Witajcie kochani w kolejnym rozdziale.

Myślę, że poniższy fragment zainteresuje przede wszystkim tych, którzy wyczekują dalszych wyjaśnień odnośnie Draco.

Jak zwykle serdecznie dziękuję za komentarze, a Błotniakowi za błyskawiczną betę.

A tak przy okazji, to zrobiłam obliczenia i akcja tego fika dzieje się obecnie na przełomie czerwca i lipca 2020 roku, więc dogoniliśmy fanfikową rzeczywistość. Od razu zaznaczam, że absolutnie nie zamierzam tu umieszczać żadnych wątków pandemicznych. To alternatywna rzeczywistość, która ma swoje własne problemy.

Życzę miłej lektury.


Rozdział XXXI

Dni szybko mijały i nagle chłodne majowe noce zmieniły się w parne czerwcowe wieczory. Do zakończenia roku pozostał zaledwie tydzień. Starsze roczniki zaliczyły SUMY i OWUTEMY, a pozostali uczniowie z radością wypatrywali wakacji i powrotu do domu.

Tymczasem z każdym mijającym dniem Scorpius czuł narastający niepokój. Wiedział, co musi zrobić przed zakończeniem roku szkolnego, ale wcale nie wydawało mu się, by był na to przygotowany. A kiedy dziś na obiedzie zobaczył Albusa, który ze skwaszoną miną grzebał w potrawce z kurczaka, opuściła go wszelka nadzieja. Gryfon nie był gotowy i Scorpio szczerze wątpił, by odważył się wykonać zaklęcie. Ale co innego mu pozostało?

Niedługo po obiedzie udał się na piętro i zapukał w drzwi gabinetu profesor McGonagall. Wiedział z ich poprzedniej rozmowy, że to ostatnie spotkanie w tym roku szkolnym i dziś miał tylko odebrać zadania do wykonania w czasie wakacji. Niemniej jakoś ciężko było mu zebrać się do tego, by wejść do środka. Jakaś część jego natury, ta, która ufała dyrektorce i podziwiała ją, przekonywała go, by wyjawił jej prawdę, by opowiedział o tym, co odkrył i o luce w swojej pamięci. Przecież doskonale wiedział, że ona go za to nie potępi i zrobi co w jej mocy, by mu pomóc. Zapewne bez trudu potrafiłaby też przywrócić utracone wspomnienia. Ale wtedy musiałby przyznać, że od ponad dwóch miesięcy zamiast uczyć Albusa magii, kazał mu ćwiczyć przeciwzaklęcie na Obliviate. Znowu dowiedziałaby się, że knuł za jej plecami, że ukrywał przed nią ważne rzeczy, że ponownie nie miał do niej wystarczająco dużo zaufania, żeby powiedzieć prawdę. W efekcie po raz kolejny zawiódłby ją i rozczarował. Był tchórzem, nie potrafił się na to zebrać.

– Dzień dobry, pani profesor – przywitał się, wchodząc do gabinetu. Dyrektorka zmierzyła go krótkim spojrzeniem, a potem wskazała miejsce przed sobą. Jeśli zauważyła jakąś różnicę w jego zachowaniu, to niczego nie dała po sobie poznać.

Usiadł i przyjrzał się kilku książkom leżącym na biurku McGonagall. Wtedy też kobieta przesunęła w jego stronę kopertę.

– To upoważnienie dla ciebie na czas wakacji. Podobne jak w zeszłym roku. Zasady zresztą bardzo zbliżone, choć nie tak restrykcyjne. Możesz używać magii w celach dydaktycznych, ale nowe zaklęcia tylko w obecności któregoś z rodziców. Mam nadzieję, że nie muszę przypominać, jak ważne jest przestrzeganie tej zasady.

Scorpius zmusił się do lekkiego uśmiechu.

– Widzę, że po moim ostatnim szlabanie nie ma w pani wiary, że potrafię utrzymać taki rygor.

McGonagall pokręciła nieznacznie głową, ale też odwzajemniła uśmiech.

– Na przestrzeni kilku miesięcy złamałeś zakaz ponad dziesięć razy. Naprawdę dziwią cię moje wątpliwości?

Scorpius z pewnym zażenowaniem podrapał się po skroni. Nie mógł odmówić dyrektorce racji.

– Zrobię co w mojej mocy. Naprawdę.

Kobieta skinęła głową, a potem przeniosła spojrzenie na książki.

– Weź je. W środku pierwszej jest spis zagadnień, z którymi dobrze byś zapoznał się w wolnym czasie. Nie jest tego dużo, myślę, że wystarczająco, żebyś nie nudził się w okresie wakacyjnym. Zależy mi również, żebyś trochę odpoczął.

Ostatnie zdanie sprawiło, że Scorpius spojrzał na McGonagall szczerze zaskoczony.

– Był u mnie ostatnio profesor Smilthon. Żalił się, że przesypiasz połowę jego zajęć. Obawiał się, że wynika to z twojego lekceważącego podejścia do Eliksirów, ale oboje wiemy, że problem leży gdzie indziej.

Scorpius zamyślił się na chwilę. Rzeczywiście ostatnio rzadko zdarzały mu się w pełni przespane noce, zwłaszcza że najczęściej do późna siedział w Pokoju Życzeń. Nie sądził jednak, że ktokolwiek zwróci na to uwagę.

– Nie zamierzam cię do niczego przekonywać, w końcu nie chcesz, by traktować cię jak dziecko, ale powinieneś trochę zadbać o siebie, inaczej podupadniesz na zdrowiu.

Tym razem Scorpius poczuł, jak zaczyna go palić twarz. Z McGonagall rzadko poruszali kwestie, które wychodziły ponad szkołę i naukę. Teraz jednak dyrektorka zdawała się martwić o jego zdrowie. Było to… miłe, a z drugiej strony wywoływało w Ślizgonie jeszcze większe poczucie winy.

– Postaram się – mruknął, spoglądając w podłogę, by ukryć zażenowanie.

– Dobrze. Nie będę cię dłużej zatrzymywać. Pozostaje mi jedynie życzyć ci udanych i spokojnych wakacji.

– Dziękuję i nawzajem – odparł Scorpius, po czym poderwał się z krzesła. Kopertę z upoważnieniem schował do kieszeni, a książki chwycił pod pachę. Miał wrażenie, że wszystko robi zbyt szybko i przez to wzbudzi tylko niepotrzebne zainteresowanie, ale im dłużej trwała ta rozmowa, im bardziej przechodziła na prywatne tematy, tym czuł się gorzej ze świadomością, że nie odwdzięcza się podobną szczerością.

– Scorpius… – zatrzymała go McGonagall, gdy był już niemal przy drzwiach. – Czy coś cię martwi?

Ślizgon zacisnął zęby, żeby powstrzymać pierwsze słowa, które natychmiast cisnęły się na usta. Te niebezpiecznie szczere i prawdziwe.

Wziął szybki wdech, by uspokoić umysł i niechętnie wzruszył ramionami.

– To samo co zwykle, kiedy wracam do domu. Niby teraz jest lepiej, ale jak długo nie widzę ojca, to z początku zawsze jest… dziwnie.

Idealne kłamstwo, bo ocierające się o prawdę.

– Rozumiem, pamiętaj więc, że dla niego z pewnością to też nie jest łatwe.

Scorpius pokiwał głową.

– Wiem, staram się o tym nie zapominać.

– Jestem pewna, że znajdziecie porozumienie.

– Ja też… – mruknął Scorpius i pośpiesznie opuścił gabinet. Czuł się podle z tym, że okłamał McGonagall, a jednocześnie wzrosła w nim determinacja. Musiał odkryć prawdę, a kiedy już będzie wiedział, czego nie pamięta i jeśli okaże się to tak złe, jak obawiał się, że jest, to dyrektorka będzie pierwszą osobą, która się o tym dowie.


Tego wieczoru, gdy wszedł do Pokoju Życzeń, wiedział, że nie wyjdzie z niego, dopóki nie osiągnie celu. Jego przekonania nie zmniejszyła nawet niepewna mina Pottera.

– Gotowy czy nie, nie mamy więcej czasu – rzucił, gdy zamknęły się za nim drzwi.

Albus spojrzał na niego z nieukrywanym przerażeniem.

– Ale ja… przecież nie zawsze…

– Ostatnie sześć razy wyszło ci bez większych zastrzeżeń. Potrafisz to zrobić, tylko brak ci wiary we własne umiejętności.

Gryfon zmieszał się poważnie.

– To głupota – mruknął, odwracając wzrok. – Zrobię z ciebie warzywo.

– Oj przestań! – warknął Scorpius. – Przecież to moja głowa, nie twoja, więc czym się przejmujesz?

Widział, jak Potter zaciska pięści, które drżą mu wyraźnie.

– Jak to „czym się przejmuję"? Jak coś pójdzie nie tak, to będę musiał żyć ze świadomością, że zrobiłem ci krzywdę.

Scorpiusowi już cisnęła się kąśliwa uwaga, ale powstrzymał się i spojrzał poważnie na Gryfona. On naprawdę się martwił. Nie można było tego bagatelizować. Dlatego ostatecznie podszedł do Albusa i usiadł koło niego na sofie.

– Nic złego się nie stanie – powiedział łagodnie. – Widziałem, jak to robisz i wiem, że potrafisz rzucić ten czar właściwie. Na przestrzeni ostatnich tygodni zrobiłeś to wielokrotnie, a nasz chochlik jak widać ma się całkiem dobrze. No może jest trochę naćpany.

Ostatnie zdanie przyniosło spodziewany efekt, bo Gryfon uśmiechnął się nieznacznie.

– Wierzę, że potrafisz to zrobić i wiem, że zrobisz to perfekcyjnie.

– Skąd w tobie tyle przekonania?

– Bo wbrew temu, co myślisz, ja wiem, że Albus Potter jest całkiem przyzwoitym czarodziejem, tylko tego nie dostrzega. A wiem to, bo sam ciebie uczyłem.

Albus przymknął na chwilę oczy i wziął głęboki wdech.

– Dobrze, zrobię to – rzucił w końcu. – Ale nie traćmy czasu, bo jeszcze odejdzie mi odwaga.

Scorpius uśmiechnął się zadziornie i klepnął Gryfona w ramię.


Kiedy siedział na podłodze wśród rozłożonych na wszelki wypadek poduszek, nie dopuszczał do siebie myśli, że coś może pójść źle. Widział, jak Albus odnosi sukces z chochlikiem i to nie jeden raz. Nie zamierzał zresztą zdradzać się choćby z cieniem niepokoju, wiedząc, jak krucha jest determinacja Gryfona. Ten stanął naprzeciw niego z różdżką w dłoni i wziął kilka nerwowych oddechów.

– Pomyśl, że jestem chochlikiem – rzucił z uśmiechem Ślizgon.

– Nie pomagasz – mruknął Potter, a potem wziął ostatni wdech i zaczął recytować formułę, którą powtarzał przez ostatnie tygodnie do znudzenia.

Scorpius przymknął oczy, by spojrzeniem nie rozpraszać Albusa i zgodnie z tym, co sam wcześniej wyczytał, starał się nie myśleć o niczym konkretnym. Pozwolił, by jego myśli i wspomnienia dryfowały swobodnie, przeskakując po kolejnych obrazach bez jakiegoś szczególnego schematu. Nie wiedział, czy minęła minuta, czy może nieco więcej, gdy nagle poczuł coś przypominającego jakby tępy ból w skroni i po raz pierwszy ucieszył się, że siedzi, bo miał wrażenie, że w przeciwnym wypadku straciłby równowagę i upadł. Ból nie był silny i bardziej irytujący niż dotkliwy, więc postanowił go zignorować. Zamiast tego skupił się na tym, co niósł ze sobą.


Zdajesz sobie sprawę z konsekwencji?

Nie pozwolę ci na to szaleństwo…

Zrobisz z niego sierotę, w ten czy inny sposób…

Przyjdź sam i stań się smokiem, jak przeznaczone ci było od czasu nadania imienia…

A potem zobaczył obraz ojca wchodzącego do gabinetu i rzucającego zaklęcie Obliviate, które usunęło to konkretne wspomnienie z jego głowy.


Scorpius jęknął i chwycił się dłońmi za głowę. Czuł się zdezorientowany, ale przede wszystkim zbierało mu się na mdłości. Miał ochotę krzyczeć, jednak z drugiej strony z trudem chwytał oddech, zupełnie jakby jakaś żelazna obręcz zacisnęła się na jego szyi.

– Scorpio! Co jest? Źle się czujesz? – Usłyszał spanikowany głos Albusa, a potem poczuł jego ręce na swoich ramionach. Z trudem pokręcił głową, choć nie był w stanie składnie odpowiedzieć.

– Może zabrać cię do skrzydła szpitalnego? Na Merlina, coś poszło nie tak! Zawaliłem…

– Nie wrzeszcz… – syknął Scorpius i wreszcie zdołał wziąć głębszy wdech. – Nic mi nie jest... zaklęcie zadziałało.

– Pamiętasz?

– Tak…

Naraz Scorpius poczuł, jak cały się trzęsie, kiedy coraz jaśniej docierało do niego, czego był świadkiem i jakie to ma znaczenie. Jego ojciec… Rogogony…

– Na obmierzłą dupę trolla! – warknął, uderzając pięścią w podłogę, na skutek czego Potter aż odskoczył.

– Co się stało? Co pamiętasz?

– Mój ojciec jest Rogogonem – rzucił, zanim zastanowił się, czy powinien o tym mówić Albusowi. Był jednak zbyt skołowany, by racjonalnie analizować sytuację. – Właśnie to odkryłem w czasie świąt, podsłuchałem rozmowę Draco z twoim ojcem. Kłócili się. A potem znalazłem list w gabinecie.

Na to ostatnie wspomnienie Scorpiusa przeszedł okropny dreszcz. Przetarł twarz i nerwowo przeczesał włosy. Naprawdę zaczynał żałować, że w ogóle sobie o tym przypomniał, jednak z drugiej strony rozumiał, co to znaczy i coraz jaśniej zdawał sobie sprawę, co powinien zrobić.

– Muszę iść do McGonagall – mruknął, próbując podnieść się z podłogi, choć w głowie wciąż mu huczało.

– Poczekaj. – Albus przytrzymał go w miejscu. – Najpierw dojdź do siebie, a potem wszystko na spokojnie przemyślimy. Czekałeś tyle miesięcy, poczekasz jeszcze parę minut.

Scorpius podniósł wzrok i spojrzał na kucającego przed nim Pottera. Gryfon wyglądał na zmartwionego, ale chyba bardziej stanem Ślizgona niż wiedzą, którą ten odzyskał.

– Nie powinieneś się w to dalej mieszać. To jest bardzo paskudna sprawa.

– Domyślam się, ale wszystko po kolei – stwierdził Albus i sam również usiadł na podłodze. – Najpierw postaraj się spokojnie opowiedzieć o tym, co sobie przypomniałeś, żeby nie przeinaczyć jakiegoś faktu.

Scorpio był zdumiony, że zwykle nieco zahukany Gryfon teraz wykazywał się takim opanowaniem. To jednak było pozytywne, bo jego spokój spływał również na Scorpiusa.

– Pamiętasz jak byliśmy w ogrodzie? W pewnym momencie poszedłem po piwo kremowe i wtedy usłyszałem rozmowę naszych ojców. Raczej zaciekłą dyskusję, podnosili głosy. Bez kontekstu z tej wymiany zdań nie dało się wiele wyciągnąć, ale wyglądało tak, jakby mój ojciec robił coś, przez co wejdzie w konflikt z Ministerstwem. Potem niestety rzucił Muffliato…

Przez następne kilka minut Scorpius odtwarzał słowo po słowie wszystko, co sobie przypomniał. Każde zdanie wypowiedziane przez Draco i pana Pottera, a także zawartość listu znalezionego w gabinecie ojca. Powoli pierwsza panika wywołana tymi wspomnieniami ustąpiła, robiąc miejsca zimnej logice.

– To było trzy miesiące temu, trudno przewidzieć, co w tym czasie ojciec zdołał zrobić.

Albus, wyraźnie zamyślony, tylko nieznacznie pokiwał głową.

– Z tego co mówisz, nasuwa się tylko jedno wyjście – zaczął po chwili. – Moim zdaniem twój ojciec wcale nie przyłączył się do Rogogonów.

Scorpius spojrzał na przyjaciela, szczerze zdumiony. Ten jednak wyglądał na przekonanego co do słuszności własnych słów.

– Przynajmniej nie naprawdę – pociągnął dalej. – Wszystko pasuje. Mój tata od dawna ścigał członków tej bandy, bo ponoć zbierają się w niej dawni sojusznicy Voldemorta. Zresztą po tym głośnym ataku na Pokątnej Ministerstwo zwiększyło wysiłki, by ich dopaść.

Naraz Albus podniósł się z ziemi i zaczął krążyć po pokoju.

– Pamiętasz, jak przyszedłeś wraz z ojcem do nas w Sylwestra? Wtedy nasi ojcowie dość długo rozmawiali w gabinecie. Stanowczo za długo jak na zwykłe podziękowania. Wtedy tego nie skojarzyłem, ale następnego dnia mój tata rozmawiał z wujkiem Ronem, kiedy ten wraz z rodziną przyszli na kolację. Ostro dyskutowali i pamiętam, że wujek twierdził, by komuś nie ufali, bo to nie jest wiarygodne źródło informacji. Prawdopodobnie mówili o twoim ojcu. Zapewne mój tata poprosił go, że gdyby czegoś dowiedział się o Rogogonach, to, żeby mu przekazał te informacje. To logiczne, bo… – Potter zawahał się na moment. – Bo przecież był śmierciożercą.

Scorpius skrzywił się na brzmienie tego słowa. Szybko jednak odrzucił nieprzyjemne skojarzenia i skupił na bieżącej kwestii.

– Sugerujesz, że ojciec się do nich przyłączył, bo chciał zdobyć informacje?

Albus pokiwał głową.

– Potwierdza to rozmowa, którą podsłuchałeś w swoim domu. Gdyby mój tata dowiedział się, że twój robi coś nielegalnego, po prostu by go aresztował. Nic takiego jednak się nie stało. Więc pewnie twój ojciec powiedział mu, że przyłączył się lub planuje przyłączyć do Rogogonów i w jakim celu to robi. Stąd mój próbował go powstrzymać, bo niewątpliwie jest to niebezpieczne. Pytanie tylko, czy rzeczywiście mu się to udało, może przekonał go, żeby jednak tego nie robił.

Scorpius zamyślił się. Coś dziwnie ściskało go w dołku. Z jednej strony nie chciał, żeby ojciec mieszał się w cokolwiek niebezpiecznego, z drugiej jednak perspektywa, którą przedstawił Albus, była dużo bardziej pozytywna niż jego własne wnioski. Wciąż jednak trudno mu było w to uwierzyć.

– Załóżmy, że masz rację. Czemu miałby się tak narażać?

Albus wzruszył ramionami.

– Powody mogą być różne: duma, pieniądze, chęć wykazania się. A może po prostu uważał, że tak trzeba. Ostatecznie z tego, co wiem, był ulubieńcem Severusa Snape'a.

Scorpius spojrzał na niego zaskoczony.

– A co on ma z tym wspólnego?

– Bo też grał na dwa fronty. Wiem, bo ojciec opowiadał mi jego historię. Przez lata szpiegował dla Dumbledore'a, jednocześnie uchodząc za najwierniejszego sługę Voldemorta. Był potężnym czarodziejem, doskonale znał oklumencję i ostatecznie przyczynił się do tego, że mój ojciec wygrał wojnę. Był bohaterem.

– Martwym bohaterem – mruknął Scorpio, ale Albus go zignorował i pociągnął dalej.

– Jeśli twój ojciec rzeczywiście dobrze go znał, to czy może dziwić, że chce iść w jego ślady? Może w ten sposób próbuje naprawić błędy przeszłości, zrehabilitować się.

Scorpius pokręcił głową.

– On taki nie jest. Nigdy nie był typem bohatera. Zawsze… – Ślizgon zaklął siarczyście i również wstał z podłogi, ignorując resztki zawrotów głowy. – Co za głupota. Jaki sens jest tak się narażać? Przecież może zginąć! I w imię czego? Honoru? Bohaterstwa? To idiotyczne.

– Teraz brzmisz jak prawdziwy Ślizgon.

– On też nim był! – warknął Scorpius. – Więc czemu?

Albus przez dłuższą chwilę wpatrywał się w niego z dziwną miną, a potem westchnął ciężko i podszedł bliżej.

– Myślę, że z twojego powodu.

– Sugerujesz, że to moja wina?

Gryfon pokręcił głową.

– Nie to mam na myśli. Dwa lata temu, uważałem, że każdy Ślizgon to dwulicowa szuja, której nie można ufać, że każdy z nich tylko czeka, by wykorzystać dowolną moją słabość przeciwko mnie. To ty przekonałeś mnie, w jak wielkim błędzie byłem. Udowodniłeś, że rzeczywistość nie jest taka prosta i oczywista. Możesz być Ślizgonem z szat, które nosisz i czasami zachowujesz się jak ostatni drań, ale tak naprawdę już dawno udowodniłeś, że jesteś czymś znacznie więcej. Zrozumiałem to ja, Lily, James, uczniowie z twojego Domu, McGonagall i musiał dostrzec również twój ojciec. Myślę, że zdecydował się na to, bo uwierzył, że skoro ty możesz wyjść poza bycie oślizgłym Ślizgonem, to on również.

Przez długą chwilę Scorpius wpatrywał się w Albusa i nie potrafił zebrać się na powiedzenie czegoś składnego. Gryfon bardzo go zaskoczył. Zawsze wiedział, że pod tą cichą skorupą siedzi inteligentny chłopak, teraz jednak ledwo go poznawał.

– Czyli jak coś się stanie, to jednak będzie to moja wina. Świetnie – skwitował w końcu, odwracając spojrzenie. – Co ja mam z tym wszystkim zrobić?

Gryfon przeszedł kilka kroków i oparł się o stojący tam drewniany stół. Skrzyżowawszy ręce na piersi, spojrzał poważnie na Ślizgona.

– Nie powinieneś się w to mieszać. Nie znając całości sytuacji, możesz wyrządzić nieprzewidziane szkody.

– Więc mam w milczeniu udawać, że o niczym nie wiem? To…

– Wbrew twojej naturze, wiem. Ale zastanów się przez chwilę. Kiedy wyszło coś dobrego z tego, że działałeś na własną rękę? Twój ojciec jest dorosłym, doświadczonym czarodziejem, na pewno zna ryzyko. Działając pochopnie, możesz pokrzyżować jego plany. Przypuszczam, że właśnie dlatego wyczyścił ci pamięć.

– Co?

– Przepraszam, że to mówię, ale gdybyś nie był, jaki jesteś, może po prostu powiedziałby ci o wszystkim. Wolał jednak ukryć prawdę, by cię chronić, bo wiedział, że nie zdołasz usiedzieć na tyłku. Teraz masz okazję udowodnić mu, że się mylił.

Scorpius westchnął ciężko. Nie mógł odmówić Albusowi, że miał trochę racji. Gryfon zbyt dobrze zdążył go poznać. Rzeczywiście, miał potrzebę działania. Siedzenie i obserwowanie sytuacji nie było w jego stylu. Jednak postępowanie na ślepo to rzeczywiście głupota. Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby przez jego lekkomyślność ojciec został ranny lub jeszcze gorzej.

– Dobrze, nic nie będę robić – rzucił niechętnie.

– Mógłbyś oczywiście spróbować z nim porozmawiać.

– Daj spokój, aż mnie ciarki przechodzą na samą myśl. „Cześć, tato. Podobno w słusznej sprawie dołączyłeś do Rogogonów. I nie mam ci za złe, że potraktowałeś mnie Obliviate. Rozumiem, że chciałeś dobrze." Już widzę jego minę i to nie jest przyjemny widok.

Na to stwierdzenie Albus nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

– No kiedy ubierasz to w takie słowa, rzeczywiście nie brzmi zbyt rozsądnie – wysapał, gdy opanował rozbawienie.

Scorpius również nieco się wypogodził. Może wciąż miał wiele do przemyślenia, ale mimo wszystko czuł się lepiej. Ostatecznie przedstawiony przez Albusa scenariusz nie był tym najgorszym z możliwych.


Tego wieczoru, kiedy leżał w łóżku i patrzył w ciemność nocy, wiele różnych myśli kręciło się mu po głowie. Jego ślizgońska natura wciąż podpowiadała, że to wszystko jest mało prawdopodobne, że powinien zakładać tę najczarniejszą wersję, bo ona jedyna jest logiczna i prawidłowa. Ludzie nie są szlachetni i bohaterscy, zwykle działają z niskich pobudek, niegodnych pochwały. Czy trudno było sobie wyobrazić, że ojciec miał dość udawania mugola i bycia popychadłem świata czarodziejów, że obudziły się w nim stare ambicje i chęć pokazania swojej siły? Pieniądze, siła, władza, to były afrodyzjaki z łatwością mogące opanować serce i wolę. Zwłaszcza wśród Ślizgonów, którzy pożądają tego ponad wszystko inne. Cała ostatnia wojna miała źródło w tym, że grupa czarodziejów uważała się za lepszych od innych i chciała pokazać swoją wyższość. Przecież jego ojciec był w tej grupie. Czy mógł do tego wrócić? Scorpius nie miał żadnych podstaw, by sądzić inaczej.

A jednak wbrew temu bardzo chciał wierzyć w słowa Albusa. Jego gryfońska natura kazała mu zakładać, że każdy chce postępować dobrze i słusznie. W jego sposobie postrzegania świata nie było miejsca na czyny podłe i podstępne. On widział w ludziach przede wszystkim dobro, bo tak został wychowany. Widział je również w Draco. I z całego serca Scorpius też chciał je zobaczyć, wbrew dowodom i podszeptom siedzącego w nim Ślizgona. Już wiele razy przekonał się, że ten nie zawsze ma rację.

Przetarł twarz dłonią, naprawdę chciałby wiedzieć, jak postąpić. Wszystko w nim gotowało się na myśl o bierności, ale z drugiej strony, żadna opcja działania nie gwarantowała sukcesu. Jeśli pójdzie z tym do McGonagall, a ona go opacznie zrozumie i powiadomi Ministerstwo, ojciec może trafić do Azkabanu. Jeśli porozmawia z Draco, a ten jednak okaże się prawdziwym Rogogonem, to strach pomyśleć, co mógłby wtedy zrobić, zarówno Scorpiusowi, jak i co gorsza Albusowi. Pan Potter zdawał się znać sytuację, przynajmniej w części, czy jednak byłby zadowolony, że jego syn został w to wmieszany i do tego rzucał zaklęcia, których absolutnie nie powinien rzucać? Na myśl o rozmowie z aurorem Scorpiusa przeszedł kolejny dreszcz. Żadna z tych opcji nie brzmiała zbyt dobrze, a przynajmniej niewystarczająco, by przeważyć szalę. Alternatywą było jednak bierne czekanie. Albus sugerował, że to najlepsze wyjście, ale Scorpio wciąż nie potrafił tego przyjąć do wiadomości. Jednak jak dotąd to właśnie osąd Pottera zwykle okazywał się słuszny. Jak dotychczas jeszcze ani razu nie poradził mu źle. Przecież nawet James zwykł słuchać jego uwag, nawet mimo tego, że był starszy. Jego nauczyło doświadczenie i Scorpiusa również powinno.

– Scorpio… – Usłyszał nagle ciche wołanie. Sięgnął do szuflady i wyciągnął lusterko, gdzie widniała twarz Albusa.

Spojrzał na zegar, który pokazywał kwadrans po drugiej w nocy.

– Coś się stało? – spytał zaniepokojony.

– Idź spać – odezwał się Gryfon tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Ślizgon spojrzał na niego zdumiony.

– Przecież wiem, że siedzisz tam i myślisz, zamiast odpuścić – pociągnął Potter. – Nic dobrego z tego nie przyjdzie.

Scorpius westchnął ciężko.

– Wiem, ale to nie takie proste.

Albus wywrócił oczami.

– Po prostu idź spać. Bo jutro znów będziesz się zachowywał jak skacowany kremowym skrzat.

– To mnie podsumowałeś.

– Dobranoc, Malfoy.

– Udław się, Potter.


Ani następny dzień, ani kolejne nie przyniosły rozwiązania problemu i nim Scorpius się zorientował, pakował walizki przed powrotem do domu na przerwę wakacyjną. Zamieszanie, jakie panowało tego poranka, było porównywalne tylko z rozgardiaszem, jaki miał miejsce na początku roku szkolnego. Uczniowie biegali między Dormitoriami a pokojem wspólnym, próbując odnaleźć wszystkie swoje rzeczy, niektórzy żegnali się ze znajomymi, a inni umawiali na wspólne wyjazdy. W tym całym hałasie Scorpius z trudem odnalazł wszystkie podręczniki, a potem w towarzystwie Karla i Zacka udał się na śniadanie.

– Dwa miesiące bez zakuwania Historii Magii, marzenia jednak się spełniają – gadał blondyn, gdy szli korytarzem.

– Naprawdę zamierzasz przez całe wakacje leżeć plackiem na łóżku? – zapytał Scorpius, któremu jakoś nie potrafiło się udzielić dobre samopoczucie kumpla. Znowu miał poczucie, że powrót do domu nie będzie należał do przyjemnych.

– A żebyś wiedział. Będę leżał plackiem na plaży w Chorwacji – rzucił z uśmiechem Zachary.

Scorpio spojrzał na niego pytająco.

– Mój wujek, którego synowie zwykle nie dają mi żyć na imprezach rodzinnych, dostał tam jakąś fuchę i przeprowadził się z dzieciakami przynajmniej na dwa lata. Zaproponował, żebym do nich dołączył na wakacje. Jak się domyślasz, nie musiał bardzo nalegać.

Scorpius prychnął, a potem spojrzał na idącego po przeciwnej stronie Karla.

– Ja jadę do dziadków do Stanów – odparł ten, czując się wywołanym do odpowiedzi. – A ty co planujesz?

Scorpio wzruszył ramionami. Choć wcześniej obiecywał niczego przed nimi nie ukrywać, to czuł, że sprawa jego ojca jest zbyt poważna, by mógł ich w to mieszać. Jeden Albus w zupełności wystarczy.

– Znacie mnie, będę się uczył. Dostałem upoważnienie od McGonagall i listę pozycji do przerobienia. Starczyłoby tego na cztery miesiące.

Zack pokręcił głową i teatralnie wywrócił oczami.

– Ty nienormalny jesteś. Ale każdemu według potrzeb, jeśli dla ciebie to w porządku, to ja nie będę próbował cię nawracać.

– I tak nie dałbyś rady – odparł Scorpius.

Cała trójka przekroczyła próg niezwykle hałaśliwej dziś Wielkiej Sali. Usiedli na zwykłych sobie miejscach i przez dłuższą chwilę obserwowali innych uczniów, częstując się przeróżnymi słodyczami, jakie pojawiły się na stole w trakcie tego pożegnalnego śniadania.

Scorpius czuł z każdą chwilą coraz większy ciężar na klatce piersiowej. Choć z początkiem nauki obiecywał sobie, że ten rok będzie inny, to jednak wydarzenia, jakie miały miejsce, daleko odbiegały od jego wyobrażeń. Klątwa, odejście Estery, cała sprawa z White i Willickiem, Nash, olimpiada, a w końcu ojciec i Rogogony. Dużo tego jak na jeden rok i jednego Scorpiusa. A do tego miał poczucie, że wakacje wcale nie przyniosą rozwiązania najtrudniejszych tematów. Sam nie wiedział, jak długo potrwa, nim sprawa znajdzie swój finał. Ta myśl również nie była pocieszająca. Tu w szkole przynajmniej miał zajęcia, które nie pozwalały mu stale myśleć o problemach, ale kiedy wróci do domu, uderzy to w niego ze zdwojoną siłą. Musiał przygotować się na spotkanie z ojcem. Jeśli miał się nie zdradzić ze swoją wiedzą, to w czasie rozmowy nie może mu zadrżeć choćby jeden mięsień. Teraz trudno było mu to sobie wyobrazić, a przecież ten czas zbliżał się nieubłaganie. Zostało może z dziesięć godzin, nim stanie przed ojcem.

Tymczasem niespodziewanie stanęła mu przed oczami twarz Lily. Zaskoczony aż odskoczył do tyłu.

Gryfonka zachichotała.

– Czyżbyś śnił na jawie? Miałeś takie nieobecne spojrzenie.

– To się nazywa myślenie, słyszałaś może o tym? – rzucił, spoglądając na dziewczynę z uśmiechem.

– A żebyś wiedział, że słyszałam – stwierdziła Lily z przekonaniem. – Nie sądziłam jednak, że tobie się to zdarza.

Na to Zachary parsknął śmiechem.

– Wychodzisz z wprawy, stary, skoro zgasiła cię gryfońska smarkula.

– W odróżnieniu od ciebie, jej przynajmniej czasami się to udaje – odgryzł się Scorpio, a potem nieco poważniej zwrócił się do Lily. – Coś konkretnego cię sprowadza, czy stęskniłaś się za naszym towarzystwem?

Gryfonka również spoważniała, a kiedy Ślizgon spojrzał za nią, zobaczył, że obserwuje ich czujnie Albus. Trudno powiedzieć, ile przekazał siostrze, ale z pewnością jej pojawienie się nie było przypadkowe.

– Czy masz jakieś plany na sierpień? – wypaliła dziewczyna, nagle nieco speszona. Jej pewności siebie nie pomagał wciąż słyszalny chichot Zacharego.

– Nic konkretnego.

– To świetnie. Jedziemy z Albusem na obóz magiczny, pomyśleliśmy, że może byś do nas dołączył.

– Musiałbym pogadać z rodzicami, ale chyba nie będą mieć nic przeciwko. Wydaje się, że już do tego przywykli.

– Super, w takim razie zaklepiemy ci miejsce. – Lily z entuzjazmu aż zaklasnęła w dłonie. – Przyślę ci sowę ze szczegółami.

– Będę jej wypatrywać z niecierpliwością – odparł z nutą sarkazmu, który jednak nie zraził Gryfonki, bo tylko pogroziła mu palcem, a potem wróciła do swojego stolika.

– No proszę, proszę. Ciekawe, czy zaklepie ci miejsce w swoim namiocie – szydził tymczasem w najlepsze Zack.

– Oj, zamknij się, głąbie.


W południe odbyło się oficjalne zakończenie roku szkolnego, na którym dyrektorka podsumowała wszystkie wydarzenia, ogłosiła zwycięzców Pucharu Domów, którym tym razem okazał się Ravenclaw, a potem życzyła wszystkim przyjemnych wakacji. Ceremonia była krótka, bo wszyscy już niecierpliwili się do powrotu.

Kiedy tłum wylał się z Wielkiej Sali, uczniowie udali się po swoje rzeczy, a potem do wozów, które zabrały ich w stronę stacji, gdzie czekał już hogwarcki ekspres.

Siedząc w przedziale z innymi Ślizgonami, Scorpius nie bardzo zwracał uwagę na toczące się rozmowy. Jego myśli były już w posiadłości, gdzie czekały go kolejne wyzwania.

Naraz usłyszał pukanie w szybę. Na korytarzu stał Albus. Gryfon dał mu znak głową, by wyszedł z przedziału. Kiedy znalazł się na zewnątrz, spojrzał na Pottera pytająco. Ten rozejrzał się, czy nikt przypadkiem nie może ich usłyszeć i dopiero wtedy się odezwał.

– To, o czym rozmawialiśmy wtedy w Pokoju Życzeń. Co ostatecznie zamierzasz zrobić?

Scorpius wzruszył ramionami.

– Posłucham twojej rady.

Od razu dostrzegł, jak z twarzy Pottera schodzi napięcie.

– To dobrze. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej przekonany jestem o słuszności naszych założeń. Ale jeśli wciąż masz wątpliwości, to mogę spróbować dowiedzieć się czegoś więcej od taty…

– Nie! – przerwał mu Scorpius. – Nie mieszaj się bardziej do tego. Skoro ja mam się nie wtrącać, to ty również.

– W porządku, to uczciwy układ – zgodził się Gryfon.

Przez moment Scorpio przyglądał się bacznie przyjacielowi, sprawdzając, czy ten wystarczająco mocno wziął sobie do serca jego słowa.

– Jeśli pojawią się jakieś nowe fakty, to dam ci znać – dodał po namyśle.

Albus pokiwał głową.

– W takim razie będziemy w kontakcie – skwitował Ślizgon.

Potter jeszcze raz zgodził się gestem głowy, a potem niespodziewanie wyciągnął w jego stronę dłoń.

– Trzymaj się.

Scorpius odwzajemnił gest i uśmiechnął nieznacznie.

– Ty również.


King's Cross jak zwykle tego dnia pełna była oczekujących na przybycie pociągu. Wielu uczniów wychylało się przez okna i machało na powitanie, a kiedy tylko ekspres się zatrzymał, wszyscy zerwali się z miejsc i w pośpiechu zaczęli wypakowywać bagaże.

Scorpius poczekał chwilę, aż w przedziale nieco się rozluźni, po czym chwycił kufer, gwizdnął na Tori, która spała na siedzeniu i razem z nią opuścił pociąg. Nim zdołał dojrzeć kogoś ze swojej rodziny, stanął koło niego Karl. Ślizgon miał dziwną minę, niby lekko się uśmiechał, ale było w tym coś wymuszonego.

– To do zobaczenia we wrześniu – powiedział, klepiąc Scorpiusa w ramię.

– Ta, nie zgub się w tych Stanach.

Karl pokiwał głową i przez moment w milczeniu patrzył na przyjaciela.

– Nie wpakujesz się w żadne bagno przez te dwa miesiące, prawda?

Scorpio zacisnął zęby. Karl, choć cichy i zazwyczaj niewychodzący przed szereg, był świetnym obserwatorem i naprawdę ciężko było cokolwiek przed nim ukryć. Teraz przecież nie znał szczegółów, ale wystarczająco dobrze poznał Scorpiusa, żeby czegoś się domyślać.

– Mam nadzieję – odparł w końcu Scorpio z lekkim westchnięciem.

Karl spojrzał na niego pytająco.

– Jeśli potrzebujesz…

– Nie. Naprawdę, poradzę sobie. Do zobaczenia – przerwał mu Scorpius i nie odwracając się, ruszył w tłum.

– Malfoy! – Usłyszał wołanie Karla. Niechętnie odwrócił się, by zobaczyć skupioną minę kumpla. – Everett numer siedem, Denver w Kolorado. Tam będę, jakby co.

Scorpius poczuł, jak coś dziwnie ściska go w gardle. To już druga osoba dzisiejszego dnia, która oferuje mu pomoc. Niczym nie zasłużył sobie na takich przyjaciół.

– Dzięki. Zapamiętam – odkrzyknął, siląc się na uśmiech. Machnął Karlowi na pożegnanie, a potem wmieszał się w tłum.


Nie minęło dużo czasu, gdy dostrzegł czekającą na niego Astorię. Nie wahając się ani chwili podszedł do kobiety i przywitał się. Matka uściskała go serdecznie, zadała kilka standardowych w takiej sytuacji pytań, po czym razem ruszyli w stronę wyjścia z dworca.

– Ojciec w pracy? – zapytał w pewnej chwili Scorpius, siląc się na obojętny ton.

Astoria pokiwała głową.

– Wróci dopiero w sobotę wieczór.

– Znowu w delegacji?

– Zgadza się. Ostatnio ma ich coraz więcej – odparła kobieta, głosem tak normalnym, jakby opowiadała o pogodzie. Czasami nawet z matki potrafił wyjść prawdziwy Ślizgon. Scorpius nie miał cienia wątpliwości, że Astoria wiedziała, jeśli nie o wszystkim, to przynajmniej o części działań ojca. Teraz jednak nie miał zamiaru nękać jej pytaniami o te sprawy. Dla niej ta sytuacja z pewnością również nie była łatwa.

– A jak sprawują się nowe skrzaty? – zmienił temat i dalej rozmowa potoczyła się swobodnie.


Posiadłość rzeczywiście uległa sporej przemianie. Scorpius, kiedy tylko przeszedł przez bramę, dostrzegł, że skrzaty nie próżnowały. Ogród był wypielęgnowany, ścieżka do domu wysypana śnieżnobiałym żwirkiem, a kolumny z rzeźbami mitologicznych istot wypucowane na błysk. Jednak największą zmianę przeszedł sam budynek. Cała elewacja była odnowiona i w promieniach letniego, wieczornego słońca, przybierała piękny, lekko pomarańczowy odcień. Szyby w oknach lśniły czystością, a na parapetach i balkonach umieszczone zostały donice z białymi kwiatami. Całość prezentowała się naprawdę okazale. Scorpius z trudem rozpoznał w tej rezydencji własny dom. Zagwizdał z uznaniem, kiedy zatrzymał się przed wejściem.

– Tak myślałam, że przypadnie ci do gustu – stwierdziła Astoria z uśmiechem. – Aż miło popatrzyć, kiedy dom odzyskuje dawny blask. Wiele pracy jeszcze zostało, ale te dwa skrzaty mają niespożyte pokłady zapału.

Scorpius pokiwał głową. Sam nieszczególnie przepadał za skrzatami, ale widząc, jak matka jest szczęśliwa, nie mógł zaprzeczyć ich użyteczności. Dawniej nie do końca zdawał sobie sprawę, że Astoria nie była w stanie podołać sama wszystkim obowiązkom. Dopiero teraz dostrzegał to w pełni. Oczywiście matka robiła co w jej mocy, ale nie była osobą stworzoną do ciężkiej, fizycznej pracy. Tym lepiej, że teraz nie musiała się tym zajmować.

Kiedy weszli do holu, przywitały ich rzeczone skrzaty. Jeden z nich był dość wysoki i smukły, o niesamowicie długich rękach i równie długim nosie, natomiast drugi, znacznie bardziej krępy, wyróżniał się rozłożystymi uszami. Obaj ubrani byli w skrojone dla nich na wymiar, czarne liberie z czerwonymi lampasami.

– Skąd mają ubrania? – zdumiał się Scorpio, bo mógłby przysiąc, że kiedy był tutaj poprzednim razem, chodzili w jakichś skrawkach tkanin.

– Dałam im – odparła wyraźnie zadowolona z siebie Astoria.

– Ale czy to u nich nie oznacza zwolnienia ze służby?

– Istotnie. Trochę się wystraszyli w pierwszej chwili, ale doszliśmy do porozumienia. Przez całe dzieciństwo patrzyłam na obdarte skrzaty, które pracowały w moim domu rodzinnym i stwierdziłam, że nie chcę więcej widzieć podobnych scen. Ustaliłam z nimi, że te uniformy nie są ich własnością, lecz wyposażeniem służbowym. Z chęcią na to przystali i chyba spodobał się im ten pomysł, bo nie rozstają się z nimi.

Scorpius jeszcze raz spojrzał na skrzaty, które były wyraźnie zawstydzone słowami Astorii.

– Pani Malfoy jest dla nas bardzo dobra, nigdy nie otrzymaliśmy od nikogo niczego równie pięknego – odezwał się wyższy ze skrzatów.

– W zamian dbamy, by nigdy nie przestawała się uśmiechać, paniczu – dodał drugi.

Scorpius skrzywił się mentalnie na tego „panicza", ale nie skomentował tego, jedynie pokiwał głową.

– Bardzo dobrze, liczę na was w tej kwestii – odparł za to, czym wzbudził jeszcze większy entuzjazm u skrzatów.

Poczuwając się do obowiązku, odebrały one ubrania wierzchnie Scorpiusa i Astorii, a także zabrały na górę bagaże. Chwilę później zaprosiły do salonu, gdzie przygotowana była już kolacja.

Siedząc przy stole, Scorpius opowiadał matce o wydarzeniach z ostatnich tygodni. Przede wszystkim o olimpiadzie, a także o przebojach z Rose Weasley. Za to nawet nie zająknął się na temat Nash. Matka była stanowczo w zbyt dobrym nastroju, by mógł go popsuć podobnymi historiami. Na nie przyjdzie pora później.

Położył się spać koło północy i choć myślał, że znów nie będzie mógł zasnąć, to najwyraźniej długa rozmowa z matką podziałała kojąco, bo nim się obejrzał ogarnęła go błoga ciemność.


Gdy w sobotę rano Scorpius zszedł na śniadanie, stanął jak wryty w drzwiach kuchni. Przy bufecie stał Draco i nalewał sobie kawę. Ubrany w wyjściowy garnitur, wyglądał jakby właśnie wrócił z długiej podróży. Chyba w pierwszej chwili nie dostrzegł syna, bo jedną ręką nalewał wody do filiżanki, a w drugiej trzymał gazetę. Wzrok miał skupiony na czytanym artykule.

Nim Scorpius się odezwał, przez moment przyglądał się ojcu. Na pierwszy rzut oka wydawał się taki jak zawsze. Ubrany w czarny garnitur i taki sam krawat, włosy starannie obcięte, ani krzty zarostu, na który sobie nie pozwalał. Tylko twarz miał jakby bardziej szarą, a oczy śledzące tekst były bardziej zapadnięte i podkrążone. Zwyczajnie wyglądał na potwornie zmęczonego, choć zgodnie ze swoim zwyczajem niczego po sobie nie pokazywał.

– Wróciłeś wcześniej – odezwał się Scorpio, kiedy zebrał się w sobie i był przekonany, że głos mu nie zadrży.

Draco odłożył gazetę i wyprostował się.

– Odwołano mi dzisiejsze spotkanie – odparł bez zająknięcia.

Gdziekolwiek ojciec był, zapewne miał tam jakiś nocleg, zamiast tego wolał jechać nocą mimo zmęczenia. Nigdy wcześniej Scorpius nie myślał w takich kategoriach, ale teraz zaczął się zastanawiać, czy Draco śpieszył się do domu z jego powodu. Nagle przypomniały mu się słowa Albusa o tym, jaki to Scorpius ma wpływ na ojca i naprawdę dziwnie poczuł się z tą myślą. Zawsze uważał, że niewiele łączy go z Draco. Ojciec nie był wylewny i trzymał dystans nawet wobec własnego syna. Z tego powodu Scorpius mimo wszystko wolał spędzać czas z matką, której okazywanie emocji przychodziło naturalnie. Dopiero teraz zaczął sobie zdawać sprawę z tych drobnych elementów, które świadczyły o przywiązaniu Draco.

A kiedy spojrzał na umęczoną twarz ojca i wyobraził sobie, że ten przez ostatnie dni przebywał z jakimiś paskudnymi typami, a potem podróżował przez całą noc, by jak najszybciej wrócić do rodziny, coś ścisnęło go w dołku. Walczył w sobie z narastającą potrzebą powstrzymania Draco. W tej jednej chwili chciał po prostu podejść i powiedzieć, żeby zostawił to wszystko w cholerę, że to nie jest tego warte, że życie i jego rodzina powinny być najważniejsze.

A potem zdał sobie sprawę, że wszystko by tylko utrudnił. Na pewno ojcu nie jest łatwo, ale raz podjąwszy decyzję, nie zamierzał się wycofać. Żadne prośby ani groźby nie zmuszą go do rezygnacji. Tę determinację miał wypisaną w szarych, twardych oczach.

I jeśli Scorpius miał mu jakoś pomóc, to dokładnie tak, jak powiedział Albus, przede wszystkim nie powinien przeszkadzać. Dlatego wbrew wszystkiemu zebrał się w sobie i uśmiechnął.

– Cieszę się, że już jesteś w domu.

Widział dziwną zmianę na twarzy ojca. Chyba zupełnie nie spodziewał się podobnych słów. Zaskoczenie ewidentnie odcisnęło się na jego rysach. Wykorzystując konsternację, Scorpius podszedł bliżej i przełożył gazetę na kuchenny stół.

– Usiądź, wyglądasz na zmęczonego. Zrobię śniadanie – dodał, sięgając po jajka.

Czuł na sobie spojrzenie ojca, ale starał się je ignorować, jakby nie działo się nic dziwnego.

– Mamy od tego skrzaty – odezwał się ten w końcu, dziwnie niepewnym głosem.

– Schodząc tutaj, widziałem, że czyszczą sadzawkę za domem. Poradzę sobie bez nich – odparł zgodnie z prawdą Scorpius. Nie był może wprawny w gotowaniu, ale jajecznicę i tosty umiał zrobić. Z pewnością nie było to trudniejsze od warzenia eliksirów.

Draco ostatecznie usiadł przy stole, ale wciąż nie spuszczał wzroku z syna. Przez chwilę panowało między nimi milczenie, przerywane jedynie brzdękiem naczyń.

– To do ciebie niepodobne – przerwał w końcu ciszę Draco.

Scorpius wzruszył nieznacznie ramionami.

– Wiesz, dużo ostatnio przebywam z Gryfonami. Oni wszyscy są tacy mili, uprzejmi i uczynni. Widocznie mi też się udzieliło.

Niemal widział w wyobraźni, jak ojciec przewraca oczami.

– Naprawdę uważasz mnie za tak naiwnego?

Scorpius odłożył łyżkę na blat i odwrócił się. Teraz już nie potrafił zebrać się na uśmiech. Draco wciąż obserwował go czujnie.

Przeszło mu przez myśl, że może ojciec sprawdza, czy jednak sobie czegoś nie przypomniał, dlatego następne słowa musiały brzmieć bardzo wiarygodnie.

– A czy tak nie jest lepiej? Zwykle po mojej nieobecności, przez pierwsze dni ciężko nam rozmawiać. Pomyślałem, że dobrze byłoby przełamać ten schemat. Ale prawdą jest, że nie jestem bezinteresowny. Chciałem z tym trochę zaczekać, ale skoro już rozmawiamy, to powiem wprost, o co chodzi. Lily i Albus zaprosili mnie na obóz w sierpniu.

Widział, jak na twarzy ojca odmalowuje się specyficzna ulga. Niewątpliwie podejrzewał coś zupełnie innego. Odetchnął nieznacznie, a potem pokiwał głową.

– Jeśli tego chcesz, nie będę cię zatrzymywał. Kiedy to ma być?

– Nie wiem jeszcze dokładnie. Mają przysłać mi informacje.

– Rozumiem. W porządku – skwitował Draco, a potem przeniósł wzrok na kuchenkę. – Coś się przypala.

– O cholera! – krzyknął Scorpius i rzucił się na ratunek jajecznicy.

Chwilę później to, co jeszcze się nadawało, trafiło na stół i obaj w ciszy jedli śniadanie.

– Czy na te wakacje również masz upoważnienie od dyrektor McGonagall? – zapytał w pewnej chwili Draco.

Scorpius pokiwał głową.

– Jak zauważyłeś, teraz dużo pracuję, ale postaram się pomóc ci w miarę możliwości – dodał ojciec.

– Rozumiem. Domyślałem się tego. Będę się starał jak najwięcej materiału przerobić samodzielnie.

Ojciec pociągnął łyk kawy.

– To nie jest permanentne. Mam nadzieję, że za jakiś czas sytuacja się unormuje. Nie chcę byś pomyślał, że przedkładam pracę nad twoje potrzeby. Wiem, jakie to dla ciebie ważne. Po prostu teraz nie mogę postąpić inaczej.

Scorpius spuścił wzrok. Przypomniał sobie, jak w ubiegłe wakacje ćwiczył magię pod okiem Draco. Wcześniej o tym nie myślał, ale teraz odkrył, że będzie mu tego brakować. Jakoś nie przyszło mu do głowy, że przez zamieszanie z Rogogonami straci tę namiastkę kontaktu, jaki miał z ojcem. Jednak wciąż szedł w zaparte, by nie utrudniać całej sytuacji. Jak łatwo byłoby teraz powiedzieć słowa, które zabolałyby do żywego. Same wręcz cisnęły się na usta. I zapewne dawniej Scorpius użyłby ich bez wahania. A teraz widząc, w jakim stanie jest ojciec, nie chciał mu już niczego więcej dokładać. Dlatego uniósł wzrok i pokiwał głową.

– Rozumiem to, naprawdę. Poradzę sobie. Nie jestem już dzieckiem, które trzeba prowadzić za rękę.

Draco pokiwał głową.

– We wtorek rano znowu wyjeżdżam – stwierdził, odstawiając pustą filiżankę i wstając z krzesła. – Odpocznę trochę, a potem wybierzemy się gdzieś razem z matką.

– Jasne – odparł Scorpio, po raz pierwszy uśmiechając się bez wysiłku.


Scorpius nie pamiętał już, kiedy ostatni raz wybrał się z rodzicami tak po prostu na spacer po okolicy. Musiały minąć lata. Astoria szła pod rękę z Draco, a on po jej drugiej stronie, odpowiadając na różne pytania związane z wydarzeniami ostatnich miesięcy. Pogoda była przyjemnie letnia, nie było upalnie ani duszno, za to po niebie snuły się leniwie puszyste obłoki. Jakoś niezwykle rzadko miał do czynienia z podobną sielanką. Ten niemal idealny obraz psuło jedynie podskórne poczucie, że to wszystko jest tymczasowe. Przyszłość, zwłaszcza przyszłość Draco, pozostawała niepewna. W każdej chwili mógł po prostu nie wrócić więcej do domu. Obaj, a zapewne Astoria również, mieli tego świadomość, ale chyba woleli o tym nie myśleć. Nic to by nie zmieniło, a zadręczanie się też nie pomoże niczemu.

– Nie powinieneś ustępować pola tej Weasley, zwłaszcza że nawet ona wiedziała, iż jesteś lepszy – skomentował Draco w czasie opowieści o finale olimpiady.

Już wcześniej Scorpius zauważył, że ojciec nie wyrażał się pochlebnie o członkach tej rodziny. Widać tutaj niechęć była bardzo obustronna. O ile w stosunku do pana Pottera Draco zachowywał specyficzny rodzaj szacunku, to rodziny Weasley chyba po prostu nie lubił.

Scorpio przeczesał włosy dłonią, zastanawiając się, jak ubrać w słowa swoją decyzję.

– Może i tak, ale nie to było najważniejsze. Ja już swoje uzyskałem, skoro nawet Rose była gotowa przyznać, że jestem lepszy. Tymczasem ona miała jeszcze sobie coś do udowodnienia. Kiedy to na nią padł wybór do finału, miała ogromną determinację, żeby wygrać. Większą, niż gdybym to ja startował. Jest bardzo zapalczywa.

– Widzę, że dobrze zdążyłeś ją poznać. Polubiłeś ją? – zapytała Astoria, spoglądając na niego wymownie.

Scorpius aż się wzdrygnął, kiedy dotarło do niego, co matka sugeruje.

– Nigdy w życiu! – odparł pośpiesznie. – Nie cierpię tej dziewuchy, jest irytująca i działa mi na nerwy, kiedy tylko się odzywa.

Jego ostre zaprzeczenie wywołało rozbawienie Astorii.

– Z pewnością nie jest ci obojętna.

Scorpius wywrócił oczami.

– Jeśli już musisz mnie z kimś swatać, to proszę, niech to będzie Lily. Ona przynajmniej jest urocza, czego nie da się powiedzieć o Rose.

To stwierdzenie tylko bardziej poprawiło nastrój matki, tymczasem Scorpiusowi przypomniało o jeszcze jednej dziewczynie, która uprzykrzała mu życie w ostatnim czasie. Tę mniej przyjemną opowieść też był winny rodzicom.

– Ja ogólnie nie mam szczęścia do dziewczyn. Jedyna rozsądna w moim otoczeniu to była Estera, ale niestety odeszła ze szkoły jeszcze w poprzednim semestrze.

– Przeniosła się gdzieś indziej?

Scorpio pokręcił głową.

– Nie, zrezygnowała całkiem z nauki magii. Wróciła do rodziny i poszła do mugolskiej szkoły. To było niedługo po tym, jak wylądowałem w Mungu na skutek klątwy. Ona straciła rodziców i mieszkała tylko z babcią, która nie była czarownicą i ta bardzo bała się, że w Hogwarcie spotka ją krzywda. Wiem, że nie było jej łatwo, ale ostatecznie Estera zdecydowała, że rodzina jest dla niej ważniejsza niż magia. Ja bym tak chyba nie potrafił, ale jak to sama stwierdziła, nie każdy jest taki zawzięty jak ja – dokończył z uśmiechem.

– Wiesz, co się z nią teraz dzieje? – zapytała Astoria.

– Słyszałem, że sobie radzi.

Kątem oka Scorpius spojrzał na Draco, który w milczeniu przysłuchiwał się tej rozmowie. Ojciec musiał chyba dobrze rozumieć decyzję Estery. Przecież sam dla rodziny zrobił coś bardzo podobnego.

– Ale tak naprawdę to nie o Esterze chciałem powiedzieć – pociągnął Scorpio. – Niedługo po całym tym wypadku z White, kiedy sytuacja nieco się uspokoiła, uczepiła się mnie jedna Krukonka. Przez dłuższy czas szukała na mnie jakiegoś haka. Ewidentnie chciała znaleźć coś, żeby wydalono mnie ze szkoły.

– Dlaczego?

Scorpius wzruszył ramionami.

– Z początku nie miałem pojęcia. Założyłem, że po prostu jest wredna i znalazła sobie taką chorą rozrywkę. W tamtym czasie miałem od McGonagall absolutny zakaz korzystania z magii. Poza lekcjami w ogóle nie powinienem wyciągać różdżki. Więc ta Krukonka nic nie mogła wskórać, co nie znaczy, że dała mi spokój. Któregoś dnia dopadła mnie w bibliotece, kiedy akurat źle się czułem. Byłem przemęczony i jeszcze chyba zaszkodziły mi oliwki poprawione gorącą czekoladą. Musiałem źle wyglądać, bo kiedy przypadkiem zobaczył nas Albus, myślał, że ta Krukonka coś mi zrobiła. Strasznie się wkurzył, bo zabrał i złamał jej różdżkę.

Scorpio usłyszał, jak matka gwałtownie wciąga powietrze.

– Wiedziałem, że jeśli to wyjdzie, to zrobi się afera i Albus będzie miał kłopoty. Dlatego zabrałem różdżkę i wykorzystując nadarzającą się okazję, naprawiłem ją u Olivandera.

– Byłeś sam na Pokątnej? – zapytał Draco.

– Nie sam. Z panią Skamander, która uczy u nas Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Akurat odpracowywałem z nią szlaban.

– Szlaban? – żachnęła się matka.

Scorpius westchnął ciężko i wywrócił oczami. Wiedział, że schodzi z tematu, ale to było konieczne.

– Miałem zakaz korzystania z magii, więc za każde, nawet odruchowo rzucone zaklęcie, dostawałem dwa czy trzy dni kary. Zebrało się tego… kilka tygodni.

Oboje rodzice spojrzeli na niego zdumieni.

– Nic o tym nie pisałeś w listach.

– To nie miało znaczenia, naprawdę. Po prostu czasami musiałem pozamiatać zagrody jednorożców czy nakarmić jakieś chochliki, bo odruchowo zgarnąłem podręczniki do torby z pomocą magii. To nie były jakieś wielkie rzeczy. Naprawdę starałem się trzymać zasad i świadomie nie łamałem zakazu.

Oczywiście poza tym jednym razem w gabinecie ojca, ale akurat to Scorpius musiał przemilczeć z wiadomych powodów.

– No dobrze, naprawiłeś różdżkę tej dziewczyny i co dalej? Bo zakładam, że to nie koniec historii – zapytał Draco, którego ton, choć chłodny, zdradzał jednak zainteresowanie.

Scorpius przełknął ciężko i pociągnął dalej.

– Rzeczywiście, to nie koniec. Chciałem oddać jej różdżkę, wykorzystując chwilę, że była sama. Wtedy jednak byłem świadkiem nieprzyjemnej sceny. Jej starszy brat wrzeszczał na nią, a potem uderzył w twarz tak, że aż stłukła lustro i rozcięła sobie głowę. Zagotowało się we mnie na ten widok. Drań był gotowy rzucić się także na mnie, ale ponieważ… cóż, nie cieszę się zbyt dobrą opinią po ostatnich zajściach, ostatecznie odpuścił i poszedł sobie. Teoretycznie to wszystko nie powinno mnie obchodzić. Dziewczyna była irytująca, a jej kłótnie z bratem były jej prywatną sprawą. Ale coś w tym, jak się zachowywała, nie dawało mi spokoju. Poszedłem więc z tym do McGonagall. Okazało się, że miałem rację. Dziewczyna była maltretowana w domu. Jej brat został wydalony ze szkoły i dostał nadzór aurorski. Trochę było z tym zamieszania, bo przyszło mi znowu rozmawiać z aurorem, tym razem w roli świadka, ale koniec końców skończyło się pozytywnie. A przede wszystkim dziewczyna dała mi spokój i więcej nie próbowała się mnie czepiać.

– I to wszystko również postanowiłeś przemilczeć w listach do nas – skarciła go Astoria.

Scorpius spojrzał na matkę przepraszająco.

– Nie chciałem was niepotrzebnie martwić, zwłaszcza że cała ta sprawa nie dotyczyła bezpośrednio mnie. Zresztą, jak mówię, wszystko dobrze się skończyło.

– Stało się tak, bo zamiast kombinować, zrobiłeś jedyną właściwą rzecz i poszedłeś do dyrektorki – skwitował Draco.

Scorpius wzruszył ramionami.

– Ostatnio wystrzegam się kombinowania. Nic dobrego mi z tego nie przychodziło – stwierdził Scorpio, po czym dodał z uśmiechem. – Ale musiałem dostać mocno po tyłku, żeby to do mnie dotarło.

– To dość znana cecha Malfoyów – dodał od siebie ojciec, również pozwalając sobie na lekki uśmiech.


Zgodnie ze swoimi słowami ojciec wyjechał we wtorek z samego rana i nie było go aż do soboty. W tym czasie Scorpius albo spędzał czas z Astorią, albo szwendał się po okolicy, kiedy ta była w pracy. Sporo czasu przesiadywał też w bibliotece, podczytując książki bądź ćwicząc proste zaklęcia, nic wykraczającego poza posiadane upoważnienie.

Niestety tylko w weekend miał okazję uczyć się czegoś bardziej zaawansowanego, bo tylko wtedy ojciec mógł mu poświęcić trochę czasu. Po raz kolejny Draco był szczerze zaskoczony złożonością poznawanych przez Scorpiusa formuł, ale szybko zauważył, że taki właśnie poziom obecnie prezentował jego syn.

Niestety takich dni było stanowczo za mało jak na potrzeby Scorpiusa, więc całą resztę starał się ogarnąć samodzielnie. Szybko przekonał się również, że niewiele w tym względzie będzie mu pomocna matka. Choć świetna z runów, to jej domeną była numerologia i zielarstwo. Sama twierdziła, że transmutacja zawsze napawała ją lękiem, a Obronę przed Czarną Magią zaliczała głównie dlatego, że przez większość lat mieli kiepskich nauczycieli.

Był właśnie jeden z takich dni, kiedy to letnie burze zatrzymały Scorpiusa w domu. Żeby się nie nudzić, przeglądał manuskrypty opisujące transmutację gazowych elementów w stałe pierwiastki, gdy tuż koło niego zmaterializował się jeden ze skrzatów, ten wyższy, nazywający się Drabek.

– Paniczu, pragnę poinformować, że ma panicz gościa – powiedział z niewielkim ukłonem.

– Gościa? – zapytał Scorpio, unosząc wzrok znad tekstu.

– Panienka czeka w salonie.

Ślizgon nie zdołał ukryć zdumienia. Lily miała przysłać sowę. Czyżby jednak postanowiła poinformować go osobiście?

Zaintrygowany wstał od stołu i przeszedł do wskazanego pomieszczenia.

Tuż koło kominka stała Elizabeth Nash.