – Parvati powoli odzyskiwała rezon, jakby przyznanie się do strachu dodało jej sił. – Rodzina jest ważna, Harry. A tobie zostało jej już tak niewiele. Twoi rodzice koszmarnie cię traktowali Twój opiekun zachowuje się jak szaleniec. Connor jest samotny.
– To prawda – zaoferował się Connor. – Kto przez dwa tygodnie nie odzywa się do brata przez jakąś głupią kłótnię o swojego chłopaka?
– Dwie osoby przychodzą mi do głowy – powiedział Harry.
Connor zarumienił się, ale brnął dalej.
– Jesteśmy braćmi, Harry. Powinniśmy spędzać ze sobą więcej czasu. Ale wiem, że Malfoy się na to nie zgodzi, bo chce cię tylko dla siebie.
– Jeśli kiedykolwiek wyrazi tego rodzaju obiekcję, to zwrócę mu uwagę na to, jaki jest niedorzeczny – powiedział Harry. – Ale już wczoraj przeprosiłem cię za swoje błędy, Connor, i wymieniłem wtedy, między innymi, że tak długo to odwlekałem. – Spojrzał na Parvati. – Przysięgam ci, nigdy nie pozwolę, żeby Draco cię skrzywdził. Ale to nie oznacza, że z nim zerwę, albo że mam zamiar zmusić go do wzięcia odpowiedzialności za coś, co zrobił jego ojciec. Lucjusz Malfoy to jedna osoba. Draco Malfoy to ktoś zupełnie inny.
– Nie rozumiem, jak możesz uważać, że ten ktoś zupełnie inny jest ważniejszy od twojego brata. – Parvati wyglądała na zatrwożoną, kiedy kiwnęła w kierunku pierścienia, który Harry otrzymał od Dracona w czasie ich rytuału zaręczynowego. – Przecież krew jest ważniejsza od okrągłego kawałka metalu.
Harry przechylił głowę.
– Czy to znaczy, że gdybyś miała wybrać między Padmą i Connorem, to bez wahania wybrałabyś swoją siostrę?
Parvati zamarła. Connor zrobił krok naprzód.
– Pytanie ją o coś takiego jest koszmarnie niesprawiedliwe – syknął. – Wydawało mi się, że usiłujesz się z nami pogodzić, Harry, a nie rozpocząć kolejne kłótnie.
– Po prostu wydaje mi się, że powinniśmy sobie wszystko wyjaśnić – powiedział mu Harry, nie odrywając oczu od Parvati. – Chcę zrozumieć, co tu się właściwie dzieje. I naprawdę interesuje mnie, co ona ma mi do powiedzenia, nie ty. No chodź, Parvati. Co o tym myślisz? Czy wybrałabyś swoją siostrę, a nie chłopaka?
Parvati ocknęła się.
– Nigdy nie będę musiała podejmować takiego wyboru – syknęła. – Padma należy do Światła, nigdy by mnie nie skrzywdziła. Aprobuje Connora. Dobrze się z nim dogaduje. A twój Malfoy może w każdej chwili przekląć każdego, kto w jego mniemaniu zajmuje ci za dużo czasu. Bo mroczni czarodzieje już tak mają.
– Zebranie rodzinne, Harry? I nawet mnie nie zaprosiłeś? No wiesz co?
Kurwa mać. Harry wstał, po czym nieprzypadkowo stanął między Draconem i Parvati.
– Draco. – Sięgnął do tyłu, żeby objąć swojego partnera w pasie i przyciągnąć go blisko. – Wydaje mi się, że się znacie, nawet jeśli nigdy nie zostaliście sobie oficjalnie przedstawieni. To Parvati Patil. Dziewczyna Connora.
Draco oparł się naporowi ręki Harry'ego. Harry obejrzał się i spojrzał na jego twarz. Była zarumieniona tak mocno, że tylko po seksie zwykle tak wyglądała, a Draco wyglądał, jakby znajdował się o krok od wyciągnięcia różdżki. Kiwnął sztywno i niemal niezauważalnie głową.
– Moje kondolencje z powodu twojego bezguścia w doborze partnerów – powiedział Parvati.
Parvati wydała z siebie piskliwy syk; Harry niespodziewanie nabrał absolutnej pewności, że jej formą animagiczną byłaby mangusta, bo właśnie wyglądała, jakby wznosiła się, szykując do zaatakowania paskudnego węża.
– Jak śmiesz, Malfoy – powiedziała. – I pomyśleć, że wydawało mi się, że twoi rodzice dobrze cię wychowali. Najwyraźniej każdy Malfoy woli tortury od kurtuazji.
Harry poczuł lekką zmianę pozycji obok siebie, kiedy Draco sięgnął do kieszeni po różdżkę.
Harry obrócił się, stawiając się ponownie między Draconem i Parvati, ale tym razem patrząc na Dracona i trzymając go za różdżkową rękę, tak żeby nie mógł jej wyciągnąć.
– Nie – syknął mu do ucha. – Nie chcę, żeby doszło do wymiany klątw. – Obejrzał się przez ramię na Parvati, po drodze sycząc cicho na wężycę Wielu, która najwyraźniej uznała, że nerwowa sowa była tylko zapowiedzią nadchodzącego dnia. – Wydaje mi się, że powinnaś przeprosić – powiedział jej.
Parvati zarzuciła włosami, a Harry poczuł, jak wzbiera w nim frustracja. Wygląda na to, że Connor znalazł sobie partnerkę, która dorównuje mu również uporem.
– Nie – powiedziała. – Co jeśli nie chcę za nic przepraszać? Co jeśli wydaje mi się, że skoro Malfoy sięgnął po różdżkę, to tylko dowodzi, że jest kompletnie pozbawiony manier i dowodzi wszystkiego, co o nim do tej pory powiedziałam? Że chętniej by mnie przeklął, niż na mnie spojrzał i że pewnego dnia mnie skrzywdzi, a już na pewno skrzywdzi twojego brata?
Draco zaczął się wyrywać i niemal zdołał wyciągnąć różdżkę z uchwytu Harry'ego; fakt, że Harry nie miał innych dłoni, żeby go przytrzymać, wcale mu niczego nie ułatwiało. Nachylił się do przodu, przyciskając Dracona swoim ciałem, jego biodra swoimi, jego pierś swoją. Użyje magii do spętania Dracona wyłącznie w ostateczności. Naprawdę wolał spróbować poradzić sobie z tą sytuacją bez niej.
– Zrobił tak wyłącznie dlatego, że go obraziłaś – powiedział.
– Każdy normalny człowiek wyzwałby mnie w odpowiedzi, zamiast sięgać po różdżkę – powiedziała Parvati. Oczy jej lśniły. – Chyba się ze mną zgodzisz, Connor?
Harry spojrzał na swojego brata i odkrył, że Connor pobladł strasznie. Ewidentnie przypomniała mu się sytuacja Snape'a i Kamelii, albo wszystko, o czym rozmawiałem z nim po jego kłótni z Draco. Harry w ogóle go nie winił.
Connor bywa uparty i czasem niesamowicie głupi, ale nawet on był w stanie zobaczyć, co ma tuż przed nosem.
– Parvati – zaczął Connor niskim, zakłopotanym głosem.
Draco poruszył się tak szybko, że Harry nie miał czasu zareagować, bo zrobił krok do tyłu, przez co Harry się zachwiał. Dzięki temu Draco uwolnił swoją rękę, więc wyrwał ją z kieszeni i momentalnie wycelował różdżką w Parvati.
– Kurwa mać, masz się w tej chwili uspokoić, Draco – powiedział Harry, podczas gdy wokół niego magia eksplodowała w formie zielonych i giętkich niczym liany węży.
Draco kłapnął zębami zaraz po pierwszej sylabie zaklęcia; Harry nie był nawet pewien, co takiego chciał rzucić. Zagapił się na Harry'ego. Harry warknął na niego, a wijące się wokół węże owinęły się blisko jego ciała, czekając na rozkaz ataku.
Draco w dalszym ciągu po prostu się gapił. Harry wiedział, ze rozpoznawał te węże jako manifestację potwornego wkurwienia. Prawdopodobnie zastanawiał się, czego takiego właściwie się dopuścił, żeby ściągnąć na siebie taką furię.
Harry obrócił się, a wraz z nim otaczające jego ramiona i kark węże. Parvati zamilkła, ale miała szeroko otwarte oczy i praktycznie białą twarz. Wyglądało na to, że tylko Connor jest w stanie teraz na niego patrzeć bez kulenia się, czy wzdragania.
Nie chcę, żeby się mnie bali. Nie chcę. Nie chcę. Harry kilkakrotnie przełknął ślinę, co nieco uspokoiło jego magię, dzięki czemu węże zaczęły tracić swój kształt i powoli zaczęły zmieniać się po prostu w jasnozielone przebłyski światła wokół jego ciała. Pokręcił głową. Nie powinienem był tego robić. Nie powinienem był wywoływać w nich przerażenia. Przeczesał ręką włosy, świadom że się trzęsie. Przyszło mu do głowy, że może powinien się z tym ukryć, ale potem dotarło do niego, że może w ten sposób łatwiej wyjaśni, co chciał im powiedzieć. Wyciągnął rękę przed siebie i pozwolił im zobaczyć, jak strasznie dygoce mu nadgarstek.
– Nie lubię się złościć – powiedział. – Nie interesuje mnie śledzenie waszych poczynań w każdym możliwym momencie, żeby zobaczyć kto stara się rozszarpać kogo, albo kto spróbuje wyciągnąć na wierzch jakieś stare rany. – Spojrzał surowo na Parvati, mając nadzieję, że zrozumie jego odniesienie do Lucjusza Malfoya. – To, co powiedziałem wczoraj, wciąż pozostaje prawdą. Będę dalej z wami rozmawiał. Wciąż cię kocham, Connor, a ty, Parvati, wciąż jesteś mile widziana w moim towarzystwie, nawet jeśli nie będzie nam dane się zaprzyjaźnić. Ale będę musiał zmienić moje podejście do was. – Przełknął inne słowa, które chciał powiedzieć: Bo wydawało mi się, że mam do czynienia z dorosłymi. Ewidentnie się pomyliłem. To by tylko niepotrzebnie zaogniło sytuację. Już i tak posunął się za daleko, pokazując im węże. Musiał, w miarę możliwości, zachować w tym wszystkim równowagę. – A wasza dwójka będzie musiała się przyzwyczaić do Draco.
– Przecież prawie mnie przeklął – zauważyła Parvati.
Harry powstrzymał się przed wywrzeszczeniem odpowiedzi, ale kosztowało go tak wiele wysiłku, że poczuł się, jakby się dusił. Gdyby powiedział jej w tym momencie, co o niej myśli, to Connor tylko ponownie by się na niego rozzłościł, a wówczas musiałby zająć się kolejną kłótnią. Harry wyobraził sobie, że jego umysł jest równie spokojny, co srebrzysta powierzchnia basenu oklumencyjnego, po czym zmusił go do przybrania tego kształtu. Jeszcze nigdy wcześniej nie był równie wdzięczny Snape'owi za nauczenie go, jak panować nad sobą.
– Przez to, co powiedziałaś – powiedział spokojnie, kiedy już był pewien, że jego głos nie zadrży, ani w żaden inny sposób nie zasugeruje jego niezgłębionej furii. – Nie będę się rozwodził nad tym, kto zaczął. Ale w zależności od sytuacji, urągliwe słowa potrafią być równie niebezpieczne co klątwy. A jeśli wziąć pod uwagę to, że się boisz jego zdolności do mrocznych sztuk, to przyznam, że nie mam pojęcia, czemu w ogóle usiłować go nakłonić do przeklęcia cię.
– Po prostu pokazywałam ci jego prawdziwe kolory – powiedziała Parvati.
Draco wydał z siebie niski, dziecięcy wrzask oburzenia. Harry cofnął się, póki nie przycisnął pleców do piersi Dracona i obiecał sobie, że jeśli Draco ponownie sięgnie po różdżkę, to tym razem znajdzie w kieszeni jakieś paskudztwo.
– Znam go – powiedział cicho Harry. – Wy nie. Problem właśnie w tym, że nie znasz go za dobrze, podobnie jak Connor, a my z kolei nie znamy ciebie. Dlatego właśnie... Chciałbym zaproponować spotkania po kilka razy w tygodniu, póki się odpowiednio nie poznamy.
Parvati potrząsnęła głową, marszcząc brwi.
– Musisz wpisywać Connora w swoje plany, Harry? Jakie to rozczarowujące.
– Wszystko w tobie jest... – zaczął Draco.
Urwał, bo Harry ścisnął go za nadgarstek.
– Nie, muszę wpisać was oboje – powiedział, co najwyraźniej przystopowało Parvati na tyle, żeby się nad tym zastanowiła. – I chyba tak właśnie do tego podejdziemy Jestem vatesem. Nie porzucę Dracona, ale nie chcę też porzucać żadnego z was. Tak, to będzie sztuczne, a nie spontaniczne, ale najwyraźniej spontaniczne rozmowy po prostu nam nie służą. A ja nie chcę, żeby komukolwiek stała się krzywda.
– Ale chcesz chronić swojego chłopaka bardziej od nas – drążyła dalej Parvati.
Harry podniósł brwi.
– A ty nie chcesz chronić Connora bardziej, niż kiedykolwiek chciałabyś ochronić mnie?
Parvati skrzywiła się, ale nie odezwała. Harry zastanawiał się, jak wiele miał z tym wspólnego fakt, że Connor właśnie obejmował ją na poziomie ramion i szeptał jej do ucha.
– Dlatego też... – Harry kiwnął sztywno głową. – Wiem, że cała nasza czwórka ma czas wolny w czwartkowe wieczory. Czy to będzie do przyjęcia? Czwartek wieczór, o siódmej, w Pokoju Życzeń?
Parvati i Connor spojrzeli po sobie. Wreszcie Parvati kiwnęła głową.
– Wydaje mi się, że damy radę się pojawić – powiedział Connor.
Harry dopuścił do tego, żeby opadły niektóre ze stalowych obręczy, które musiał nałożyć na swoje opanowanie.
– To dobrze. Spróbujemy odbyć przynajmniej jedną rozmowę bez wyzwisk, klątw, czy jakichkolwiek wrzasków. Czy to brzmi do przyjęcia?
Po raz kolejny kiwnęli głową. Twarz Parvati pozostała śmiertelnie blada, ale Harry miał nadzieję, że dotarł do niej komentarzem o Connorze, albo o Padmie, czy chociaż wzmianką, że przecież wraz ze swoją bliźniaczką uczyły się mrocznych sztuk. Nie była skończoną hipokrytką. Miał nadzieję, że dzięki temu przeciągnie ją w stronę rozsądku.
– To dobrze – powiedział Harry i trzymał Dracona przy sobie, póki oboje nie zniknęli w Hogwarcie i zeszli im z oczu. Wtedy odwrócił się do swojego chłopaka.
– To cholernie bolało – jęknął Draco, pocierając nadgarstek w miejscu, w którym Harry złapał.
– I dobrze – powiedział Harry, po czym przełknął ślinę. Nie. Jego głos chciał być niski i wściekły przy Draconie, ale to mu się w żaden sposób nie przyda. Mój gniew jest w tej kwestii wyjątkowo nieproduktywny. – Draco, naprawdę chcę, żeby to wypaliło. Zgadzam się, nie miała prawa cię tak wyzywać. Ale coś ty sobie w ogóle myślał, tak miotając klątwami na prawo i lewo? Zapomniałeś już, co McGonagall powiedziała o uczniach, przeklinających innych uczniów? Przecież uważa ich za zdrajców.
– A ja uważam – powiedział oschle Draco – że nie miała prawa zwracać się do mnie w ten sposób. Po prostu chciałem dać jej nauczkę, to wszystko.
Harry zamknął oczy i poprawił okulary.
– Nie, nie miała – powiedział. – Ale ty też nie miałeś prawa ciskać w nią klątwą, Draco.
– Nie możesz znajdować się po obu stronach jednocześnie, Harry – powiedział Draco, brzmiąc na pokrzywdzonego. – To tak nie działa.
– Działa, bo bardziej interesuje mnie rozwiązanie tego problemu, zamiast rzucania winą – powiedział Harry, po czym przełknął jeszcze więcej gniewu, niczym żółć. – Chcę, żeby to wypaliło, Draco. Jestem gotów się zapracować, byle tylko tego dopilnować. Proszę, nie zniszcz mi tego.
Draco po prostu odwrócił od niego wzrok.
Harry odetchnął łagodnie i policzył po trytońsku do trzech. To powinno wystarczyć.
– Naprawdę nie obchodzi mnie już, co kto zaczął – powiedział. – I nie obchodzi mnie nawet, do czego może dojść w przyszłości. Obchodzi mnie tylko, co się stanie. A jednym z najlepszych sposobów na zapobiegnięcie niepożądanych efektów, jest zaatakowanie problemów u samych podstaw. – I cierpliwość. Mógłby ich wszystkich ochrzanić za to, ze zachowują się jak nadąsane dzieci, ale to tylko przysporzyłoby mu więcej kłopotów. W dodatku wykluczyłby się z winy, a przecież sam spartolił robotę. Nie powinienem był tak długo nie odzywać się do Connora. – Wydaje mi się, że jedyne, co może nam w tej chwili pomóc w nawiązaniu kontaktu, to stateczne rozmowy, które nie opierają się wyłącznie na wymianie wyzwisk i klątw.
– Chce, żebyśmy ze sobą zerwali – powiedział Draco. – I chyba się nie podda.
– Zaczekaj do czwartku, daj jej szansę, żeby mogła powiedzieć ci to wprost – powiedział Harry.
Draco odwrócił się i ruszył do zamku. Harry poszedł za nim, pozostając o kilka kroków w tyle i pocierając brew. Głowa go bolała i nie miało to nic wspólnego z blizną, czy dziwnymi snami, które ostatnio miewał. Był zły na wszystkich, włącznie z sobą, ale złość, która przyjmuje formę zwalania na kogoś winy, w żaden sposób mu teraz nie pomoże. Dlatego zachowa ją dla siebie.
Nie był jednak pewien, czy to też mu nie zaszkodzi. Może wyrażenie otwartego gniewu lepiej przemówiłoby do Connora, pokazując że Harry podchodzi do tego poważnie. Może pomylił się, nie ochrzaniając Parvati, albo nie irytując otwarcie na Dracona.
Ale nie mógł być tego pewien, zwłaszcza że jak do tej pory za każdym razem, kiedy się złościł, wszystko tylko się pogarszało. Dlatego miał zamiar zaakceptować konsekwencje wszystkiego, co zrobił do tej pory i od tej chwili upierać się przy rozsądku, a nie złości, i to ze wszystkich stron. W ten sposób wolna wola wszystkich będzie mogła się ścinać do woli.
Niezwykle okrutny ból przeszył mu szczękę. Harry bardzo ostrożnie przestał je zaciskać.
Harry przyjrzał się drewnianej ścianie Dracznego Dworu.
– Nie wierć się – powiedział.
Na ścianie wyrosły niebieskie, jakby z zimna, usta, które wydęły się na niego z nadąsaniem. A potem nagle ściana pokazała mu język.
– Głupi dom – mruknął Harry. Nad ustami i jęzorem pojawiła się para oczu, która zazezowała na niego, po czym wszystko wsiąknęło z powrotem w drewno. Ale Harry nasłuchiwał i osłony utrzymały się. Wyglądało na to, że Draczny Dwór zdecydował się ochronić jego i Kierana aż do rana. Harry kiwnął głową.
Odwrócił się do Kierana, który trzymał się za nim niespokojnie.
– Będziemy musieli robić to każdej pełni – powiedział. – Dziwi mnie tylko, że drugi łowca nie chciał się ukryć z tobą.
Kieran rzucił mu szybki, nerwowy uśmiech. Był wysokim człowiekiem o agresywnych, brązowych oczach, które prawdopodobnie nawet kiedyś wydawały się przystojne, póki strach kompletnie nie wypalił w nich wszelkiego wyrazu.
– Ma rodzinę we Francji – odparł Kieran. – Ukrył się u nich. Nie ufa, że byś mu pomógł. – Zamilkł na moment, bawiąc się rękami. – Dziękuję, że przynajmniej dla mnie się starasz – wyszeptał. – Wiem, że za mną nie przepadasz.
Harry wzruszył ramionami.
– Za zemstą Lokiego przepadam jeszcze mniej – powiedział. Przebywam w pokoju z mordercą, ale kiedy ostatnim razem było to dla mnie coś nowego? W dodatku nie zdradzał tym watahy, ponieważ Loki już do niej nie należał. Zarówno Kamelia, jak i Remus starali się przekonać Harry'ego, że wtrącanie się w zemstę Lokiego to był kiepski pomysł, ale argumenty Kamelii skupiały się głównie wokół ostrzegania go, że Lokiego nic nie powstrzyma – co Harry uważał na nonsens, przynajmniej póki osłony Dracznego Dworu utrzymają – a rozmowa z Remusem szybko przerodziła się we wrzaski, ponieważ Remus był najwyraźniej przekonany, że samym przebywaniem pod jednym dachem z łowcą Harry zdradzał wilkołaki na całym świecie. W ogóle nie przejął się argumentem, że przecież sytuacja wilkołaków w Brytanii pogarsza się między innymi przez zemstę Lokiego.
Przez tę rozmowę, jak i po próbach pertraktacji w czasie dwóch spotkań z Draconem, Connorem i Parvati, jakie zdążyły się odbyć od osiemnastego, Harry'ego już tak bolała głowa, że miał wrażenie, jakby miała zaraz pęknąć. Nabrał niezwykłej wprawy w kryciu się z własnym temperamentem i to nie tylko dzięki basenom oklumencyjnym. Umiał już liczyć po trytońsku do stu; miał czas na ich naukę za każdym razem, kiedy wracali z Draconem do sypialni, pogrążeni we wściekłej ciszy, bo Draco był wściekły o to, że Harry nie staje po jego stronie w czasie kłótni z Connorem i Parvati, a Harry był wściekły na samego siebie za sam fakt, że był wściekły.
Ochrona Kierana spadła na niego niczym ulga. Osłony Dracznego Dworu były niezwykle potężne, podpięte zarówno do samego domu, jak i determinacji dziedzica Blacków. A Harry nie miał zamiaru dopuścić do tego, żeby Loki kogokolwiek dzisiaj zabił, więc to nie powinien być żaden problem.
Nie poprosił nikogo o pojawienie się tu z nim i miał ku temu dobre powody – proszenie wilkołaków o zaatakowanie Lokiego byłoby czystym szaleństwem, a większość sojuszników Harry'ego była zajęta obserwowaniem londyńskich watah, albo wykonywaniem zleconych im zadań – albo zwyczajnie nie byli w stanie zrobić niczego, czego magia Harry'ego nie zrobiłaby za nich. Connor i Draco również chcieli mu towarzyszyć. Harry ich tu nie chciał. Jeśli przyjdzie do pojedynku z Lokim, choć Harry nie sądził, żeby do tego doszło, to żaden z nich nie był na tyle silny, by móc stawić czoła wilkołakowi, który kiedyś był przywódcą stada, co oznaczałoby, że tylko rozpraszaliby Harry'ego. Jeśli trzeba będzie siedzieć przez całą noc i pilnować osłon Dracznego Dworu, to Harry miał wrażenie, że ucho by mu zwiędło, gdyby musiał słuchać jak jeden z nich zrzędzi o drugim.
A w ogóle nie brał pod uwagę trzymania ich tu razem przez całą noc.
Ale poczynili pewne postępy. Harry musiał to przyznać. Może i za każdym razem kończyło się na bólu głowy, ale utrzymywali ścieżki konwersacji otwarte i w ciągłym ruchu, zmuszając wszystkich do ponownego przemyślenia wszystkich swoich zastrzeżeń, włącznie z domysłem Parvati, że Harry nie spędzał z Connorem czasu, bo nie cenił sobie go wystarczająco, czy też domysłem Dracona, że Parvati się go bała wyłącznie przez jakieś plotki. Prędzej czy później dotrą do sedna sprawy. Harry przypominał sobie o tym, ilekroć nabierał przekonania, że spędzą na tych rozmowach całe lata i nic nimi nie osiągną. Jak do tej pory minęły zaledwie dwie. Poradzi sobie z kolejnymi.
– Harry?
Harry poderwał z zaskoczeniem wzrok; niemal zapomniał o Kieranie. Pokręcił głową.
– Obiecałeś mi, że jeśli cię ochronię, to powiesz mi coś o polityce swojego departamentu, przynajmniej tej dotyczącej wilkołaków – powiedział. – No to mów.
Kieran kiwnął głową i zajął krzesło, które Harry postawił naprzeciw siebie. To pomieszczenie znajdowało się na drugim piętrze Dracznego Dworu i kiedyś służyło jako kuchnia. Harry uznał, że to równie dobre miejsce, co każde inne, do przeczekania przybycia Lokiego i jego bezużytecznego obijania się o osłony.
– Departament ma zamiar nałożyć obroże na wszystkie wilkołaki – powiedział.
Harry prychnął.
– I tak już ogłosili, że mają zamiar to zrobić.
Kieran potrząsnął głową.
– Nie, póki co tylko powiedzieli, że zgodnie z prawem wszystkie wilkołaki powinny je nosić. Ale nie są głupi, przecież zdają sobie sprawę z tego, że większość wilkołaków w Brytanii jest niezarejestrowana i nie ma takiej siły, która mogłaby ich do tego zmusić. – Kieran zamilkł i polizał usta. – Tylko że odkryli, w jaki sposób załatwić to tak, żeby rejestracja nie miała znaczenia.
Harry przymrużył oczy.
– Jak?
Kieran skulił się na krześle, wyraźnie zastraszony. Harry spróbował rozluźnić sobie twarz. Kieran zająknął się, ale zdołał przypomnieć sobie, o czym mówił.
– P–planują rozesłać zaklęcie śledzące wilkołaki na całą Brytanię, w pulsie, który je otoczy i nie zgaśnie. Dlatego też będzie można momentalnie zidentyfikować każdego, kto jest wilkołakiem, bez względu na swoją rejestrację. Ci, którzy przyjdą z własnej woli, będą musieli nałożyć obroże i pozostać pod czujnym okiem ministerstwa. Ci, których trzeba będzie przyciągnąć siłą, też otrzymają obroże, ale wylądują w Tullianum.
– Kurwa mać – powiedział niemal bezgłośnie Harry.
– Większość wilkołaków, których Loki przemienił w czasie swojego ataku, już tam wylądowało – dodał Kieran. – Ministerstwo ogłosiło, że nie będzie w stanie ich ochronić przed nimi samymi, więc ściany i osłony Tullianum będą musiały to zrobić za nich.
Harry zamknął oczy.
– Czyli to dlatego żaden z nich nie odpisał na moje listy.
Kieran przełknął ślinę, co wywołało wyraźne kliknięcie w jego gardle.
– Ministerstwo nie ma pojęcia, co zrobić z czterdziestoma nowymi wilkołakami. Więc ich pozamykali i mają nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży.
– Dali im chociaż wywar tojadowy? – zapytał Harry, otwierając oczy.
Kieran potrząsnął głową.
– Tylko paru z nich było na niego stać, reszty nie.
Harry skrzywił się, przypominając sobie jak Hawthorn wspominała swoją pierwszą przemianę, zaraz po ukąszeniu Fenrira Greybacka, kiedy musiała sobie poradzić bez wywaru. A podobno pierwsza przemiana jest najgorsza, bardzo często zabija nowo ugryzionych. Kurwa mać.
– Skoro tak strasznie nienawidzą wilkołaków, to czemu tylko je łapią i nakładają im obroże? – zapytał. – Czemu ich po prostu nie zabiją?
– Ponieważ niewymowni ich potrzebują – wyszeptał Kieran, jakby ścianom nagle wyrosły uszy.
Harry poczuł, jak serce w nim zamiera.
– Co? – wyszeptał. – Po co?
– Nie wiem. – Kieran pokręcił szybko głową, ale słowa wylewały się z niego, jakby był naprawdę rad, że wreszcie może je z siebie wyrzucić. – Kiedy jeszcze byłem łowcą, powiedzieli nam, że w czasie ataku na stado Lokiego mamy złapać kilku wilkołaków. Nie udało nam się to; po prostu zabiliśmy dwójkę. Ale była taka rodzina z synem, który dopiero co się przemienił. To była jego pierwsza transformacja, więc napoili go jakimiś koszmarnie silnymi eliksirami. Nie uśpiły go, ani nie uspokoiły mu umysłu, ale spokorniał po nich na tyle, że niewymowni mogli zabrać go ze sobą. Wiem, że zabrali go do Departamentu Tajemnic. Ale nie wiem, co się z nim potem stało. Ale jak będą mieli mnóstwo wilkołaków w Tullianum, to będą mogli podbierać je sobie w miarę potrzeb i nikogo to nie będzie obchodziło na tyle, żeby zauważyć.
Harry zacisnął palce na podłokietniku. Zarówno Tullianum, jak i Departament Tajemnic znajdowały się głęboko pod ministerstwem. Zaczął się zastanawiać, jaka właściwie dzieliła je odległość.
– I przysięgasz, że nie masz pojęcia, co im tam robią? – zapytał wyzywająco Kierana.
Kieran ponownie potrząsnął głową.
– Nie. A i to słyszałem głównie od ludzi, którzy naprawdę nie powinni byli tak mleć jęzorami. Felicja... – Przełknął ślinę i Harry zmusił się do przypomnienia sobie, że przecież rozmawiał z człowiekiem, który niedawno widział, jak wielu jego kolegów zostaje przemienionych w wilkołaki, po czym dowiedział się, że w czasie następnej pełni podzieli los Felicji. – Felicja miała jakiegoś krewniaka, który miał powiązania z Departamentem Tajemnic. On przekazywał jej różne zasłyszane pogłoski, a ona mówiła ich o mnie. Kto wie, może się mylili.
Harry przymknął oczy i walczył ze sobą, by się uspokoić. Przytłaczało go pragnienie do zrobienia czegoś, wydostania wilkołaków z Tullianum, uwarzenia leku na likantropię, odkrycia jaki los spotkał młodego wilkołaka, pochwyconego w czasie lipcowej pełni. Chciał zerwać się na nogi i wybiec przez frontowe drzwi Dracznego Dworu. Czuł się taki koszmarnie bezużyteczny, kiedy tak po prostu tu siedział. Z przeciągu ostatnich paru tygodni spędził zdecydowanie zbyt wiele czasu, skupiając się na swoich relacjach z Draconem, Connorem, Parvati i Snape'em. Jak on śmiał?
Ponownie wcisnął emocje z powrotem pod gładką taflę swojego umysłu. Poradzi sobie z tym. Pozostanie tu i ochroni Kierana, bo to było jego zadanie na tę noc. Otworzył oczy.
– Czy to wszystko, co możesz mi powiedzieć?
– No, wiem jeszcze o starszych decyzjach departamentu, ale wiele się pozmieniało, kiedy tak nagle potracili ludzi, bo tak wielu zmieniło się w wilkołaki – powiedział ze strachem Kieran. – Głównie dotyczyły...
Loki zawył.
Harry momentalnie zorientował się, kto to musiał być. Wycie przeszło przez osłony, mimo że nie powinni nawet być w stanie usłyszeć czegokolwiek z zewnątrz – najwyżej poczuć uderzenia Lokiego – i odbiło się echem w uszach. Jego umysł momentalnie zalał się obrazami ciemnych nocy, jego przodków skulonych i rozdygotanych przy ognisku, podczas gdy wyjące istoty krążyły zaraz za zasięgiem płomieni i przyglądały im się czerwonymi z głodu oczami.
Usłyszał zdławiony jęk i wyczuł w powietrzu zapach moczu, po czym zorientował się, że Kieran właśnie zeszczał się ze strachu. Harry zwrócił się ku osłonom, gotów wlać w nie własną potęgę, jeśli będzie trzeba. Już wzniósł ponakładane na siebie zaklęcia tarczy. Ufał, że dzięki tej kombinacji będą bezpieczni.
Słowa Kamelii po raz kolejny odbiły się echem w jego umyśle. Nie powstrzymasz go i nie zawrócisz go z drogi, Dziki. Nie wilkołaka na ścieżce zemsty. Proszę, proszę, nawet nie próbuj. Nie masz pojęcia, do czego może dojść, jeśli to zrobisz.
No i pozostawał jeszcze fakt, że Loki zaatakował departament pełen łowców wilkołaków, przemienił czterdziestu z nich, rozerwał jednego na strzępy i uciekł.
Ale Harry powiedział sobie, że to przecież niedorzeczne. Żaden z łowców departamentu nie był czarodziejem o lordowskiej mocy i nie spodziewali się ataku; szykowali się na polowanie na londyńskie watahy. Harry wiedział, co nadchodzi. I...
Dracznym Dworem zatrzęsło. Harry zachwiał się. Czuł się, jakby właśnie przywalił czołowo w cały oddział konnicy. Wycie rozległo się ponownie, tym razem bliżej i głośniej, zdawało się dochodzić z każdego zakątka nieba, niczym grom.
Kieran wył bezmyślnie z przerażenia. Harry potrząsnął głową i wezwał swoją magię, wlewając ją w osłony, splatając kolejne łańcuchy zaklęć tarczy, coraz bardziej spokojny, kiedy mijała jedna chwila za drugą, a do niczego nie dochodziło.
I wtedy poczuł, jak Loki przebija się przez osłony.
Co nie powinno być możliwe. Ale Draczny Dwór wył z bólu, a Harry znał uczucie, jakie towarzyszy magii, której nie udało się powstrzymać nadciągającego ataku; poznał je dobrze w czasie nieskończonych godzin, spędzonych w dzieciństwie na treningu, kiedy bolesne klątwy przebijały się przez jego tarcze, albo z meczu quidditcha na pierwszym roku, kiedy to Bellatrix Lestrange rzucała w niego klątwy tak potężne, że przebijały się przez jego bezróżdżkowe Protego. Te osłony ustąpiły i roztrzaskały się, pozostawiając po sobie pełną ostrych odłamków dziurę wielkości ciała Lokiego. Który już był w środku i truchtał przed siebie.
Kieran jęknął. Ten dźwięk w żaden sposób nie przytłumił ogromnych pazurów, rozrywających drewniane drzwi frontowe.
– Nie ruszaj się! – krzyknął Harry na Kierana, choć wątpił, żeby to polecenie w ogóle było konieczne, po czym wyszedł z kuchni, zamykając drzwi za sobą. Teraz znacznie lepiej słyszał trzask i jęk rozrywanego na drzazgi drewna. Harry nabrał głęboko tchu i owinął magię wokół siebie w bardzo ciasnej kuli.
Gloriana Griffinsnest nie była w stanie powiedzieć mu zbyt wiele o łowach, jakie wilkołak odbywa w czasie zemsty po śmierci swojej bratniej duszy. Wspomniała, że słyszała pogłoski, jakoby taki wilkołak był niepowstrzymany, ale osobiście w to nie wierzyła. Niby czemu by miała? Jak się zabije wilkołaka, to wilkołak zginie.
Harry dotknął srebrnego sztyletu, który wisiał mu na pasie. Miał nadzieję, że nie będzie musiał z niego skorzystać. Zabije Lokiego, jeśli będzie musiał, ale wolał, żeby ta noc minęła bez czyjejkolwiek śmierci.
Następne wycie pozwalało drobiazgi, jakie stały na półkach. Harry zobaczył na ścianie przerażoną twarz i domyślił się, że Draczny Dwór lada moment zacznie panikować. Wyszeptał kojące słowa, idąc powoli po schodach w kierunku drzwi frontowych. Blask osłon i zaklęć tarczy, jakie go od niego dzieliły, wyglądał niemalże jak solidna ściana. Widział rozmyte, jakby przez ścianę wody, czarne i zakrzywione pazury, a potem krawędź łapy, a potem pojawiło się przelotnie obrośnięty futrem bark, który napierał z całych sił.
Drzwi nie tyle, co zostały zniszczone, co zdezintegrowane. A potem Loki w nich stanął i spojrzał na Harry'ego.
Harry jeszcze nigdy wcześniej nie widział go w formie wilkołaczej. W pełni zrozumiał, czemu Kamelia wspomniała, że "nazwisko" Lokiego, w tych rzadkich okolicznościach kiedy go używał, brzmi Bladypłomień. Jego futro było białe, koloru platynowego blondu jego włosów, w dodatku równie gęste co nietknięty śnieg. A wokół niego znajdowała się delikatna, świetlista poświata. Jego bursztynowe oczy lśniły niczym słońca na samym środku łba, który sięgał Harry'emu aż do ramienia. Loki musiał być największym wilkołakiem, jakiego kiedykolwiek widział.
Harry rozpoznał lśnienie w tych oczach i zorientował się, że Loki musiał wziąć wywar tojadowy, albo w jakiś inny sposób zapewnić sobie dostęp do ludzkiej inteligencji. W cichej groźbie podniósł srebrny sztylet i wzniósł magię wokół siebie. Czarne węże rozwinęły się wokół niego, sycząc wściekle.
Loki otworzył pysk. Wycie, które z niego dobiegło, zatrzęsło światem.
Skoczył na Harry'ego.
Przemknął przez osłony i zaklęcia tarczy jak przez wodę; roztopiły się wokół niego i zafalowały. Harry opadł na kolano, żeby nie przyjąć na siebie pełnego ciężaru tego skoku i wycelował przed siebie srebrne ostrze, żeby Loki się sam na niego nadział.
Ale wilkołak nie był wilkiem; Remus wielokrotnie mu to powtarzał. Loki w locie szarpnął swoim ciałem w bok, wyginając brzuch i kompletnie pomijając sztylet, który w rezultacie tylko przeciął mu futro i nic więcej. Wylądował z hukiem, od którego Draczny Dwój po raz kolejny zadygotał, potrząsnął futrem, jakby otrząsnął się z wody, po czym ruszył w kierunku schodów.
Harry wrzasnął i cisnął w niego srebrnym sztyletem. Loki opadł na podłogę, przyciskając łeb do łap, przez co ostrze przemknęło nad nim i wbiło się dźwięcznie w ścianę. Położył łapę na najniższym stopniu.
Harry zaczynał już panikować, więc otworzył swój dar absorbere. Będzie musiał upewnić się, że nie wchłonie magii Dracznego Dworu wraz z tą Lokiego, ale skoro zaklęcia i osłony nie były w stanie go powstrzymać, to osuszenie z magii będzie musiało.
Zadławił się tym, co w niego uderzyło. W żaden sposób nie było podobne do skażonej, splugawionej magii Voldemorta, czy śmierciożerców; zamiast tego była kompletnie solidna, przez co Harry nie był w stanie jej wchłonąć. Próbował i próbował, ale za każdym razem krztusił się na czymś, co dawało mu wrażenie skały. Zobaczył, jak Loki obraca łeb, zerkając na niego swoimi przepełnionymi współczuciem, bursztynowymi oczami, a następnie zaczyna wbiegać po schodach, niczym odwrócona lawina.
Harry znowu skoczył, tym razem przywołując magię do mięśni. Złapie Lokiego i rzuci nim na ziemię, jeśli będzie musiał.
Szczęki zacisnęły mu się na nodze i szarpnęły. Harry wywalił się jak długi, dysząc ciężko. Poderwał wzrok i zobaczył lśniący, srebrzysty kształt, unoszący się nad nim, wilkołaka równie bladego co Loki.
Gudrun.
Gloriana nie wspomniała, że duchy zamordowanych wilkołaków polowały u boków ich bratnich dusz. Harry zastanawiał się z goryczą, czy zawsze do tego dochodziło, czy też magia po prostu usiłowała upewnić się, że nikt nie wtrąci się w dzisiejszy rytuał.
Z paniką spróbował wezwać do siebie furię, która kiedyś pozwoliła mu zetrzeć Fenrira Greybacka z powierzchni ziemi. Ale panika nie oferowała mu tego samego rodzaju gniewu, co strach o życie Dracona. Duch Gudrun po prostu na niego spojrzał, a potem skulił ogon po sobie i poleciał w kierunku schodów.
Harry przypomniał sobie wtedy, z kim tak naprawdę miał tu walczyć.
– Ardesco! – zawołał.
Futro Lokiego zadymiło na chwilę i zrzuciło z siebie zaklęcie. Harry spróbował jeszcze trzech innych zaklęć, rzuconych tak szybko, że ledwie je rozpoznawał między sobą. Żadne nie podziałało. Roztapiały się i rozpryskiwały na Lokim, zupełnie jak osłony i zaklęcia tarczy wcześniej. Loki dotarł do szczytu schodów.
Wróciły do niego słowa Kamelii. Nie powstrzymasz go i nie zawrócisz go z drogi, Dziki.
Harry nigdy nie spodziewałby się, że to oznaczało, że po prostu nie będzie w stanie.
Proszę, pomyślał, opuszczając osłony Dracznego Dworu, żeby mógł aportować się wprost do kuchni. Proszę, nie daj mu ugryźć Kierana.
Pojawił się między Lokim i Kieranem, przykucnięty, starając się użyć własnego ciała jako tarczy. Loki podszedł jeszcze kilka kroków i zatrzymał się, a jego bursztynowe oczy były przepełnione emocjami, których Harry nie pojmował.
– Proszę – wyszeptał Harry. Bezsilność uderzała mu o żebra niczym skrzydła. Ostatnim razem czuł się w ten sposób, kiedy leżał, przywiązany do kamiennego ołtarza na cmentarzu, jego bezróżdżkowa magia była zapieczętowana w ciele potęgą letniego przesilenia, a jemu przyszło oglądać, jak Fenrir Greyback i jego nałożnica pożerają żywcem dziecko. – Proszę, nie rób tego. Wiem, że mnie rozumiesz, Loki. Proszę, odpuść. Przyszłość twoich ludzi może od tego zależeć. Każde kolejne ukąszenie posyła świat czarodziejów coraz bardziej w rozpacz, zgrozę i szaleństwo. A jeśli to cię nie przekona, to obiecałem Kieranowi, że go ochronię. Proszę cię. Proszę.
Harry wyłapał kątem oka ruch i obejrzał się. Obok niego unosił się duch Gudrun, która przyglądała mu się uważnie. Była piękna, równie jasna co jej bratnia dusza i miała ogromne, inteligentne oczy i smukłe łapy, dzięki któremu jej ciało wyglądało na znacznie zgrabniejsze od przeciętnego wilka.
– Proszę – zwrócił się do niej Harry.
Spojrzała na niego z góry, bursztyn ściekał jej z oczu, przybierając srebrzysty kolor duchów. Pochyliła łeb, a Harry usłyszał odległy, zimny jęk. Normalnie spodziewałby się usłyszeć coś takiego od ocierających się o siebie gałęzi Cierniowej Zdziry.
Poczuł powiew wiatru nad sobą.
Loki przeskoczył nad nim i wylądował idealnie za Harrym, przyciskając Kierana do podłogi i rozszarpując go na strzępy. Kieran zawył z czystej zgrozy, a potem Loki rozrzucił mu kończyny, przygniatając je własnymi, po czym wgryzł się w tors Kierana, wybebeszając go przy tym.
Harry niemal się porzygał, nie od zapachu, ale z poczucia bezsilności. Sięgnął ku swojej magii, po czym zwyczajnie cisnął nią w Lokiego, nie starając się ukształtować jej w jakikolwiek zaklęcia, po prostu pragnąc, żeby to się wreszcie skończyło.
Magia rozmyła się wokół Lokiego. Ponownie poruszył tylnymi łapami, a krew nagle prysnęła na twarz i okulary Harry'ego, oślepiając go i cieknąc mu do ust. Zaczął pluć, ściągając okulary, usiłując zobaczyć, co się w ogóle dzieje wokół niego, przeklinając brak lewej dłoni.
Zamrugał wielokrotnie, starając się zrzucić z powiek nagromadzone ścięgna i krew. Kiedy znowu był w stanie widzieć, zobaczył, że już jest za późno. Loki zmiażdżył w szczękach czaszkę Kierana i zerwał mu ją z ramion.
Obiecałem, że go ochronię. I nie udało mi się.
Ból tej porażki wydrążył Harry'ego, niczym jego własne zaklęcie Exsculpo, pozostawiając go pustym w środku. Odkrył, że nachyla się przed siebie, wyciągając rękę, ale nie wiedział nawet, za co próbuje złapać. Wiedział, że całe ciało trzęsło mu się od szlochów, oznaczających początek żałoby.
Loki ugryzł ponownie i rozerwał ciało Kierana na pół. Harry zastanawiał się, czy jeszcze kiedykolwiek będzie w stanie pomyśleć o wilkołaczej sile jak o czymś pięknym, czy też może już zawsze będzie wydawała mu się przerażająca.
Loki odstąpił delikatnie od swojej ofiary i zwrócił się do niego. Harry po prostu tam klęczał, gapiąc się na niego. Wiedział, że Loki mógłby rozszarpać go na strzępy, albo przemienić w wilkołaka, a dzięki ochronie, jaką Loki zyskał zaprzysięgając się wilkołaczej zemście, Harry nie będzie w stanie go powstrzymać.
Nie da się go powstrzymać. Nie da się go zawrócić.
Bursztynowe oczy patrzyły na niego pośród krwi i śniegu, a potem Loki śmignął nad nim i ruszył w dół po schodach. Harry czuł, jak mija zniszczone drzwi Dracznego Dworu, a potem wyrwę w osłonach. Duch Gudrun pozostał jeszcze przez chwilę i Harry poczuł mokry dotyk jej języka na swoim policzku.
A potem zniknęli, a on został sam ze swoim przerażonym, jęczącym domem i rozszarpanym ciałem człowieka, którego obiecał obronić.
Harry objął rękami kolana i przytulił do nie czoło. Łzy powoli żłobiły tory pośród krwi na jego policzkach. Ramiona trzęsły mu się od szlochów. Poczucie winy gotowało mu się w żołądku, póki nie miał wrażenia, że przełknął truciznę.
Przez chwilę chciał, z prostotą i klarownością, której nie czuł odkąd zabił z litości dzieci na błoniach Hogwartu, zwyczajnie umrzeć. Pewnych błędów się po prostu nie wybacza.
Wreszcie wziął kilka głębokich oddechów i zaprowadził emocje tam, gdzie było ich miejsce. Jeśli może wykorzystać je jako smycze na własnej duszy, które wyciągną go, choćby na siłę, z tego marazmu, to miał zamiar to zrobić. Jeśli nie, to nie miał na nie czasu. To była bitwa, nie mógł się zatrzymać i zacząć roztkliwiać nad własnymi ranami.
Wstał i machnął ręką, zbierając porozrzucane fragmenty ciała Kierana. Następnie zaczął naprawiać osłony Dracznego Dworu. Kiedy już z tym skończy, fiuknie do ministerstwa i spróbuje złapać kogokolwiek, w jakimkolwiek departamencie, póki nie znajdzie jakiegoś połączenia otwartego – albo zaczeka do rana, jeśli nikogo nie zastanie. Nazwisko Kierana podpowiedziało mu, że kiedyś musiał mieć jakichś krewnych w ministerstwie. Jeśli żadne z nich już tam nie pracowało, to ministerstwo wciąż powinno wiedzieć, jak się z nimi skontaktować.
Zachwiał się na moment, kiedy zobaczył, jak wiele maleńkich kawałków Loki wyrwał z ciała Kierana, ale nie mógł sobie pozwolić na porażkę, więc do niej nie dopuścił.
Harry wrócił do Hogwartu następnego dnia, wczesnym popołudniem. Tak długo zeszło mu na zlokalizowaniu krewnych Kierana – żadne z nich nie pracowało już dla ministerstwa – i przekazanie im ciała. Przyszła po niego kuzynka, Jenna. Harry'ego kompletnie nie zaskoczył jej szok, powoli otwierające się coraz szerzej oczy i jej wymioty. Zapytał, czy chciała poznać jakieś szczegóły dotyczące śmierci jej kuzyna, ale tylko pokręciła głową i odwróciła się od niego. W ogóle jej o to nie winił.
Kilku urzędników ministerstwa zachowywało się, jakby chcieli go przesłuchać, ale nie byli w stanie ustalić, nawet między sobą, kto powinien się za to zabrać, ani jak. Ostatecznie, zgodnie z wersją Harry'ego, Harry po prostu chronił Kierana. A Departament Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii znajdował się obecnie w limbo, bo stracił zbyt wielu członków. To była po prostu ich najnowsza ofiara.
Ostatecznie, po bardzo oszołomionej godzinie, którą Harry spędził na przerzucaniu go między gabinetem Amelii Bones i jakimś w Departamencie Kontroli i Regulacji Magicznych Stworzeń, powiedziano mu, że może wrócić do domu.
Aportował się na sam skraj hogwardzkich osłon, na drodze do Hogsmeade, a w czasie spaceru zaczął przyzwyczajać się do rany w duszy, która bolała, jakby ktoś przebił mu ją sztyletem. Ostatecznie jednak uznał, że może to był miecz. Zgroza się w niej mieszała, ale w równych proporcjach z poczuciem winy i spanikowaną determinacją, by nigdy więcej nie dopuścić do czegoś takiego.
Już dostał nauczkę po zabiciu z litości; Vera nauczyła go, jak sobie z tym radzić. Nie osunie się w depresję, nie w chwili, w której ludzie na nim polegali. Sam sprowadził tę sytuację na siebie i choć oglądanie się na nią i lamentowanie z całą pewnością w jakimś stopniu by go usatysfakcjonowały, to nie przydadzą mu się na dłuższą metę. Prędzej czy później ta rana przestanie boleć i stanie się po prostu kolejną blizną w jego duszy, napędzającą go i nie pozwalającą mu opaść z sił.
Harry nie był pewien, dzięki czemu właściwie trzymał się na nogach, kiedy dotarł do hali wejściowej: lekcjom z Sanktuarium, treningowi Lily, własnemu uporowi? Cokolwiek to było, podziałało. Oddychało mu się też już znacznie lepiej i był gotów na stawienie czoła innym. Użył zaklęcia komunikacyjnego, żeby dać znać Draconowi, Connorowi, Josephowi, McGonagall i pozostałym, że nic mu nie było, oraz streszczenie wydarzeń z zeszłej nocy. Pomagał fakt, że miał wcześniej okazję do obmycia się z całej krwi i flaków. To mu naprawdę pomogło.
Podniósł wzrok, kiedy zobaczył, że jakiś cień zastąpił mu drogę. To była McGonagall, która wyszła mu na spotkanie. Miała szarą twarz, jeszcze nigdy jej taką nie widział. A w rękach trzymała "Proroka Codziennego".
– Panie Pott... Harry – powiedziała. – Kazałam pozostałym pozostać na miejscach. Uznałam, że powinien pan usłyszeć o tym ode mnie.
– Co się stało? – zapytał cicho Harry. Nie miał jeszcze tego dnia szansy na zobaczenie pierwszej strony gazety. Zastanawiał się, czy zaraportowano śmierć Kierana. Czy wyszedł na wspólnika zbrodni? Jeśli tak, to Willoughby jednak da radę zaciągnąć mnie przed sąd.
McGonagall nabrała głęboko tchu, po czym stanęła na baczność. Harry odniósł wrażenie, bez żadnego konkretnego powodu, że tak pewnie wyglądała, kiedy zdawała Dumbledore'owi raport w czasie Pierwszej Wojny.
– Zadeklarowano otwarcie sezonu polowań na wilkołaki – powiedziała. – Każdego z nich można bezkarnie zabić, o ile zabójca zdoła potem udowodnić, że ofiarą był wilkołak. Aresztowano już Hawthorn Parkinson.
