Notka odnośnie tytułu: "Wyciągnięcie ostrzy" to metafora "chwili otwartego konfliktu."
Rozdział dwudziesty trzeci: Wyciągnięcie ostrzy
Na te wieści Harry naprawdę chciał się załamać. Ale wiedział, że nie mógł sobie na to pozwolić. Przede wszystkim, nie był pewien, kiedy ponownie pozbierałby się do kupy. A nawet gdyby mu się to udało, to inni ludzie spróbowaliby go przytrzymać w miejscu i... zmusić do odpoczynku, czy coś. Nie mógł sobie na to pozwolić.
Zmienił szok w kolejny bicz, który poganiał go do przodu. Wbił wzrok w twarz McGonagall.
– Czy wiemy, kto ją zdradził? – zapytał.
McGonagall pokręciła głową.
– Podobno aurorzy pojawili się u niej z samego rana i z miejsca aresztowali. Zabrano ją do Tullianum pod zarzutem wilkołactwa. Odebrano jej wszelkie prawa do majątku Parkinsonów. – Tu już McGonagall zacisnęła usta, przez co znacznie bardziej zaczęła przypominać surową profesorkę, do której był przyzwyczajony, po czym podała mu gazetę. – Tylko tyle napisano.
Harry przyjął od niej gazetę i przyjrzał się artykułowi. Wyglądało na to, że McGonagall już powiedziała mu wszystko, co niezbędne; reszta to było zwykłe lanie wody, którym „Prorok" wypełniał deklaracje ministerstwa, żeby wydawały się mniej mdłe, niż w rzeczywistości. „Bezpieczeństwo publiczne" mieszało się przed jego oczami z „najlepszym sposobem na poradzenie sobie z tym tałatajstwem" i „dla dobra wilkołaków i wszystkich ludzi". Harry zamrugał, kiedy zorientował się, że słowa zaczęły mu się powoli rozjeżdżać i pływać.
Nie.
Kiwnął głową i oddał McGonagall „Proroka".
– Porozmawiam o tym ze Scrimgeourem – powiedział.
Na twarzy McGonagall pojawił się nowy cień.
– Jesteś pewien, że to rozsądne, Harry? – zapytała. – To aresztowanie dopiero co się odbyło, możliwe że minister nie będzie w stanie niczego na nie poradzić, póki emocje w ministerstwie nieco nie opadną. Może za dzień, czy dwa...
– Nie. – Harry potrząsnął głową. – Od tej chwili będzie znacznie gorszej. – Czuł, jak zmęczenie stara się zalać go niczym fala, ale zignorował je. Miał nadzieję, że do tego nie dojdzie. Miał nadzieję, że sprawy nie zajdą tak daleko. Ale zaszły i jeśli nie zdoła przekonać Scrimgeoura do natychmiastowego wycofania edyktu – a nie sądził, żeby miał na to jakiekolwiek szanse – to oznaczało, że przyjdzie mu urządzić powstanie przeciw ministerstwu. Starał się temu zapobiec, inni też się starali, ale widać niewystarczająco. – Uchwalili prawo, przez które żaden wilkołak nie będzie mógł się czuć bezpiecznie, Madam. Nie zapomną o nim za dzień, czy dwa. Od tej pory to będzie wyłącznie narastać i jeśli nikt im się nie postawi, ponieważ każdy będzie tylko czekał, żeby zobaczyć co się stanie, albo ze strachu, to ministerstwo tylko będzie uchwalało kolejne prawa przeciw wilkołakom. I kto wie, czego będą dotyczyły w następnej kolejności? Może nawet mrocznych czarodziejów. Przecież w książkach są spisane przedawnione prawa na ich temat.
– Nie uchwalą tego rodzaju praw, Harry – wyszeptała McGonagall, jakby starała się go pocieszyć. – Mroczni czarodzieje stanowią zbyt wielką część populacji i wciąż mają zbyt wielką kontrolę nad rządem. W porównaniu do mrocznych czarodziejów, wilkołaków jest naprawdę niewiele.
– Ale wilkołaki są w stanie szybko pomnożyć swoje ranki – powiedział ponuro Harry. – Zostały nam jeszcze dwie noce pełni, w czasie których wilkołaki będą mogły się przemieniać i siać wszelkiego rodzaju chaos i zniszczenie. – Spojrzał jej prosto w oczy. – Madam, czy pani się wydaje, że tu kimkolwiek powodowała racjonalność? Bo ja nie.
McGonagall odwróciła od niego wzrok. Harry wyczuwał w powietrzu jej strach i determinację, jakby przemawiała mu prosto do głowy. Martwiła się o swoją szkołę, martwiła się o to, co się stanie jej uczniom, jeśli spróbuje objąć stronę w tym konflikcie, albo zaoferować wilkołakom azyl.
Harry załapał ją za ramię i ścisnął.
– Nie proszę pani o wsparcie – powiedział. – Ma pani obowiązki, których mnie nie dotyczą. To, co robię, jest właściwie w tej sytuacji łatwiejsze, ponieważ nie muszę przejmować się setkami młodych czarodziejów, którzy na mnie polegają. Może pani odsunąć się ode mnie, Madam, i jeśli ktokolwiek panią zapyta, to z czystym sumieniem będzie mogła pani wyjaśnić, że nie robię tego za pani zgodą czy błogosławieństwem.
– Wciąż jesteś jednym z moich uczniów, Harry – powiedziała McGonagall, spinając się niczym urażony kot i do Harry'ego nagle dotarło, że źle zrozumiał źródło jej troski.
To ociepliło lód, który na jego duszy pozostawiło po sobie już kilka biczy. Harry uśmiechnął się do niej.
– Dziękuję, Madam, ale od tej chwili nie chcę, żeby pani musiała się tym przejmować. Nie wiem, kiedy wrócę do Hogwartu, jeśli w ogóle.
– Harry...
Łagodnie pokręcił głową i wyciągnął rękę przed siebie.
– Pakuj rzeczy Harry'ego – powiedział wyraźnie. – Accio.
Następnie musiał zaczekać chwilę, kiedy jego zaklęcie pakowało jego rzeczy do kufra, a drugie przywołało go do niego. Jak tylko kufer znalazł się wystarczająco blisko, Harry go zmniejszył i schował do kieszeni szaty. Jedyne, co pozostało mu jeszcze zabrać ze sobą, to była Błyskawica, która czekała na niego w szopie przy boisku quidditcha.
– Mam nadzieję, że Slytherin znajdzie w porę innego szukającego – powiedział McGonagall. – Bez obrazy dla pani domu, ale i tak chciałbym, żeby to mój wygrał puchar.
McGonagall dalej tylko mu się przyglądała.
– I proszę zająć się dla mnie Snape'em – dodał Harry, po czym zaczął obracać się w stronę drzwi.
– Czekaj. Harry... zaczekaj. – McGonagall mówiła te słowa, jakby były z niej wydzierane. – Nikogo ze sobą nie zabierzesz?
Harry obejrzał się przez ramię.
– Jeśli spełnią się moje podejrzenia i minister nie będzie w stanie mi pomóc, to skontaktuję się z paroma ludźmi i zapytam, czy nie chcieliby się do mnie przyłączyć – powiedział spokojnie. – Ale będą musieli zrobić to z własnego wyboru, a nie powodowani oburzeniem, jakie ich prawdopodobnie ogarnie na wieść o areszcie Hawthorn i otwartym polowaniu, co oznacza, że muszę dać im kilka dni do namysłu. W końcu to nie będzie prosty wybór i wydaje mi się, że niektórzy z moich sojuszników, jak Snape, w ogóle nie będą w stanie go podjąć. Ale dla mnie już nie ma wyboru. – Podniósł lewe ramię, strząsając rękaw, żeby pokazać jej bliznę po formalnej przysiędze rodzinnej, jaką zawarł z Parkinsonami. Blizna piekła go i wyglądała na zaognioną. – W tej chwili nie powoduje mną już wyłącznie przysięga, którą złożyłem wilkołakom. Tu chodzi o obietnicę złożoną Parkinsonom. Hawthorn jest ostatnim członkiem tej rodziny, który w ogóle jeszcze żyje. – Harry podejrzewał, że może i powinien wliczyć w to Falco Parkinsona, ale nie sądził, żeby stary czarodziej tak naprawdę się liczył, inaczej nie byłby w stanie działać wbrew niemu. Poza tym, przysięga w żaden sposób nie wpływała na Henriettę, kiedy poznali się po raz pierwszy, a przecież należała do rodziny Bulstrode. – Wyruszam.
– Ale z pewnością pan Malfoy, czy pański brat... – powiedziała McGonagall, wciąż brzmiąc, jakby ktoś przywalił jej w głowę pałką pałkarza.
– Później z nimi o tym porozmawiam – powiedział cicho Harry. – Jak już wspomniałem, nie chcę żeby powodowały nimi niepotrzebne emocje. – I chcę, żeby mieli dość czasu na zastanowienie się nad tym, co to tak naprawdę oznacza. Bycie moim bratem, czy kochankiem, nawet moim sojusznikiem, to jedno. Przyłączenie się do mnie w rewolcie to zupełnie co innego.
Kiwnął po raz ostatni do McGonagall, po czym odwrócił się i ruszył ścieżką do Hogsmeade, zahaczając po drodze o szopę ze sprzętem quidditcha. W międzyczasie jego umysł spokojnie rozważał miejsca, które mogłyby posłużyć mu za sanktuarium.
Posiadłości jego sojuszników odpadały, przynajmniej póki nie ustali, na ile chcieli się w to wplątać; prawdopodobnie tylko Hawthorn nie miałaby nic przeciwko, ale Harry byłby zaskoczony, gdyby Ogród nie był teraz pełen aurorów, a możliwe, że i niewymownych. Wataha kryła się w domach Blacków, ale Harry podejrzewał, że Tarcza Graniana, o ile faktycznie otrzymywali informacje od Falco i współpracowali z niewymownymi, już mogli przekazać komuś to jako pogłoskę. Nie zaatakują od razu, bo inwazja terenów wpływowej, czystokrwistej rodziny wciąż nie zostałaby odebrana najlepiej przez społeczeństwo, ale to może ulec zmianie w przeciągu paru następnych dni.
Dlatego też potrzebował miejsca, w którym będzie mógł ukryć się wraz ze swoją watahą, a które będzie mógł przygotować w przeciągu paru dni.
Harry poczuł, jak uśmiech delikatnie rozciąga mu usta. To w sumie pozostawiało mu tylko jedno wyjście.
Miał wrażenie, że jego emocje uległy zmianie. Już nie czuł się, jakby był zmuszany biczami do kroczenia przed siebie, teraz bardziej popychał go potężny podmuch wiatru, wskazujący gdzie znajduje się ostateczny cel tego wszystkiego.
Dotarł do granicy zewnętrznych osłon i aportował się, wyraźnie wyobrażając sobie wzgórza Leśnej Twierdzy.
Harry przybył do ministerstwa bez szczególnej fanfary, ale też nie próbując się z niczym kryć. Kiedy zbliżał się do wrót, zastanawiał się, jak ta wizyta się potoczy. Czy miał jeszcze jakichkolwiek sojuszników w ministerstwie? W tej chwili nie mógł być tego pewny.
Magia skakała wokół niego, przelewając się gęstymi falami, przez które czarodziej sprawdzający różdżki zagapił się na niego. Harry podniósł brew, zwracając mu uwagę, że pytanie go o różdżkę naprawdę nie ma sensu. Czarodziej szybko kiwnął głową i przepuścił go.
Harry ruszył w kierunku wind, które zabiorą go do gabinetu Scrimgeoura, przy okazji sięgając swoimi magicznymi zmysłami znacznie głębiej, niż kiedykolwiek miał na to odwagę w ministerstwie. Kiedy wyczuł delikatne ślady po zagrzebanych zaklęciach, wymamrotał inkantację, której dawno temu nauczył się od Millicenty.
– Aspectus Lyncis.
Świat wokół zabłysł tak agresywnie, że zrobił się niemal biały. Harry powoli kiwnął głową. Kiedy przymrużył oczy, zdołał rozróżnić zagrzebane ślady po osłonach niewymownych. Nie były takie ciężkie do wykrycia, ale zrobiono je z zaklęć, których zwykle nie używa się w celach obronnych, w dodatku były tak mocno splecione z innymi, że Harry podejrzewał, że innych czarodziejów rozbolałyby oczy, nim nie rozróżniliby ich między sobą, w dodatku zakopano je tak głęboko, że większość ludzi nie doszukałaby się ich.
Harry zacisnął usta, ale i tak lekko się uśmiechnął. Wyglądało na to, że ich osłony były wszędzie i wibrowały od dźwięków, które zanosiły do jakiegoś miejsca, położonego pod ministerstwem. Podejrzewał, że niewymowni siedzieli w samym środku tej sieci i nasłuchiwali, a w ministerstwie nie istniało nic, czego by nie byli w stanie usłyszeć.
A niech sobie słuchają, pomyślał, kiedy jechał windą na najwyższe piętro ministerstwa, a następnie wszedł do korytarza, który zaprowadzi go do gabinetu Scrimgeoura. Niech sobie słuchają, póki im uszy nie zwiędną. Nie będę się krył.
Nie rozpoznał żadnego z aurorów przed drzwiami Scrimgeoura i zastanawiał się, czy to znaczy, że już złapano Wilmota. McGonagall nie wspomniała o planie departamentu do rozesłania zaklęcia wykrywającego wilkołaki, które otoczy każdego likantropa w Brytanii niebieską mgłą. Być może chcieli zaczekać z tym do końca pełni, albo informacje Kierana okazały się przestarzałe i jednak zdecydowano się na otwarcie sezonu polowań.
Harry wiedział, że będzie musiał być na to przygotowany, kiedy ruszą z tym planem. Zdawał sobie sprawę, że mógłby po prostu udać się do gabinetu Amelii Bones i wyciągnąć wszystkie potrzebne mu informacje za pomocą legilimencji.
Ale nie chciał. Miał zamiar udać się na tę wojnę jak vates.
W miarę, jak szedł w kierunku gabinetu, para stojąca przy wejściu aurorów robiła się coraz bardziej nerwowa. Harry zatrzymał się przed nimi i przyjrzał się uważnie. Obu było mężczyznami o wyjątkowo przeciętnej urodzie, ale jeden miał szaty z nieco lepszego materiału, co prawdopodobnie oznaczało, że jest czystokrwisty. Nie chciał ich zabijać.
– Potrzebuję zobaczyć się z ministrem – powiedział, pozwalając, by wąż złotego światła owinął mu się wokół ramion. Nie zaatakował, po prostu się im przyglądał, ale jeden z mężczyzn zaczął się wyraźnie pocić, przez co Harry doszedł do wniosku, że chyba spotkał się z fobią. – W tej chwili.
– W tej chwili ma innych gości – powiedział auror w nieco lepszych szatach. Drugi w dalszym ciągu nie spuszczał węża z oczu i wydał z siebie cichy gurgot, sugerujący że język przykleił mu się do podniebienia.
– Jakich gości? – zapytał Harry.
Po chwili się dowiedział, ponieważ albo minister nie wzniósł osłon blokujących dźwięki, albo zrobiły się dla nich za głośne. Co więcej, Harry znał ten głos.
– ...za daleko! Mam dość! Wiem, że musi mieć pan własne powody, ministrze, ale ja też mam swoje i już tak dłużej nie mogę! To nie jest... nie o to chodzi w byciu aurorem! To właśnie była ostatnia kropla! A skoro mimo to, może pan dalej tak sobie spokojnie siedzieć i niczego nie robić z sezonem polowań, twierdzić, że niczego pan nie może zrobić... – Wrzeszcząca osoba urwała, żeby głośno nabrać tchu, ale ciągnęła głosem, który w żaden sposób nie był łagodniejszy niż wcześniej. – To z przyjemnością przyjmie pan moją rezygnację.
Aurorzy odsunęli się, niczym para świetnie wytrenowanych tancerzy, kiedy ktoś otworzył drzwi na oścież. Z gabinetu wyszła Nimfadora Tonks, której czerwone włosy miały złotawe pasemka, a jej wielkie i niebieskie oczy iskrzyły się niczym błyskawice.
Zauważyła Harry'ego i zatrzymała się. Mrugała przez chwilę.
– Och – powiedziała wreszcie. – Eee. Właśnie przyłączyłam się do twojego rokoszu.
Harry uśmiechnął się wbrew sobie i wyciągnął do niej rękę.
– Wiem. Słyszałem – powiedział.
– I tak by mnie zwolnili za wrzeszczenie na ministra, nie? – mruknęła Tonks, podchodząc i łapiąc go za nadgarstek. Potknęła się po drodze, ale złapała za framugę i udało się jej nie wywrócić. Nawet na chwilę nie oderwała wzroku od Harry'ego. – No to kiedy wychodzimy?
– Jak tylko porozmawiam ze Scrimgeourem – powiedział Harry.
Tonks skrzywiła się, momentalnie transformując się z energicznej dziewczyny w kogoś znacznie bardziej niebezpiecznego.
– On jest nie do zniesienia, Harry. Niczego tu nie załatwisz.
– Przecież muszę spróbować – powiedział Harry, po czym przypomniał sobie, że te osłony biegły wszędzie i nawet kilka minut czekania w korytarzu może wystawić Tonks na niebezpieczeństwo. Położył dłoń na jej ramieniu i skoncentrował się, zamykając oczy. Zaklęcie niewzruszenia wciekło jej do skóry i otoczyło lśniącą klatką fioletowego światła.
Harry otworzył oczy i zobaczył, jak Tonks szturcha pręty.
– To po to, żeby wrogowie nie mogli cię tknąć, póki tu na mnie czekasz.
Tonks przełknęła ślinę, ale jej mina momentalnie zhardziała i Harry podejrzewał, że oto ma przed sobą doświadczoną w boju aurorkę.
– Jasne – powiedziała, po czym zeszła mu z drogi. Harry wszedł do gabinetu i łagodnym podmuchem wiatru zamknął drzwi za sobą.
Scrimgeour siedział za swoim biurkiem. Percy siedział za własnym, ukryty za osłoną, której większość ludzi prawdopodobnie nawet by nie wykryła. Patrzył wrogo na Harry'ego, a w ręce trzymał wyciągniętą różdżkę. Harry zerknął na niego z ukosa i pokręcił głową. Nie chciał odcinać się również od Percy'ego, ale możliwe, że nie będzie miał innego wyjścia, zwłaszcza jeśli Scrimgeour miał zamiar oficjalnie wspierać sezon polowań, a Percy będzie się go trzymał.
– Ministrze – powiedział Harry, krzyżując ręce na piersi i nachylając głowę. – Wie pan, czemu tu jestem.
Scrimgeour zerknął przelotnie na ściany. Harry prychnął. Czyli zdaje sobie sprawę z osłon i boi się powiedzieć cokolwiek przy niewymownych? Cóż, ja się nie boję. Ale najlepszym sposobem na zniszczenie ich przewagi, to odebranie im dostępu do tajemnic. Zerknął na ściany, znalazł nasłuchujące osłony niewymownych, lśniące między kamieniami i otworzył swój dar absorbere Magia pomknęła wgłąb gardzieli i osłony zniknęły.
– Niewymowni pana zdradzili – powiedział Scrimgeourowi wprost. – Chcą, żeby wilkołaki łapano i zamykano w Tullianum, żeby mogli na nich eksperymentować. Już mają tam czterdzieści wilkołaków z Departamentu Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii. Każdy złapany osobnik w czasie sezonu polowań trafi w ich ręce. W międzyczasie będą wykorzystywać przerażenie, jakie wzbudza to polowanie, by szkodzić mi i każdemu, kto spróbuje się im postawić. Przecież opinia publiczna obecnie skupia się na wilkołakach, nie czarodziejach w szarych szatach. I czemu by nie miała? Obaj dobrze wiemy, jakiego rodzaju opozycja pojawi się wśród watah. Zaprzepaścił pan wszystkie próby, jakich podejmowaliśmy się, by utrzymać w Londynie spokój. Teraz alfy już będą musiały zaatakować, choćby po to, żeby zapewnić własnym watahom bezpieczeństwo, ochronić je przed nadciągającymi łowami, znaleźć im nowe kryjówki. Pieprzeni niewymowni właśnie podpalili cały nasz świat. A jeśli pan mi nie pomoże, to zrobi się jeszcze gorzej, zwłaszcza jak dalej będzie pan czekał na dzień, kiedy postawienie się im nie będzie pana niczego kosztowało.
Twarz Scrimgeoura zrobiła się koloru prochu. Percy zerwał się na nogi, zerkając to na ministra, to na Harry'ego, niemal wibrując z nerwów.
– Zdjąłeś ich osłony – wyszeptał Scrimgeour.
Harry kiwnął głową, cały czas pilnując ścian. Niewymowni niebawem zaczną splatać nowe osłony, ale gabinet Scrimgeoura był tak daleko od Departamentu Tajemnic, jak to tylko mogło być możliwe w zasięgu ministerstwa. Osłony będą potrzebowały przynajmniej kilku chwil na odnowienie się, ale jak tylko się do nich zbliżą, to ponownie je zniszczy.
– Owszem. Przecież właśnie dlatego nie chciał pan rozmawiać ze mną otwarcie, prawda? Bo się pan ich boi?
– Ministrze – powiedział Percy, wychodząc zza biurka.
Wyglądało jednak na to, że Scrimgeour zdołał wreszcie wziąć się w garść. Złożył dłonie przed sobą.
– Owszem. – Przyjrzał się Harry'emu, jakby starał się go wycenić. – I co teraz planujesz zrobić? Zrównać Departament Tajemnic z ziemią?
Harry przymknął oczy i sięgnął w dół i na boki. Czuł pulsującą w ministerstwie magię, rozbiegającą się w tysiącach kierunków; większość z tych zaklęć znał, więc mógł je zignorować. Osłony prześlizgnęły się po jego świadomości, po czym zniknęły w tle. Chroniąca Tullianum magia zmieniła się w nic nie znaczące brzęczenie. Im bliżej znajdował się Departamentu Tajemnic, tym bardziej magia gęstniała i coraz częściej zaczęły pojawiać się w niej nieznane mu zaklęcia.
A w samym środku, w sercu tego wszystkiego, czekało coś, o co świadomość Harry'ego przywaliła, niczym w ścianę. Dało mu wrażenie umysłu chłodnego, bystrego i bezwzględnego łowcy. Łowca obrócił się i Harry wiedział, że został przyłapany.
Tylko raz doświadczył czegoś podobnego: kiedy stanął przed Labiryntem w Lux Aeternie. Umysł znacznie obszerniejszy i potężniejszy od dowolnego czarodzieja, obca magia, która nie uznaje kompromisów. Ale ta była znacznie bardziej dzika i nieznana, a Harry momentalnie zorientował się, że nie może z tym walczyć, jeszcze nie. Miało całe stulecia na obwarowanie się i rośnięcie w siłę. Najazd na Departament Tajemnic i zmierzenie się z nim, wyglądało obecnie na misję samobójczą.
Przynajmniej na razie.
Otworzył oczy, starając się strząsnąć z siebie wrażenie, że spojrzenie łowcy podążyło za nim i przygląda się teraz jego umysłowi.
– Jeszcze nie. Ministrze, co znajduje się w środku Departamentu Tajemnic? Czy jest pan w stanie mi powiedzieć? Coś z innego świata? – Po ostatniej rozmowie ze Scrimgeourem wydawało mu się, że już znał na to odpowiedź, ale wolał się upewnić.
– Kamień – powiedział Scrimgeour. To on ich wybiera i to na niego składają wszystkie swoje przysięgi.
Harry kiwnął głową. Nie był w stanie ustalić prawdziwej natury Kamienia z tego ulotnego spotkania świadomości, ale domyślał się, że to właśnie przez niego niewymowni ciągle go atakują. Przysięga złożona czemuś takiemu musiała być spełniana bez wahania. Jeśli Kamień uznał, że jego służący powinni stawiać się Harry'emu, to nie mieli innego wyjścia.
– Dlatego teraz ma pan wybór, ministrze – powiedział. – Albo wyrazi pan swój sprzeciw odnośnie sezonu polowań, albo pan tego nie zrobi. Powiedział pan Tonks, że tego nie zrobi. Dlaczego?
Scrimgeour skrzywił się i wydał z siebie bezsilne warknięcie. Harry, który akurat musiał zjeść osłony niewymownych, usiłujących sięgnąć w jego stronę, musiał przyznać, że był to imponujący dźwięk.
– Bo tak niewiele mi brakuje – powiedział Scrimgeour, podnosząc dwa ściśnięte palce – do zostania figurantem w moim własnym ministerstwie. Jak tylko zrobię coś, co im się nie spodoba, Amelia Bones zrzuci mnie ze stołka. Jasne, nie sądzę, żeby sama utrzymała się zbyt długo na stanowisku ministra. Nie słuchałby jej żaden z szefów departamentów. Ale nie podoba im się też, że próbuję im rozkazywać, zwłaszcza bez jakichś układów, których ustalenie zajęłoby długie miesiące. A jak siądzie na tym stołku, to ministerstwo stanie w płomieniach. Wydaje ci się, że czarodziejski świat już płonie, Harry? To nic, w porównaniu do tego, co zajdzie, kiedy Amelia przejmie władzę.
– Wydaje mi się, że już zrobili z pana figuranta, skoro boi się ban zrobić cokolwiek nawet w obliczu takiej prowokacji – powiedział miękko Harry. – Nie rozumie pan tego, ministrze? Nie ma pan już nic do stracenia. Już nie może pan dłużej bawić się w cieniach w nadziei, że nikt nie zwróci na pana uwagi. Jeśli pan się postawi i zadeklaruje stan wojenny, to ma pan szansę...
– Na nie załatwienie kompletnie niczego – powiedział surowo Scrimgeour. – Harry, Wizengamot postanowił uchwalić sezon polowań w czasie sekretnego spotkania, o którym nikt mnie nawet nie poinformował. Nie zaprosili też kilku innych ludzi, którzy pewnie by się sprzeciwili, na przykład Gryzeldę Marchbanks. Ale w tej chwili nie jestem w stanie się im postawić, choćbym nie wiem, czego zrobił. W odwecie ogłoszą wotum nieufności, a Amelia zostanie ministrem tymczasowym. Już ci powiedziałem, czemu nie mogę do tego dopuścić.
Harry przyglądał mu się przez chwilę.
– Ale jeśli to prawda, proszę pana, to co ma pan zamiar osiągnąć, pozostając na stanowisku ministra?
Twarz Scrimgeoura zmieniła się, pokazując przerażającą radość, której Harry jeszcze nigdy wcześniej na niej nie widział.
– Ponieważ sezon polowań to początek końca – powiedział. – Posunęli się za daleko, przekroczyli zbyt wiele granic. Kilku potencjalnych przyjaciół teraz wpadnie mi w ręce niczym dojrzałe owoce. Nie spodziewali się, że Wizengamot dopuści się do czegoś takiego. Teraz widzą, że nie cofnie się przed niczym. Jak tylko zyskam to poparcie, to będę mógł zacząć naciskać na szefów departamentów. Kilka nacisków tu i tam, a potem jeszcze popchnąć innych we właściwym kierunku i to wszystko runie. – Spojrzał Harry'emu w oczy. – Możemy opanować tę pożogę, nie dopuścić żeby się rozprzestrzeniła. Usuniemy Amelię ze stanowiska, a wraz z nią polecą członkowie Wizengamotu, którymi łatwo manipulować poprzez strach i wymienimy ich na nowych ludzi. Ale jeśli postawię się od razu, to momentalnie zrobią ze mnie figuranta. Ale wystarczy, że chwilę zaczekam, to ich wszystkich dorwę. – Przymrużył oczy na Harry'ego. – No i oczywiście, że powiedziałem Tonks, że wspieram sezon polowań. Przecież nie jestem głupi.
Harry westchnął ciężko i zjadł kolejną osłonę. Zastanawiał się, czy Departament Tajemnic wysłał już jakichś niewymownych.
– A co niewymownymi, proszę pana? – zapytał. – Naprawdę wydaje się panu, że pozwolą na to wszystko? Tak długo, jak pozostanie pan na terenie ministerstwa, mogą skorzystać z artefaktów, zmuszając pana do zmiany zdania. A nowych członków Wizengamotu zawsze można skorumpować, przerazić, w ten sam sposób jak to zrobili z obecnymi. Nie wiem czemu, ale zależało im na otwarciu sezonu polowań. Nie pozwolą panu na zamknięcie go.
– Drugi dekret, jaki ustanowimy, będzie dotyczył składowania tak wielu magicznych artefaktów w jednym miejscu – powiedział Scrimgeour. – Ale pierwszy będzie oznaczał koniec sezonu polowań.
– Przykro mi, proszę pana – powiedział powoli Harry. – Ale nie sądzę, żeby to miało szansę podziałać. Pan wciąż chce działać w zakresie praw, przynajmniej pobieżnie – podejrzewał, że przynajmniej niektórzy sojusznicy, o których mówił Scrimgeour, będą skłonni do przekupienia innych do przejścia na ich stronę – a to znaczy, że niewymowni już pana pokonali pod tym względem.
Scrimgeour przymrużył oczy.
– No to czego ty właściwie chcesz? Puczu? Rewolucji?
– Nie chcę tego w sensie pragnienia – powiedział Harry. – Ale tak, obawiam się, że bez tego się nie obejdzie.
Scrimgeour powoli pokręcił głową.
– Ja przecież nie robię tego dla władzy – powiedział. – Gdyby wydawało mi się, że istnieje choć cień szansy na to, że Amelia nie uszkodzi zanadto ministerstwa, albo że ktokolwiek inny objąłby moje stanowisko, to z miejsca rzuciłbym tę robotę w diabły i przyłączył się do ciebie. Ale nie mam takiej gwarancji.
Harry poczuł, jak zalewa go fala współczucia. Scrimgeourowi wciąż wydawało się, że niewiele zmieni się w jego świecie, że będzie w stanie przeprowadzać reformy, zamiast rewolucji. I być może nawet miał rację, przynajmniej na swoją własną skalę. Być może uda mu się dopilnować wybranej przez siebie ścieżki i pozałatwiać wszystko ze swojej strony.
Ale niczego nie zdoła zrobić, o ile Harry nie odwróci od niego uwagi niewymownych.
Harry'emu to nie przeszkadzało. Przynajmniej Scrimgeour nie zatracił się we własnym przerażeniu na tyle, by ślepo wspierać sezon polowań. W dodatku, upomniał się, przecież od samego początku wiedział, że to nie wypali. Pozwolił, by możliwość współpracy z ministrem spopieliła mu się w umyśle, po czym pochylił głowę.
– Ja również nie robię tego dla władzy – powiedział. – Zrobię to, ponieważ uważam to za słuszne. Miłego dnia, ministrze. – Odwrócił się do drzwi, przy okazji zjadając kolejną osłonę. Przynajmniej Scrimgeour będzie miał kilka minut spokoju i prywatności, które pewnie wykorzysta na opanowanie się.
– Chyba nie idziesz do Tullianum, co? – Głos Scrimgeoura brzmiał na wyjątkowo zjeżony.
Harry obejrzał się na niego.
– Nie. – Jeszcze nie. Kiedy do tego dojdzie, Harry będzie potrzebował planu, który pozwoli mu odnieść sukces przy pierwszej próbie. Być może, gdyby udał się od razu do Tullinum i spróbował uwolnić ponad czterdzieści jeden wilkołaków, to by mu się to nawet udało, ale niektórzy z nich z pewnością zginęliby po drodze, w dodatku mogliby przy tym ucierpieć niewinni pracownicy ministerstwa. W dodatku wciąż nie przygotował Leśnej Twierdzy. Harry najpierw będzie musiał tym się zająć, żeby jego ludzie mieli szansę tam żyć, a nie po prostu się kryć.
Ale przede wszystkim potrzebował informacji. Potrzebował planów. A do tego będzie potrzebował Tonks i Moody'ego, jak i każdego, kto byłby skłonny powiedzieć mu cokolwiek o ministerstwie.
Już spróbował skontaktować się z Hawthorn, ale bez powodzenia. To go w ogóle nie zdziwiło. Osłony w Tullianum nie dopuszczały nawet sów do więźniów. Z pewnością nie pozwolą też nikomu na rozmowę z nimi.
– Naprawdę wolałbym, żebyś tego nie robił – powiedział Scrimgeour, ale jego twarz powoli zaczynała się odprężać. Biorąc pod uwagę, że Harry powiedział, że nie idzie do Tullianum, Scrimgeour chyba doszedł do wniosku, że w ogóle nie planował włamania do więzienia. Pewnie wciąż ciężko mu wyobrazić sobie, że faktycznie zbuntuję się przeciw ministerstwu.
– Naprawdę wolałbym, żeby to nie było konieczne – powiedział Harry, po czym odwrócił się i wyszedł. Wiedział, że Scrimgeour będzie w stanie wyczuć, kiedy osłony w pełni wrócą. Niech sobie pracuje nad swoimi reformami i ministerstwem. To nie było zadanie Harry'ego.
Znalazł Tonks czekającą na niego w korytarzu. Ewidentnie nikt jej nawet nie zaczepił. Uśmiechnęła się na jego widok, a Harry kiwnął głową i złapał ją pod ramię.
– Zabiorę cię w miejsce, w którym będziesz bezpieczna – powiedział. – A potem będę musiał udać się do pewnego człowieka i zamienić z nim parę słów.
Osłony zadrżały, dając wszystkim znać, że Harry aportował się do rezydencji, ale Lucjusz się tego spodziewał. Jedyne, co trzymało go w niepewności, to ciekawość, o jaką konkretną pomoc poprosi go Harry. Tak czy inaczej, jego cena pozostanie taka sama. Lucjusz oparł się wygodniej i wrócił do czytania "Proroka Codziennego", nucąc pod nosem. Koszmarne te wieści o otwarciu sezonu polowań, koszmarne po prostu.
Usłyszał kroki i podniósł wzrok. Harry stał w drzwiach biblioteki. Harry pochylił głowę.
– Lucjuszu.
– Harry. – Lucjusz przyglądał mu się. Oczy Harry'ego lśniły surową potęgą, której już dawno nie pozwalał tak swobodnie się wokół siebie unosić. Powietrze wokół niego zaginało się, jakby stał w samym środku koszmarnego ukropu. Mgła magii była tak solidna, że Lucjusz miał problemy z zobaczeniem poprzez nią mebli i ścian. – Potrzebujesz czegoś?
– Owszem – powiedział Harry, podchodząc o kilka kroków. Nie usiadł. Nie musiał. Lucjuszowi przyszło do głowy, że jeszcze za czasów Pierwszej Wojny Voldemort by usiadł, ale Mroczny Pan był w stanie sprawić, by każdy zajęty przez niego fotel przypominał tron. Harry nie był do tego zdolny i to nie tylko dlatego, że na każdym kroku promieniował przekonaniem, że nie jest nikim specjalnym. Przynajmniej Lucjusz wiedział, że Harry nie będzie go torturował. To była pocieszająca myśl. – Słyszałeś już o wieściach, jak widzę.
Lucjusz kiwnął głową.
– Chcę poprosić, żebyś pracował dla mnie z głębi ministerstwa. – Harry wbił w niego spojrzenie. – Zniechęcał ludzi od brania udziału w sezonie polowań, stawiał się niewymownym, oraz wymieniał się przysługami w zamian za tak wiele informacji, jak tylko zdołasz. Potrzebuję palca przy pulsie ministerstwa, a sam nie będę w stanie pojawić się tam przez jakiś czas.
Lucjusz uśmiechnął się do niego. – Z przyjemnością podejmę się tego dla ciebie, Harry.
– To dobrze – powiedział Harry z ulgą, po czym odwrócił się z powrotem w kierunku drzwi.
– Jeśli – powiedział Lucjusz.
Zobaczył, jak plecy Harry'ego spinają się. Ukrop rozlał się po bibliotece, zmieniając się w ból. Lucjusz skrzywił się i potarł czoło. Im więcej czasu spędzał w otoczeniu Harry'ego, tym rzadziej miewał te migreny. Przynajmniej nigdy nie trwały długo.
– Jesteś moim sojusznikiem – powiedział Harry, nie obracając się.
– Przecież wiem – powiedział Lucjusz, a przez ciągle nasilający się ból, jego ton wyszedł znacznie ostrzejszy, niż zamierzał. Szybko naprostował ten błąd. – Jestem, Harry, oczywiście że tak. Będę przestrzegał przysiąg przymierza. Ale wykorzystywanie kontaktów Malfoyów dla własnych korzyści to zupełnie co innego. Zwłaszcza wobec czegoś, co nieszczególnie mnie... interesuje, jak na przykład problem wilkołaków.
Harry obrócił się na pięcie.
– Chodzi ci o to, że nie ma w tym zysku dla twojej rodziny.
Lucjusz uśmiechnął się lekko.
– Ktoś musi myśleć o takich sprawach, Harry. Narcyza nieczęsto to robi. Draco jest na to za młody.
– Wymień swoją cenę – powiedział Harry.
– Chcę, żebyś wycofał swoje poparcie wobec Wielkiej Ujednoliconej Teorii – powiedział Lucjusz. – Nie poproszę cię, żebyś wyrzucił mugolaków – ciężko mu to przyszło, ale zdołał w porę przypomnieć sobie właściwe słowo – z Przymierza Słońca i Cienia, albo żebyś przestał walczyć o ich prawa. Ale stwierdzenie, że nie ma między nami żadnych różnic i udzielanie im praw wyłącznie przez wzgląd na to, jest skazane na porażkę. Daj ludziom po cichu znać, że tak naprawdę wcale nie wierzysz w tę teorię. Wyszepcz właściwe słowa do właściwych uszu. Przypomnij im, że masz czystokrwistego partnera, że może i wyrzekłeś się swojego nazwiska, ale jesteś potomkiem czystokrwistej linii, że obecnie jesteś legalnym dziedzicem bardzo starej rodziny. Podejrzewam, że jak przyjdzie co do czego, zaakceptowanie nazwiska Black może okazać się konieczne. To będzie prosty gest, ale wiele osiągniesz za jego pomocą.
– Istnieje z tym pewien problem, panie Malfoy – powiedział Harry, zaciskając szczęki, podczas gdy magia zafalowała wokół niego. Lucjusz w dalszym ciągu się nie bał. Harry nie szykował się do rzucenia Crucio. Znał te sygnały ostrzegające. – Wierzę w teorię.
Lucjusz zaśmiał się cicho.
– I wierzysz, że nowa teoria jest warta porzucenia tysięcy lat kultury i rytuałów?
– Oczywiście że nie – powiedział Harry. – Tańce, rytuały, tradycje nazewnictwa, kruczki prawne... wszystko to jest bezcenne i powinno być chronione. Szanowane. Ale oznacza to, że czystokrwiste rodziny nie mają prawa już twierdzić, że istnieje jakaś genetyczna różnica. Jeśli ktoś, kto nie urodził się, otoczony przez tę kulturę, chce się jej nauczyć, to powinien zostać zaakceptowany z otwartymi ramionami, jako pełnoprawny czarodziej, czy czarownica, równie otwarcie co ktoś taki jak Draco.
Lucjusz musiał opanować swój gniew. Nie tylko Harry był nierozsądnie uparty, ale ośmielił się porównać jakąś wytrenowaną, szlamowatą małpę do rodziny Lucjusza. Już porównanie do Rosierów mniej by zabolało.
– I do tego właśnie nie chcę dopuścić – wymamrotał Lucjusz, pilnując, by jego głos pozostał spokojny. – Istnieje różnica. Rozgłoś, że stajesz po naszej stronie, że akceptujesz naszą kulturę i chcesz się stać jej częścią, a do mugolaków wyciągasz dłoń wyłącznie ze względów politycznych, a nawet nie wyobrażasz sobie, jak wiele zyskasz – nie tylko moją pomoc w ministerstwie, ale też pomóc czystokrwistych rodzin z innych magicznych społeczności, które obecnie się wahają, niepewni twoich przekonań.
Harry odetchnął ciężko, nie spuszczając go z oczu. Lucjusz czekał. Był przekonany, że wygra. Nie prosił Harry'ego o poświęcenie, które skrzywdziłoby kogokolwiek innego, a chłopcu przecież i tak nie zależało na potędze swojego imienia i reputacji. Dla dobra sprawy przyjmie nazwisko Blacków, nie zdając sobie nawet sprawy ze wszystkich reperkusji.
– Nie – powiedział Harry.
Lucjusz zamarł. Nie wierzył w to, co przed chwilą wydawało mu się, że usłyszał.
– Że co proszę?
– Nie – powiedział Harry. – Nie zrobię tego. Wspieram Wielką Ujednoliconą Teorię, Lucjuszu, jak i wnioski do jakich dochodzi, oraz zmiany jakie dzięki niej zajdą w naszym świecie. Jeśli przez to nie otrzymam od ciebie pomocy, to się bez niej obejdę. Miłego dnia. – Kiwnął głową, po czym odwrócił się i zaczął wychodzić z biblioteki.
– Czyli zmiana nazwiska byłaby dla ciebie zbyt wielkim poświęceniem? – zastanowił się na głos Lucjusz, nie zmieniając swojej postawy. Lekcje, które otrzymał od ojca, nie poszły w las.
Nawet jeśli był tylko półkrwi. Ale Lucjusz miał już wprawę w przyduszaniu tej konkretnej myśli, więc teraz zrobił to bez namysłu.
Harry zatrzymał się i obejrzał przez ramię.
– Do ciebie chyba nie dociera, co proponuję, Lucjuszu – powiedział. – Otwartą rewoltę przeciw ministerstwu. Otwarty sprzeciw wobec sezonu polowań. Otwarte chronienie wilkołaków i każdego, kto zechce się do mnie przyłączyć. Przymierze Słońca i Cienia pozostaje tym, czym zawsze było – organizacją zachęcającą do myślenia. Ale to jest początek rewolucji.
Lucjusz czuł, jakby wszystko wokół niego zaczynało się przechylać, a w dole czekała na niego otchłań. To nie było miłe przeżycie. Ostatnim razem czuł się w ten sposób, kiedy Draco przybył do niego i zażądał zaakceptowania jako magicznego dziedzica.
Harry musiał zauważyć jakieś drgnięcie na jego twarzy, ponieważ uśmiechnął się, a jego mina wyglądała dziko.
– Właśnie. To początek końca. Wreszcie posunęli się za daleko. Przez jakiś czas nie wrócę do Hogwartu. Będę przebywał w sanktuarium wraz z tymi, którzy są skłonni przyłączyć się do mnie. – Odetchnął głęboko i ostrożnie, nawet przez chwilę nie spuszczając wzroku z oczu Lucjusza. – Wiedziałem, że nie byłbyś jednym z nich, dlatego też nie chciałem cię prosić o nic więcej. Twoja odmowa utrudnia mi nieco zadanie, ale z pewnością nie czyni go niemożliwym. I tak sobie poradzę.
Lucjusz wyobraził sobie wszystko, nad tym tak ciężko pracował wyrwane z korzeniami i nie zdołał powstrzymać się przed warknięciem. Nie miało do tego dojść. Harry miał tylko nieco spanikować, wystarczająco, żeby Lucjusz mógł nim odpowiednio pokierować. Wciąż miał pozostać w granicach, które zawsze sobie wytyczał.
Jego głos i tak miękki niczym śnieżny puch.
– I nie obawiasz się, że wykraczasz w ten sposób poza swoje obowiązki vatesa?
Harry zaśmiał się. Dźwięk ten brzmiał jak wiatr tańczący pośród wierzchołków drzew.
– Z pewnością nie. Jeśli nikt nie postawi się temu sezonowi polowań, to rozpocznie on kompletnie nową opresję wolnej woli i to takiego rodzaju, którego nie widzieliśmy już od czterechset lat. Wolno mi odpowiadać naciskiem, kiedy ktoś tłamsi czyjąś wolną wolę. Właśnie wtedy porzucają swoją możliwość do robienia co im się żywnie podoba.
Lucjusz przyglądał mu się. Harry rzucił mu kolejny, drapieżny uśmiech, po czym aportował się. To był dar, który Lucjusz zaoferował mu pod koniec ich tańca sojuszu – podłączenie Harry'ego do osłon rezydencji, dzięki czemu mógł wchodzić do niej i wychodzić według woli, niczym członek rodziny.
Lucjusz jeszcze nigdy wcześniej równie mocno nie żałował swojego daru.
Przez chwilę tylko siedział i oddychał. Następnie odezwał się do lewego nadgarstka, recytując zaklęcie komunikacyjne, wynalezione przez Charlesa Rosiera–Henlina.
Głos Dracona rozległ się w chwilę później.
– Harry? Harry. Dzięki Merlinowi. Potrzebuję...
– Draconie, tu twój ojciec.
Jego syn zamknął się.
Lucjusz ciągnął dalej, poniekąd żałując, że jednak do niego nie fiuknął. Chciał zobaczyć twarz Dracona. Z drugiej jednak strony wiedział, że zanim zdołałby zorganizować taką rozmowę, zanim jego syn dotarłby do dowolnego kominka, nawet do tego znajdującego się w gabinecie dyrektorki, czy kwaterach Severusa, Harry mógłby już rozmówić się z Draconem, który w wyniku takiej rozmowy podjąłby koszmarne w skutkach decyzje.
– Harry rozpoczął rokosz przeciw ministerstwu, przeciw tradycjom czystokrwistych, przeciw wszystkiemu, co jest słuszne i prawdziwe – poinformował swojego syna. – Wspiera Wielką Ujednoliconą Teorię do stopnia, który zniszczy naszą kulturę i sprawi, że staniemy się nie do odróżnienia od szlam. Odrzucił kompletnie rozsądny kompromis, jaki mu zaoferowałem. Posłuchaj mnie, Draconie. Zakazuję ci przyłączać się do niego w tym szalonym rokoszu.
– Ojcze – powiedział słabym głosem Draco – jeśli próbujesz mi powiedzieć, że mam zerwać zaręczyny...
– Absolutnie nie – powiedział Lucjusz. Nie chciał, żeby jego rodzina straciła wszelki wpływ nad Harrym, a do tego właśnie dojdzie, jeśli zacznie naciskać o przerwanie rytuału, bez względu na to, czy Draco się na to zgodzi, czy nie. Ale jeśli ruszy do boku Harry'ego wbrew wyraźnemu zakazowi od swojego ojca, to zerwie swoje więzi z Malfoyami. Lucjusz nie miał zamiaru do tego dopuścić. Draco nie tylko był jego dziedzicem, był też jego synem i to się nie zmieni. – Chcę, żebyś wrócił do boku Harry'ego, jak tylko się opamięta. Ale póki to nie nastąpi, chcę żebyś trzymał się od niego z daleka. Nie stawaj po jego stronie w tym konflikcie. Nie przyłączaj się do niego, nie podnoś różdżki na ministerstwo. Nie ogłaszaj publicznie swojego niezadowolenia z powodu sezonu polowań, czy aresztu pani Parkinson.
– Ojcze – wyszeptał Draco.
– Draconie, wydaję ci rozkaz w imię Lucjusza i Abraxasa – powiedział Lucjusz, powołując się na starą, formalną terminologię. – Pod groźbą wydziedziczenia.
Oddech szybko i głośno uciekał Draconowi z płuc. Lucjusz czekał. Wiedział, że wygra. Miałby więcej wątpliwości, gdyby Harry dorwał Dracona pierwszy, albo gdyby Draco zaczął się z nim wykłócać, popuszczając lejce swojemu impulsywnemu temperamentowi. Ale miał kontrolę nad rozmową, ponieważ jako pierwszy wysunął groźbę.
– R–rozumiem – powiedział wreszcie Draco.
– Bardzo dobrze – powiedział Lucjusz i zakończył zaklęcie komunikacyjne, ponieważ nie mieli już sobie nic więcej do powiedzenia. Jego tętno uspokoiło się do reszty, kiedy sięgnął z powrotem po książkę o zaklęciach kontroli umysłu. Sprawy pod względem Harry'ego nie potoczyły się, jak miał na to nadzieję, ale skoro nie był w stanie znaleźć w tym wszystkim żadnego zysku dla rodziny, to przynajmniej ograniczy potencjalne szkody.
Jaka szkoda, że coś takiego przytrafiło się Hawthorn, pomyślał. Naprawdę, straszna szkoda.
Narcyza stała za drzwiami biblioteki, póki nie upewniła się, że Lucjusz zakończył rozmowę przez zaklęcie komunikacyjne, póki szelest przewracanych stron nie zasygnalizował jej, że wrócił do czytania. Wówczas odwróciła się i ruszyła po schodach do pokoju.
Miała bardzo wyprostowane plecy, a jej kark był niemal boleśnie sztywny. Ale jak tylko dotarła do pokoju, mogła zamknąć drzwi za sobą i oprzeć o nie głowę, co ściągnęło nieco jej ciężaru z barków. Zamknęła oczy.
Zastanawiała się, czy Lucjuszowi wydawało się, że nigdy nie dowie się o tym, jak zagroził Draconowi, czy też może planował później przyjść i ją o wszystkim powiadomić, dodając do swoich słów miód, by załagodzić wieści.
Zastanawiała się, jakim cudem nie zauważył swojej zbytniej pewności siebie, bo Draco przecież powiedział tylko, że zrozumiał, a nie że go posłucha, a nawet Lucjusz nigdy nie musiał przechodzić testu, przez jaki właśnie przeprowadzał własnego syna, zmuszając go do wyboru między rodziną a kochankiem.
Zastanawiała się, czy Lucjuszowi naprawdę wydawało się, że Narcyza w żaden sposób tego nie skomentuje i po prostu będzie odgrywała swoją rolę cichej, posłusznej żony, jak to mugolki mają w zwyczaju.
Narcyza otworzyła oczy i przeszła przez pokój. To było jedyne miejsce w domu, do którego Lucjusz nigdy nie wchodził bez wyraźnego zaproszenia, ale ponieważ i tak przebywał tu wyjątkowo często, prawdopodobnie wychodził z założenia, że dobrze wiedział, gdzie co leży. Nie wiedział, a może po prostu zapomniał o kufrze, stojącym na samym dnie jej szafy.
Narcyza spojrzała na kufer. Nosił jej panieńskie inicjały, a nie te, które otrzymała po małżeństwie i zawierał w sobie wiele wspomnień. Matka podarowała mu go, kiedy wyjechała do Hogwartu, podenerwowana, ale nie nazbyt podenerwowana, bo kierowało nią przekonanie, że przecież wyląduje w Slytherinie, w którym już miała dwie siostry. Był wykonany z polerowanego hebanu, obok zamka znajdowały się inicjały napisane srebrnymi literami i nikt poza Narcyzą nie był w stanie go otworzyć.
Otworzyła go teraz. Był rozpakowany, poza jedną, złożoną, zielono–złotą suknią. Narcyza trzymała tam wiele swoich drobiazgów, kiedy jeszcze wydawało jej się, że jedna z koszmarnych kłótni, jakie często wybuchały na samym początku ich małżeństwa, sprawi, że Lucjusz w końcu odeśle ją do domu. Wychodziła z założenia, że nie będzie miała okazji do pełnego spakowania się, a i tak chciała mieć przy sobie coś ładnego do ubrania.
Im bardziej rozwijało się jej zaufanie wobec Lucjusza, tym więcej ubrań i drobiazgów wyjmowała z kufra.
Poza tą suknią.
Narcyza zamknęła wieko i odwróciła się. Czekała. Musiała zaczekać. Już podjęła decyzję, ale co z tego wyjdzie będzie musiało zostać zdeterminowane przez kogoś innego.
Zastanawiała się, kiedy wyciągnęła różdżkę i zaczęła ćwiczyć zaklęcia do pojedynków, jakim cudem Lucjusz nigdy nie zauważył, że wszystkie ich najbardziej zajadłe walki dotyczyły Dracona i w dodatku wygrała je wszystkie – jakie nadać mu imię, żeby wysłać go do Hogwartu, a nie do Durmstrangu, żeby opóźnić mu trening z rytuałów czystokrwistych, póki nie będzie w odpowiednim wieku, by go nie załamały. Zastanawiała się, czemu Lucjuszowi nigdy nie przyszło do głowy, że w sytuacji, w której musiałaby wybrać stronę swojego męża, albo syna, momentalnie stanęłaby po stronie syna.
Kochała Lucjusza, co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Ale Dracona po prostu kochała bardziej.
Draco miał wrażenie, że świat zamienił się w jakąś szaloną karuzelę, a on nawet nie zauważył kiedy. Leżał po środku swojego łóżka, łóżka które jeszcze wczoraj dzielił z Harrym. Zdążył się już poddać i przestał prosić Harry'ego o zabranie go ze sobą do Dracznego Dworu, gdzie mógłby pomóc przy ochronie Morogolusa. Harry odmówił i wyjaśnił swoje powody. Były to naprawdę dobre powody. Czy też wydawały się takie jeszcze wczoraj, kiedy Draco wciąż dąsał się o ich ostatnią kłótnię o brata Harry'ego i jego dziewczynę. Zasnął, przekonany że z samego rana zobaczy Harry'ego i zastanawiając się, czy Harry w ogóle zdawał sobie sprawę, że Dracona doprowadzało już do szału to jego ciągłe powstrzymywanie się przed wybuchami gniewu. Czemu Harry zawsze musiał być tak wściekle rozsądny? Draco chciał zobaczyć blask gniewu w jego oczach, choćby dlatego, że ten gniew mógłby w pewnym momencie przerodzić się w podniecenie.
A teraz.
A teraz.
Draco zastanawiał się, czy może los uznał go za zanadto zaślepionego. W pełni skupił się na kłótniach z Potterem, flirtowaniu z Michaelem akurat do stopnia, który podsycałby jego zainteresowanie, ale bez łamania mu serca, wściekaniu się na to, jaką koszmarną zdzirą była dziewczyna Pottera, czy też wreszcie naciskaniu na Harry'ego, póki nie wytrącił go z równowagi i musiał przyznać, że jednak jest w nim coś ludzkiego. Czy to było za mało w skali całego cierpienia, jakie przeżyli do tej pory? Czyżby za mocno kusił los?
I teraz to wszystko zostało mu odebrane – nie przez zabicie Harry'ego, czy zranienie Dracona, ale poprzez rozkaz, po którym musiał wybrać między kochankiem i rodziną.
Draco wiedział, że Harry nigdy nie chciałby, żeby Draco kiedykolwiek czuł się zmuszony do podjęcia tego rodzaju decyzji. Bez wahania powiedziałby Draconowi, że powinien wybrać rodzinę, ponieważ rokosz Harry'ego przeżyje bez Dracona, podczas gdy gniew Lucjusza Malfoya może im szkodzić do końca życia. Harry by tego nienawidził. Chciałby mieć Dracona przy sobie, ale wciąż uważałby, że Draco sam powinien podjąć tę decyzję. I tu nie chodziło nawet do końca o jego zasady jako vatesa. Harry po prostu uważał własne powody, przez które chciałby Dracona u swojego boku, jako mniej ważne od powodów, przez które Draco wolałby pozostać tam, gdzie był teraz.
A jego ojcu nawet nie wydawało się, że tu istnieje jakakolwiek decyzja do podjęcia, inaczej przycisnąłby Dracona, żądając wyraźnej obietnicy.
To oznaczało, że to naprawdę mógł być wybór Dracona.
Jeszcze nigdy wcześniej nie był równie przekonany, że tak wiele zależało od jego woli i nigdy wcześniej nie był równie pewny, że nie ma pojęcia, jaka decyzja będzie właściwa. W tym momencie nie był Malfoyem. Nie był kochankiem, czy przyjacielem Harry'ego, co było rolą, która definiowała ostatnich pięć lat jego życia. Był sobą. Czuł się, jakby stał na szczycie góry, oświetlony przez słońce, którego promienie były bezlitosne i zamiast podziwiać widoku, Draco nagle zdał sobie sprawę, że wszyscy naokoło też bardzo wyraźnie są w stanie go zobaczyć.
Ta decyzja wszystko zmieni, bez względu na to, jakiej by nie podjął. Ta decyzja wyrwie z niego jeszcze więcej zdziecinnienia. Już to robiła.
Draco ukrył twarz w dłoniach i po prostu tam leżał, oddychając głęboko.
