Witajcie wszyscy,
na fali letnich upałów i gotowania się w domu, popełniłam ten jakże letni i upalny rozdział. Przed Wami kolejna porcja przygód naszego ulubionego Ślizgona. Z góry przepraszam wszystkich, którzy nie przepadają za Nash, ale z oczywistych względów będzie jej sporo w tym rozdziale. Na pociechę będzie też miły upominek dla miłośników pary Astoria/Draco.
Jak zwykle gorąco dziękuję za wszystkie komentarze, a Błotniakowi za wspaniałą i niezawodną betę.
Życzę miłej lektury.
XXXII
Scorpius przez długą chwilę stał w progu salonu i patrzył się na dziewczynę koło kominka. Była blada, włosy miała rozpuszczone, a oczy wyraźnie podkrążone. Zaciskała silnie usta, a dłonie drżały jej widocznie. Ubrana jedynie w podkoszulkę i krótkie szorty, wyglądała, jakby niedawno wyszła z łóżka. Przede wszystkim jednak rzucał się w oczy czerwony cień na lewym policzku i niepokojące ślady na szyi. Mimo ewidentnego roztrzęsienia spojrzenie miała twarde i teraz mierzyła nim Scorpiusa.
Kiedy Ślizgon dawał jej kartkę ze swoim adresem, nie przypuszczał, że skorzysta z tej propozycji. Wręcz odrzucał podobną opcję. Tymczasem teraz Nash stała w salonie jego domu i obserwowała go bez słowa. Widział po napięciu jej mięśni twarzy, że musi bardzo silnie zaciskać zęby. Czemu milczała? Nie wiedziała, co powiedzieć, czy może nie była w stanie? Nie zamierzał dociekać. Domyślał się, że skoro przyszła, musiała być naprawdę zdesperowana, nie wierzył, by cokolwiek mniejszego zmusiło ją do podobnej decyzji. Wobec tego nie pozostało mu nic innego, jak jej pomóc.
– Gwarek – zawołał, po czym tuż koło niego pojawił się gruby skrzat. – To jest Elizabeth, przygotuj dla niej pokój gościnny.
Skrzat odchrząknął i podszedł w stronę dziewczyny, kolebiąc się na boki niczym kaczka. Potem skłonił się nisko.
– Panienka pozwoli za Gwarkiem. Gwarek zaprowadzi do pokoju.
Nash w bardzo niewielkim stopniu zwróciła uwagę na skrzata, jej spojrzenie wciąż było utkwione w Ślizgonie. Ostatecznie jednak skinęła głową i bez słowa podążyła za skrzatem. Chwilę później poszedł za nimi Scorpius.
Po przejściu dwoma korytarzami Gwarek zaprosił Nash do jednego z pokoi, a moment później pojawił się z powrotem z naręczem ręczników, szlafrokiem i koszem owoców.
– Jeśli coś będzie jeszcze potrzebne, proszę wołać Gwarka.
Dziewczyna zatrzymała się na środku pokoju i ponownie skinęła głową, odprawiając tym skrzata, a potem jeszcze przez moment patrzyła w milczeniu na Scorpiusa, który stanął w progu pokoju. Ślizgon miał cichą nadzieję, że w końcu powie cokolwiek, ale ponieważ cisza zawisła między nimi na dobre, ostatecznie po prostu wycofał się i zamknął drzwi. Dopiero wtedy usłyszał głuche uderzenie, jakby coś upadło na podłogę i stłumiony, choć wciąż wyraźny szloch.
Oparł się o ścianę, przeczesał włosy dłonią i westchnął ciężko. Sam miewał różne kłopoty, ale nawet nie próbował sobie wyobrażać, co musiało się dziać w domu Nash. Wiedział, że była twarda i wiele potrafiła znieść, tymczasem teraz wyła za ścianą. Zapewne dlatego w ogóle się nie odzywała, chciała zachować resztki dumy i nie rozkleić się przy nim. On z pewnością był ostatnią z osób, przy których chciała pokazać podobną słabość. Z drugiej strony, jak musiała być zaszczuta, skoro postanowiła przyjść tutaj. Naprawdę nie wiedział, co teraz zrobić.
Miał jeszcze przynajmniej sześć godzin do powrotu matki z pracy, w tym czasie musiał znaleźć odpowiednie słowa, by wyjaśnić obecność Nash w posiadłości. A co do samej dziewczyny, czuł, że powinien po prostu zostawić ją w spokoju. Jego obecność w niczym nie pomoże. Nie był zresztą zbyt dobry w podnoszeniu na duchu.
Jeszcze przez chwilę słuchał szlochu za ścianą, a potem ruszył korytarzem z powrotem do biblioteki. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Po drodze poprosił Gwarka, by za godzinę zaniósł Nash coś do zjedzenia.
Było koło szesnastej, gdy usłyszał kroki, a po chwili do biblioteki weszła Nash, prowadzona przez skrzata.
– Dziękuję – powiedziała cicho w stronę Gwarka, który skłonił się i zniknął z głośnym pyknięciem.
Scorpius wyprostował się na krześle i spojrzał na dziewczynę. Oczy wciąż miała zapuchnięte, ale jej dłonie przestały drżeć, a twarz odzyskała trochę koloru. Wcześniejsze ślady z czerwonych przybrały barwę zbliżoną do fioletu.
– Przepraszam za to najście. Nie chciałam robić zamieszania – odezwała się bez zwykłej sobie pewności siebie. Jej wzrok był wciąż dziwnie nieobecny, a postawa wycofana.
– Co się stało? – zapytał wprost Scorpius. Już wcześniej doszedł do wniosku, że nie ma sensu owijać w bawełnę.
Nash odwróciła spojrzenie i przygryzła wargi.
– Muszę wracać, nie będę dłużej sprawiać ci kłopotu – powiedziała, kompletnie ignorując jego pytanie. – Dzię…
– Co się stało? – powtórzył Scorpius z naciskiem.
Dziewczyna zacisnęła dłonie, które znowu zaczęły drżeć nieznacznie. Widział, jak kolejne jej oddechy stają się bardziej urwane.
Podniósł się, przeszedł trzy kroki i wsparł się o stół, krzyżując ręce na piersi.
– Naprawdę zamierzasz tam wracać? – zapytał, bacznie wpatrując się w Krukonkę.
Nash przymknęła na chwilę oczy i skrzywiła się, a potem wzięła głębszy oddech i odwzajemniła spojrzenie.
– A jakie mam wyjście? To ostatecznie mój dom, nawet jeśli... – zawahała się. – Nawet jeśli to ostatnie miejsce, w jakim chcę być.
– Możesz zostać tutaj – rzucił Scorpius, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Nigdy by nie przypuszczał, że wyjdzie z podobną propozycją, ale im dłużej o tym myślał, tym bardziej wydawało się to jedyne i słuszne rozwiązanie.
Nash patrzyła na niego niedowierzająco.
– To nie takie proste, będą mnie szukać.
Słysząc to, Ślizgon nie zdołał powstrzymać kpiącego uśmiechu.
– Myślę, że to ostatnie miejsce w Anglii, gdzie będą sprawdzać.
Dziewczyna gwałtownie odwróciła spojrzenie i jeszcze silniej zacisnęła pięści. Scorpius widział, jak walczy, by zapanować nad emocjami. Ewidentnie chwiejna równowaga, do której powróciła, była niezwykle krucha. Naprawdę nie miał ochoty, żeby mu się tu rozkleiła, więc postanowił zmienić temat.
– Kiedy masz urodziny?
Zaskoczenie przezwyciężyło negatywne emocje i Nash ponownie na niego spojrzała.
– Osiemnastego września, a co to ma do rzeczy?
– Czyli w najgorszym wypadku stracisz trzy tygodnie nauki. Wystarczy, że do tego czasu nie zdołają cię znaleźć, a potem staniesz się pełnoletnia i będą ci mogli naskoczyć.
Nash wciąż patrzyła na niego szczerze zdumiona.
– Jak widzisz, to duży dom i nie ma tłoku – dodał Scorpius. – O ile oczywiście jesteś w stanie znieść towarzystwo eks-śmierciożercy i jego ślizgońskiego syna.
Nagle wzrok Nash zmienił się zdecydowanie. Trudno powiedzieć, czy sprawiła to szansa na wyrwanie się z prywatnego piekła, ale w jej oczach na powrót pojawiły się znajome iskry zapalczywości.
– Zniosłabym towarzystwo samego Voldemorta – powiedziała z pełną powagą.
Scorpius prychnął.
– Lepiej nie wymawiać w tym domu jego imienia. Te mury pamiętają bardzo złe historie.
– Zapamiętam – odparła znacznie bardziej zdecydowanym tonem.
Nash usiadła przy stole i niezbyt zainteresowanym wzrokiem przeglądała zawartość jednej z leżących tam książek. Niewątpliwie jej myśli zajęte były czymś zupełnie innym, a to jedynie miało maskować zdenerwowanie. Widział, jak z całych sił starała się nie zwracać uwagi na Scorpiusa sprzątającego rozrzucone wokół materiały. Mógł sobie tylko wyobrażać, jak cała ta sytuacja musiała być dla niej dziwaczna. Z drugiej strony, jak źle było w jej domu, skoro wolała przebywać tutaj, nawet jeśli czuli do siebie wzajemną niechęć?
Kiedy ostatni tom wrócił na półkę, Scorpio otrzepał ręce i odezwał się.
– Niebawem wróci moja matka, zostań tutaj – powiedział, ruszając w stronę drzwi.
Dziewczyna wzięła głębszy wdech i zamknęła przeglądaną książkę.
– Dlaczego to robisz?
Scorpius zatrzymał się wpół kroku i odwrócił.
– Dlaczego ci pomagam?
Nash skinęła głową, a on w odpowiedzi wzruszył ramionami.
– Wolałabyś, żebym wysłał sowę do Tima?
Widział, jak wzdrygnęła się na brzmienie imienia brata, mimo że próbowała się powstrzymać i zachować spokój.
– Wiesz, że nie to mam na myśli.
Co miał jej odpowiedzieć? Że kiedy widział, jaka jest przerażona i osamotniona w swoim strachu, było mu jej zwyczajnie żal? Że mimo iż mieli wcześniej zatargi, to teraz jej współczuł? Że nie mógłby spojrzeć we własne odbicie, gdyby postąpił inaczej? Każda z tych odpowiedzi, uderzyłaby w jej i tak już mocno nadwątloną dumę. Jeśli mieli cokolwiek ze sobą wspólnego, to oboje nie chcieli niczyjej litości.
– Bo tak trzeba – odparł po namyśle.
Dziewczyna prychnęła.
– Już kiedyś to od ciebie słyszałam. Wtedy nie potrafiłam tego zaakceptować i w sumie nadal jest mi trudno. Nigdy nie przypuszczałam, że Ślizgon może być tego typu osobą.
Słysząc to, niespodziewanie Scorpius pomyślał o ojcu. Draco też robił coś, czego nikt się po nim nie spodziewał.
– Ja również – stwierdził z lekkim uśmiechem.
Nash spojrzała na niego pytająco.
– Wiesz, kiedy wciąż wszyscy ci wmawiają, że jesteś kłamliwym, zdradzieckim gadem, to w końcu zaczynasz w to wierzyć. Ja jednak miałem szczęście. W porę znalazł się ktoś, kto powiedział, że nie musi tak być.
– Potter?
Scorpio skinął głową. Nash zmarszczyła brwi, a potem z powrotem przeniosła spojrzenie na książkę.
– Zazdroszczę – skwitowała cicho.
Scorpius nie dopytywał o szczegóły. Domyślał się, co miała na myśli. Przez tyle lat w jej otoczeniu nie znalazł się nikt, kto pomógłby jej przezwyciężyć trudności. Z tym koszmarem musiała sobie radzić samodzielnie.
Patrząc na to z tej perspektywy, tym bardziej chciał jej pomóc. Teraz jednak ona z trudem wierzyła w jego dobre intencje, więc zachował tę myśl dla siebie i wyszedł z biblioteki, bo właśnie z salonu dobiegł odgłos aktywacji kominka.
Jak bardzo by się nie starała, nie potrafiła skupić choć odrobiny myśli na przeglądanej książce. Jej umysł błądził między wydarzeniami z domu, Ślizgonem a rozmową prowadzoną w salonie. Niestety nie była w stanie zrozumieć poszczególnych słów, choć rozpoznawała głos Malfoya i jakiejś kobiety, zapewne jego matki.
Tak wiele zależało od wyniku tej rozmowy. Perspektywa pozostania w tym miejscu, choć napawała ją pewnym niepokojem, była stokroć lepsza niż konieczność powrotu do domu. Teraz kiedy pozwoliła sobie na iskierkę nadziei, chyba nie zniosłaby rozczarowania. Ślizgon wydawał się przekonany co do tego pomysłu, ale Elizabeth szczerze obawiała się reakcji zarówno jego matki, jak i jej własnej rodziny. Co jeśli mimo wszystko ją tutaj znajdą? Sprowadzi problemy nie tylko na siebie, ale także na tych ludzi. Czy powinna ich narażać? To było skrajnie egoistyczne, ale… tak bardzo nie chciała wracać. Tamtego dnia, kiedy wieczorem spotkała Malfoya na przejściu między wieżami szkoły, on doskonale ją wyczuł. To był bardzo zły dzień, pełen najczarniejszych myśli. W tamtej chwili naprawdę zastanawiała się, czy skok w ciemność nie byłby najlepszym rozwiązaniem. Gdyby wtedy jej nie zatrzymał… Ale on zrobił znacznie więcej, ofiarował jej furtkę, dzięki której nie pogrążyła się w rozpaczy. Była w stanie pojechać do domu, tylko dlatego, że widziała inne wyjście. To, z którego ostatecznie skorzystała.
Przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz na myśl o tym, co wydarzyło się zaledwie kilka godzin temu. Była takim strasznym tchórzem, w przeciwnym razie zamiast do Malfoya udałaby się wprost do Biura Aurorów. Za bardzo jednak obawiała się, że tam ojciec również może mieć wielu znajomych. Co, gdyby trafiła na jednego z nich? Co, jeśliby jej nie uwierzył albo co gorsza pomógł w zatuszowaniu całej sprawy?
Zacisnęła silniej dłonie na książce, by nie pozwolić im drżeć, choć jednocześnie czuła, jak łzy znowu napływają jej do oczu. Była takim strasznym tchórzem. Nie potrafiła się przeciwstawić ani ojcu, ani bratu. Czuła się bezradna i najchętniej zapadłaby się pod ziemię, gdzie nikt nie mógłby jej znaleźć.
Szybkim gestem próbowała pozbyć się łez, ale te uparcie wciąż napływały. Już dawno przestała pytać, dlaczego właśnie ją to spotyka, ale dziś była tak roztrzęsiona, że nie potrafiła w pełni panować nad emocjami. Przez tyle lat w milczeniu znosiła wszystko, kryjąc strach pod maską obojętności, nigdy przed nikim nie okazywała słabości. Dlaczego więc z Malfoyem było inaczej? Dlaczego zawsze miała wrażenie, że on czyta z niej niczym z otwartej księgi? Dlaczego wydawał się rozumieć? Czy był aż tak dobrym obserwatorem? Nie pojmowała tego. Nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. Wiedziała tylko, że choć zawsze uczono ją, by nie ufać Ślizgonom, to gdy zaproponował jej, by została tutaj, z trudem powstrzymała łzy. Próbowała zachować resztki dumy i godności, ale w głębi nie potrafiła wyrazić swojej wdzięczności. Tak naprawdę o niczym innym nie marzyła, jak już nigdy więcej nie widzieć swojej rodziny na oczy.
To była prawdziwa ironia losu, że otrzymała pomoc od osoby, od której najmniej by się tego spodziewała. Zaskoczył ją, najpierw, kiedy zobaczył jej spięcie z Timem, potem na moście, a nawet dzisiaj. Praktycznie zaskakiwał ją za każdym razem, kiedy znajdował się w jej otoczeniu. Musiała być naprawdę zaślepiona, skoro dopiero niedawno dostrzegła, jak bardzo się co do niego myliła.
A teraz siedziała w bibliotece jego domu i próbowała dosłyszeć przebieg rozmowy, który mógł zadecydować o dalszym jej losie. Nie wiedziała, co zrobi, jeśli spotka się z odmową, ale gdzieś podskórnie pewność siebie Malfoya spłynęła też na nią.
A potem usłyszała kroki i kiedy uniosła spojrzenie, dostrzegła w drzwiach elegancko ubraną kobietę. Miała nienagannie upięte włosy i nienachalny, ale staranny makijaż. Granatowa garsonka doskonale komponowała się z ciemnymi oczami. Krok za nią wszedł Scorpius.
– Jestem Astoria, a ty musisz być Elizabeth – powiedziała kobieta, uśmiechając się łagodnie. – Scorpio opowiedział mi, co się stało. Możesz tu zostać tak długo, jak będzie potrzeba.
Przez chwilę patrzyła na panią Malfoy i czuła, jak coraz bardziej coś ściska ją za gardło. Nie była w stanie złożyć żadnego sensownego zdania, mimo iż czuła, że jest winna tej kobiecie wyjaśnienia.
– Dziękuję… – wyszeptała w końcu i zasłoniła twarz dłońmi, bo łzy już zupełnie swobodnie zaczęły spływać po jej policzkach.
Przez moment szlochała bezgłośnie, a potem poczuła obejmujące ją ręce. Pani Malfoy przygarnęła ją do siebie. Ciepło i bliskość sprawiły, że rozkleiła się na dobre. Od własnej matki nie otrzymała nigdy niczego ponad chłodne milczenie.
– Ciii… Już dobrze. Jesteś bezpieczna. Nikt cię tu nie skrzywdzi. – Usłyszała szept kobiety i te słowa to było wszystko, czego teraz potrzebowała.
Może za chwilę będzie czuła palący wstyd, ale w tym momencie to nie miało znaczenia. Liczył się tylko fakt, że wreszcie nie była sama.
Nash resztę dnia spędziła w towarzystwie Astorii, najwyraźniej przy niej znajdując większe oparcie, niż mógł zaoferować jej Scorpius. Ponieważ sam poczuł się zupełnie zbędny, samotnie wybrał się do pobliskiego miasteczka, gdzie spotkał kilku znajomych z dzieciństwa, z którymi na różnych wspominkach zeszło mu aż do wieczora. Oczywiście nie mógł zdradzać zbyt wiele na temat szkoły z internatem, do której uczęszczał, ale okoliczni mieszkańcy i bez tego wiedzieli swoje. Scorpio już jako dziecko zrozumiał, że jest inny od okolicznych dzieciaków, ale to absolutnie nie przeszkadzało mu w zadawaniu się z nimi. Było to zresztą obustronne, bo nawet teraz chwilami patrzyli na niego znacząco, jakby liczyli, że da im jakiś namacalny dowód swojej inności. Oczywiście nic takiego nie zamierzał robić, ale to nie przeszkadzało mu w tym, by całkiem przyjemnie spędzić czas.
Kiedy wrócił do domu, dowiedział się, że Nash otrzymała od Astorii trochę ubrań, bo była wystarczająco wysoka, by na nią pasowały, a teraz odpoczywała we wcześniej wskazanym pokoju.
– Powiedziała ci, co się stało? – spytał matki, kiedy zasiedli do kolacji.
Kobieta pokręciła głową.
– Wydaje mi się, że nie była w stanie o tym opowiadać, a ja nie naciskałam. Zapewne powie, kiedy przyjdzie odpowiednia chwila.
Scorpius westchnął i wypił łyk soku pomarańczowego. Cała ta historia nie mieściła mu się w głowie. Jakim idiotą trzeba być, żeby odwalać takie numery, gdy miało się na karku Biuro Aurorów. Ale widać on rozumował jak Ślizgon, który zawsze był na celowniku. Widocznie inni, zwłaszcza ci mający koneksje w Ministerstwie, nic sobie z tego nie robili. Bolała go ta jawna niesprawiedliwość, ale nic nie mógł na nią poradzić.
– Zastanawia mnie to, ponieważ… co tu ukrywać, nie przepadamy z Nash za sobą. Musiało się wydarzyć coś bardzo złego, że pojawiła się tutaj. Zresztą widziałaś te ślady, jakie miała na twarzy i szyi.
Astoria pokiwała głową, patrząc na niego bacznie.
– Skąd w ogóle miała nasz adres?
– Dałem jej któregoś dnia, niedługo przed zakończeniem szkoły. W sumie nie wiem, dlaczego to zrobiłem, to był impuls. Była wtedy w strasznym dołku w związku ze zbliżającym się powrotem do domu, a ja zwyczajnie miałem złe przeczucia. Przez myśl mi nie przeszło, że z tego skorzysta, ale wtedy po prostu chodziło o to, by dać jej alternatywę, gdyby rzeczywiście było tak źle, jak obawiała się, że może być. Wiem, że powinienem może najpierw was zapytać, ale nie było czasu.
Astoria zbyła go gestem dłoni.
– Dobrze zrobiłeś – powiedziała, a potem na jej twarzy odmalował się łagodny uśmiech, taki, który rezerwowała jedynie dla najbliższych członków rodziny. – Bardzo wydoroślałeś. Im dłużej cię słucham, tym bardziej dochodzę do przekonania, że nie jesteś już tym lekkomyślnym chłopcem, ale stałeś się odpowiedzialnym mężczyzną, który stara się postępować słusznie. Jestem z ciebie dumna.
Scorpius poczuł, że przez słowa matki zaczynają palić go uszy.
– Chyba najwyższa pora na to – skwitował, kierując całą uwagę na potrawę przed sobą.
Przez następne kilka dni praktycznie nie widywał Nash. Co prawda pojawiała się w czasie posiłków, ale większość czasu spędzała zamknięta w pokoju. Nie zmuszał jej ani do wychodzenia, ani nawet do prowadzenia rozmów. Jeśli wolała samotność, to widocznie było jej to teraz potrzebne. Powrót do równowagi psychicznej nie jest czymś, co dzieje się z dnia na dzień.
Tymczasem Scorpius starał się zachowywać, jakby nic dziwnego nie miało miejsca. Pomagał Astorii, uczył się albo włóczył po okolicy. Dostał również list od Lily informujący, że obóz magiczny rozpocznie się w połowie sierpnia. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, na szybko sklecił jakąś wymówkę, twierdząc, że właśnie w tym terminie dziadkowie zamierzają ściągnąć go do Walii. Lily zapewne będzie niepocieszona, ale wszystko mówiło mu, że lepiej będzie, jeśli jednak zostanie w domu. Wolał trzymać rękę na pulsie.
Jeszcze tego samego wieczora usłyszał wołanie z szafki przy łóżku. Bez wahania wyciągnął lusterko i zobaczył twarz Gryfona.
– Co się stało? – zapytał Albus, ewidentnie świadom, że odpowiedź, którą otrzymali przez sowę, mocno rozmijała się z prawdą.
Scorpius westchnął nieznacznie, Potter stanowczo zbyt dobrze go poznał.
– Mam niespodziewanego gościa. Nash tutaj jest.
– Nash? Jakim cudem?
Ślizgon zbył go gestem ręki.
– To długa historia. Ogólnie wygląda na to, że jej uroczy braciszek odwalił jakiś grubszy numer i nawiała z domu. Prawdopodobnie zostanie w posiadłości do końca wakacji.
Albus zmarszczył brwi w zamyśleniu.
– Rozumiem, jeśli potrzebujesz jakiejś pomocy…
– Dzięki, poradzę sobie. Na razie jest spokojnie – odparł Scorpio, choć słowa Gryfona nasunęły mu pewien pomysł. – Jak coś, to odezwę się.
– W porządku. Mam lusterko w pokoju, więc łap mnie wieczorem.
Scorpio skinął głową, po czym życzył Gryfonowi udanego wyjazdu i rozłączył się.
Było upalne lipcowe południe, gdy Scorpius rozsiadł się w altance w ogrodzie i trzymając różdżkę leniwie w dłoni, poruszał małym piórkiem, za którym z radością ganiała Tori. Pogoda nie zachęcała do żadnych prac, bo temperatura zrobiła się nieznośnie wysoka. Nawet w posiadłości, gdzie zwykle panował przyjemny chłód, powoli zaczynało być za gorąco.
Siedząc w cieniu altany, dostrzegł kątem oka zbliżającą się postać. Po chwili tuż obok stanęła Nash i przez jakiś czas obserwowała wyczyny łowieckie łasicy. W końcu jednak jej wzrok padł na Scorpiusa.
– Nie powinieneś czarować poza szkołą – rzuciła, choć bez wielkiego przekonania.
Ślizgon uśmiechnął się przebiegle.
– Mam taki jeden papierek od dyrektorki, dzięki któremu nikt nie ma prawa się o to czepiać.
Widział, jak dziewczyna spogląda na niego pytająco, więc szybko dodał:
– Dostałem upoważnienie na ćwiczenie magii w czasie wakacji.
Nash chyba przyjęła jego wyjaśnienie, bo z powrotem zaczęła obserwować Tori.
– Wygodne – mruknęła.
– Przydatne.
Przez długą chwilę panowało między nimi milczenie. Scorpius ukradkiem obserwował stojącą obok dziewczynę. Z pewnością wyglądała dużo lepiej niż pierwszego dnia. Jej twarz odzyskała nieco normalnej barwy, nie była też tak zapuchnięta, a wcześniejsze ślady wyraźnie zbladły. Włosy miała starannie splecione w warkocz i była ubrana w jedną z sukienek Astorii, niebieską z białymi kwiatami. Wyglądała naprawdę dobrze i w tej chwili trudno byłoby powiedzieć, że przeżyła cokolwiek złego.
– On chciał mnie zabić – wyszeptała, wciąż nie odrywając wzroku od łasicy.
Scorpius poczuł, jak zasycha mu w gardle. Piórko, którym sterował, opadło na ziemię i skończyło w pysku zwierzęcia. Nie zwrócił jednak na to najmniejszej uwagi, jego wzrok skupiony był na Krukonce.
– Przez kilka pierwszych dni po moim powrocie wszystko było w miarę w porządku. Oczywiście ani ojciec, ani Tim nie chcieli ze mną rozmawiać, ale po prawdzie wcale mi to nie przeszkadzało. Miałam nadzieję, że tak upłyną całe wakacje. Niestety to była tylko cisza przed burzą. Tamtego dnia rodzice pojechali na zakupy, a ja zostałam w domu sama. Tim był z kolegami na obozie, przynajmniej wszyscy tak twierdzili. Siedziałam w salonie, kiedy nagle złapał mnie i przewrócił na podłogę. Był kompletnie pijany, krzyczał coś i bełkotał, ale teraz nie jestem w stanie przypomnieć sobie słów. Przygniótł mnie i zaczął dusić. Zupełnie stracił panowanie nad sobą. Próbowałam się bronić, ale jest ode mnie znacznie silniejszy, a ja nie miałam przy sobie różdżki. Nie wiem, ile to trwało, ale udało mi się sięgnąć do jego twarzy i wsadzić palce do oczu. Wściekł się jeszcze bardziej i uderzył mnie. Przez chwilę nie mogłam złapać oddechu, ale ponieważ mnie puścił, chwyciłam pogrzebacz i trafiłam go w głowę. Jęknął i zamroczyło go. Zdołałam zrzucić go z siebie i nie zastanawiając się wiele, uciekłam przez Fiuu.
Scorpius był zdumiony, z jakim spokojem Nash opowiadała o tych wydarzeniach. Zupełnie jakby przytaczała jakąś zasłyszaną historię, która wcale jej nie dotyczyła. Szybko jednak coś innego przykuło jego uwagę.
– A co z aurorami? Czy nie mieli go pilnować?
Krukonka wzruszyła ramionami.
– Może ojciec ich przekupił, nie wiem. Nie widziałam żadnego od początku wakacji.
Scorpius poczuł narastającą frustrację. W innej sytuacji zaproponowałby, żeby zgłosiła to zajście do Ministerstwa, jednak z góry domyślał się odpowiedzi. On sam nie miał zaufania do aurorów, najwyraźniej Elizabeth również.
– Mam nadzieję, że przywaliłaś mu odpowiednio mocno – rzucił zamiast tego.
– Kiedy wchodziłam do kominka, odzyskiwał świadomość, więc niestety nabiłam mu tylko sporego guza. Niewielka zapłata za te wszystkie lata.
Scorpius wyprostował się, wstał i podszedł na skraj altany.
– Nie zamierzam cię do niczego przekonywać, ale jeśli będziesz chciała to jednak zgłosić, to mogę ci załatwić spotkanie z aurorem, którego twój ojciec nie zdoła przekupić.
Nash zmarszczyła brwi.
– Czasami wątpię, czy tacy jeszcze istnieją.
Scorpius prychnął, po czym uśmiechnął się w bardzo ślizgoński sposób.
– Nawet jeśli rozmawiamy o Harrym Potterze?
Ewidentnie Nash nie brała tego pod uwagę, bo zaskoczenie odmalowało się na jej twarzy. Szybko jednak marazm powrócił.
– Przemyślę to – odparła, spoglądając w dal.
Przez dłuższą chwilę znowu panowała między nimi cisza. Scorpius nie bardzo wiedział, co miałby powiedzieć. Poza nieszczęśliwą historią rodzinną praktycznie niczego nie wiedział o Nash, tym bardziej nie miał pojęcia, o czym miałby z nią rozmawiać.
– Podoba ci się? – wypalił w pewnym momencie.
– Co?
– Ogród.
Skonsternowana Krukonka pokiwała głową.
– Może być.
– Skrzaty by się zapłakały, gdyby usłyszały ten komentarz.
Scorpius schował różdżkę do kieszeni i wyszedł z altany.
– Okolica też jest niczego sobie. Chodź, oprowadzę cię. Siedzenie w czterech ścianach jeszcze nikomu nie pomogło.
Uszedł kilka kroków, ale gdy spojrzał za siebie, Nash wciąż stała w miejscu i przyglądała mu się dziwnie.
– Czemu to robisz? Czemu po tym wszystkim jesteś dla mnie… miły?
Scorpius wywrócił oczami i przeczesał dłonią włosy.
– Żebyś miała się nad czym głowić – rzucił kąśliwie. – A tak poważnie, to chyba już ustaliliśmy, że ty nie połknęłaś jednak kija od szczotki, a ja nie jestem ostatnią gnidą? Więc po co dalej roztrząsać temat.
– Ale przecież… zaraz… ja wcale nie połknęłam kija od szczotki – żachnęła się Nash i naraz jej twarz odzyskała przynajmniej część dawnej zaciętości.
– Czyżby? Odniosłem zupełnie inne wrażenie, zwłaszcza przy pierwszych naszych uroczych spotkaniach.
Krukonka pokręciła głową.
– Czy ty wszystko obracasz w żart?
Scorpius wzruszył ramionami.
– Tylko te poważne sprawy – skwitował i ruszył w stronę wyjścia z ogrodu. Chwilę później Elizabeth podążyła za nim.
To było naprawdę dziwne. Przez dłuższy czas szli wiejską drogą w zupełnym milczeniu. Żadne z nich nie zwracało większej uwagi na otoczenie. Scorpius zastanawiał się, co powinien dalej zrobić, natomiast Nash zdawała się być pogrążona w jakichś, zapewne niewesołych, rozmyślaniach.
Scorpio miał szczerą nadzieję, że nie spotkają nikogo z okolicznych mieszkańców, bo naprawdę nie miał ochoty tłumaczyć, kim jest towarzysząca mu dziewczyna. Ta myśl pociągnęła za sobą kolejną, która spowodowała, że dziwny dreszcz przeszedł go wzdłuż kręgosłupa. Obiektywnie patrząc, Nash była naprawdę ładną dziewczyną, zwłaszcza teraz, kiedy jej twarzy nie zdobił ten paskudny grymas złości czy strachu. Wcześniej, z oczywistych względów, Scorpius nie zwracał na to uwagi, ale teraz, gdy już o tym pomyślał, to odkrycie dziwnie go wzburzyło. Stanowczo nie powinien myśleć w takich kategoriach. To wydawało się zwyczajnie niewłaściwe. W końcu przyszła do niego po pomoc, nie kryły się za tym żadne inne intencje. Tymczasem on oceniał ją w kategoriach wyglądu. Nie świadczyło to o nim najlepiej.
Tym dziwniej się poczuł, gdy dostrzegł, że Krukonka obserwuje go kątem oka.
– Co? – zapytał niezbyt elokwentnie, spoglądając w jej stronę.
Dziewczyna gwałtownie odwróciła wzrok, wyraźnie zmieszana.
– Nic – mruknęła.
Nie zamierzał jej ciągnąć za język, zwłaszcza że sam czuł się dziwnie skołowany ostatnim odkryciem. W każdym innym wypadku chętnie strzeliłby sobie w twarz na otrzeźwienie, ale nie chciał wyjść na jeszcze większego dziwaka. Chyba dzisiejszy upał mu nie służył, może dostał udaru albo się odwodnił, przez co teraz miał zwidy.
Wiedziony tą myślą, poprowadził Nash w stronę rzeki, gdzie ostatecznie usiedli w cieniu drzewa, bo na słońcu skwar zaczynał być nie do wytrzymania. Scorpius wyciągnął różdżkę i po chwili tuż obok nich zmaterializowały się dwie szklanki wypełnione wodą, kolejne zaklęcie i w środku każdej zatrzeszczały trzy kostki lodu. Nash podniosła jedną z nich na wysokość oczu i obejrzała dokładnie.
– Transmutacja śródmaterialna, nieźle – stwierdziła, po czym pociągnęła łyk wody.
Scorpius nie był zaskoczony, że rozpoznała zaklęcie, jak na Krukonkę przystało, miała dużą wiedzę.
– Lubię się bawić pierwiastkami i stanami. W odróżnieniu od magii niewerbalnej to ma jasne, przejrzyste zasady. Wystarczy się ich trzymać i wszystko działa.
Nash odstawiła szklankę.
– Znam takich, którzy by się z tobą nie zgodzili, zwłaszcza ci, którzy swoją magię opierają na emocjach.
– Emocjach?
– Oczywiście. Dziedziny takie jak transmutacja, eliksiry czy magia stosowana są domeną tych, którzy traktują czary jako dziedzinę nauki, logiczną i systemową. Natomiast zaklęcia niewerbalne, wróżbiarstwo albo spirytystyka wywodzą się z emocji. Ci, którzy najpierw działają, a potem myślą, są zwykle w nich biegli.
– To by tłumaczyło, dlaczego Weasley jest w tym taka dobra – mruknął Scorpio bardziej do siebie niż do Nash, a potem dodał nieco głośniej. – Zakładam, że ty też zaliczasz się do tej pierwszej grupy.
Krukonka niespodziewanie uśmiechnęła się cierpko i skinęła głową.
– Nauczyłam się trzymać emocje na wodzy, w przeciwnym razie już dawno zamknęliby mnie na oddziale psychiatrycznym w Mungu.
Scorpius naprawdę nie wiedział, co odpowiadać na podobne stwierdzenia. Zadziwiające, że potrafiła wciąż z tego żartować, nawet jeśli było to bardzo wisielcze poczucie humoru. To bardziej niż cokolwiek innego pokazywało jej siłę. Z drugiej strony dobrze to rozumiał, ile razy sam ukrywał własne problemy pod ironią czy sarkazmem, zwłaszcza jeśli nie ufał rozmówcy na tyle, by dzielić się z nim prawdziwymi odczuciami. Wynikało z tego jasno, że Nash mu również nie ufała i w sumie trudno się temu dziwić.
– Myślę, że ktoś inny zasłużył sobie tam na dożywotnie miejsce. Nazywajmy rzeczy po imieniu, twój brat to psychopata.
– Mnie nie musisz tego mówić.
– Ale inni powinni się o tym dowiedzieć. Nie tylko ty byłaś jego ofiarą.
Nash przymknęła oczy i skrzywiła się. Scorpius domyślał się, że nie lubiła tego określenia. Sam zresztą podzielał tę niechęć, ale nie dało się tego nazwać inaczej.
– Nawet mnie się kiedyś oberwało – pociągnął, by oderwać Krukonkę od nieprzyjemnych myśli. Dziewczyna spojrzała na niego pytająco, więc pociągnął. – Wraz ze swoim kumplem na trzecim roku skopali mnie niemal do nieprzytomności w Hogsmeade.
Oczy Nash wyraźnie stwardniały.
– Namawiasz mnie bym zgłosiła się do aurorów, ale domyślam się, że sam nie powiedziałeś o tym ani słowa nikomu. Wyłazi z ciebie hipokryta.
Scorpius wzruszył ramionami.
– Wiesz, to była trochę inna sytuacja. Wtedy byłem obrażony na cały świat i za nic nie poszedłbym na skargę. Ale odpłaciłem się im z nawiązką. Pamiętasz ten wybuch w Wieży Południowej?
Nash nie zdołała ukryć zdumienia.
– To byłeś ty? Mówili, że Potter.
– To skomplikowane. Ja rozpyliłem wyciąg z pokrzyskupni, a ten idiota przylazł za mną i rzucił zaklęcie w niewłaściwym miejscu. Trzeba przyznać, że wtedy najadłem się strachu, myślałem, że go zabiłem. Ale nie ma tego złego, poniekąd przez tamto wydarzenie się zakumplowaliśmy.
Krukonka tylko niedowierzająco pokręciła głową.
– Pamiętam, jak Tim wściekle ganiał po szkole, szukając sprawcy. Po dziś dzień nie wie, kto go wtedy tak urządził – rzuciła z rozbawieniem, a potem dodała poważniej. – Nawet nie wiesz, jak żałowałam, że Potter nie był skuteczniejszy. Wiem, że to niewłaściwe, ale z przyjemnością widziałabym Tima martwym. Za to wszystko, co zrobił mnie i innym, nie zasłużył na nic innego.
– To co cię powstrzymuje?
Nash spuściła wzrok i wzruszyła ramionami.
– Po prostu nie potrafię. Teraz, kiedy rozmawiamy, wydaje się to słuszne i logiczne, ale kiedy staję naprzeciw Tima albo ojca… jestem zwyczajnym tchórzem.
Scorpius przez dłuższą chwilę patrzył w milczeniu na siedzącą obok dziewczynę i naprawdę nie za bardzo wiedział, co powinien zrobić czy powiedzieć. Nie miał doświadczenia McGonagall czy intuicji Albusa, żeby odnaleźć się w podobnej sytuacji. Gdy Nash była przybita pierwszego dnia, Astoria ją objęła, ale Scorpius nie potrafił zdobyć się na taki gest, zresztą wątpił, by po tym wszystkim, co przeszła, Krukonka odebrała to dobrze.
– To, że Tim jest kanalią już ustaliliśmy, ale co z twoimi rodzicami? – zapytał z pewnym wahaniem.
Nash westchnęła ciężko.
– Co mam ci powiedzieć? Tim miał się od kogo uczyć. Mój ojciec jest człowiekiem nieznoszącym sprzeciwu. Jego słowo jest prawem i nie ma od tego odstępstw. Tim od dziecka był wpatrzony w niego jak w obrazek, widział, jak ojciec wielokrotnie poniżał naszą matkę i szybko zaczął przejmować te wzorce. Matka zawsze wydawała się pogodzona z losem i chyba odczuła ulgę, gdy agresja ojca i Tima skupiły się na mnie, zamiast na niej. Odkąd sięgam pamięcią, nigdy się za mną nie wstawiła, ale wiesz co, nawet nie mam do niej o to żalu. Po prostu bała się tak samo jak ja.
Scorpiusowi trudno było zachować kamienną twarz, kiedy o tym słuchał. Mając przed oczami własnych rodziców, może niezbyt wylewnych, nie okazujących sobie otwarcie uczuć, ale zawsze stojących za sobą murem, albo rodzinę Potterów, którzy skoczyliby za sobą w ogień, krew się w nim gotowała, gdy słuchał słów Nash.
– To nie ty jesteś tutaj tchórzem – rzucił przez zaciśnięte zęby.
Musiała dostrzec jego złość, bo na jej twarzy odmalował się niepokój. Przestraszyła się go, nawet jeśli jego gniew nie był skierowany na nią.
Scorpius gwałtownie wstał i odszedł kilka kroków. Wziął parę głębszych wdechów, a potem odwrócił się i spojrzał na dziewczynę.
– Może mam staroświeckie przekonania, ale dla mnie faceci, którzy w ten sposób próbują pokazać swoją wyższość, zasługują, żeby ich powiesić za jaja na najbliższym drzewie.
Nash patrzyła na niego w dziwny sposób. Zniknął wcześniejszy niepokój, zastąpiony czymś innym, czego nie potrafił do końca zdefiniować.
– Wiesz, że brzmisz jak McGonagall. Kiedy do niej trafiłam, po tych wydarzeniach z Timem, to choć ubrała to w nieco mniej dosadne słowa, to ich znaczenie było bardzo podobne. Mówiła o zachowaniu niegodnym czarodzieja czy po prostu człowieka. Była bardzo wzburzona. Tak jak ty teraz.
Ta chwila i wspomnienie dyrektorki sprawiły, że Scorpius zdążył ochłonąć, a nawet lekko się uśmiechnął.
– Nie bez przyczyny dobrze się z nią dogaduję – skwitował.
Spędzili nad rzeką jeszcze nieco czasu, ale niewiele więcej rozmawiali. Parę razy poruszyli jakieś mniej znaczące kwestie, ale Nash wyglądała na wystarczająco zmęczoną rozmową na temat swojej sytuacji, żeby Scorpius dalsze pytania zostawił na lepszą okazję.
Zbliżała się pora obiadu, kiedy wrócili do posiadłości. Przywitał ich Drabek i zaprosił do salonu, gdzie niespodziewanie Scorpius zobaczył ojca. Draco siedział w fotelu przy wygaszonym kominku i choć zdawał się pogrążony w myślach, uniósł spojrzenie, kiedy usłyszał ich kroki.
Scorpius dostrzegł, jak Nash zastyga w bezruchu krok za nim. Starała się nic po sobie nie pokazywać, ale Scorpius widział, jak nerwowo zaciska dłonie. Mając wspomnienie jej wypowiedzi na temat własnego ojca, a także to, że miała przed sobą znanego byłego śmierciożercę, łatwo było to zrozumieć.
Draco dźwignął się z fotela, a Scorpius dostrzegł, że przyszło mu to z wyraźną trudnością, do tego zdawał się oszczędzać prawą nogę. Czyżby był ranny? Jeśli nawet, to nie zamierzał nic mówić na ten temat. Zamiast tego podszedł bliżej i zmierzył spojrzeniem Nash, która jeszcze bardziej zbladła.
– My się chyba jeszcze nie znamy – powiedział Draco obojętnym, choć uprzejmym tonem. – Jesteś koleżanką Scorpiusa?
– Yyy… tak. Jestem Lizzy… Elizabeth Nash, panie Malfoy.
Scorpius poczuł na sobie pytające spojrzenie ojca.
– Pamiętasz, wspomniałem o niej któregoś dnia. To jej Albus złamał różdżkę.
– Ach tak. – Zrozumienie błyskawicznie odmalowało się na twarzy ojca. Pod tym względem naprawdę nie potrzebował wiele, by zrozumieć kontekst.
– Mama powiedziała, że może u nas zostać do końca wakacji – dodał pośpiesznie Scorpius, by wykluczyć wszystkie niedomówienia.
– Rozumiem – skwitował Draco, a potem spojrzał ponownie w stronę Nash. – Mam nadzieję, że niczego ci nie brakuje.
– Nie, panie Malfoy. Dziękuję za troskę.
– Skrzaty zaraz podadzą obiad. Ja tymczasem idę do siebie, muszę odpocząć po podróży. Chciałem się tylko przywitać.
To powiedziawszy, Draco skinął głową Nash, po czym wyszedł z salonu.
Scorpius odprowadził go wzrokiem. Nie podobał mu się chód ojca, brakowało w nim zwykłej płynności. Coś z pewnością musiało się stać. Niestety w tej chwili nie mógł nic na to poradzić, choć ta bezradność strasznie go frustrowała. Dlatego by powstrzymać niechciane emocje skupił się na bieżących problemach i przeniósł spojrzenie na Krukonkę, która wciąż dziwnie blada stała obok.
– Wszystko w porządku?
Dziewczyna bardzo nieznacznie pokiwała głową.
– Nie przejmuj się – dodał Scorpius, widząc, jak wciąż jest spięta. – Mój ojciec nie jest może najbardziej towarzyską osobą, ale nic ci przy nim nie grozi.
Nash powtórnie pokiwała głową.
Widząc, że raczej nie uzyska od niej żadnej odpowiedzi, podszedł do stołu i nalał do szklanki soku z dyni, a potem zbliżył się i podał go dziewczynie. Widział, jak ręce drżą jej nerwowo.
– Dzięki – szepnęła, po czym napiła się łyka i dodała nieco głośniej. – Wiem, że nie powinnam tak reagować, ale… Twój ojciec ma takie samo spojrzenie. Tak samo twarde i zdecydowane.
Scorpius wzruszył ramionami.
– Wiele w życiu przeszedł. Nie znaczy jednak, że są tacy sami. Myślę, że mój ojciec prędzej uciąłby sobie rękę, niż uderzył mamę.
Nash uśmiechnęła się smutno i spojrzała wprost na niego.
– Nawet nie wiesz, ile bym dała, żeby móc powiedzieć to samo.
Astoria nacisnęła klamkę i cicho otworzyła drzwi.
– Muffliato – szepnęła, gdy tylko zamek się zatrzasnął. Nie sądziła, by Scorpius ją obserwował, inne rzeczy zaprzątały teraz jego umysł, niemniej nie zamierzała ryzykować.
Draco leżał na łóżku, a jego koszula była cała mokra od potu. Zaciskał silnie dłonie, a na twarzy odciskał się grymas bólu.
Nie tracąc czasu, podeszła bliżej i postawiła na nocnej szafce kilka fiolek.
– Przyniosłam wszystko, o co prosiłeś.
– Dziękuję... eliksir przeciwbólowy przestał działać kilka minut temu – wysyczał Draco przez zaciśnięte zęby.
Astoria tylko ze zrozumieniem skinęła głową.
– Zaraz coś na to zaradzimy – mówiąc to, wyciągnęła różdżkę i skierowała na nogawkę spodni, która coraz silniej nasiąkała krwią. Materiał rozdarł się po długości, ukazując obrzydliwą ranę, ciągnącą się od kostki aż po kolano. Skóra była poszarpana, mięśnie pozrywane, a kości przełamane w dwóch miejscach, jakby ktoś próbował wyrwać spory kawałek łydki.
Nie wahając się, najpierw podała Draco kolejną porcję eliksiru przeciwbólowego, a potem zaczęła obficie polewać ranę wyciągiem z dyptamu. Mężczyzna syknął z bólu, ale ponadto w żaden sposób nie zareagował, nie poruszał również ranną nogą.
Po kilku minutach tych zabiegów rana została w większość zasklepiona, choć wciąż pozostała w tym miejscu paskudna blizna.
– Wyglądem zajmiemy się później. Co się stało? – zapytała, spoglądając na oddychającego ciężko, ale z wyraźną ulgą Draco.
– Rozszczepiłem się przy teleportacji.
Astoria odłożyła puste flakoniki i spojrzała na niego krytycznie.
– Tyle sama zauważyłam. Wcześniej nigdy ci się to nie zdarzyło. Musiałeś uciekać?
Draco pokręcił głową.
– Oni nie wiedzą, że mogę się swobodnie teleportować. Nie robię tego przy nich. Ale blokada namiaru, którą dał mi Potter świetnie się sprawdziła, w przeciwnym razie już mielibyśmy ludzi z Ministerstwa u drzwi.
Astoria przysiadła obok na łóżku i wzięła mokrą chusteczkę, by przetrzeć spoconą twarz męża.
– To co się stało? Dlaczego nie wróciłeś samochodem?
Draco wyraźnie skrzywił się na to pytanie.
– Samochód jest gdzieś na szkockiej skarpie – mruknął Draco, a potem wziął głęboki wdech, by uspokoić nerwy i pociągnął. – Byłem nieostrożny i zdenerwowany. Nie zauważyłem tira jadącego z naprzeciwka. Głupi błąd godny mugola. Teleportowałem się, nim skończyłbym martwy we wraku.
Astoria powtórnie przetarła mu twarz i podała kolejną porcję eliksiru. Nie pytała o więcej, zamiast tego położyła się trochę powyżej i objęła jego głowę. Czuła, jak wciąż ciężko oddycha, ale powoli zaczynał się uspokajać.
– To wszystko wraca – odezwał się po chwili Draco ściśniętym głosem. – Staram się o tym nie myśleć, nie wspominać i nie porównywać, ale jak dziś zobaczyłem kobietę pod wpływem Imperiusa, to nie potrafiłem. Za dużo razy w przeszłości widziałem ludzi z tym pustym spojrzeniem. Jakbym znowu tam był. W tym świecie, gdzie nikt nie mógł się sprzeciwić, bo będzie posłuszny po dobroci albo wbrew własnej woli. Staram się pamiętać, że Yaxley nie jest Czarnym Panem, ale chwilami wręcz obawiam się, że jego duch jednak znowu zdołał powrócić. Słowa, które tam padają, zapowiedzi, plany. To wszystko jest tak znajome, że czuję się fizycznie chory.
Astoria słuchała tego w milczeniu i tylko machinalnie przeczesywała jego włosy dłonią.
– Pamiętasz, co powiedziałeś mi, gdy pierwszy raz o tym rozmawialiśmy? – odezwała się, gdy Draco umilkł na dobre. – Powiedziałeś, że nie pozwolisz, by znowu naszej rodzinie odebrano wybór. Taką podjąłeś decyzję, wybrałeś zmierzenie się z własnym strachem i przeszłością. Ale ponieważ to właśnie był twój wybór, w każdej chwili możesz zrezygnować. Tylko czy wtedy oni już nie zwyciężą? Nie odbiorą ci możliwości decydowania o samym sobie?
– Nie zamierzam się wycofać – odparł zdecydowanie, ale potem dodał znacznie słabiej. – Po prostu czasami jest ciężko.
– Wiem, Draco. Wiem – powiedziała, jeszcze silniej przyciągając go do siebie.
Scorpius starał się skupić na nauce, żeby nie rozważać wszystkich możliwych scenariuszy dotyczących ojca. Miał stanowczo zbyt mało informacji, by móc wyciągnąć jakieś wnioski. Z pewnością Draco został ranny, ale skoro dotyczyło to nogi, to chyba nie mogło być niczym poważnym. Zwłaszcza, że następnego dnia rano widział, jak ojciec wychodzi ponownie do pracy, tym razem poruszając się już bez najmniejszego trudu.
Żeby nie łamać sobie głowy nad tym nierozwiązywalnym problemem, Scorpio starał się skupić na czytanym właśnie elaboracie na temat alchemicznej zasady równej wymiany. W pewnej chwili dostrzegł wchodzącą do biblioteki Nash. Dziewczyna zatrzymała się w progu i z pewnym niepokojem zlustrowała otoczenie, jakby chciała się upewnić, czy nikogo innego tu nie ma. Scorpius nie potrafił jej winić, wczoraj Draco zrobił na niej dosłownie piorunujące wrażenie.
– Widziałam, że często przesiadujesz w szkolnej bibliotece, ale nie sądziłam, że w domu robisz tak samo – stwierdziła, podchodząc bliżej i rzucając pobieżne spojrzenie na rozłożone na stole materiały.
– Nie lubię bezczynności i marnowania czasu, a w posiadłości nie ma zbyt wielu ciekawych zajęć. Zaproponowałbym ci przyłączenie się, ale skoro gardzisz nauką…
Krukonka prychnęła i bez dalszego zwlekania, usiadła na jednym z wolnych krzeseł.
– To co tam czytasz?
– Traktat alchemiczny – odparł, podając jej otwarty tom.
Dziewczyna przeleciała wzrokiem kilka stron, a potem spojrzała na niego i spytała:
– To nie jest materiał z czwartego roku, prawda?
– Powiedzmy, że jestem trochę do przodu.
Elizabeth pokręciła głową i na powrót zagłębiła się w lekturę. Widząc, że nie zamierza nic więcej dodawać, Scorpius wrócił do sporządzanych właśnie notatek.
Choć początkowo myślał, że to jednorazowy przypadek, szybko obecność Nash w bibliotece stała się normą. Zwykle pojawiała się tam koło południa i siedzieli razem aż do powrotu Astorii, w której towarzystwie zjadali obiad. Potem, jeśli pogoda pozwalała, kręcili się po okolicy bez żadnego konkretnego celu.
Elizabeth, jak na Krukonkę przystało, miała naprawdę dobrą pamięć i wiedzę z różnych dziedzin, zwłaszcza tych ścisłych, jak Transmutacja czy Eliksiry. Nie raz potrafiła zaskoczyć Scorpiusa i ewidentnie czuła satysfakcję z udowadniania mu jego braków. On oczywiście starał się nie pozostawać dłużny, pokazując swoje mocne strony. Było to chwilami irytujące, ale z drugiej strony musiał przyznać, że taka wspólna nauka nie dość, że była ciekawsza, to także bardziej owocna.
W bibliotece niewiele rozmawiali, skupiając się głównie na omawianych tematach, za to popołudniami poruszali różne, zwykle dość trywialne, kwestie. Scorpius z premedytacją nie wchodził na obszary dotyczące rodziny Elizabeth, dobrze wiedząc, że w zależności od dnia dziewczyna nie zawsze była w stanie rozmawiać o tym spokojnie. To wciąż były ciężkie dla niej tematy i nie zamierzał jej tym zadręczać.
Dużo przyjemniej było im rozmawiać o szkole, obgadywać nauczycieli i innych uczniów albo po prostu opowiadać te bardziej niezobowiązujące życiowe historie.
– Rose Weasley to twoja dziewczyna? – zapytała pewnego dnia Nash, kiedy szli wiejską drogą, wracając do posiadłości.
Pytanie było zadane tonem, jakby dotyczyło pogody, a nie takich delikatnych kwestii, a mimo to Scorpius widział, że Elizabeth bacznie obserwuje jego reakcję. W ogóle dziewczyna miała irytujący zwyczaj śledzić każdy jego ruch. Nie robiła tego otwarcie, może nawet myślała, że on tego nie dostrzega, ale przez lata bardzo wyczulił się na tego typu zachowania. A może tak było tylko w jej przypadku? Może miało to związek, z faktem, że on sam łapał się na obserwowaniu Krukonki. Jej gestów, jej wyrazu twarzy, jej oczu, które z każdym dniem odzyskiwały bardziej naturalny blask. Dostrzegł nawet, jak unika każdego, nawet najzwyklejszego kontaktu. Jeśli przypadkiem szturchnęli się dłońmi, dziewczyna natychmiast się wycofywała. Scorpius mógł się jedynie domyślać, że był to nawyk nabyty w czasie lat spędzonych w towarzystwie sadystów. I zawsze kiedy to widział, ogarniało go poczucie bezsilnej złości. Ta dziewczyna nie zrobiła nic, by sobie na to zasłużyć.
Teraz również patrzyła na niego z ukosa, a kąciki jej ust uniosły się lekko, kiedy zatrzymał się w pół kroku z głupim wyrazem twarzy.
– Skąd ten pomysł?
Krukonka wzruszyła ramionami.
– Wiele osób tak uważało, w końcu często widywano cię z nią i młodszym Potterem.
Scorpius wywrócił oczami i ruszył dalej przed siebie.
– To że kumpluje się z Albusem, jest powszechnie znanym faktem, a Weasley jest tylko irytującym dodatkiem do zestawu. Niestety wygląda na to, że tylko Potter jest w stanie na dłuższą metę znieść jej obecność. Już wolałbym mieć McGonagall za dziewczynę.
Scorpius odniósł niewielki sukces, bo ostatnie zdanie wywołało uśmiech na twarzy Krukonki, niemal prawdziwy i szczery, choć wciąż nie sięgający do linii oczu.
– To dopiero obrzydliwa sugestia – odparła z rozbawieniem.
– Jakbyś poznała bliżej Weasley, zmieniłabyś zdanie. Zresztą, czego chcesz od McGonagall? Widziałem zdjęcia, w młodości była naprawdę piękną kobietą. A że to było chyba w dziewiętnastym wieku, no cóż… nie można mieć wszystkiego.
Elizabeth pokręciła głową niedowierzająco, a potem spojrzała na niego nieco poważniej.
– Jak to w ogóle się stało, że Ślizgon jest jej protegowanym?
Niesamowite, Nash była chyba pierwszą osobą, która nie nazwała go pupilkiem McGonagall. Plus dla niej.
– To była zakręcona historia. W wielkim skrócie przyłapała mnie na próbowaniu zaklęć, których absolutnie w tamtym czasie nie powinienem próbować. Miała pełne prawo wywalić mnie ze szkoły. Jedno jej słowo w Ministerstwie i byłbym skończony jako czarodziej. Wiesz, moja rodzina nie cieszy się tam zbyt dużymi względami. Ale McGonagall zamiast tego zaproponowała, że będzie mnie uczyć, jeśli zaprzestanę samowolki. Z perspektywy czasu myślę, że uratowała mi w ten sposób życie, bo inaczej zabiłbym się prędzej czy później. Nie miałem wtedy doświadczenia, za to wielkie mniemanie o swoich umiejętnościach.
– Zawsze uważałam ją za bardzo mądrą czarownicę. Wiem, że mnie też bardzo chciała pomóc, ale w tamtym czasie nie potrafiłam z nią rozmawiać. Teraz, jak o tym myślę, to była wielka głupota z mojej strony. Myślę, że gdybym się przełamała, wiele…
– To już teraz bez znaczenia – wszedł jej w słowo Scorpius, widząc, jak jej dobre samopoczucie ulatuje z każdym kolejnym zdaniem. – Nie ma sensu się tym zadręczać.
Elizabeth przygryzła wargi, wyraźnie próbując zapanować nad sobą. Dobrze wiedział, że nawet przed nim nie lubiła okazywać słabości, mimo że on widział ją w tych najgorszych chwilach.
– Zresztą nic straconego, zawsze możesz porozmawiać z nią, kiedy już wrócisz do szkoły. Ona również zna wielu wpływowych ludzi, a poza tym, co jak co, ale jej twój ojciec z pewnością nie zdoła przekupić. Przeklęłaby go i wyrzuciła za bramę szkoły, nim skończyłby wypowiadać zdanie, tak jak Willicka w zeszłym roku.
Elizabeth uśmiechnęła się smutno, ale nie miało to nic wspólnego z wcześniejszym rozbawieniem.
– Kiedy ty o tym mówisz, wszystko wydaje się takie proste.
– Bo to jest proste, jeśli tylko zaakceptujesz fakt, że nie musisz być z tym sama – stwierdził Scorpius i nie myśląc, co robi, chwycił ją za dłoń.
Dziewczyna wzdrygnęła się, ale nie wycofała ręki, zamiast tego przez długą chwilę patrzyła na jego palce obejmujące jej nadgarstek. A potem przeniosła spojrzenie na twarz Scorpiusa. Jej wzrok był dziwny, niepewny, ale i odbijała się w nim też specyficzna nadzieja.
– A jeśli skończy się jak zwykle? Myślisz, że nigdy nie prosiłam o pomoc? Tyle razy przekonałam się o własnej bezsilności. Bardzo boleśnie się o tym przekonałam.
Scorpius czuł, że powinien powiedzieć teraz coś podnoszącego na duchu, coś, co przekonałoby ją do działania, ale niestety nigdy nie był dobry w odnajdywaniu takich słów. Jego gadzi język nie przywykł do okazywania wsparcia.
– Tym razem to oni boleśnie pożałują swoich błędów – odparł więc w iście ślizgoński sposób.
To zdanie, o dziwo, zadziałało znacznie lepiej, niż oczekiwał, bo w oczach Nash na powrót zabłysła determinacja.
– Jest we mnie jakaś część, która pragnie wrócić do domu i prosić ich o wybaczenie, ta część, która przywykła do bycia ofiarą. Nienawidzę tego w sobie, tej słabości, tej bezradności. Nie chcę być więcej bezradna. Nigdy więcej.
– Nigdy więcej – powtórzył za nią Scorpius, doskonale rozumiejąc to uczucie.
Było niedzielne przedpołudnie, kiedy Scorpio wraz z ojcem rozsiedli się w bibliotece i przerabiali jedno z zagadnień przekazanych przez McGonagall. Temat nie był specjalnie skomplikowany, ale zahaczał o eliksiry, a konkretnie wpływ niektórych eliksirów na materię nieorganiczną i korelację tych zjawisk z transmutacją. Jakby ta ostatnia sama w sobie nie była wystarczająco trudna. Teraz setki mutacji trzeba było przemnożyć przez działania dziesiątek eliksirów i już Scorpiusa bolała od tego głowa.
Dziś akurat próbował wyliczyć siłę eliksiru powiększającego wspartego transmutacją mnożącą. To było znacznie bardziej teoretyczne niż praktyczne zagadnienie, ale Scorpius zauważył, że w tym roku dużo więcej tego typu zadań postawiła przed nim McGonagall. Najwyraźniej dyrektorka doszła do wniosku, że zaniedbywał teorię, przedkładając nad nią praktyczne zastosowanie magii. Zawsze lubiła uderzyć tam, gdzie najmocniej go zaboli.
Skupieniu przy nauce nie pomagał fakt, że Draco był dziś bardziej niż zwykle nieobecny duchem. Niby odpowiadał zwięźle i jasno na pytania, ale w chwilach, gdy nie musiał nic mówić, jego spojrzenie odpływało w przestrzeń i zanurzał się we własnych rozmyślaniach. Scorpius miał wielką ochotę zapytać, co chodzi mu po głowie, ale zapewne otrzymałby tylko naprędce sklecone kłamstwo, więc nie miało to sensu.
– Tutaj masz błąd w obliczeniach – odezwał się niespodziewanie Draco, wskazując palcem na jedną z liczb. – Zdublowałeś wartość.
Scorpius westchnął, powstrzymując irytację, po czym chwycił różdżkę i usunął kilka ostatnich linijek. Miał szczerą ochotę wyrzucić cały zwój do kominka.
– Jak zwykle brakuje ci cierpliwości – skomentował ojciec, widząc jego minę. – Typowe dla ciebie, kiedy nie interesuje cię dane zadanie.
Scorpius odłożył pióro i wsparł głowę na dłoniach.
– Musiałbym być masochistą, żeby mnie to pasjonowało. Mogę rzucić zaklęcie na kamień i polać eliksirem. Będę widział, jak mocno zadziałał.
Draco wywrócił oczami i nieznacznie pokręcił głową.
– A jeśli będziesz potrzebował coś powiększyć do konkretnego rozmiaru, ile eliksiru użyjesz? Właśnie temu służą te wyliczenia. Nie sztuką jest coś powiększyć, istotą jest powiększyć to dokładnie tyle, ile potrzeba. W odróżnieniu od zaklęcia, eliksir ma bardzo konkretny skład i konkretne działanie. Stąd cała magomedycyna na nich się opiera, bo są najbardziej precyzyjne.
Scorpius westchnął i dosłownie położył się na stole, czując, że nie ma siły utrzymać pionu.
– Chyba dlatego tak ich nie cierpię. Nie ma w tym żadnej finezji, tylko gramy, kwarty i funty. Jest to prawie tak fascynujące jak pieczenie ciasta.
Jego niewybredny komentarz sprawił, że ojciec lekko się uśmiechnął.
– Wspominając robione przez ciebie śniadanie, mam nadzieję, że mag jest jednak z ciebie lepszy niż kucharz.
– Ej, nie było tak źle, tylko trochę się przypaliło.
– W przypadku eliksirów to „trochę" ma kluczowe znaczenie.
– Wiem, przecież wiem. Wystarczająco dużo eliksirów wylałem do ścieku, żeby dobrze to zapamiętać.
Draco wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale nagle podniósł wzrok i spojrzał w stronę drzwi. Scorpio poszedł w jego ślady i zobaczył, że do środka zagląda Elizabeth. Dziewczyna wyglądała na zaskoczoną obecnością Draco, chyba spodziewała się zastać tutaj tylko Scorpiusa. Na jej twarzy odmalowała się obawa, choć starała się tego po sobie nie pokazywać. Niewątpliwie ojciec budził w niej jakieś głęboko kryte lęki.
– Przepraszam, nie chciałam przeszkadzać.
– Nie przeszkadzasz – odparł Draco. – Może chcesz się przyłączyć?
Scorpius już widział, jak Krukonka otwiera usta, ale zdążył ją uprzedzić.
– Dobry pomysł – rzucił, prostując się na krześle. – Lizzy jest świetna z eliksirów.
Zauważył, jak przerażenie miesza się na twarzy dziewczyny z zaskoczeniem. Dotychczas Scorpio nie zwracał się do niej inaczej jak po nazwisku.
– To się świetnie składa, bo niektórzy mają ogromne braki – skwitował Draco, wymownie spoglądając na syna.
Dziewczyna ciężko przełknęła ślinę, ewidentnie wciąż pełna wątpliwości, a potem niepewnie podeszła do stołu i usiadła na jednym z wolnych miejsc.
Przez pierwsze minuty tylko w milczeniu obserwowała zmagania Scorpiusa z matematyczną materią, ale w końcu przełamała się i zaczęła mu podpowiadać, tam, gdzie kończyła się jego wiedza na temat eliksirów.
Draco przyglądał się temu z nieodgadnionym wyrazem twarzy, z którego nie dało się niczego wyczytać. Czasami jedynie dorzucał coś od siebie albo prostował jakieś ich błędy.
Po niemal dwóch godzinach zmagań Scorpius mógł z satysfakcją odłożyć pióro i przedstawić swoje wyniki. Ich wspólna praca zaowocowała pełną analizą, zawartą na trzech stopach pergaminu, którą będzie mógł się pochwalić we wrześniu McGonagall.
– Mam nadzieję, że następne zagadnienie będzie mniej uciążliwe – mruknął, składając podręczniki. – I nie będzie zawierać eliksirów.
– Jak ktoś znający tyle skomplikowanych zaklęć może być z nich tak słaby? – zapytała Elizabeth.
– Widać, nikt nie jest idealny – odparł zgryźliwie. Czuł się nieco osaczony przez dwoje znawców tej dziedziny.
– Jak się w nich nie podciągniesz, będą cię prześladować do końca szkoły – dodał od siebie Draco.
Scorpius wywrócił oczami. Na usta cisnęły mu się kolejne cyniczne komentarze. Miał ochotę stwierdzić, że jeśli tylko eliksiry będą go prześladować, to i tak nie będzie najgorzej, ale szybko ugryzł się w język. Ojciec wydawał się być w dobrym nastroju, czemu miałby go psuć, przypominając wydarzenia, na które nikt nie miał wpływu?
Zamiast tego spojrzał na Elizabeth, która już znacznie bardziej rozluźniona, przeglądała jedną z książek wciąż leżących na stole. Zniknęła gdzieś przestraszona dziewczyna, a wyszła pełnej krwi Krukonka, która ceni wiedzę ponad wszystko inne. Nie była przy tym tak irytująco nadęta jak Weasley, choć wcale nie wypadała dużo gorzej. Może nie była typem wszechwiedzącego prymusa, ale z pewnością wybiegała ponad średnią. Do tego nie szczędziła Scorpiusowi krytycznych uwag, kiedy na to zasługiwał. Nie była jednak przy tym złośliwa, co było ciekawą odmianą, dla kogoś, kto całe życie obcował wśród Ślizgonów.
A teraz dziwnie cicha siedziała nad książką, a jej długie, smukłe palce, przesuwały się po kolejnych stronach, śledząc wykresy i ryciny.
Nagle Scorpius złapał się na tym, że od dobrych kilku sekund obserwował jej dłonie. Dlaczego w ogóle o tym myślał? I dlaczego od razu przypomniał sobie ten jeden jedyny raz, kiedy kilka dni temu chwycił ją za rękę? Pamiętał, że wydała mu się bardzo delikatna, zupełnie inna od jego własnych. Z osób, które znał, podobne miała tylko Astoria. Tak samo miękkie i kruche, choć przecież nie pozbawione siły.
O czym on do cholery myśli?! Czy mu już odwaliło do końca? Przecież to nie jest ani odpowiednie miejsce, ani czas! I dlaczego zrobiło mu się nagle tak duszno i jakoś ciężko na żołądku? Musiał się opanować, bo to zaczynało być niepoważne.
Bardziej nerwowym ruchem, niż było potrzeba, sprzątnął pozostałe książki na niechlujny stos. Elizabeth, widząc jego działanie, zamknęła trzymany tom i wyciągnęła w jego stronę.
– Jeśli cię zainteresowała, możesz ją zatrzymać – odezwał się Draco, który właśnie wstał od stołu i ruszył w stronę wyjścia.
Krukonka najpierw spojrzała za odchodzącym mężczyzną, a potem nieznacznie skinęła głową, choć nie miał szans zobaczyć tego gestu.
Scorpius dostrzegł, jak spuściła wzrok i przez chwilę w zamyśleniu przesuwała palcami po obwolucie książki.
– Jesteś bardzo podobny do ojca – stwierdziła niespodziewanie, wciąż na niego nie patrząc.
– Powiedz mi coś, czego nie wiem. Wystarczy, że spojrzę w lustro – odparł z lekką ironią.
– Nie o wygląd mi chodzi.
– Wiem.
Na to stwierdzenie Elizabeth przeniosła na niego spojrzenie, a on uśmiechnął się przebiegle.
– Myślisz, że po kim odziedziczyłem taki porąbany charakter, no przecież nie po matce.
Dziewczyna również uśmiechnęła się nieznacznie i jeszcze raz obejrzała książkę.
– Teraz to już muszę ją przeczytać.
– Koniecznie, bo pewnie będzie chciał cię przepytać następnym razem.
Twarz Krukonki całkiem się rozpogodziła i zniknęła z niej ta smutna nuta. Zupełnie jakby ta zapowiedź ją wręcz ucieszyła.
Sierpień przywitał ich nieziemskimi upałami. Nawet czary obniżające temperaturę nie były w stanie wiele zdziałać w tej nierównej walce z lejącym się z nieba żarem.
Przez większość dnia po prostu nie dało się robić nic prócz popijania zimnych napojów w jakimś zacienionym miejscu. W południe nawet skrzaty robiły sobie przerwę od pracy, co już definitywnie świadczyło o tym, że temperatury były anormalne.
– Zaczynam tęsknić za Hogwartem – stwierdziła Elizabeth, która leżała na trawie, ubrana jedynie w cienką, kremową sukienkę. – W Szkocji na pewno jest chłodniej.
– Do tego grube, kamienne mury nie nagrzewają się tak szybko – pociągnął Scorpio, który również leżał z rękoma pod głową.
Od dłuższego czasu siedzieli na łące w cieniu drzew, tuż przy rzece. Lekki wiatr i bliskość wody powodowały, że tutaj atmosfera była bardziej znośna.
Wspomnienie szkoły, choć może pociągnęło za sobą wiele różnych myśli, w ostatecznym rozrachunku sprawiło, że Scorpius poczuł ekscytację. Pierwszy raz od dawna powrót do szkoły nie kojarzył mu się negatywnie. Wręcz przeciwnie, przed oczami miał McGonagall, Zacka, Karla, no i oczywiście Potterów. Kiedy pomyślał o tych ostatnich, poczuł drobne ukłucie. Za tydzień miał jechać z nimi na obóz. O ile Albus na pewno go zrozumiał, to Lily długo będzie mu wypominać tę nieobecność.
Choć po prawdzie to w ogóle ciężko mu będzie spojrzeć Gryfonce w twarz. Wiedziony tą myślą, otworzył oczy i spojrzał z ukosa na leżącą obok dziewczynę. Ta spod przymkniętych powiek patrzyła na kołyszące się na wietrze liście i w niewielkim stopniu zwracała na niego uwagę. Włosy miała rozpuszczone i teraz te kładły się długimi falami na trawie, a lekka sukienka, powiedzmy sobie szczerze, niewiele zostawiała wyobraźni.
Wcześniej wyrzucał sobie podobne myśli, ale teraz nie miało to już większego sensu. Musiał spojrzeć prawdzie w oczy, był nią zafascynowany. Pociągała go, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Przez niemal miesiąc swojego pobytu w posiadłości, udowodniła, że jest inteligentną, błyskotliwą osobą, która nie miała w zwyczaju ustępować mu pola. Oczywiście wciąż zdarzały jej się chwile słabości, gdy dawały o sobie znać głębokie rany na psychice, jednak z każdym dniem zdarzało się to rzadziej.
Gdy już wrócą do szkoły, będzie się musiał z tego jakoś wytłumaczyć Lily. Za bardzo lubił małą Potterównę, żeby nie powiedzieć jej prawdy. Nawet jeśli będzie z tego powodu smutna, to w końcu dla Gryfonów prawda jest najważniejsza, więc powinna mu w końcu wybaczyć.
Temat powrotu do szkoły nasunął mu jeszcze jedną myśl.
– Zastanawiałaś się, co będziesz robić, gdy skończysz szkołę?
Elizabeth otwarła szerzej oczy i spojrzała w jego stronę.
– Planowałam wyjechać gdzieś za granicę, może do Francji lub Hiszpanii. Znam podstawy francuskiego, poradziłabym sobie. Myślałam o zrobieniu kursu na magomedyka.
– Wiesz, że w Hiszpanii jest jeszcze cieplej niż u nas? – rzucił z rozbawieniem Scorpius.
– Dlatego mówię, że planowałam. Dziś myślę raczej o Szwecji.
– A czemu nie dalej, Grenlandia podobno jest piękna o tej porze roku.
Dziewczyna zaśmiała się krótko.
– Zabrzmiało jak tekst z broszury turystycznej – skwitowała, a kiedy powstrzymała rozbawienie, pociągnęła. – A ty? Jakie masz plany?
Scorpius wzruszył ramionami, choć w tej pozycji wyszło z tego coś lekko pokracznego.
– Chcę zostać nauczycielem.
Elizabeth spojrzała na niego szczerze zdumiona, a potem spoważniała.
– W Hogwarcie? Przecież Ministerstwo nie pozwala…
Nagle Scorpius wyjął ręce spod głowy i podniósł się na łokciach.
– Wiem, że od wojny nie było żadnego Ślizgona wśród nauczycieli. Zamierzam to zmienić. Będę tak długo tłukł głową w ten szklany mur, aż go przebiję.
Krukonka pokręciła głową i uśmiechnęła się lekko.
– Gdyby powiedział to ktokolwiek inny, pewnie pomyślałabym, że oszalał, ale tobie jestem skłonna uwierzyć. Masz wystarczająco twardą głowę.
– I szerokie plecy – zaśmiał się Scorpius, a potem podniósł się z ziemi. – Nie wiem jak ty, ale ja mam dość tego skwaru.
To powiedziawszy, zdjął podkoszulkę i buty, a kiedy został w samych spodenkach, podszedł do nadbrzeżnej skarpy i wskoczył do wody w miejscu, gdzie pamiętał, że było wystarczająco głęboko, by nie uderzyć w dno. Woda była przyjemnie chłodna, choć nie tak zimna, jak oczekiwał. Popłynął chwilę pod powierzchnią, a kiedy się wynurzył, zobaczył Elizabeth stojącą na brzegu.
– Widzę, że już całkiem się przegrzałeś – podsumowała.
– Gwarantuję, że tu jest znacznie przyjemniej. Dołączysz?
– To z pewnością szybszy sposób niż wyjazd na Grenlandię.
Po tych słowach Krukonka zebrała włosy i związała je z tyłu, a potem ściągnęła sukienkę przez głowę. Kiedy została w samej bieliźnie, podeszła do skarpy i bez wahania skoczyła w dół.
Scorpiusowi, mimo że był po szyję zanurzony w wodzie, zrobiło się dziwnie gorąco. A moment później poczuł dłonie na swoim tułowiu, które z całkiem sporą siłą wciągnęły go pod wodę. Zaskoczony nie zdążył chwycić powietrza, więc jak po kilku sekundach wynurzył się na powierzchnię, zaczął się krztusić. Tuż koło niego wynurzyła się Lizzy, śmiejąc się w najlepsze. Kiedy Scorpio odzyskał oddech, dostrzegł, że chyba pierwszy raz jej rozbawienie sięgnęło oczu, bo te błyszczały w letnim słońcu.
– Wiem, że mnie nie lubisz, ale żeby od razu topić – rzucił z udawanym rozgoryczeniem.
– To jeden z nielicznych sposobów, żebyś przestał tyle gadać.
– Ja wcale…
Scorpius nie zdołał dokończyć, bo Krukonka podpłynęła bliżej, chwyciła go za twarz i pocałowała. Wzięty z zaskoczenia, w pierwszej chwili nie wiedział, jak zareagować ani gdzie podziać ręce. W końcu jednak ogarnął się, położył dłonie na szyi dziewczyny i odwzajemnił pocałunek.
– Jesteśmy jak postacie z taniego romansidła – powiedział pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy, kiedy Lizzy go puściła. – Całujemy się w wodzie.
– I jest to przereklamowane. Wszystko smakuje rzecznym mułem – dodała dziewczyna, również próbując sarkazmem przykryć własne zakłopotanie.
– W końcu jestem oślizgłym gadem, czego się spodziewałaś?
Lizzy prychnęła, ale jej wyraz twarzy wyraźnie się zmienił. Ewidentnie była zażenowana, jednak chyba nie żałowała tego, co zrobiła.
Ze swojej strony Scorpius najchętniej wziąłby chwilę przerwy, żeby móc pozbierać myśli. To było dla niego zupełnie nowe doświadczenie i w efekcie nie do końca wiedział, jak na to zareagować. Jak miał to rozumieć? Czy to oznaczało, że jego fascynacja nie była wcale jednostronna? Wcześniej zakładał, że Elizabeth, z uwagi na problemy, które ją spotkały, nie będzie miała w głowie podobnych głupot. Tymczasem dała mu jasno do zrozumienia, że coś do niego czuje. Jaśniej już się nie dało.
Czy był zauroczony? Zakochany? Nie miał pojęcia. Kiedy jednak wyszli na brzeg i usiedli z powrotem na trawie, nie zdołał się powstrzymać i dłonią przeczesał mokre włosy dziewczyny. Wcześniej nerwowo reagowała na jego dotyk, teraz jednak tylko obserwowała.
– Wiesz, że to wszystko jeszcze bardziej skomplikuje? – zapytał, trochę wbrew sobie przerywając ciszę.
Lizzy zatrzymała jego dłoń w połowie drogi i przycisnęła do twarzy. Mimo tego gestu wciąż patrzyła na niego poważnie.
– Przez ostatni tydzień stale się nad tym zastanawiam i wszystko mi mówi, że będę tego żałować. Ale w twoim przypadku zawsze się myliłam, więc mam nadzieję, że i tym razem będzie tak samo. Naprawdę chcę się pomylić.
Scorpius miał problem, żeby złożyć jakieś rozsądne zdanie, czując jej skórę pod palcami. Była chłodna, mokra i przyjemnie gładka. Brązowe oczy Elizabeth, choć zdawały się przewiercać go na wylot, miały w sobie też pewną dozę łagodności i niepewności zarazem. Ona tak wiele przeszła, a mimo to nadal próbowała komuś zaufać, choć zapewne on był ostatnim z ludzi, których można by brać pod uwagę. Ale może właśnie dlatego, że sam wiedział, jak czasami trudno zebrać się na zaufanie, tym bardziej doceniał i rozumiał, jak wiele wysiłku ją to kosztuje. Na pewno nie było jej łatwo się na to zdecydować, a co więcej wykonać ten pierwszy krok. A teraz pytała go, czy nie podepcze ofiarowanego mu zaufania.
A on miał już gotową odpowiedź, choć jak rzadko kiedy, nie ubierał jej w słowa. Zamiast tego przesunął dłonią wzdłuż jej skroni, a potem policzka, ust i aż do brody. Miała mokre, nieco splątane włosy, zaniepokojone spojrzenie i blade usta. Nijak się to miało do wszelkich ideałów piękna, ale nagle przyszła mu do głowy niedorzeczna myśl, że nigdy nie widział nikogo, kto wydawałby się piękniejszy.
I chyba właśnie wtedy zrozumiał w pełni, o co chodzi z tym całym zaufaniem. Czasami ciężko jest je okazać, ale naprawdę wspaniałym uczuciem jest zostać nim obdarowanym. Jeśli ktoś ci zaufa, to znaczy, że jesteś dla niego ważny, ważniejszy od jego własnego bezpieczeństwa.
A on naprawdę chciał, żeby Elizabeth była bezpieczna.
Tknięty tą myślą, objął ją i tym razem już bez cienia wahania, pocałował.
