Rozdział dwudziesty czwarty: Zwane Leśną Twierdzą, zwane Starożytną Doliną

Minerwa piła herbatę. Wyglądała przy tym wyjątkowo dostojnie. Nikt jej nie widział, ale to nie miało znaczenia. Rodzice powiedzieli jej kiedyś, że jak ma jakoś wyglądać, to powinna przynajmniej wyglądać dostojnie, a w tej chwili Minerwa obawiała się, że nawet jej „jakoś" powoli robiło się pozbawione znaczenia. Dlatego piła. Filiżanka drżała jej w dłoni, grożąc zalaniem palców gorącą herbatą.

Odłożyła ją na spodek i obrzuciła ponurym spojrzeniem.

– Zrobi co będzie w jego mocy.

Minerwa była rada, że nie trzymała już filiżanki, inaczej zalałaby się herbatą przez nagłe pojawienie Godryka. Cień założyciela patrzył na nią zarówno surowo, jak i z nadzieją.

– Przecież wiem – wypaliła. – Nie o to się martwię. Wciąż istnieje możliwość, że to nie wystarczy, a on nie zajmie się tą wojną jak należy, jak to robił przy innych okazjach. Spróbuje walczyć defensywnie, a nie ofensywnie. Ostatnim razem, kiedy musiał znieść oblężenie, nie poradził sobie z tym najlepiej.

– Tym razem nie będzie przytłoczony żałobą – mruknął Godryk. – Ani otoczony ludźmi, którzy winią go o wszystko.

Minerwa zmarszczyła brwi, przypominając sobie wyraz, który zobaczyła na twarzy Harry'ego, kiedy powiedziała mu o Hawthorn. Przez chwilę jego oczy wydawały się przeraźliwie puste, jakby patrzyła w dół studni, albo w oczy Voldemorta. A potem zobaczyła, jak wina i pogarda do samego siebie, z którymi tak dobrze zapoznała się pod koniec ostatniego roku szkolnego, wypełzają na wierzch. I nagle zmieniły się, z przerażającą wręcz prędkością, w determinację.

– Wydaje mi się, że transmutował swój żal – powiedziała cicho Godrykowi. – Teraz korzysta z niego do napędzania się.

Założyciel zamrugał, po czym rozłożył ręce.

– Ale to chyba dobrze, prawda?

Minerwa nie była w stanie wyjaśnić, czemu uważała to za coś złego. Z całą pewnością byłaby dumna, gdyby zobaczyła to u jednego ze swoich Gryfonów. W dodatku to był zdecydowanie zdrowszy wybieg od tego, z którego Harry skorzystał ostatnim razem, kiedy się o coś obwiniał.

A mimo to niepokój pozostał.

A wraz z nim rozgoryczone odkrycie, przez które przecierpiała, kiedy patrzyła Harry'emu w oczy: nie byłaby w stanie mu pomóc bez wystawiania na zagrożenie swojej szkoły, czy pozycji, na którą naprawdę ciężko pracowała, ale gdyby tylko poprosił, to spróbowałaby zrobić... cokolwiek. Nie wiedziała, co by to właściwie miało być, ale z pewnością zostałoby zrobione.

Skrzywiła się w kierunku herbaty.

Nieprzyjemnie było dojść do wniosku, zwłaszcza po Albusie i świadomości, że jeśli ona nie zajmie się uczniami Hogwartu, to nikt tego nie zrobi, że znalazła sobie kolejnego przywódcę, za którym była gotowa ruszyć bez namysłu.


Harry'ego zaskoczyło tempo, z jakim południowe gobliny znalazły mu oddzielny pokój, zwłaszcza że nie przyszedł, by zobaczyć się z hanarz, czy też omówić z nimi politykę goblinów, ale by otworzyć nowe konto. Podejrzewał jednak, że mogą czegoś od niego potrzebować, dlatego też uprzejmie pochylił głowę, kiedy do pomieszczenia weszła hanarz. W ogóle się nie zmieniła od ich ostatniego spotkania, jej skóra wciąż była ciemnoszara, jej oczy bystre, a na karku nosiła srebrny łańcuch. Harry trzymał go na oku. Miał okazję zobaczyć, jak jej magia pracuje z wtopionymi w jej skórę okowami. Jeśli chciała go o coś oskarżyć, skrzywdzić go za coś, to prawdopodobnie zrobi to właśnie za pomocą tych łańcuchów.

– Harry.

Harry poderwał z zaskoczeniem wzrok i spojrzał jej w oczy. Jeszcze nigdy wcześniej nie słyszał, żeby tak się do niego zwróciła – ale też z drugiej strony, nie widział się z nią odkąd wyrzekł się nazwiska. Kiwnął głową.

– Tak?

Hanarz nachyliła się nad kamiennym stołem, który znajdował się między nimi. Jej ochroniarze nosili łuki i kołczany, a ich karki spinały ciężkie ozdoby, ale nie zareagowali, kiedy ich przywódczyni zbliżyła się do niego. Harry podejrzewał, że nie uważają go za zagrożenie, ponieważ uwolnił południowe gobliny z pomocą kilku czarodziejów i rytuału, który wymagał ich kooperacji.

– Wiemy, co oznacza twoja walka z ministerstwem i uwalnianie wilkołaków – powiedziała.

Harry zagapił się, zanim zdążył się opanować. Zastanawiał się, czy dowiedzieli się tego z artykułu w gazecie, czy też może wywnioskowali coś z faktu, że pojawił się, kiedy powinien przebywać w Hogwarcie. A może mieli swoje własne, magiczne sposoby.

– To oznacza, że znajdę się w samym środku rokoszu – powiedział, przytakując. – Nie przybyłem tu, by was w to wciągać, hanarz. Chcę tylko upewnić się, że nie zamrożą kont bankowych Blacków, dlatego chcę przelać pieniądze do nowego, prywatnego skarbca.

– Mamy dla ciebie podarunki – powiedziała goblinka, jakby go nie słyszała. Zdjęła z siebie krawędź okrywającej ją szaty, a zrobiony z ciemnego żelaza łańcuch, który owijał się wokół jej prawego barku i szyi, wzniósł się. Harry patrzył jak drży, tętni i szumi. A potem nagle wystrzelił w jego kierunku, a fala dźwięku pomknęła mu nad głową, przez co Harry musiał odskoczyć mu z drogi. Obejrzał się, ale nie zobaczył niczego względnie oczywistego, bo fala uderzyła w kamień, najwyraźniej minęła go jakby nie istniał i pole ciała dalej.

– Co to było? – zapytał, obracając się z powrotem.

– Zew – powiedziała hanarz – który da znać wszystkim, którzy go nasłuchują, że vates walczy o prawa magicznych stworzeń i potrzebuje pomocy. Zareagują na niego wyłącznie ci, którzy sami tego chcą. Niesłyszalny dla ludzkich uszu – dodała – bez względu na to, jakby nie spróbowali go nasłuchiwać. – Harry, który już otwierał usta, zamknął je z powrotem, kiwając głową. Obawiał się, że niewymowni mogliby użyć jakiegoś artefaktu do przechwycenia zewu, bo wówczas zaatakowaliby sojuszników, starających się do niego dostać.

– Drugi dar przechowywaliśmy dla ciebie – powiedziała hanarz. – Otrzymaliśmy go od kogoś, kto przyszedł do nas, okazując podziw i szacunek. Uszanowaliśmy jej prośbę.

Pstryknęła palcami, co zabrzmiało jak przełamanie gałązek, a jeden ze strażników podszedł i podał im niewielką skrzynię. Harry rozpoznał jednak gringocką pieczęć i podejrzewał, że została powiązana z jakimś skarbcem, gotowa do pobierania z niego pieniędzy, póki właściciel nie każe jej przestać. Strażnik otworzył ją i Harry zamrugał. W środku, zamiast monet, które się spodziewał, zobaczył kamienie szlachetne – małe diamenty, niewielkie rubiny, drobiazgowo wykonane bransolety ze srebra i złota, które nie były magiczne, ale tak wspaniale wykonane, że można by sprzedać je za kolosalne pieniądze. Harry ponownie zamrugał, tym razem by pozbyć się nieco powidoków.

– Henrietta Bulstrode nam to zostawiła – powiedziała hanarz. – Zgodnie z przysięgą wieczystą, o którą ją poprosiłeś, przekazała połowę swojego majątku na założenie sanktuarium lelków wróżebników. Resztę pozostawiła tobie, ponieważ córka niczego od niej nie chciała.

– Czemu kamienie szlachetne? – wyszeptał Harry.

– Sprzedamy je dla ciebie – powiedziała hanarz. – Pieniądze ze sprzedaży trafią na nowe konto, które nie będzie powiązane ani z tobą, ani z nią – goblińskie konto. W ten sposób upewnimy się, że ministerstwo nie będzie w stanie cię powstrzymać, nawet jeśli zdołają zamrozić większość twojego ludzkiego majątku. – Skrzywiła się lekko. – Z przyjemnością zaoferujemy te klejnoty urzędnikom ministerstwa.

Harry odetchnął.

– Naprawdę dziękuję, hanarz. To znacznie więcej, niż się...

– Jeszcze nie skończyłam.

Hanarz skinęła na goblina, który przyprowadził tu Harry'ego. Harry sobie poniekąd sprawę, że ten goblin cały czas za nim stał. Teraz wybiegł z pokoju i wrócił dopiero po chwili. Jego stopy cicho plaskały o kamienną podłogę. Harry przyjrzał się przyniesionemu przez niego przedmiotowi. Niecodziennie miał styczność z czymś tak ciemnym i o tak zakrzywionym kształcie, ale po chwili zorientował się, że patrzy na róg, wyrzeźbiony z czarnego kła jakiegoś zwierzęcia i obity srebrem.

– Co to jest? – wyszeptał, podnosząc róg. Zauważył, że goblin trzymał go z wyjątkowym szacunkiem. Róg okazał się niebywale lekki i poruszał mu się w dłoni niczym tancerz.

– Za pomocą tego rogu możesz wezwać nas na pomoc – powiedziała hanarz. – Jego zew minie wszelkie kamienie i głazy. Wolelibyśmy wciąż nie wychodzić z ukrycia, ponieważ wciąż szykujemy się do ujawnienia naszej wolności, ale jesteś vatesem i uwolniłeś nas, co oznacza, że jesteś równie mocno nasz, co czyjkolwiek. – Kiwnęła w kierunku rogu. – Został wyrzeźbiony z rogu karkadanna, bestii na które polowaliśmy w czasach, kiedy częściej zamieszkiwaliśmy szczere pola, a nie Gringott. Nie otrzymał go żaden czarodziej od czasów, kiedy spętał nas Salazar Slytherin. – Wbiła w niego swoje intensywnie żółte oczy.

Harry pochylił nisko głowę, zawstydzony. Czyli od ponad tysiąca lat. Uwolnił południowe gobliny z Draconem, Snape'em i pozostałymi, ale sieć, jaką z nich ściągnął, została rzucona przez samego Slytherina.

– I jesteście pewni, że chcecie mi to dać? – zapytał.

– Absolutnie o tym przekonani – powiedziała hanarz. – Na złoto i żelazo, na stal i skałę, na srebro i brąz, dotrzymałeś swoich obietnic.

Harry kiwnął głową i schował róg do kieszeni.

– W takim razie chciałbym otworzyć u was nowe konto.

– Oczywiście, Harry. – Hanarz ukłoniła się przed nim, czemu towarzyszyło dzwonienie uderzających o siebie łańcuchów. – Vatesie.


Draco siedział na zajęciach z obrony przed mroczną magią i starał się uważać; naprawdę się starał. Ale decyzja, którą musiał podjąć, zdawała się siedzieć tuż obok, w miejscu, które zwykle zajmował Harry i co chwila szturchała go długim, kościstym palcem, szepcząc słowa, których Draco wcale nie chciał słuchać.

Co się stanie, jak zdecydujesz wbrew swojej rodzinie? Harry, oczywiście, zaakceptuje cię bez nazwiska czy pieniędzy, ale przecież już nie będziesz tym, kim zawsze byłeś. Staniesz się żebrakiem i będziesz mógł być dumny wyłącznie ze swojego daru opętania i czystej krwi – a skoro Harry wspiera Wielką Ujednoliconą Teorię, to nawet nie będzie ci wolno cieszyć się ze statusu krwi.

A co się stanie, jak zdecydujesz wbrew Harry'emu? Zaakceptuje tę decyzję, oczywiście, ale przecież ktoś inny mógłby się do niego zbliżyć. Spójrz chociaż na tę Syrinx. Draco łypnął na Gloryflowerównę, która siedziała spokojnie po drugiej stronie klasy. Przecież wiesz, że uda się do niego, jak tylko ją wezwie. Możliwe, że zajdzie między nimi coś, czego nie zrozumiesz, czego nie doświadczysz, a potem Harry znacznie chętniej będzie spędzał z nią coraz więcej czasu. To nie tak, że byłby to pierwszy raz. Przecież wraz ze Snape'em nastawiliśmy go przeciw jego własnej rodzinie.

– Panie Malfoy?

Draco niemal się wzdrygnął. Nazywanie go po nazwisku było w tym momencie naprawdę niefortunne. Podniósł wzrok i spojrzał Pettigrew w oczy.

– Tak, proszę pana? – zapytał cicho.

Pettigrew kiwnął głową.

– Czy mógłby pan zademonstrować nam Ventus?

To było zaklęcie wiatru, które ćwiczyli zaledwie kilkadziesiąt razy w klubie pojedynków. Draco wykonał je bez namysłu ze swojego miejsca i podmuch przetoczył się przez klasę, porywając leżącą na biurku Pettigrew stertę zwojów i posyłając wszystkie na podłogę.

Profesor po prostu podniósł brew, mimo że kilku uczniów się zaśmiało. Draco miał wrażenie, że ta właśnie cierpliwość sprawiała, że był z niego taki dobry nauczyciel. Był wyjątkowo spokojny w czasie zajęć i nie dawał przytłoczyć się frustracji, która zazwyczaj rozpraszała i niszczyła takich „nauczycieli" jak Trelawney czy Hagrid.

– Nie do końca o to mi chodziło, panie Malfoy – powiedział Pettigrew. – Czy zechciałby pan może podejść do mnie i zademonstrować wszystkim ruchy różdżką? Chcę wam pokazać, w jaki sposób połączyć Ventus z innymi zaklęciami, ale najpierw muszę upewnić się, że wszyscy znają odpowiednie ruchy nadgarstka. – Odsunął się spod tablicy, więc Draco wstał i ruszył w kierunku jego biurka.

Zwykle z radością powitałby okazję do popisania się przed klasą. Teraz musiał zaciskać pięści w kieszeniach, żeby powstrzymać je przed drżeniem. A decyzja kroczyła tuż za nim, przez co intensywnie zdawał sobie sprawę z wpatrzonych w siebie oczu.

Co oni o tobie pomyślą, jeśli podejmiesz złą decyzję? Kościsty palec ponownie dźgnął go między łopatki. Co matka o tobie pomyśli? Albo inne czystokrwiste rodziny? Ich rozczarowanie nie będzie bolało równie mocno, co to, które zobaczysz w oczach ojca, ale i tak to, co będą o tobie mówili, będzie wystarczająco uwłaczające. „Tylko nie zachowuj się jak Draco Malfoy, synu. Wybrał swojego półkrwi kochanka i porzucił honor rodziny."

Machnął ostro różdżką w dół, wykonując kolejne Ventus, po czym słuchał jednym uchem, jak Pettigrew wyjaśniał wszystkim, że można połączyć to z zaklęciem ognia, dzięki któremu stworzą przed sobą ścianę płomieni. Zwykle byłby o krok od piszczenia z radości na wieść, że przyjdzie mu nauczyć się czegoś takiego. Teraz po prostu chciał, żeby Harry już wrócił do szkoły, a jego ojciec przestał wariować i żeby wszystko było jak należy.

A jeśli nie wybiorę Harry'ego, to żaden z jego sojuszników już nigdy więcej mi nie zaufa. Pettigrew będzie patrzył na mnie z rozczarowaniem w oczach. Zaprzepaszczę wszelkie szanse na pogodzenie się z jego bratem. Przyjdzie mi żyć w strachu przed profesor Belluspersoną. A Snape... Draco zadrżał. To jemu przyszło powiedzieć wieszczowi, Josephowi, że Harry zniknął. Jak tylko Draco wrócił do pokoju wspólnego Slytherinu, całymi lochami zatrzęsło od jakiegoś potężnego zaklęcia, a potem rozległo się przeraźliwe wycie, od którego ciarki przeszły mu po plecach.

Snape nie pojawił się następnego dnia na zajęciach. Zamiast niego przyszedł Joseph z gotową rozpiską i zdołał w miarę kompetentnie nauczać, nawet jeśli nie radził sobie z tym najlepiej. Draco zastanawiał się, co bardziej rozwścieczyło Snape'a: świadomość, że Harry zniknął, czy też dlaczego. Harry nawet nie poprosił Snape'a o pomoc przy ochronie Morologusa, ponieważ wychodził z założenia, że oczywiście, że Snape nie będzie chciał znajdować się gdziekolwiek w pobliżu miejsca, w którym dojdzie do transformacji Lokiego, w dodatku miał wystarczająco wiele własnych problemów na głowie. Draco miał wrażenie, że Harry ostatnimi czasy uważał Snape'a za „rannego w akcji", ofiarę wojny, a nie swojego opiekuna.

No i, cóż, może i to była prawda, ale to podejście doprowadzało Snape'a do szału.

– Wydaje mi się, że to wystarczy na początek – powiedział profesor Pettigrew, kiedy skończył wyjaśniać teorię, po czym odwrócił się, żeby przyzwać innego ucznia, który pokaże wszystkim zaklęcie ognia.

Draco potrzebował aż trzech prób, zanim udało mu się połączyć ze sobą te zaklęcia. Znacznie wolniej niż zazwyczaj. A przez cały ten czas w głowie mamrotały mu głosy, obijając się o siebie nawzajem.

Naprawdę wydawało ci się, że nigdy nie będziesz musiał podjąć tego wyboru? Naprawdę wydawało ci się, że ojciec i Harry już zawsze będą ze sobą współpracowali? Naprawdę wydawało ci się, że żaden z nich nigdy nie zażąda czegoś, czego drugi nie zdoła spełnić?

Tak, psiakrew, tak właśnie mi się wydawało, pomyślał zajadle Draco, żeby uciszyć głosy. Jak do tej pory tylko raz pojawił się między nimi tego rodzaju otwarty konflikt, a wtedy udało mi się wszystko załagodzić, bo pokonałem ojca w tańcu. A od tamtego czasu jeszcze mocniej związał swój los z Harrym. Zaczął taniec sojuszu w niedługo po tym, jak niemal go zamordował pamiętnikiem Toma Riddle'a. Chyba miałem wszelkie prawo myśleć, że to się już nie zmieni.

Głosy nie miały na to odpowiedzi i umysł Dracona wyklarował się nieco. Kiedy zajęcia z obrony dobiegły końca i zapisał sobie zadaną przez profesora Pettigrew pracę domową, polegającą na napisaniu wypracowania o teorii łączenia ze sobą zaklęć, uznał, że chyba źle do tego wszystkiego podchodzi.

Zamiast ciągle skupiać się nad wszystkim, co mogę stracić, chyba powinienem zastanowić się, co osiągnę po wyborze dowolnej ze stron. Co będę z tego miał?

Oraz, co najważniejsze, czego tak naprawdę chcę?


Snape czuł się, jakby ktoś mu przywalił młotem w umysł.

Chodził w kółko po swoich kwaterach, z których przegonił Josepha, z których usunął wypracowania i wszystko, co mogło zostać przypadkiem uszkodzone. Nie było innego wyjścia. Czuł w sobie narastające pragnienie ciskania zaklęciami i nie mógł sobie tego odmówić, ponieważ dzięki nim pozbywał się furii, która ciągle starała się zasnuć mu umysł mgłą, ale w takim stanie zbyt łatwo przyszłoby mu kogoś zabić, czy coś zniszczyć.

Młot uderzył w niego jako mieszanka wieści: dokonań Harry'ego z poprzedniej nocy, kiedy to starał się chronić łowcę przed wilkołakiem i zawiódł, oraz faktu, że Harry musiał zbiec z Hogwartu.

Harry skontaktował się z Josephem, żeby poinformować go, że nic mu się nie stało w czasie przygody z łowcą, dzięki czemu Joseph mógł przekazać te wieści Snape'owi. Nie porozmawiał z nim bezpośrednio.

Nie poprosił Snape'a o pomoc w ochronie łowcy.

Nie rozmówił się z nim przed ucieczką z Hogwartu, przed udaniem się do ministerstwa, w którym prawdopodobnie znowu coś zagroziło jego życiu. W czasie tego wszystkiego wychodził najwyraźniej z założenia, że jego opiekun nie czuł się na siłach, by mu pomóc, ani nawet tolerować głos Harry'ego ze swojego lewego nadgarstka.

I miał rację.

Snape wreszcie zorientował się, kim stał się w swoich relacjach z Harrym. Szlag go przez to trafiał. Harry nawet nie mrugnął, kiedy rozpoczęły się sny, a wraz z nimi zaczęły gnić emocjonalne ściany Snape'a. Stawał Snape'owi na drodze tak długo, jak był w stanie, naciskał, że Snape potrzebuje pomocy, usunął Snape'a ze swojego bezpośredniego otoczenia po ataku na Kamelię, rozmawiał z nim poprzez Josepha, pisał do niego listy, okazał mu miłość, kiedy Snape użył na nim legilimencji.

Dokładnie takich samych kroków podjąłby się, mając do czynienia z dowolnym innym, rannym sojusznikiem – prawdopodobnie nawet podjąłby się tego na własnych rodzicach, gdyby tylko nie okazali się tak koszmarnie słabi. Na szczęście aresztowano ich, zanim Harry w ogóle znalazł w sobie na to siły.

Harry nie uważał go już za swojego opiekuna. Nie poprosi Snape'a o pomoc, ponieważ nie wierzył, że Snape miał jakąkolwiek pomoc do zaoferowania. Zamiast tego zwyczajnie zajął się Snape'em, traktując go jak swojego podopiecznego, zależnego od jego dobrej woli i szczodrości. Harry nie miał już rodzica i zaadaptował się do tego z zaskakującym wdziękiem, ponieważ nie miał innego wyjścia, oraz dlatego, że tak długo funkcjonował bez rodziców, że stało się to dla niego drugą naturą.

Snape'a doprowadzało to do szału.

Wszystkie te lata spędzone na pielęgnowaniu zaufania Harry'ego, pokazywaniu mu, że Snape będzie w stanie pomóc mu na sposoby, których nikt inny nie zdoła, uspokajaniu Harry'ego i pokazywaniu mu, że czasem może przekazać komuś lejce i pozwolić komuś innemu być silnym w jego imieniu – wszystko to zmarnowane. Snape wiedział, że Harry wciąż może być w stanie odprężyć się, kiedy będzie znajdował się pod czyjąś opieką, zwłaszcza kiedy sam będzie ciężko ranny, ale to nie sugerowało zaufania, tylko zwyczajną praktyczność. Harry wciąż będzie myślał o sobie jak o obrońcy i jak tylko się wyleczy, momentalnie obejmie tę pozycję z powrotem.

Snape przypomniał sobie, że jeszcze w zeszłym roku Harry'emu wydawało się, że nie będzie w stanie być dobrym synem. Ale okazało się, że nie miał racji. To Snape nie był dobrym rodzicem.

Obrócił się i rzucił klątwę kruszącą na stół, który transmutował z piórka. Drewno rozpadło się w drzazgi, co pomogło Snape'owi utrzymać na wodzy szepczący, rozpłakany ból, który usiłował mu z powrotem wejść do głowy.

Nie mam syna. I sam sobie na to zapracowałem, ponieważ zmieniłem się i Harry wyszedł mi na spotkanie – obejmując przy tym rolę uzdrowiciela. I czemu by nie miał? Przecież dokładnie tym jest dla wszystkich.

Snape nie był pewien, czy znalazłby w sobie siły do wyrwania się z tego kręgu usprawiedliwień i szalonych wyjaśnień, czy ignorowania wszelkich sprzeczności. Gdyby tu chodziło tylko o niego, to pewnie by nie znalazł. Przecież znacznie łatwiej po prostu było tarzać się w tym bagnie i narzekać na los. A Harry'emu nawet by to nie przeszkadzało, po prostu zachowywałby się przy nim jak rodzic bez względu na to, jak długo by to nie trwało.

Ale dla dobra Harry'ego, Snape miał zamiar zanurkować w całym tym obrzydzeniu, nienawiści i bólu.

Nie przyłączy się jeszcze do niego. Był na tyle rozsądny, by zrozumieć, że w tej chwili byłaby to czysta głupota. Ale jak tylko wyleczy swoje najcięższe, najbardziej obficie krwawiące rany, jak tylko upewni się, że może się tam na coś przydać, zamiast po prostu wszystkim zawadzać, to pójdzie i powie Minewrze, żeby zatrudniła na jego miejsce Slughorna, bo przecież nie będzie wiedział, kiedy właściwie przyjdzie mu wrócić.

Przyzwał z powrotem wolę, która utrzymywała go przy życiu, kiedy szpiegował przez rok pośród śmierciożerców, kiedy znacznie łatwiej byłoby po prostu poddać się otaczającej go ciemności, albo położyć się i umrzeć. Chciał odzyskać syna.

Następnie zawołał Josepha.


– Mówiłam przecież. – Głos Kamelii był spięty, zmęczony i pokonany. – Nikt nie jest w stanie powstrzymać wilkołaka, który znajduje się na ścieżce zemsty za śmierć swojej bratniej duszy, Harry. Nawet ty.

– Mogłem się stamtąd aportować – wyszeptał Harry. Siedział w pokoju w głównym gmachu Leśnej Twierdzy, drewnianym, stojącym po środku kamiennego czworoboku budynków, i przyglądał się wschodzącemu słońcu. Wyspał się poprzedniej nocy, bo rzucił na siebie Consopio, żeby nagromadzające się problemy go nie budziły, ale i tak musiał poprosić Tonks o obudzenie go skoro świt, bo wciąż nie odkrył, w jaki sposób zmodyfikować to zaklęcie, żeby kończyło się o konkretnej godzinie. A odpowiednia ilość snu była bardzo ważna. – Mogłem zabrać gdzieś Kierana ze sobą.

– Nie miałoby to znaczenia – powiedziała cicho Kamelia. – Jak ci się wydaje, w jaki sposób Loki w ogóle znalazł Draczny Dwór? Nikt mu o nim nie powiedział, Harry. Przyciągnęła go obecność zdobyczy, na której chciał się zemścić. Mógłbyś aportować się, gdzie tylko chciałeś. I tak podążyłby za tobą.

– Ale gdybyśmy ciągle się aportowali...

– To prędzej czy później opadłbyś z sił – powiedziała Kamelia. – Prędzej czy później musiałbyś zasnąć. A wówczas by was dogonił. Próbowałam cię ostrzec. Mówiłam, że nie da się go powstrzymać, ani zawrócić.

Harry potarł bliznę. Jak będzie o tym za długo rozmawiał, to się rozzłości, a to oznaczałoby kolejną migrenę.

– Chciałem tylko, żebyś przekazała watasze, że do wieczora macie wszyscy przygotować się na przeniesienie do Leśnej Twierdzy. Posiadłości Blacków niebawem przestaną być dla was bezpieczne, w dodatku nie zmieszczę w nich jeszcze ponad czterdziestu wilkołaków.

– A to Leśna Twierdza ma się niby lepiej sprawdzić? – Sarkazm i sceptyczność były wyjątkowo wyraźne w głosie Kamelii. – Niby czemu mielibyśmy być w niej jakkolwiek bezpieczniejsi? Przecież jak tylko uwolnisz tamte wilkołaki, to już oficjalnie zostaniesz wyjęty spod prawa, Dziki.

– A co, wolałabyś, żebym ich nie uwalniał? – Harry podniósł brwi, żałując że Charles nie zdołał zmodyfikować swojego zaklęcia, umożliwiając zobaczenie twarzy rozmówcy. Naprawdę chciał zobaczyć w tym momencie minę Kamelii. – Muszę, Kamelio. Tu już nie chodzi tylko o przysięgę, którą złożyłem wilkołakom, ale też i tą złożoną Parkinsonom. No i wydawało mi się, że się ucieszysz. Przecież to twój własny gatunek.

– Ja tylko chcę, żebyś był bezpieczny, Dziki – wyszeptała Kamelia. – I jeśli to samolubne, to trudno.

Harry uśmiechnął się tolerancyjnie.

– Ach. Jestem w stanie to zrozumieć. Ale tak, mam zamiar odpowiednio zabezpieczyć Leśną Twierdzę. – Wstał. – Muszę już lecieć, Kamelio. Przygotuj watahę. Skontaktuję się z tobą pod wieczór i przekażę szczegóły aportacyjne tym, którzy są w stanie się aportować.

Zaczekał na jej zgodę, po czym zakończył zaklęcie komunikacyjne. Następnie wyszedł z gabinetu i ruszył do kuchni.

Jeszcze nigdy nie widział równie wąskich pomieszczeń co te w Leśnej Twierdzy. Ściany zdawały celowo układać się w ciasne korytarze, czy schowki pod schodami. No i, oczywiście, wszystko było drewniane. Harry uważał, że to może okazać się idealnym miejscem dla wilkołaków; było w nim mnóstwo pomniejszych pomieszczeń, w których mogły zwinąć się w kłębek, gdyby potrzebowały chwili dla siebie, ale gabinet i kuchnia były rozległe, podobnie jak parę innych pokojów, a których można było spać pokotem na sobie, w dodatku wszędzie unosił się intensywny, kojący zapach drzew.

Tonk czekała w kuchni, przeglądając „Proroka Codziennego" i skubiąc od czasu do czasu przypalonego tosta, którego zrobiła sobie z dostarczonego tego ranka bochenka chleba. Harry skontaktował się z kilkoma prowadzonymi przez charłaki sklepami w Londynie, którzy z radością przyjęli jego zamówienie i nie przeszkadzało im wysyłanie sów wcześnie rano z chlebem, sokiem i innymi wiktuałami do Leśnej Twierdzy. Harry odnotował sobie w głowie, że powinien też poprosić o przeniesienie dostaw do Grimmauld Place i Nadmorskiego Basztańca. Jedzenie szybko stanie się problemem, kiedy nagle zamieszka tu osiemdziesięciu, czy nawet więcej, ludzi.

– Co napisali? – zapytał, kiedy Tonks wyjrzała znad gazety, żeby powitać go po raz drugi tego ranka.

– Te same głupoty co zwykle – powiedziała Tonks. – Nikt nie wie, co właściwie planujesz, co nie przeszkadza im w snuciu domysłów. Wiedzą, że opuściłeś Hogwart. Wydaje im się, że udałeś się w odosobnione miejsce, żeby, i tu cytuję Honeywhistle, która zacytowała kogoś innego, „podąsać się o to, co uważasz za niesprawiedliwość."

Harry parsknął i nałożył sobie marmolady na kromkę chleba.

– No proszę, czyli jednak ich zaskoczymy.

Tonks kiwnęła głową.

– Moody powiedział, że pojawi się koło południa?

– Tak. Mam nadzieję, że zdążę do tego czasu zrobić to, co powinienem. – Harry wgryzł się w kanapkę i wyjrzał za okno. Rozpościerała się za nim dolina Leśnej Twierdzy, przybrązowiona przez początek jesieni, ale wciąż lśniąca od przelotnych deszczy. – Jeśli nie, to chcę żebyście od razu zaczęli planować najlepszą trasę dla naszego ataku na Tullianum.

– Przypomnij mi, proszę, co ty właściwie planujesz zrobić.

Harry spojrzał na Tonks. Przyglądała mu się z taką powagą na twarzy, że zaczął w niej dostrzegać podobieństwo do Narcyzy, co jeszcze nigdy wcześniej mu się nie przytrafiło. Miała matowo czarne włosy, które wisiały jej w ciasnych loczkach wokół twarzy. Jej oczy, jednakże, pozostały w kolorze błyskawic.

– Zastosuję technikę zwaną wkraczaniem w sen – powiedział Harry, kiedy już przełknął kęs. – Nie możemy szczególnie korzystać z magii na terenie Leśnej Twierdzy, a osłony nie utrzymają zbyt długo. Ale możemy zrobić z tego miejsca prawdziwe sanktuarium, jeśli tylko przekonamy je, że jesteśmy jego częścią. Wówczas samo zacznie nas bronić.

– I wydaje ci się, że sobie z tym poradzisz. – Głos Tonks był bezbarwny i znakomicie zgrywał się w swojej sceptyczności z Kamelią.

Harry kiwnął głową.

– Hermiona zbadała dla mnie ten temat. Czarodzieje i czarownice zwykle nie podejmują się tego, ponieważ nie podoba im się wymagany wysiłek, czy też cena, jaką należy zapłacić.

– Cena? – Głos Tonks nabrał na ostrości, podobnie jak jej spojrzenie. Harry zastanawiał się, czy nie podejrzewa u niego skłonności samobójczych.

Nie miał ich. Nie mógł sobie na nie pozwolić. Czytał wczoraj notatki Hermiony, póki niemal nie oślepł, w przerwach między załatwianiem oddzielnego konta i dostaw jedzenia.

– Tak. Trzeba pozostać w miejscu przez jakiś czas po wkroczeniu w sen, żeby magia w ogóle cię zauważyła. Czarodzieje i czarownice zwykle wolą tego nie robić. Przynajmniej teraz mogę sobie na to pozwolić. – Dokończył śniadanie. – Będę przelotnie znikał, jak na czas uwolnienia wilkołaków z Tullianum, ale poza tym pozostanę w Leśnej Twierdzy przynajmniej przez miesiąc. Możemy zrobić z tego miejsca naprawdę dobrą bazę wypadową.

– I co jeszcze jest potrzebne?

– Pokora – powiedział cicho Harry, wstając. – Zdolność do nie myślenia o sobie jako o jednostce i w zamian skupienie się na czymś znacznie rozleglejszym. Przyzwyczajenie się do obcego umysłu. – Uśmiechnął się. – Wydaje mi się, że moja rola vatesa naprawdę dobrze mnie do tego przygotowała.

Tonks sięgnęła ku niemu i złapała za lewy nadgarstek.

– Uważaj na siebie.

– Oczywiście. – Harry stłamsił w sobie osobliwą myśl, że nikomu nie wolno go tam dotykać, bo to jest miejsce Dracona. Potrząsnął szybko głową i wyszedł z drewnianego domku, wstępując w zalaną słońcem Leśną Twierdzę.

Miał wrażenie, że to będzie naprawdę przyjemny, słoneczny dzień. Po niebie przemykały chmury, ale były tak rozrzedzone, że tylko sprawiały, że błękit wydawał się w tych miejscach jaśniejszy. Zwieńczający jeden z krańców doliny las lśnił, ponieważ składał się głównie z zimozielonych drzew. Wszędzie na ziemi, pośród brązowej trawy znajdowały się kałuże, oślepiające nieco Harry'ego, ilekroć poruszył się tak, że odbijające się od nich promienie słońca trafiały go prosto w twarz, pozostawiając powidoki, zupełnie jak klejnoty, które pozostawiła mu Henrietta.

Usiadł na kępce trawy, niedaleko kamiennego czworoboku, pod samotnie stojącym dębem. Czuł jak stateczny prąd magii miejsca krąży wokół doliny, pilnując jej kamieni, wzgórz i drzew, wszystkich nieruchomych, długożyjących rzeczy, kochając je i nie zwracając najmniejszej uwagi na maleńkich czarodziejów i czarownice, którzy ciągle się gdzieś śpieszyli.

Harry nabrał głęboko tchu i zamknął oczy.

Consopio – wyszeptał.

A kiedy opadł pośród własne sny, przejął nad nimi kontrolę legilimencją, przypominając sobie notatki Hermiony.

Wkraczanie w sen oznacza mieszanie własnych snów ze snem miejsca. Większość czarodziejów i czarownic nie ma świadomej kontroli nad swoimi snami, więc nie zdoła tego zrobić. Może się to powieść legilimencie, albo komuś korzystającemu z zaklęcia świadomego snu.

Harry śnił o sobie, siedzącym w miejscu bardzo podobnym do tego, w którym przed chwilą usiadł, ale jego umysł zaczął sięgać coraz szerzej. Prąd magii był tu widoczny, ponieważ tego chciał, przetaczająca się, biała fala, która wzbierała po zderzeniu z kamieniami po jednej stronie doliny, przelewała się ponad drzewami, a następnie zawracała i tańczyła pośród budynków, które stały tam już od tak dawna, że nie przeszkadzały magii. Patrolowała, ignorowała, śniła i zajmowała się własnymi sprawami.

Harry sięgnął ku niej i wślizgnął swój sen płynnie do tego nie kończącego się prądu, dostosowując się do niego, ciekaw jak na to zareaguje.

Leśna Twierdza zauważyła go.

Pierwsze tknięcie jej świadomości było dla Harry'ego tak koszmarnie obce, że niemal go sparaliżowało. Leśna Twierdza nie miała konceptu odległości czy kierunku. Była sobą, lasem, drzewami, domami, kamieniami i niebem, a każdy element jej ciała znajdował się w identycznej odległości od innych. Jedyne do czego Harry byłby w stanie to przyrównać, to arras, albo sposób, w jaki arras mógłby o sobie pomyśleć, gdyby był istotą rozumną. Każda nić przepleciona ze wszystkimi innymi, przez co nie było prawdziwego środka, bo każdy jego fragment był środkiem.

Nie tolerowano żadnych sugestii, jakoby cokolwiek z tego wszystkiego było oddzielną istotą. Poruszające się po Leśnej Twierdzy stworzenia były oddzielne i właśnie dlatego magia nie czuła się zobowiązana do zwracania na nie uwagi. Starali się przenosić jej części, albo odczepić inne, ale zawsze im je odbierała i odkładała na miejsce. Była sobą i śniła.

Harry poczuł dzikie pragnienie do wyrwania się z tego wszystkiego, wypłynięcia na powierzchnię, powrotu do własnej głowy i własnych snów. Ale notatki Hermiony i przed tym go przestrzegły.

Czarodziej niezdolny do porzucenia własnej indywidualności, nawet na chwilę, nie zdoła wkroczyć do snu. Musi zaufać magii miejsca. Musi poddać się znacznie szerszemu pojęciu świata. Magia miejsc nie jest bardziej złośliwa od oceanu. Tak, jak pływak musi dostosować się do fal, zamiast im rozkazywać, tak czarodziej musi zrobić to samo – wręcz zachowywać się jak niesione na tych falach drewienko, świadom że znajduje się w miejscu, w którym się nie urodził, ale i tak dając mu się porwać.

Harry nabrał głęboko tchu i zanurzył się. Stare ideały pomogły. Świadomość własnej istotności, że był kimś ważnym bez względu na obowiązki, była dla niego czymś nowym i dopiero niedawno wplotła się w jego życie. Wyobraził sobie Leśną Twierdzę jako świat, miejsce które musiał uratować, coś nieskończenie cenniejsze, piękniejsze i ważniejsze od jednego, małego czarodzieja. Osunął się.

Tonął.

Leśna Twierdza zdawała sobie sprawę z tego, że wkroczyło w nią coś nowego. Przyjrzała się temu czemuś. To było nasionko, które pewnego dnia miało szansę stać się drzewem, a teraz zostało tu przywiane przez wiatr. Nasionko zagrzebało się w dziwnej ziemi, nieodpowiedniej do drzewa, ale i tak udało mu się w niej wyrosnąć. Słońce je ogrzewało, woda karmiła i w końcu wystrzeliło w górę, jak wszystkie nasionka. Ale to drzewko przez jakiś czas rosło jak kwiat, gotowe w każdej chwili umrzeć.

Leśna Twierdza obróciła je raz i drugi. Maleństwo obracało się swobodnie. Miało konary, konary z łysymi gałęziami; musiało przedwcześnie zrzucić liście. Chodziło po kamieniach, ale nie zapuszczało między nimi korzeni. Żadne drzewa nie pozostawały w miejscu, kiedy raz za razem przewracała je burza. Nie chciało być oddzielne. Nic nie chciało być oddzielne tak długo, jak było jej częścią. Jego sen splótł się z jej i maleństwo nie było już małą, zabieganą cząstką; stało się częścią Leśnej Twierdzy. Wciąż mogło się ruszać, oczywiście, ponieważ każdy element Leśnej Twierdzy był też częścią samego siebie.

Może czasami zniknie, ale zawsze wróci. Może poruszać skałami, z jakich składały się ściany doliny, bo od teraz były to jego skały w ten sam sposób, w jaki były one kończynami Leśnej Twierdzy. Może przyprowadzić więcej zabieganych maleństw. Dla jego dobra, Leśna Twierdza będzie je tolerować. Przecież tolerowała migrujące ptactwo, które pojawiało się, odpoczywało przez dzień czy dwa i znowu ruszało w drogę. Będą jej częścią tak długo, jak tu zostaną.

Leśna Twierdza zauważyła je, polubiła je i wchłonęła zabiegane maleństwo, po czym włożyła jego sen z powrotem do jego głowy, ponieważ zabiegane maleństwa nie mogły bez przerwy spać, tak samo jak niebo nie mogło wiecznie być jasne. Ale już na zawsze pozostanie częścią snu.

Harry zamrugał i usiadł. Czuł się, jakby roztrzaskał sobie głowę i wpuścił do niej całe morze; jeszcze nigdy nie doświadczył takiego bezkresu. Ręka mu drżała, kiedy pogłaskał się po głowie, po czym obrócił się i rozejrzał po dolinie kompletnie nowymi oczami. Na swój sposób była równie rozległa co ocean. Jeśli wziąć pod uwagę każde pojedyncze źdźbło trawy i związać je z każdym możliwym zagięciem czy dziurą w drzewie, oraz myślami każdego ptaka, czy lśnieniem parujących kałuż...

Harry potrząsnął głową, oszołomiony. Słońce znajdowało się już wysoko na horyzoncie, co oznaczało, że już minęło południe i Moody pewnie zdążył przyjechać. Wstał, wciąż lekko roztrzęsiony, po czym ruszył do kamiennego czworoboku budynków.

Prąd magii miejsca owinął się wokół niego i pociągnął ze sobą, jakby stał w wodzie. Harry uśmiechnął się wbrew sobie. Teraz już był jej częścią.

I jeśli sprawdzi się choć połowa notatek Hermiony, czy ćwierć tego, co Harry przeczytał o miejscu magii, to jak zaatakują go wrogowie, Leśna Twierdza będzie go bronić tak, jak broniłaby samą siebie, bo teraz za to właśnie go uważała. Cała ta potęga, uśpiona w głazach, drzewach, ziemi i glebie. Nie był w stanie wyobrazić sobie lepszego nieba dla wilkołaków.


Draco był tak mocno zamyślony, rozważając wszystko, co by zyskał, wybierając Harry'ego, albo swoją rodzinę – a obie strony miały naprawdę silne argumenty – że nie słyszał, jak Potter go nawołuje, póki chłopak nie podszedł do niego i wrzasnął mu do ucha.

Draco obrócił się, sięgając po różdżkę, po czym podniósł brew.

– Potter? Czego chcesz?

– Chcę się dowiedzieć, co postanowiłeś w kwestii Harry'ego, oczywiście – powiedział beznamiętnie Potter, jakby miał wszelkie prawo do tej wiedzy. – Porzucisz go, jak to już zrobiło tak wiele osób, czy może jednak staniesz po jego stronie?

– Zastanawiam się nad tym – powiedział Draco, upewniając się, że korzysta z takiego samego tonu, którego jego ojciec używał, ilekroć przyszło mu rozmawiać ze skończonymi idiotami. Przewidywalnie, twarz Pottera zrobiła się cała czerwona.

– Przecież wiesz, że Harry momentalnie wybrałby ciebie – oskarżył go spiętym głosem.

Gdybym okazał się na tyle szurnięty i kazał mu wybierać między sobą w tobą, jak ty ostatnio miałeś w zwyczaju? Draco spojrzał Potterowi w oczy, przypominając sobie, że Harry nie chciałby, żeby ktokolwiek przeklął mu brata. Poza tym stali w środku korytarza, gdzie mogli przyłapać go profesorowie.

– Obawiam się, że nie pojmujesz w pełni wyboru, jaki przede mną stoi – powiedział. – Istnieją pewne fakty, z których nie zdajesz sobie sprawy. – I o których ci nie powiem, bo jesteś na tyle durny, że wszystkim o nich powiesz, a ojciec momentalnie zmusi mnie do złożenia obietnicy, jeśli usłyszy choćby pogłoski o moim wahaniu. Nie. To ma być mój wybór.

– Ta? No to powiedz mi o nich. – Potter założył ręce na piersi i rzucił mu wyzywające spojrzenie.

– Nie.

Potter już zaczynał odpowiadać, ale przerwał mu głos jego zdzirowatej dziewczyny.

– Nie przejmuj się nim, Connor. Skoro nie chce ci powiedzieć, to nie powie i w żaden sposób go do tego nie zmusimy. To po prostu pokazuje, że Malfoyowi tak naprawdę nie zależy na Harrym.

Potter, chwała jego miernej inteligencji, wyglądał na nieco zakłopotanego, kiedy Patil objęła go na poziomie ramion i odprowadziła na bok, ale i tak jej się nie stawiał. Draco prychnął w kierunku ich pleców.

Przyszło mu do głowy, że ludzie mogą zacząć uważać, że nie zależy mu na Harrym, bo jeszcze niczego nie powiedział o zniknięciu Harry'ego, albo o sytuacji wilkołaków. Odrzucił to od siebie. Nie miał zamiaru dać się zastraszyć, bo to mogłoby wpłynąć na jego decyzję. A do tego nie dopuści.

Wydawało mu się, że już wiedział, jaką decyzję podejmie, bo waga coraz częściej przechylała się w tym konkretnym kierunku, ale i tak chciał się upewnić. Ani Lucjusz, ani Harry nie powitaliby go, gdyby podjął decyzję, której potem by żałował i bez końca marudził.

Tak jak marudziłem o Potterze i Patil?

Draco poczuł, jak twarz zalewa mu tępa czerwień i był rad, że już wszyscy byli na numerologii i nikt go nie widział. I tak zatrzymał się na chwilę przed wejściem do klasy, żeby oprzeć się o ścianę i nabrać głęboko tchu, starając się pogodzić z tą nową i niepokojącą świadomością.

Zachowywałem się jak dziecko. Ojciec byłby taki rozczarowany. Harry pewnie był, ale niczego nie powiedział. Ta decyzja była równie mocno moja, co wszystkich innych, ale i tak podjąłem niewłaściwą.

To tylko zwiększyło jego determinację, by przynajmniej tej nie spartolić.


Connor zamrugał. Ze wszystkiego, co spodziewał się usłyszeć od Petera, kiedy go znalazł i powiedział, że chce pomóc Harry'emu, to jedno go zaskoczyło.

– Wydaje ci się, że powinienem zostać w Hogwarcie?

Peter podniósł rękę i rzucił zaklęcie zamykające na drzwi. To było jedno z tych, których parę razy używał w Nadmorskim Basztańcu, żeby upewnić się, że nikt im nie przerwie lekcji animagii. Connor usiadł w fotelu, za którym rozciągał się proporzec przedstawiający legendę o Fleciście z Hameln i zaczekał, aż Peter zajął miejsce naprzeciw. Peter tak poustawiał meble w swoich kwaterach, że pokoje wydawały się mniejsze i przytulniejsze, niż wtedy, kiedy mieszkali w nich Syriusz i Remus. Connor wciąż czuł tęsknotę, ilekroć się po nich rozglądał. Fajnie by było, gdyby kwatery Syriusza, czy Remusa wyglądały w ten sposób. A już w ogóle zajebiście by było, gdyby James okazał się dobrym ojcem, który był w stanie pojawić się w Hogwarcie i nauczać obrony.

– Connor.

Spojrzał znowu na Petera. Peter patrzył na niego z poważną, surową i zamyśloną miną, która pojawiała się na jego twarzy wyłącznie, kiedy miał coś naprawdę ważnego do powiedzenia. Connor ścisnął mocno ręce i nachylił się.

– Twoje wsparcie jest niezbędne dla Harry'ego – powiedział mu Peter. – Jesteś w miejscu publicznym, w którym możesz swobodnie wygłaszać oburzenie prawami anty–wilkołaczymi, czy aresztem pani Parkinson. Możesz robić wszystko co trzeba w ramach upewniania się, że wszyscy zrozumieją, że uważasz to wszystko za coś koszmarnego i obrzydliwego. Ale czy naprawdę byłbyś gotów opuścić Hogwart i udać się do Harry'ego?

Connor zamrugał. Nie pomyślał o tym nawet. Wyobrażał sobie, jak walczy u boku Harry'ego w bitwie, pociesza go, kiedy Malfoy podejmie wreszcie decyzję, ku której coraz bardziej zdawał się przychylać, a potem stanie obok niego, kiedy wygra, bo dla niego było oczywiste, że to się nie może inaczej skończyć. Jakimś cudem nie przyszło mu do głowy, że w międzyczasie musiałby jakoś dopasować się do codziennego życia w miejscu, w którym Harry obecnie przebywał.

– No i czy Parvati chciałaby pojechać tam z tobą? – zapytał Peter.

Kolejna sprawa, która w ogóle nie przyszła mu do głowy. Connor westchnął ciężko.

– Raczej nie – powiedział. – Ona... nie przepada za bardzo za Harrym. Znaczy, wie że jest dla mnie ważny, bo to mój brat, no i chce, żeby poświęcał mi z tej racji więcej uwagi, ale to raczej nie oznacza, że nagle rzuci szkołę i zacznie walczyć u jego boku.

Peter kiwał głową.

– A Harry nie chciałby, żebyś musiał ją porzucić dla jego dobra – powiedział. – Poza tym, naprawdę przyda mu się tu, w Hogwarcie, ktoś, kto miałby oko na to, co o tym wszystkim myślą uczniowie i mógłby zdawać mu o tym raporty. Nie jesteśmy w stanie tego tak do końca robić z profesor Belluspersoną, bo przecież nikt nie dzieli się plotkami z profesorami. McGonagall musi przede wszystkim myśleć o tym, co jest najlepsze dla szkoły. Snape... – Peter skrzywił się, jakby wgryzł się w robaczywe jabłko i pokręcił głową. – Harry potrzebuje kogoś, kto zacznie zwracać uwagę na to, gdzie skręcają myśli uczniów i jakiego rodzaju zasłyszane od rodziców plotki zaczynają tu krążyć.

– Ach. – Connor kiwnął głową. – I wydaje ci się, że Malfoy się do tego nie nadaje, bo nie jest lojalny wobec Harry'ego.

Peter wydał dźwięk, jakby się krztusił. Connor przymrużył podejrzliwie oczy. Jakby nie znał Petera, to uznałby, że naprawdę stara się w tej chwili nie roześmiać. Ale czemu miałby? Przecież był sprytny, bystry i ogarnięty. Musiał pojmować, co oznacza obecne zachowanie Malfoya. Connor jeszcze nigdy nie czuł równie niewiele przyjemności ze świadomości, że jednak miał rację. Malfoy był niewierny, dzisiaj miała być ostatnia noc pełni, a on jeszcze niczego nie zrobił, co przecież skrzywdzi Harry'ego.

– Powiedzmy – powiedział Peter. – Ale chodzi mi głównie o to, że jemu i tak nie ufa równie wielu ludzi, co tobie. Za bardzo rzuca się w oczy, a teraz ludzie będą bardzo uważnie mu się przyglądać.

– I nie zjeżą się na mnie, jak ogłoszę moje wsparcie wobec sprawy Harry'ego? – zapytał Connor.

– Wydaje mi się, że niczego innego po tobie nie oczekują – powiedział z uśmiechem Peter. – Okaż im gryfońską szczerość i nasłuchuj ze ślizgońską przebiegłością.

– Tyle jestem w stanie zrobić – mruknął Connor. – Ale i tak uważam to za gryfońską przebiegłość.

Peter przytaknął.

– Pozostałe domy nie doceniają naszych zdolności w zakradaniu się. – Ścisnął ramię Connora. – Zróbmy co w naszej mocy, żeby wspierać Harry'ego i nie przeszkadzać mu, jak by to mogło mieć miejsce, gdybyś pojawił się na polu bitwy jako średnio zaprawiony w boju wojownik, którego bez przerwy rozpraszałyby myśli o Parvati.

Powiedział te słowa tak łagodnie, że Connor nawet się od nich nie wzdrygnął. Kiwnął głową, zdeterminowany do obrania najlepszej możliwej ścieżki.

– Jasne.


Harry kiwnął głową.

– Naprawdę wątpię, żeby w przeciągu dwóch dni zdołali zmienić rozkład korytarzy w Tullianum – powiedział. – Bardziej martwię się o wszystkie pułapki, jakie Departament Tajemnic mógł zastawić na nas po drodze.

Moody parsknął, jego prawdziwe oko lśniło z podekscytowania. Jego magiczne śledziło trasę na ręcznie rozrysowanej mapie Tullianum, którą naszkicował z Tonks i Harrym. Zarówno Moody jak i Tonks byli aurorami, więc mieli wiele okazji do patrolowania nowego więzienia, jak i strzeżenia poszczególnych cel i całkiem nieźle znali jego rozkład.

– Jeśli naprawdę się nimi przejmujesz, chłopcze...

Zawiesił głos. Harry podniósł wzrok. Nigdy wcześniej nie widział, żeby Moody wyglądał przebiegle – poza czasami, kiedy tak naprawdę był Mulciberem i pewnie nie umiał się przed tym powstrzymać.

– To co? – zapytał.

– Mam pewne... kontakty, które mogłyby nam pomóc. – Moody wbijał oboje oczu w mapę, jakby starał się kryć ze swoimi prawdziwymi emocjami. – Ludzie, których poznałem w swoich aurorskich czasach. Tacy nie do końca po złej stronie prawa, ale też nie pałający miłością do ministerstwa.

Harry kiwnął głową. Słyszał, że Moody był kiedyś nazywany najdzikszym z aurorów. To miało sens, żeby teraz miał znajomości, które istniały jednocześnie po obu stronach równania, a przynajmniej Harry miał pewność, że to nie mogli być śmierciożercy, ani kryminaliści, którzy popełnili niewybaczalne dla Moody'ego zbrodnie. Im lepiej Harry go poznawał, tym bardziej odnosił wrażenie, że poczucie sprawiedliwości tego starego człowieka okazywało się przeraźliwie osobiste. Ostatecznie pogodził się z myślą, że Harry będzie używał mrocznej magii, przynajmniej tak długo jak nie robił tego na jego oczach.

– Skoro wydaje ci się, że mogą ci się przydać, to zaproś ich. Albo zapytaj o informacje. Jak ci się wydaje, które wyjście byłoby lepsze?

– Oba na raz – powiedział wymijająco Moody, po czym wskazał na mapę biodrem, co było gestem, który prawdopodobnie rozwinął w sobie przez lata posiadania drewnianej nogi. – Kiedy planujesz zaatakować?

– Za parę dni – powiedział Harry. – Przede wszystkim chciałem, żeby minęła pełnia, ale też chcę dać wszystkim trochę czasu na złapanie oddechu i racjonalne przemyślenie swojej reakcji.

Moody przymrużył oczy, jakby wywąchał szczura.

– Jeśli są ci lojalni, chłopcze, to już powinni się pojawić.

Harry spojrzał na niego spokojnie.

– Nikogo nie będę do niczego zmuszał – powiedział – poza tymi, którzy ogłoszą swoje poparcie wobec praw anty–wilkołaczych. Bo tych odrzucę daleko od siebie. Ale pan Malfoy, na przykład, postanowił mnie nie wspierać, póki nie przestanę popierać Wielką Ujednoliconą Teorię.

– A pozostali? – warknął Moody.

– Niektórzy mają obowiązki, których nie mogą porzucić – powiedział Harry, myśląc o McGonagall, Henrietcie i Peterze. – Niektórzy już zajmują się zadaniami, które im powierzyłem, co oznacza że muszą pozostać tam, gdzie są. – Poprosił Różę i kilku innych wilkołaków ze swojej watahy, którym najbardziej ufał, o udanie się do Londynu i zapytanie alf, czy nie zechcieliby przyprowadzić swoich ludzi i schronić się pod jego skrzydłem. W zależności od tego, jak wielu z nich się pojawi, możliwe że nie będą potrzebowali równie wielu ochroniarzy, strzegących londyńskich watah w czasie październikowej pełni. Honoria przyłączy się do nich w czasie ataku na Tullianum, żeby użyczyć swoich mistrzowskich iluzji, ale potem wróci do Prasy Menad, bo Harry miał wrażenie, że tam się najlepiej sprawdza. – A niektórzy mają własne problemy. – Snape, czy Narcyza Malfoy, która prawdopodobnie stanie po stronie męża.

– A innych zwyczajnie nie wezwałeś – dokończył Moody, brzmiąc na zdegustowanego.

Harry spojrzał mu w oczy i kiwnął głową.

– Proszę tu o pełne oddanie sprawie. Nie chcę nikogo zmuszać do ustąpienia, bo mogliby potem tego pożałować.

Spodziewał się usłyszeć kolejny, sarkastyczny komentarz; zamiast tego Moody po prostu przyglądał mu się.

– Jaki niepodobny do Albusa – mruknął.

Harry wzruszył ramionami z zakłopotaniem. Następnie obejrzał się szybko, kiedy jego lewy nadgarstek rozbrzmiał pieśnią feniksa. Dotknął go.

– Co jest? – rzucił.

– Obcy – rozległ się spięty głos Kamelii. Harry poprosił, żeby wraz z pozostałymi strzegła granic doliny, ponieważ stanowczo nie chciała udać się bez niego do Londynu. – To nie... – Urwała, a kiedy podjęła tę myśl, jej głos zrobił się miękki z podziwu. – To nie ludzie.

Harry zamrugał.

– Zaraz tam będę – powiedział, po czym wymknął się z drewnianego domu. Moody szedł tuż za nim. Nie był w stanie niczego zobaczyć, póki nie minęli kamiennego czworoboku.

Kamelia, wraz z pozostałymi strażnikami, okrążyli grupę mniej więcej trzydziestu goblinów. Kiedy Harry podszedł bliżej, zorientował się, że to nie była delegacja południowych goblinów. To były północne gobliny, wysokie, o znacznie dłuższych kłach i pazurach, oraz sześciu palcach u każdej z rąk. Brąz i złoto lśniły na ich ciężkich bransoletach, nałożonych na kostki i nadgarstki. Harry znał ich przywódcę, więc pochylił głowę, zbliżając się do niego.

– Helcas Seadampin – powiedział. – Witaj.

Helcas był pierwszym goblinem, który skontaktował się z Harrym, kiedy rozpoczęły się rozmowy o usunięciu ich podczepionej do rudymentów sieci i teraz ukłonił się przed nim płynnie i z gracją. Zdawał się poruszać znacznie swobodniej niż ostatnim razem, kiedy Harry go widział. Zastanawiał się, czy to efekt braku sieci, czy też zwykłej radości. Z całą pewnością na jego twarzy pojawiła się dzika wesołość, kiedy wyciągnął rękę i ostrożnie zacisnął zakrzywione pazury wokół nadgarstka Harry'ego.

– Harry vatesie. – Helcas kiwnął głową ponad swoim ramieniem. – Są z nami gobliny ze wszystkich czterech klanów, Seadampin, Stonecantor, Waterrune i Ternretten. – Harry'ego wcale nie zaskoczyło odkrycie, że goblinów jednak nie było trzydziestu, a trzydziestu dwóch. Niektórzy mieli ze sobą włócznie, czy łuki z kołczanami, a inni trzymali coś wiotkiego, co Harry'emu przypominało łańcuchy, ale lśniły tak jasno, że nie był w stanie się im przyjrzeć. – Jesteśmy gotowi do udania się z tobą na wojnę – ciągnął dalej Helcas i to kompletnie odwróciło uwagę Harry'ego od broni.

– Jesteście pewni? – Północne gobliny też czekały z wyjawieniem swojej wolności. Harry wychodził z założenia, bez żadnego większego powodu, że będą chcieli zaczekać przynajmniej równie długo co ich południowi kuzyni. Co, oczywiście, było wyjątkowo durnym założeniem, jak teraz się nad tym zastanowił. Gobliny z Gringotta znacznie częściej miały do czynienia z ludźmi. Wywołają znacznie więcej chaosu ujawnieniem prawdy. Północne gobliny równie dobrze mogły to robić po prostu po to, by popisać się swoją potęgą.

– Oczywiście, że jesteśmy – powiedział Helcas, a w jego głosie pojawił się łagodny ton. Harry nie był w stanie uwierzyć, że go w ogóle słyszy, bo zwykle głos Helcasa brzmiał jak mewi skrzek. – Vatesie. Jesteś równie mocno nasz, co czyjkolwiek. I nie zmierzysz się z tym sam. – Wyszczerzył się, okazując przerażającą ścianę zakrzywionych kłów, które ledwie pozostawiały miejsce dla języka. – No i czas najwyższy, żeby czarodzieje przypomnieli sobie, do czego są zdolne gobliny. Od lat nie było między nami wojny.

Harry przytaknął, nieco oszołomiony.

– Czy to zew hanarz was tu przyzwał?

– Dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że potrzebujesz pomocy – powiedział Helcas. – Ale to nie znaczy, że tylko dlatego tu jesteśmy.

Harry ponownie kiwnął głową i już miał powiedzieć coś innego, kiedy ziemia zadrżała pod nimi od znajomego grzmotu, więc instynktownie obrócił się w stronę wejścia do doliny, ponieważ stamtąd właśnie przybyli w czasie wiosennego zebrania sojuszników. I faktycznie, centaury wynurzyły się spomiędzy drzew, a ich izabelowate, gniade, kasztanowate i kare umaszczenia lśniły w słońcu. Harry rozpoznał tego, kto nimi dowodził, potężnie zbudowanego ogra zwanego Kością.

Zawołał na powitanie, ale nie zareagowali. Harry spiął się. Kość miał minę, która mogła oznaczać kłopoty. Harry nie wiedział, czemu centaury mogły być na niego złe, ale na wszelki wypadek przygotował się do ochrony siebie, swojej watahy i północnych goblinów.

Kość zatrzymał się raptownie jakieś dwadzieścia stóp od niego.

Ave! – ryknął i stanął dęba. Opadając zagiął przednie nogi i wylądował prosto na kolanach. Pozostałe centaury zrobiły to samo, opadając na kolana w wielkiej fali, a Harry zaczął się zastanawiać, czy można umrzeć ze wstydu.

Odchrząknął.

– Kość, dziękuję, ale... możesz już wstać.

Kość spojrzał na niego.

– Przybywamy jako żołnierze – powiedział. – W ten właśnie sposób centaury witają swojego przywódcę.

– Och. – Harry zamrugał. – Yy... oczywiście. – Zorientował się, że teraz będzie musiał dostosować swój atak na ministerstwo, żeby włączyć w niego centaury. – I rozumiem, że wam też nie przeszkadza, że świat czarodziejów dowie się o waszej wolności? – zapytał słabym głosem.

– Oczywiście że nie – powiedział Kość. – Gwiazdy przemówiły. Już czas.

Harry kiwnął głową. Kamelia ponownie krzyknęła, co było niemal wyciem i Harry obrócił się gwałtownie. Coś przeszło przez osłony, coś przed czym osłony rozstąpiły się niczym woda, coś tak potężnego, że nawet Leśna Twierdza zwróciła na to uwagę, ponieważ ziemia trzęsła się od jego kroków.

Najpierw zobaczył róg, czarny i zakręcony wokół własnej osi. Szturchnął dwa drzewa, rozchylając je lekko, żeby stojące za nimi stworzenie mogło w pełni znaleźć się w polu widzenia, otrząsają swoje potężne ciało, pokryte kremowym futrem, gęstym jak u niedźwiedzia polarnego. Jego nogi kończyły się wieloma kopytami na raz. Był wielkości nosorożca. Jego oczy były tak ciemne, że przypominały szyby naftowe i Harry'emu naprawdę ciężko przychodziło patrzenie w nie. Kiedy wyszedł w pełni spomiędzy drzew i Harry był w stanie zobaczyć go w całości, zorientował się, że miał końskiego ogona, a lwi – smukły i ukoronowany puszkiem białych włosów.

Jednorożec, ale jaki jednorożec. Harry znał to stworzenie, choć widział je przelotnie zaledwie raz, w wizji, którą pokazał mu Fawkes. Fawkes obleciał świat, śpiewając każdemu magicznemu stworzeniu o vatesie, a ten jednorożec usłyszał go w Afryce. Karkadann; jego imię oznaczało „władcę pustyni". Tak, jak uwolnione z Zakazanego Lasu jednorożce były łagodne, tak te były złośliwe i agresywne. Harry wiedział, że starożytni mugole widzieli, jak karkadanny walczą ze słoniami, zanim jeszcze czarodzieje postanowili je zamknąć dla ich własnego dobra.

– Jakim cudem jest na wolności? – wyszeptał.

Kość zaczął odpowiadać, ale karkadann zatrąbił na dźwięk jego głosu, wydając z siebie przeraźliwie wysoki dźwięk, od którego serce Harry'emu zapłonęło, bo to był prawdziwy zew do bitwy. Wyciągnął rękę przed siebie i jednorożec przytruchtał bliżej, a każde tąpnięcie jego kopyt wywoływało drżenie u wszystkich poza centaurami. Zatrzymał się przed nim i nachylił łeb, przyglądając mu się.

Harry spojrzał mu w oczy, w miarę możliwości. Karkadann patrzył na niego przez kilka długich chwil, po czym chuchnął. Harry'emu dech zaparło. Jego oddech niósł w sobie ukrop, słodycz i piach, i pachniał gnijącymi w słońcu zwłokami. Wywarło to na Harrym jeszcze większe wrażenie od wcześniejszej trąbki, wypełniając mu głowę wizjami walki, chronienia go przed złym i zabijania każdego, kto spróbuje go zabić.

Jego magia wzniosła się w odpowiedzi. Karkadann potrząsnął – nie, zorientował się Harry, potrząsnęła – z zadowoleniem rogiem i parsknęła. Następnie odwróciła się i zaczęła patrolować dolinę, podążając za prądem magii.

– To jedna z wieści, jakie przynosimy – powiedział Kość, kiedy wszyscy spędzili kilka chwil po prostu na odprowadzaniu jej wzrokiem. – Sieci zaczynają topnieć, vatesie, nawet jeśli tylko stopniowo.

Harry obejrzał się na niego.

– Że co?

Kość kiwnął głową, a jego wielkie oczy były śmiertelnie poważne.

– Tak. Gwiazdy śpiewają o tym fenomenie, uważając go za oznakę, że na świecie pojawił się prawdziwy vates. Jednorożce biegają, gdzie im się podoba; pierwszy raz od stuleci pojawiły się raporty o qilinach, biegających swobodnie po terenach Chin. Wiele nundu atakuje swoje sieci w Afryce. Smoki składają coraz więcej jaj i coraz więcej z wyklutych smoczątek przeżywa. Od czasu do czasu pojedynczy członek stada może wymknąć się spod swojej sieci, jeśli uzna, że chce walczyć o coś więcej niż tylko jedzenie czy terytorium. – Kość ponownie spojrzał na karkadann. Pasła się, choć co parę chwil podrywała łeb i rozglądała się z wyższością, żeby zwieść wszelkich wrogów, którzy mogliby się na nią zakradać.

– Pierwszy raz słyszę o czymś takim – powiedział Harry. – Znaczy... nie było o tym w żadnych książkach, jakie znalazłem o vatesach.

– To prawda – powiedział Kość. – Nie dochodziło do tego już od stuleci, a nawet jeśli, to prawdopodobnie jeszcze w czasach, kiedy magiczne społeczności nie były równie powiązane ze sobą i nie były w stanie zorientować się, że poszczególne bunty na całym świecie układały się w jakiś konkretny wzorzec. No i, oczywiście, większość wiedzy o vatesie była zwykle przekazywana przez magiczne stworzenia, nie czarodziejów.

Harry zadrżał.

– Czyli to nie ma znaczenia, że jestem tylko w jednym kraju na świecie?

– Miałoby znaczenie, gdybyś był po prostu czarodziejem o lordowskiej mocy – powiedział Kość. – Ale jesteś vatesem. Wolność, którą rozprzestrzeniasz, zachęca innych do tego samego. Wiele starożytnych sieci były związane ze sobą nawzajem dla wzmocnienia, dlatego też, kiedy jedne z nich zaczynają się rozplątywać, niechybnie pociągną za sobą krawędzie innych. No i są jeszcze jednorożce. – Uśmiechnął się przelotnie. – Gwiazdy mówią, że jednorożce biegają po świecie, a tam, gdzie Światło jest prawdziwie wolne, przymuszenie nigdy się nie utrzyma. Każdy jednorożec, który decyduje się na przebieżkę przez Australię, budzi jakiegoś bunyipa, a każdego który wybiera sobie Amerykę Południową, słyszą stare, zaspane jaguary. Chyba nie spodziewałeś się, że twoje czyny nie poniosą się echem po świecie?

– Chyba wydawało mi się, że zwyczajnie zajmą się sobą – powiedział oszołomiony i przytłoczony tym wszystkim Harry. – Tego właśnie zdawały się chcieć, kiedy je uwolniłem.

– Będą galopować, gdzie im się podoba – powiedział Kość. – Świat ponownie się budzi, vatesie. Nie wszystko jest rezultatem ciebie, czy twoich wyborów, ale wszystko jest rezultatem wyborów wywołanych wyborami i niekończących się ich nawarstwianiem.

Harry miał problemy z oddychaniem.

– Prędzej czy później mugole się zorientują, nie?

Kość po prostu pochylił głowę.

Harry zamknął oczy. Przez chwilę widział przebłysk wszystkiego, co zaczął i co to mogło oznaczać dla mugoli, kiedy zorientują się, że żyją w świecie, w którym jednorożce naprawdę istnieją, jakie to może być niebezpieczne, jak wiele wojen może się od tego zacząć...

Ale przecież nie powstrzyma tego, o ile nie narzuci nowej sieci na jednorożce, a to byłoby po prostu niedopuszczalne.

Otworzył oczy i kiwnął głową, kiedy wizja powoli rozpływała mu się w głowie.

– Jestem gotów na cokolwiek, co z tego wyniknie – powiedział.

Karkadann stanęła nagle dęba, lśniąc w świetle popołudniowego słońca, po czym ponownie zatrąbiła. Harry zastanowił się, kto mógł to usłyszeć i co sobie o tym pomyśleli.


Draco zamknął oczy. Leżał na łóżku, które jeszcze krótkie trzy dni temu dzielił z Harrym. Było za wielkie, zbyt puste.

Leżał na łóżku, otoczonym ze wszystkich stron kurtynami, kryjąc jego, jedynego szóstorocznego Ślizgona, jaki pozostał w tej sypialni. Nikt go tu nie widział. Drzwi były zamknięte. Nie musiał siedzieć sam, gdyby tego nie chciał.

Ale chciał.

I przez cały ten czas znajdował się również na szczycie góry, widoczny ze wszystkich stron. Wszyscy zauważą, kiedy podejmie decyzję i się poruszy. Ale nie mógł bez końca pozostać w tym wygodnym limbo.

Draco prychnął. Wygodnym? Jak do tej pory ono było wszystkim, tylko nie wygodne. Nigdy nie chciałem dowiedzieć się tak wiele na swój temat.

Ale przebadał sprawę, robił listy w głowie, zastanowił się nad wszystkim, co straci i zyska po wybraniu każdej ze stron i skonfrontował to wszystko ze świadomością, że wciąż nie był gotów do porzucenia swoich wierzeń o wyższości czystokrwistych i myślał o tym, jak odbije się to na jego matce, a mimo to decyzja wciąż nie została podjęta.

Tu nie chodzi o to, co by pomyśleli o tym moi rodzice, albo koledzy. Niech sobie myślą co chcą. Mogę na to wpływać, ale nie jestem w stanie tego kontrolować.

Ale tu przede wszystkim chodzi o to, czego sam chcę.

A przede wszystkim, najbardziej ze wszystkiego na świecie, chcę być sobą. Silnym, dostojnym, dumnym, potężnym. Nigdy się tym nie stanę, jeśli dalej będę pozwalał ojcu na kontrolowanie mnie. Czekałbym tylko bez końca na dzień, w którym mu udowodnię, że poradzę sobie bez niego, zupełnie jak brat Harry'ego, czy jego ojciec.

A ja chcę szacunku. Chcę miłości. Chcę, żeby ludzie patrzyli na mnie z zazdrością nie przez wzgląd na to, co mam, ale kim jestem.

Chcę Harry'ego i to nie tylko dlatego, że dzięki niemu mogę to wszystko osiągnąć.

Draco otworzył oczy i kiwnął głową, po czym stuknął w lewy nadgarstek. Pieśń feniksa świergotała przez dłuższą chwilę, zanim rozległ się rozkojarzony, zaspany głos Harry'ego.

– Hmm? Co się dzieje? Connor?

Pewnie wydawało mu się, że tylko jego brat okazałby się na tyle niegrzeczny, żeby dzwonić do niego w środku nocy. Draco miał gdzieś, że to niegrzeczne.

– Harry – powiedział.

Słyszał jak Harry się rozbudza w przerwie między odpowiedzią, czuł jak rozważa wszystkie możliwe komplikacje.

– Draco – odezwał się wreszcie Harry głosem zjeżonym, spiętym i zmęczonym.

– Idę do ciebie – powiedział Draco. – Powiedz mi, gdzie jesteś.

– Czy podjąłeś tę decyzję z własnej woli? – zapytał ostrożnie Harry. Taki ostrożny, zawsze tak strasznie się stara, żeby przypadkiem nie nastąpić na czyjąś wolę. Draco naprawdę cieszył się, że nie jest vatesem.

– Tak.

– Czy ty w ogóle wiesz, co to oznacza... Draco, pokłóciłem się z twoim ojcem – powiedział Harry wprost. – Nie wiem, czy nie będzie wolał, żebyś trzymał się ode mnie z daleka, ale pewnie właśnie tego...

– Kazał mi trzymać się od ciebie z daleka – powiedział Draco. – Powiedziałem, że go zrozumiałem. Uznał, że to oznacza zgodę z mojej strony. Czasami zapomina, że też jestem Ślizgonem.

– Draco... – Harry brzmiał już wyjątkowo nieszczęśliwie.

– Podjąłem decyzję – powiedział Draco. – Tu chodzi o to, czego sam chcę, Harry. A teraz powiedz mi, gdzie jesteś. Ale już.

– Opuszczam osłony – wyszeptał Harry. – Jesteśmy w Leśnej Twierdzy. Jak dotkniesz bransolety świstoklikowej, to powinna zabrać cię prosto do mnie.

Draco kiwnął głową, po czym zeskoczył z łóżka i złapał za swój spakowany kufer. Argutus leżał na jego wieku i spiął się sennie. Draco był przekonany, że Harry wcale nie chciał pozostawiać go w zamku, ale i tak do tego doszło. Draco miał zamiar naprawić ten błąd. Kiedy spojrzał na swój spakowany kufer, doszedł do wniosku, że chyba jednak podjął tę decyzję na długo przed położeniem się na łóżku.

– Już?

– Już – potwierdził Harry, a jego głos załamał się lekko od czegoś, co Draco uznał za radość.

Draco dotknął magicznej bransolety na swoim nadgarstku, która powinna być w stanie zabrać go do Harry'ego, o ile po drodze nie znajdowały się jakieś potężne osłony. Nieczęsto okazywała się użyteczna, ponieważ większość lokacji, w których Harry przebywał, była poważnie chroniona, ale tym razem zadziałała, porywając go wraz z kufrem i Argutusem, i ciskając nimi w tunel wirujących kolorów, póki nie wylądowali wszyscy w sypialni. Argutus spełzł z kufra, prawdopodobnie mamrocząc coś pod nosem, ale Draco nie był w stanie zrozumieć jego marudzenia.

Harry czekał po drugiej stronie pokoju, obok łóżka i patrzył na niego z szeroko otwartymi oczami. Miał na sobie wyjątkowo wymięte szaty, ewidentnie w nich spał. Patrzył się na twarz Dracona. Draco zaczekał.

Wreszcie Harry wydał z siebie głośny dźwięk, który nie był ani szlochem, ani wiwatem, po czym przeskoczył dzielącą ich odległość szybciej, niż Draconowi wydawało się to fizycznie możliwe. Wplótł dłoń we włosy Dracona, a jego pozbawiona dłoni ręka owinęła się agresywnie wokół jego pasa, po czym odchylił Draconowi głowę i pocałował go, jakby niczego innego w tej chwili nie pragnął bardziej.

Tak, pomyślał Draco, czując jak niesłychana pewność siebie osiada mu w żołądku, kiedy odpowiedział pocałunkiem. Tego właśnie chcę. Na to właśnie zasługuję.