Ostrzeżenie przed cliffhangerem. Ale łatwo go uniknąć. Po prostu nie czytajcie ostatniej sceny.
Rozdział dwudziesty piąty: Ucieczka z więzienia
Harry obudził się, zalany poświatą wczesnego poranka. Mrugał przez moment, zastanawiając się, czemu do cholery Tonks czy ktokolwiek inny nie obudził go o świcie, po czym zorientował się, że ciepły ciężar w jego ramionach mógł mieć z tym coś wspólnego.
Przesunął się i wzniósł na łokciu, żeby spojrzeć na Dracona.
Draco spał na lewym boku, a ciche pochrapywanie, którego zawsze się wypierał, uciekało mu przez nos i usta w lekkich podmuchach powietrza. To z kolei podrywało mu parę kosmyków włosów, które leżały wokół jego głowy w generalnym nieładzie. Harry przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, po czym zamknął oczy i przełknął ślinę.
Miał nadzieję, że Draco zdecyduje przyłączyć się do niego. Miał nawet nadzieję, że nie będzie musiał o to prosić, ponieważ nie miał pojęcia, co właściwie miałby powiedzieć w świetle tak jawnego oporu Lucjusza. Zmuszanie Dracona do wyboru między rodziną i Harrym wydawało się Harry'emu tak okrutne, że kompletnie nie do przyjęcia.
A teraz Draco tu był i to z własnej woli, a wczoraj, zanim zasnęli, wyjaśnił mu szczegółowo wszystkie powody, przez wzgląd na które zdecydował się na to. Jego powody uciszały wszystkie protesty, jakie Harry mógłby wznieść, kwestionując jego obecność, poza żalem na myśl o tym, do czego dojdzie, kiedy Lucjusz o wszystkim się dowie.
Harry wiedział, że jakoś przeżyłby tu bez Dracona. Transmutowałby każdy ból, każdą irytację, każde zniecierpliwienie w determinację do wygrania tej walki, co przecież zupełnie spokojnie działało przez kilka ostatnich dni. Nie pokaże też Draconowi, jak czuje się naprawdę; chciał, żeby jego chłopak był szczęśliwy, a widok jego rozpaczy tylko go unieszczęśliwi.
Teraz jednak Harry był w stanie nachylić się i przytulić policzek do draconowego, co było gestem na który nigdy by się nie odważył, gdyby Draco akurat nie spał.
– Dzięki Merlinowi, że się na to zdecydowałeś – powiedział niemal bezgłośnie. – Tak strasznie cię tu potrzebowałem.
Zamknął oczy i leżał po prostu w świetle poranka, czując jak ciepło przygniata ich ze wszystkich stron.
Lucjusz koncentrował się tak intensywnie na zaklęciu, które może okazać się idealne do zmiecenia wszelkich ambicji Rhangnary, że podskoczył na dźwięk pieśni feniksa. Zacisnął dłoń na książce, żeby jej czasem nie upuścić i łypnął wściekle na swój lewy nadgarstek. Ten jednak śpiewał dalej, więc Lucjusz zabarwił swój głos uprzejmością.
– Słucham? – zapytał.
– Ojcze.
Głos Dracona, wyniosły na sposoby, które okazywał wyłącznie, kiedy coś wygrał. To tylko odnowiło irytację Lucjusza. Przecież Draco znał jego poranną rutynę. Nie powinien był przerywać Lucjuszowi w czasie godziny, którą zwykle spędzał na nauce zaklęć i pisaniu listów.
– Draconie – powiedział. – Czemu dzwonisz Czy coś się stało? – Ostatecznie Harry mógł dopuścić się do przeróżnych głupstw w czasie jego rozkojarzenia. Wówczas Lucjusz musiałby, oczywiście, wysłać Juliusza do Departamentu Tajemnic, żeby nieco opanować te szaleństwa i ich wpływ. Chłopiec wymagał znacznie większej kontroli, niż Lucjuszowi się wydawało, kiedy jeszcze uważał Harry'ego za kogoś, kto będzie słuchał go bez słowa. Zachowywał się jak dziki koń, który bez przerwy opierał się nałożeniu lejców.
– Można tak powiedzieć – powiedział Draco, którego głos ociekał zadowoleniem z siebie. Lucjusz poczuł, jak wzbiera w nim ciekawość. Cokolwiek by to nie było, musiało oznaczać bardzo dobre wieści i być może właśnie dlatego Draco mu przerwał, bo już nie mógł doczekać się, żeby się nimi podzielić.
– No to mów – powiedział Lucjusz, zaznaczając miejsce w książce o zaklęciach kontrolujących umysły za pomocą pawiego pióra i odchylając się w fotelu.
– Uważnie rozważyłem wszystkie moje opcje, ojcze, po czym podjąłem decyzję, którą już zdecydowanie zbyt długo odkładałem – zaczął Draco z lekką kpiną w głosie. Lucjusz zmarszczył lekko brwi. Draco musiał kpić z samego siebie; prawdopodobnie zrozumiał, jak prosty był jego wybór. Co prawdopodobnie oznacza, że te wieści jednak nie są tak nadzwyczajne, jak się zapowiadały. – No i oczywiście, chciałem ci dać znać, jak tylko ją podjąłem. Od tej chwili, zgodnie z danym słowem, nie masz już dziedzica.
Lucjusz poczuł, jak oddech w piersi zmienia się w szron. Zaciskał lewą rękę na podłokietniku, póki nie usłyszał skrzypienia drewna.
– Coś ty powiedział? – wyszeptał.
– Słyszałeś mnie – powiedział Draco, leniwie przeciągając zgłoski. Jeszcze nigdy nie brzmiał tak podobnie do mnie, pomyślał Lucjusz, starając się znaleźć cokolwiek rozsądnego w świecie, który nagle wywrócił się do góry nogami. – Zagroziłeś mi wydziedziczeniem, jeśli ośmielę się przyłączyć do rokoszu Harry'ego. A teraz siedzę z nim pod jednym dachem, jem to samo śniadanie, a wczoraj spędziliśmy bardzo przyjemną noc w tym samym łóżku. Wydaje mi się, że jak coś się wybiera, to należy iść na całego, nie sądzisz?
Ostatnie słowa były wymierzone bezpośrednio w Lucjusza, który zawsze starał się pozostawić gdzieś otwartą furtkę i tańczył zarówno po stronie Harry'ego, jak i Mrocznego Pana, tak długo jak był w stanie. Ale nie dał tego po sobie poznać. Teraz był wdzięczny, że zaklęcie komunikacyjne nie zawierało w sobie elementu wizualnego, bo dzięki temu Draco nie widział, jak mocno zaciskał szczęki.
– Nie otrzymasz ode mnie żadnych pieniędzy, Draconie, póki się nie opanujesz i wrócisz do domu – powiedział synowi. – Nie znajdziesz sanktuarium w naszej rezydencji. Nie otrzymasz pomocy od nikogo, kto uważa się za przyjaciół Malfoyów.
– Och, zdawałem sobie z tego wszystkiego sprawę – powiedział Draco.
Jego beztroski ton tylko jeszcze bardziej rozwścieczył Lucjusza.
– I nie pomyślałeś, jak w tym wszystkim ucierpi twoja matka? – zapytał. – Albo twoje stanowisko w czystokrwistych kręgach? Twoja reputacja jako czarodzieja?
– Z tego wszystkiego żal mi tylko matki – powiedział Draco. – Możesz jej to ode mnie powiedzieć, jeśli chcesz, bo nie wyobrażam sobie, żebyś był w stanie zatrzymać to wyłącznie dla siebie. Ale nie wychowała syna, który kajał by się przed swoim ojcem. – Jego głos przeskoczył na inny ton, wyzywający. – Doprawdy, ojcze, przecież powiedziałem ci tylko, że zrozumiałem twoją prośbę o trzymanie się z dala od Harry'ego, a nie że jej posłucham.
Lucjusz, zagubiony gdzieś pośród lodowej burzy furii i frustracji, nie pozwolił sobie na lamentowanie nad tym błędem. To przynajmniej było zrozumiałe.
– Jeszcze pożałujesz tej decyzji, Draconie – wyszeptał.
– Coś nie sądzę, ojcze – powiedział Draco. – Mądra kobieta powiedziała mi w te wakacje, że nie jestem tak bardzo podobny do ciebie, co do matki i właśnie zaczynam rozumieć, że chyba jednak miała rację. Przecież nigdy nie postawiłbyś się swojemu ojcu, gdyby kazał ci wybrać między sobą i matką, prawda? Ale to nie ma znaczenia. Jestem przy Harrym. Rozważyłem moje opcje, wziąłem pod uwagę wszystkie możliwe konsekwencje i tak czy inaczej zdecydowałem się właśnie na to. I mam w tej chwili wszystko, czego mi trzeba do szczęścia. Nie wyobrażam sobie, żebyś był w stanie powiedzieć to samo.
Zaklęcie komunikacyjne zakończyło się. Lucjusz przez dłuższą chwilę siedział w bezruchu, ze wzrokiem wbitym w ścianę i skupiając się na tym, żeby się nie trząść.
Następnie wstał i podszedł do kominka, żeby fiuknąć do swojego notariusza. Nie powie Narcyzie o wydziedziczeniu Dracona, póki nie będzie w stanie zaprezentować jej tego jako fait accompli. Stanie po jego stronie, oczywiście, ponieważ wspólnie wychowali syna, by zachowywał się w konkretny sposób i nie robił tego w tej chwili, ale tak czy inaczej mogłaby zaprotestować przeciw tego rodzaju karze. Lucjusz chciał, w miarę możliwości, załagodzić jej ból.
– Naszym podstawowym celem jest utrzymanie uratowanych z Tullianum ludzi przy życiu – powiedział Harry, nachylając się nad stołem i opierając się dłonią o jego blat, przy jednoczesnym przerzucaniu wzroku z jednej twarzy na drugą. – Nie zabijanie niewymownych. Nie osłabienie ministerstwa. Nie zbieranie informacji, które mogłyby przydać się nam w kolejnym ataku na ministerstwo, bo mam nadzieję, że już nigdy więcej do tego nie dojdzie. Zrozumiano?
Draco rozejrzał się po pomieszczeniu i zobaczył, jak wszyscy kiwają głowami. Ukrył swój krzywy uśmieszek, przykładając dłoń do twarzy. Wokół nich znajdowało się znacznie więcej czarodziejów, niż jeszcze tego ranka. Tuż przed rozmową w kwestii wydziedziczenia, Draco odbył krótką kłótnię z Harrym, w trakcie której odkrył, że Harry zwlekał ze zwoływaniem swoich sojuszników, ponieważ chciał dać im czas na podjęcie własnych decyzji – oraz, według Dracona, ponieważ bał się, że więcej z nich zachowa się jak Lucjusz, jeśli "weźmie ich za pewnik". Draco szybko zmiażdżył jego przypuszczenia, zwracając mu uwagę na to, że prawdopodobnie przynajmniej niektórzy z nich po prostu wyczekiwali z niepokojem jakichś wieści od Harry'ego, bo nie chcieli mu przerywać na wypadek, gdyby akurat zajmował się czymś ważnym, albo nie byli w stanie po prostu aportować do niego, ponieważ nie mieli pojęcia, gdzie w ogóle się znajduje.
Harry zamrugał i pomamrotał pod nosem, po czym zaczął używać zaklęcia komunikacyjnego do rozmówienia się ze swoimi sojusznikami. Zgodnie z przypuszczeniami Dracona, większość zareagowała wyjątkowo ochoczo. Potrząsnął głową i wywrócił oczami, choć przypilnował, żeby Harry tego czasem nie zobaczył. Czasem Harry po prostu zapominał, że jest obecnie najpotężniejszym czarodziejem, na którym można polegać. W dodatku jego założenie, że ludzie, którzy byli skłonni pomóc mu w wojnie przeciw Voldemortowi, nie chcieliby pomóc mu w rokoszu przeciw ministerstwu, czy też w rokoszu obracającym się wokół praw wilkołaków, było, tak już zupełnie szczerze, śmiechu warte.
Pojawili się wszyscy Bulstrode'owie, cała czwórka, choć oczywiście młodsza siostra Millicenty, Marian, przed chwilą została położona spać. Syrinx, Owen i Michael aportowali się w godzinę po rozmowie z Harrym. Thomas Rhangnara aportował się wraz z dwójką swoich najstarszych dzieci z pyknięciami, które brzmiały dla uszu Dracona wyjątkowo radośnie. Ignifer Apollonis stała na baczność obok Honorii Pemberley, która najwyraźniej nie mogła przestać szeptać z Tybaltem Starrise'em i jego mugolackim partnerem. (Draco był z siebie dumny, że w pierwszej chwili pomyślał "mugolak", a nie "szlama"). Delila Gloryflower również się pojawiła, a dzwoneczki w jej włosach przebrzmiewały cicho, kiedy pochylała się nad mapą. Reszta pomieszczenia była zajęta przez Moody'ego, zmienną kuzynkę półkrwi Dracona, gobliny i parę centaurów, którzy zdołali wcisnąć się do środka, jak i wilkołaki, które pomogą im w przeprowadzeniu ataku.
Draco powiedział sobie, że wcale nie jest mu wstyd, że w tym pomieszczeniu był jedyną osobą o nazwisku Malfoy i szybko odsunął od siebie tę myśl, kiedy Harry odstąpił od stołu. Oczy Harry'ego lśniły z determinacji, a jego twarz była tak stanowcza, że Draco miał wrażenie, że miecz można by na niej złamać. Zdawał się w ogóle nieświadom faktu, że wszyscy wbijali w niego spojrzenia, inaczej zacząłby się rumienić i jąkać. Draco jednak uważał, że Harry najlepiej radził sobie w roli przywódcy, kiedy myślał o tym, czego trzeba będzie dokonać, a nie o tym wszystkim, co znaczył dla ludzi, którzy za nim podążali. I tak by nie uwierzył, gdyby ktoś spróbował mu to wyjaśnić.
– Z aportacją zaczekamy, póki nie znajdziemy się poza ministerstwem – mówił teraz. – Większość z nas nie będzie w stanie przebić się przez osłony anty–aportacyjne, choć oczywiście są od tego wyjątki. – Draco zauważył, że Harry w tym momencie spojrzał na Apollonis i Adalrico Bulstrode'a. – Ale jak tylko znajdziemy się poza ich zasięgiem, to chcę, żeby jak najwięcej z was złapało najbliższego sobie wilkołaka i zabrało go ze sobą w aportacji łącznej. Nie będziemy mieli czasu na szczegółowe opisy Leśnej Twierdzy.
– Czy karkadann idzie z nami? – zapytał jeden z goblinów, którego Draco podejrzewał o bycie samicą, choć nosił takie same ozdoby ze złota i brązu na kostkach i nadgarstkach.
Harry pokręcił głową.
– Pozostanie tutaj, wraz z częścią watahy i paroma centaurami, żeby strzec Leśnej Twierdzy. – W tym momencie spojrzał na wysokiego centaura. Draconowi wydawało się, że nazywał Kość, czy jakoś równie prostacko. – Wiem, że twoi ludzie nie są w stanie się aportować. Jak...
Kość zaśmiał się, oczy mu zalśniły.
– Mamy własne sposoby na przemieszczanie się z miejsca na miejsce – powiedział. – Bez obaw. Nasza sieć uległa zmianie i nasza magia jest wolna, więc czarodziejski świat na nowo nauczy się, co to oznacza. – Założył ręce na piersi i stanowczo kiwnął głową. Draco, w miarę swoich możliwości, nie dał pokazać po sobie dreszczu, jaki go wtedy przeszedł. Wychowywał się na bajkach o centaurach i tym, jak wiele zniszczeń potrafi wyrządzić ich szaleństwo.
– A co z tymi, którzy wejdą nam w drogę? – zapytała głośno Honoria.
Wszyscy spojrzeli na Harry'ego. Nawet na moment nie ugiął się pod tym naporem i Draco zaczął się zastanawiać, czy może go nie docenił.
– Naszym podstawowym celem pozostaje uratowanie wilkołaków – powiedział. – A przysięgi Przymierza Słońca i Cienia nie pozwalają nam na szerzenie niepotrzebnego strachu. To oznacza, że nie życzę sobie, żebyście rozbiegali się po ministerstwie i szukali ludzi do zamordowania.
Urwał. Pozostali czekali. Draco miał wrażenie, że o tym akurat wszyscy wiedzieli. Teraz głównie czekali na drugą część, tą trudniejszą.
Harry odetchnął raptownie.
– Naszym podstawowym celem jest uratowanie wilkołaków – powtórzył. – I jeśli ktoś celowo stanie nam na drodze, to porzuca tym samym swoje prawo do ucieczki przed nami. W miarę możliwości używajcie zaklęć defensywnych, w pierwszej kolejności chrońcie siebie i watahę. Ale jak nie będziecie mieli innego wyjścia, zabijcie.
Po tych słowach w pomieszczeniu zapadła wyjątkowo ciężka cisza, a Draco zauważył, jak poważne zrobiły twarze zebranych. Po chwili zorientował się czemu.
Działanie wbrew ministerstwu to jedno; nawet włamywanie się do więzienia i uwalnianie wilkołaków prawdopodobnie zyskałoby im cichy poklask pośród tych, którzy sprzeciwiali się prawom anty–wilkołaczym. Ale zabijanie pracowników ministerstwa mogło doprowadzić do otwartej wojny domowej.
Harry mógłby tego uniknąć, gdyby tylko powiedział, że nie wolno im nikogo zabić. Ale najwyraźniej nie miał takiego zamiaru.
Draco nabrał głęboko tchu i pokręcił głową, czując jak przebiega przez niego szok, rywalizujący wyłącznie z tym, który przeżył tego ranka na widok karkadann. Świat ulegał zmianie.
Lucjusz skończył przeglądać ostatni z dokumentów, które otrzymał od notariusza poprzez sieć fiuu i kiwnął głową. Sięgnął w bok i podniósł pióro, po raz ostatni zawieszając je nad pergaminem.
Jak tylko to podpisze, Draco zostanie wydziedziczony.
Nie na zawsze, oczywiście, ponieważ Lucjusz wierzył, że nastoletni bunt Dracona nie utrzyma się zbyt długo. Jak tylko do Dracona dotrze, co tak naprawdę oznacza samotność na tym świecie, oddzielenie od rodziców, od nazwiska, od wszystkiego co sprawiało, że był tym, kim był, to szybko ustąpi. Lucjusz był przekonany, że jego syn nie będzie chciał bez końca po prostu pozostawać przy boku Harry'ego. Malfoyowie nie czuli się zbyt dobrze, kiedy zbyt długo przebywali w czyimś cieniu. Gdyby panowanie Mrocznego Pana przeciągnęło się, Lucjusz Malfoy zacząłby pracować nad stworzeniem własnego stanowiska. Draco, jednakże, nie miał żadnych powodów, by uważać, że Harry zaoferuje mu pozycję, władzę i prestiż, który wybijałby go ponad innych. Prędzej czy później odsunie się od swojego kochanka, bo dotrze do niego, że nie rozwinie własnej osobowości, tłamszony przytłaczającymi skrzydłami Harry'ego. A wtedy wróci do swojego ojca i wspólnie zaczną pracować nad potęgą tej rodziny, jak to Malfoyowie robili już od dziesięciu pokoleń.
Lucjusz opuścił pióro i podpisał. To tylko tymczasowe zerwanie więzi. Jego syn w końcu przejrzy na oczy i wróci do niego. Spółkowanie z czarodziejem o lordowskiej mocy nie wynagrodzi mu utraconego bogactwa, czy koneksji w świecie, w którym koneksje były właściwie wszystkim.
Jak tylko skończył, Lucjusz związał ze sobą dokumenty, przekazał je z powrotem siecią fiuu i poszedł powiedzieć o wszystkim Narcyzie.
Harry pojawił się przed wejściem do ministerstwa, otoczony przez większość swoich ludzkich i goblińskich sojuszników, zbitych w jedną grupę, ale niewidzialnych dzięki iluzjom Honorii. Harry przez chwilę przyglądał się jej urokom, nieco żałując, że nigdy sam się do nich nie przyłożył. Lśniły niczym peleryny–niewidki, dostosowując się do otoczenia. Po chwili nawet Harry nie był w stanie zobaczyć swoich sojuszników, tylko brudną i pokrytą graffiti alejkę.
Nabrał głęboko tchu, przekonany że już wie, co przebada w następnej kolejności. Naprawdę chciał dowiedzieć się, jak osiągnąć taki efekt. Zwrócił się ku zepsutej budce telefonicznej i nacisnął sekwencję numerów, na których znajdowały się litery M–A–G–I–A, co zwykle wpuściłoby go do środka.
Nic się nie stało. Nie rozległ się żaden głos, czy to w ramach powitania, czy jakikolwiek inny. Harry przymrużył lekko oczy, po czym wzruszył ramionami i odsunął się, skupiając na budce telefonicznej.
– Modero – powiedział.
Magia wezbrała w nim, podążając za ścieżkami jego woli i złapała za moc otaczająca budkę. Harry wyczuł chwilę, w której osłony ministerstwa siłowały się z nim, starając się odzyskać kontrolę. Ale powtórzył zaklęcie i wyrwał budkę. Harry kiwnął głową i wszedł do środka, czując jak Draco, Owen, Michael i Syrinx tłoczą się za nim; pozostali zgodzili się, że ta czwórka powinna wejść jako pierwsza, bez względu na wszystko. Winda ruszyła w dół, poruszając się znacznie płynniej niż kiedykolwiek, po czym zatrzymała się na poziomie Atrium.
Jak tylko wyszli, wokół nich rozległ się przeraźliwy wizg alarmów. Harry uśmiechnął się kwaśno, zmuszając windę do pomknięcia z powrotem w górę, żeby reszta jego sojuszników mogła do niego dołączyć. No trudno, przecież nie spodziewał się, że wejdzie tu po kryjomu. W dodatku przebijanie się przez osłony anty–aportacyjne ministerstwa i pojawianie się znacznie bliżej Tullianum – czemu się przeciwstawił, ponieważ większość jego sojuszników nie była na tyle potężna, by temu podołać, co oznaczałoby, że Harry musiałby skakać w te i z powrotem, zabierając resztę ze sobą w aportacji łącznej – wywołałoby jeszcze większą panikę i głośniejsze alarmy.
W tamtej chwili jedyną osobą w Atrium był czarodziej sprawdzający różdżki, który teraz przyglądał się im, czy też raczej, jemu, ponieważ tylko Harry był obecnie widoczny. Harry bardzo stanowczo się przy tym upierał. Miał nadzieję, że przynajmniej kilku ludzi, którzy normalnie postawiliby się ich misji, zejdzie im z drogi na sam jego widok, bo zdają sobie sprawę, że nie mogą postawić się jego magii.
Czarodziej sprawdzający różdżki nie okazał się być jedną z tych osób. Wycelował różdżką w Harry'ego i spróbował wyskrzeczeć jakieś wyzwanie.
Harry wziął głęboki oddech i opuścił wszystkie bariery na swojej magii, kontrolując wyłącznie tę drobną część, która była konieczna do opanowania windy. Jego moc zalała Atrium potężną falą, obijając się o ściany, fontannę i czarodzieja sprawdzającego różdżki. Harry usłyszał za sobą wpół–pijany chichot i wiedział, że musiał pochodzić od Dracona, który już tak miał, ilekroć Harry w pełni wypuszczał swoją magię. Harry wciąż nie wiedział, czemu.
Czarodziej sprawdzający różdżki charknął tylko cicho i osunął się na podłogę, mdlejąc. Harry wzruszył ramionami i ruszył przed siebie, wbijając wzrok we wrota przed sobą. Przynajmniej z nim nie trzeba będzie walczyć.
A wtedy wrota się otworzyły i wylał się z nich potok czarodziejów w czarnych szatach, rozbiegających się z wytrenowaną precyzją, którą Harry momentalnie rozpoznał. Aurorzy.
Poczuł za sobą pobłysk magii i maleńka kulka światła wystrzeliła w kierunku aurorów. Harry wiedział, że musiała pochodzić od Syrinx; Draco czy bliźniacy Rosier–Henlin raczej nie wiedzieli, jak używać świetlistej magii. Biegnący na pozycje aurorzy nie zauważyli, kiedy kulka podzieliła się i każdy z jej fragmentów pomknął do kącików ich oczu.
Z całą jednak pewnością zauważyli, kiedy każdy fragment pojaśniał niespodziewanie niczym wschód słońca, oślepiając ich i posyłając na podłogę, na której z przerażeniem zaczęli dotykać swoich twarzy. Harry obejrzał się przez ramię i kiwnął głową, dając Syrinx znać, że był z niej dumny. Za nimi otworzyła się winda, z której wyszło więcej sojuszników.
Harry spojrzał w kierunku wrót i ruszył pomiędzy rozwalonymi aurorami. Każdy, kto tego dnia wkraczał z nim do ministerstwa, już zapamiętał mapę Tullianum i wiedział, jak się tam dostać. Poza tym, Harry szedł przed wszystkimi głównie po to, żeby pożreć osłony, dzięki czemu nie nie musieli się nimi przejmować, oraz bez trudu będą mogli zobaczyć ukryte wejście do więzienia.
Narcyza wiedziała, co usłyszy od Lucjusza. Usłyszała tego ranka jego niski, wściekły głos i domyśliła się, co się stało. Tej rozmowy już nie usłyszała, ale też nie było takiej potrzeby. Draco podjął decyzję, jaką zawsze podejrzewała, że podejmie i teraz jedyne, co jej pozostawało, to opuszczenie domu i przyłączenie się do niego.
Jej kufer był spakowany. Założyła suknię, którą Lucjusz powinien rozpoznać, ponieważ miała ją na sobie tamtego dnia, kiedy Syriusz po raz ostatni zbuntował się przeciw maltretującym go rodzicom. Subtelnie szara ze srebrnymi akcentami na mankietach i obrzeżach spódnicy, oznaczała że coś potwornie złego zostało popełnionego przez rodzinę nosicielki, która pragnęła oświadczyć wszystkim, że ma w sobie dość sił, by odbyć po tym źle żałobę.
Lucjusz rozpozna ją, jak tylko wejdzie do jej pokoju i Narcyza wiedziała, że wówczas dojdzie do jednej z dwóch sytuacji. Miała nadzieję, że po prostu wstanie, spojrzy Lucjuszowi w oczy i aportuje się. Jako żona Lucjusza była w stanie swobodnie opuszczać rezydencję i upewniła się zawczasu; osłony na Grimmauld Place wciąż stały przed nią otworem. Regulus zorganizował to dla niej, a Harry nigdy nie spróbował tego zmienić.
Czekała.
Rufus poderwał się, kiedy wszystkie wszystkie alarmy w jego gabinecie zaczęły świergotać. Nie zainstalował ich i Knot też tego nie zrobił; to były stare systemy bezpieczeństwa, których zadaniem było ostrzeżenie ministra w chwili, kiedy którekolwiek z wejść do ministerstwa zostanie zaatakowane. Rufus sięgnął po różdżkę, zastanawiając się, czy to śmierciożercy, albo wilkołaki, zdeterminowane do wyzwolenia członków swojego stada, czy też może Dionizos Hornblower, który już nie raz tego próbował...
A potem poczuł falę potęgi, która zdawała się przelewać tuż pod nim. Do ministerstwa wszedł czarodziej o lordowskiej mocy, którego magia narastała bez przerwy, zalewając pokoje, niszcząc osłony, topiąc każdego, kto normalnie podjąłby się walki z nim i sprawiając, że większość zacznie się teraz kulić i jęczeć ze strachu. Moc nie miała sobie splugawienia, którą Rufus rozpoznawał zwykle w śladach po zaklęciach Voldemorta, ale też nie sądził, żeby Falco Parkinson, przed którym przestrzegała go Wyzwolicielka, spróbowałby w ten sposób zaatakować. Przecież wolał podchodzić do wszystkiego ostrożnie i najpierw przeprowadziłby obserwację.
To pozostawiało tylko jedną osobę.
Dopiero teraz Rufus usłyszał niewypowiedziane "Jeszcze nie" w obietnicy Harry'ego, że nie zaatakuje Tullianum, więc przeklął się po trzykroć za głupca.
– Co się dzieje, proszę pana? – głos Percy'ego był niemal tak wysoki co świergot osłon, co przypomniało Rufusowi, że przecież ten dzieciak wciąż był zaledwie praktykantem.
– Harry – powiedział Rufus, co w sumie wszystko wyjaśniało. Sięgnął do szuflady w swoim biurku, wyciągnął pierścień z szarego metalu, na którym znajdował się stary sygnet w kształcie rozkwitającej róży, po czym rzucił go Percy'emu. Percy złapał go niezgrabnie i spojrzał na niego z zagubieniem w oczach. – W te pędy idź do Burke – rozkazał Rufus. – Pokaż jej ten pierścień. W takiej sytuacji aurorzy muszą słuchać się mnie, nie Bones. Będzie wiedziała, co to oznacza. No idź – dodał z naciskiem, kiedy Percy w dalszym ciągu tylko mrugał.
Percy wyprostował się wreszcie, kiwnął głową i wybiegł z pokoju. Rufus schował różdżkę do kabury, wyjął z szuflady jeszcze jeden przedmiot, po czym wyszedł z gabinetu i kiwnął głową dwójce aurorów, którzy czekali na straży.
– Idziecie ze mną – powiedział. – Niniejszym zobowiązuję was do zachowania w tajemnicy wszystkiego, co zobaczycie. Jak usłyszę o tym z któregoś z moich źródeł, to będę wiedział, kto wygadał, w wówczas was wypatroszę. Czy wyrażam się jasno?
Obu przytaknęło, patrząc na niego z mieszanką strachu i radości przed bitwą. Rufus sięgnął w bok i przywalił o ścianę płaskim kamieniem. Nie wszyscy ministrowie korzystali z tego rodzaju obrony, ponieważ nie wszyscy ministrowie przeszli militarne szkolenie. Rufus jednak je przeszedł, dlatego też miał zamiar chronić swoich ziem i ludzi.
Zapieczętowana w ścianach magia zalśniła i zasyczała w odpowiedzi na dotknięcie kamienia – magia miejsc, przechowywana w zaklęciach, których wykorzystano do stworzenia tego budynku. Rufus nie sądził, żeby jakikolwiek współczesny czarodziej wiedział, jak je ze sobą przeplatać i uważał, że to cholerna szkoda. Kamienie odjechały na bok ze zgrzytem, odsłaniając zbiegającą stromo w dół ścieżkę, coś między korytarzem a klatką schodową. Na ścianach znajdowały się numery, pokazujące przejścia na różne piętra. Rufus kiwnął głową. Zejdzie na dziesiąte piętro i zaczeka tam na Harry'ego. Taki plan był znacznie lepszy od biegania na ślepo po ministerstwie, usiłując go złapać.
Rufus nie miał żadnych wątpliwości, że Harry szedł do więzienia, żeby uwolnić tak wiele wilkołaków, jak tylko zdoła. Zmusił się jednak do odsunięcia od siebie emocji związanych z tą myślą i skupienia głównie na tym, jak wykorzystać tę wiedzę w bitwie. Nie miało znaczenia, że przyjdzie mu stawić czoła człowiekowi, którego z dumą mógłby nazwać swoim przywódcą i przyjacielem. Najważniejsze w tej chwili było to, że stawiał czoła człowiekowi, który miał zamiar włamać się do Tullianum.
Jego kulawa noga nie przeszkadzała mu, kiedy zbiegał szybko po schodach. Prawie nigdy tego nie robiła, kiedy wyruszał do boju.
Drzwi otworzyły się.
Narcyza wstała. Lucjusz wchodził z miną, którą prawdopodobnie uważał za najłagodniejszą, na jaką było go stać i której nie okazałby, gdyby znajdował się tu ktokolwiek inny, włącznie ze skrzatami domowymi. Co oznaczało, że musiał przegonić je z tej części rezydencji. Jego wzrok świadczył, że miał jej do przekazania złe wieści, ale jak już będzie po wszystkim, to staną się dzięki nim silniejsi.
Zobaczył ją. Zobaczył suknię. Zamarł. Narcyza jeszcze nigdy wcześniej nie widziała, żeby wzdrygnął się tak mocno, że aż zatrzymało to go w miejscu. Podejrzewała też, że nigdy więcej tego nie zobaczy, dlatego cieszyła się tym widokiem, póki trwał.
A potem stała jeszcze przez chwilę, pozwalając mu w pełni przyswoić, co oznacza wiadomość kolorów i spakowany kufer – że uważa, że to on popełnił coś złego, nie Draco – po czym odwróciła się i pochyliła, sięgając po kufer.
Za nią rozległo się warknięcie Lucjusza, niskie, paskudne i świadczące o tym, że jednak nie pozwoli jej opuścić domu z godnością.
Harry przejął kontrolę nad windami w ten sam sposób, w jaki zrobił to z budką telefoniczną, rozkazując im zabrać swoich sojuszników na piętro znajdujące się pod Departamentem Tajemnic, gdzie znajdowało się wejście do Tullianum. Ludzie, którzy akurat korzystali z wind, spojrzeli na niego ze strachem, po czym rozbiegli się w popłochu, dzięki czemu gro jego sojuszników zdołało dotrzeć na dół bez ofiar, z wyjątkiem oślepionych w Atrium aurorów. Harry był z tego ostrożnie zadowolony.
Jasne, zjechali zaledwie dwa piętra niżej, ponieważ Atrium znajdowało się na ósmym, ale Harry i tak miał nadzieję, że wszystko jednak dobrze się skończy.
Wyszedł z windy na dziesiątym piętrze i odkrył, że jego magia napotyka sztywny wiatr oporu. Z tak bliska obecność Kamienia była przytłaczająca. Harry wyczuwał ją jako tętnienie żyjącego serca... czy też nie, ponieważ przebiegało przez niego wiele pomniejszych iskier, więc może raczej tętnienie żywego mózgu. Potrząsnął głową i obejrzał się przez ramię. Honoria ściągnęła swoje iluzje, żeby każdy mógł zobaczyć, gdzie są wszyscy inni, dzięki czemu ludzie przestali wpadać na siebie nawzajem. I tak krążyła nad nimi jako mewa, gotowa w każdej chwili rzucić więcej iluzji, jeśli będzie trzeba.
Moody'ego, oczywiście, nigdzie nie było. Wyjaśnił, że o ile jego kontakty mu ufały, o tyle bardzo niechętnie pokazaliby swoje prywatne wejścia w ministerstwie komukolwiek innemu, dlatego też będą siać zamęt w innych częściach budynku, podczas gdy Harry z sojusznikami ruszą prosto do więzienia. Podali im jednak obecny sygnał, który otwierał drzwi pokoju, w którym przechowywano różdżki więźniów, a którego ani Moody ani Tonks nie znali, ponieważ zmieniano go co kilka dni. Harry chciał zapytać, skąd sojusznicy Moody'ego znają obecny, ale ostatecznie odpuścił.
Centaurów też z nimi nie było. Kość uśmiechał się, ilekroć Harry próbował go wypytać o to, co się stanie. Wspomniał tylko, że w Departamencie Kontroli i Regulacji Magicznych Stworzeń znajduje się biuro centaurów. Ewentualnie Harry musiał się w końcu poddać i przyjąć do wiadomości, że centaury jakoś sobie poradzą i posłużą jako kolejna dywersja.
Thomas, oczywiście, miał własne sprawy do załatwienia. Harry bez obaw pozwolił mu się nimi zająć.
Spojrzał przed siebie. Znajdowali się w słabo oślepionym korytarzu z ciemnych kamieni, podobnych do lochów w Hogwarcie, ale kompletnie suchych. Harry prychnął. Kiedy po raz pierwszy pojawił się tu z Dumbledore'em, jako świadek wotum nieufności Knota, Dumbledore powiedział mu, że na dziesiąte piętro nie da się dostać inaczej, jak poprzez dziewiąte. Zarówno Tonks jak i Moody upierali się, że to bezsens, a kiedy Harry poprosił windy o zjechanie poniżej dziewiątego piętra, zrobiły to bez problemu. Też mi tajemnice, znane wyłącznie dyrektorowi Hogwartu.
Zrobił krok przed siebie.
Sufit nagle otworzył się i na wszystkich spadły tuziny maleńkich, szklanych kul, wypełnionych cofającym czas pyłem, który Harry rozpoznał z ataku w hogwardzkim ekspresie.
Narcyza strząsnęła rękę i różdżka wypadła jej z rękawa. Obróciła się do Lucjusza, podnosząc ją i po raz kolejny go zaskakując, równie mocno co widokiem sukni. Zrobił krok przed siebie z już wyciągnięta różdżką, na końcu języka wyraźnie miał zaklęcie pętające, ale zamarł na widok jej gotowości.
Jego mina nie zmieniała się przez kilka chwil, choć Narcyzie wydawało się, że już dawno temu powinien był wziąć się w garść. Ostatecznie to on to zaczął, to on zmienił to w pojedynek, zamiast pozwolić jej aportować się stąd, dzięki czemu zyskałby czas na przemyślenie własnych błędów. Zastanawiała się, czy uważał, że nie powinna być gotowa na stawienie mu czoła.
Nie pojedynkowali się na zaklęcia od wczesnych lat narzeczeństwa. To nie miało znaczenia. Pojedynkowali się wielokrotnie od tamtego czasu, zarówno słowami, jak i ciszami czy gestami, albo sposobem wychowania syna. To był po prostu powrót do korzeni, tego stojącego w wiecznych płomieniach koła.
Wreszcie Lucjusz zdołał się odezwać i to, co wyszło z jego ust, nawet nie okazało się klątwą.
– Dlaczego, Narcyzo?
– Czy pamiętasz – zapytała go miękko Narcyza – pytanie, które zadałeś mi na pierwsze urodziny Dracona?
Pamiętał. Oczywiście, że pamiętał. Jej mąż nie zapominał o takich sprawach. Jego twarz ponownie zrobiła się beznamiętna. Narcyza to aprobowała. Lucjusz popełnił kilka głupich błędów w przeciągu paru ostatnich dni, ale naprawdę zaczęłaby się o niego martwić, gdyby nie był w stanie odzyskać panowania nad sobą.
– Żartowałem – powiedział Lucjusz.
– Ja nie – powiedziała Narcyza. – Widzisz, Lucjuszu, tak się składa, że jakimś cudem zawsze mówiłam ci prawdę. Nie moja wina, że ją zignorowałeś.
Stał w miejscu, nieruchomy niczym śpiący portret i przyglądał się jej. Narcyza czekała. Spięta atmosfera w pokoju przelewała się między nimi niczym napięcie w powietrzu tuż przed burzą. Widziała, jak mięśnie Lucjusza spinają się, reagując na nią.
Narcyza nigdy nie żartowała na takie tematy. Lucjusz zapytał, co by się stało, gdyby kiedykolwiek przyszło jej wybrać między mężem i synem, a Narcyza bez wahania powiedziała mu, że wybrałaby syna. Zaśmiał się, pocałował ją, po czym odłożyli Dracona do kojca i udali się do łóżka. Narcyza wyszła z założenia, że ją wtedy wysłuchał.
Nie zrobił tego i pod wszystkimi innymi emocjami Narcyza poczuła lekką irytację. Lucjusz miał tendencję do uważania, że jego opinie były ważniejsze od innych, ale najwyraźniej nie uważał nawet swojej żony za osobę równej sobie w tym małżeństwie, kiedy miała siłę woli równą jemu, co było już po prostu absurdalne.
I tak oto doszło do tej sytuacji – nie dlatego, że Narcyza czy Draco dopuścili się czegokolwiek, nie tak naprawdę, ale dlatego, że duma Lucjusza nie pozwoliła mu na ujrzenie prawd, które od zawsze powinien był akceptować jako fakty.
Przewidywalnie, Lucjusz rzucił pierwsze zaklęcie.
Harry poczuł, jak jego umysł kompletnie się klaruje, ale zalewającą go emocją nie było zaskoczenie, czy szok. Mogła to być jednak wściekłość.
– Modero – zaintonował, jak wcześniej przy budce telefonicznej i wszystkie kule zbiegły się w kruchą grupę i poleciały do niego. Harry wyciągnął rękę i przejął kontrolę nad ich lotem. Nie roztrzaskały się, ale zaczęły unosić wokół niego, migocząc lekko w słabym świetle. Harry wejrzał w nie i zobaczył, że póki szkło pozostaje nietknięte, znajdujący się w nich pył wirował w olśniewających wzorach, które nie miały żadnego związku z grawitacją. Pokręcił głową.
A następnie zadarł ją do góry. Kamień znowu śpiewał swoim pulsowaniem i Merlin jeden wiedział, do czego tym razem zmusi swoich niewymownych, skoro ta pierwsza pułapka nie zadziałała.
Harry nabrał głęboko tchu i otworzył swój dar absorbere. Tego nie było w planach, ponieważ ich podstawowym celem było ratowanie wilkołaków, ale chwilowo miał to gdzieś. Skoro Departament Tajemnic miał zamiar atakować ich ze wszystkich stron, to równie dobrze Harry mógł odwrócić jego uwagę.
Osuszył kule z magii, przez co pył przestał lśnić i bezużytecznie opadł na ich dna. Osuszył moc z zapadni, która otworzyła się, zrzucając im kule na głowy, po czym sięgnął za nią, w kierunku zbioru głębokiej, różnorakiej magii, która nie miała niczego wspólnego z Kamieniem. Połykał, chłonął i pił, czując jak zaczyna wibrować z nadmiaru mocy, nabrzmiewać nią. Osuszał artefakty, których nawet nie widział na oczy i miał to gdzieś. W tej chwili najważniejsze było zmuszenie niewymownych do przejścia do defensywy, żeby bardziej przejęli się chronieniem ich drogocennego departamentu, a nie atakowaniem jednego człowieka.
Wyczuł, kiedy niewymowni zaczęli się wycofywać; pulsy Kamienia zmieniły kierunek i nabrały na intensywności. Harry zebrał trochę magii, którą wchłonął, po czym posłał ją łukiem, niczym ogromnego plaskacza, w kierunku Departamentu Tajemnic. Miał nadzieję, że to zwali większość niewymownych z nóg.
Następnie spojrzał na drzwi, za którymi miały znajdować się różdżki więźniów, jeśli wierzyć kontaktom Moody'ego. Osłaniała je osłona, która odskoczyłaby dopiero po wystukaniu odpowiedniego hasła, które było tak skomplikowane, że Harry zwykle byłby rad, że je zna. Teraz jednakże praktycznie płynął pośród wchłoniętej magii, a większość z jego świeżo zdobytej mocy miała jakiś związek z czasem.
Posłał ją w cienkim strumieniu w kierunku drewnianych drzwi. Momentalnie zaczęły się starzeć, gnić i wreszcie rozpadać w proch, który zdawał się spełzać wzdłuż okowów i rozwiewać po korytarzu. Tym samym odsłoniły znajdujący się za nimi pokój, z jego różdżkami poukładanymi ostrożnie na półkach w futerałach i dwójkę aurorów, którzy zerwali się na nogi i chwilowo byli tak zszokowani, że nawet nie mogli oddychać.
Harry spojrzał im w oczy.
– Chcę się dowiedzieć, gdzie są różdżki wszystkich wilkołaków, jakich wrzuciliście do Tullianum – powiedział. – Włącznie z Hawthorn Parkinson, czy waszymi byłymi kolegami z Departamentu Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii. – Kiedy zawahali się, użył magii do wzmocnienia sobie głosu. – Już.
Ściany zadrżały. Aurorzy pokiwali głowami i rzucili się do pracy, jeden wyciągał opakowania z różdżkami z półek, podczas gdy jego koleżanka szybko przeglądała notatki, prawdopodobnie szukając imion i opisów, których nie była w stanie z miejsca sobie przypomnieć.
Harry zauważył kątem oka ruch drzwi, znajdujących się w głębi korytarza, który prowadził do ukrytego wejścia do Tullianum. Obrócił szybko głowę akurat, kiedy w pole widzenia wszedł minister.
Narcyza obróciła się, unikając klątwy klatki, po czym opadła na kolano za stolikiem, na którym zwykle komponowała całą swoją korespondencję. Czasami zastanawiała się, czy powinna powiedzieć Lucjuszowi o wszystkich pułapkach, jakie wbudowała w meble w tym pokoju, ale zawsze odkładała to na później. Matka powiedziała jej kiedyś, że każda kobieta zasługuje na własne tajemnice.
Narcyza skorzystała teraz z jednej z nich, delikatnie głaszcząc grzbiet wyrzeźbionego w nodze stolika smoka.
Rozległo się kliknięcie i wzdłuż nóg i blatu pootwierały się niewielkie otwory, z których wystrzeliła seria srebrnych strzałek, wycelowanych prosto w Lucjusza. Musiał skupić się na szybkich i precyzyjnych ruchach różdżką, żeby się z nimi rozprawić. Narcyza w międzyczasie usiadła na stoliku, założyła nogę na nogę i wsparła dłoń z różdżką o kolano w leniwym geście.
Pokonanie Lucjusza w pojedynku to jedno. Zmuszenie go do uznania porażki to zupełnie co innego. Nie uda jej się to, o ile do reszty nie wytrąci go z równowagi i to nie tylko za pomocą magii.
Lucjusz skończył z rzutkami. Narcyza wycelowała w niego różdżką.
– Acclaro iactatia – mruknęła.
Nie istniało nic, czego Lucjusz Malfoy nienawidziłby bardziej od okazywania własnych emocji.
Thomas widział jak młody, czerwonowłosy czarodziej wbiega do gabinetu szefowej aurorów, po czym po chwili z niego wybiega, ale i tak nie zdjął z siebie uroku. Nie zrobił też tego, kiedy wszyscy aurorzy zaczęli wstawać od biurek, krzątać się po pomieszczeniu jak pszczoły, którym mrówki właśnie zaatakowały ul, nim wreszcie nie zorganizowali się na tyle, by wymaszerować. Zaczekał, póki drzwi do jej gabinetu nie otworzyły się od środka, po czym zrobił krok przed siebie, zrzucił urok i z uśmiechem zaszedł jej drogę.
– Witaj, Priscillo – powiedział.
Jego żona zamarła w połowie kroku. Thomas przyjrzał się jej, jak zwykle radując się jej widokiem. Była wyższa od niego, miała blond włosy przystrzyżone na poziomie ramion, a jej twarz była surowa i neutralna. No dobrze, w tej chwili niespecjalnie neutralna. Merlin jeden wiedział, że na jej twarzy ciężko byłoby się doszukać teraz czegokolwiek poza szokiem.
– Thomas – wyszeptała.
Thomas kiwnął głową.
– Jestem tu z Harrym – powiedział. – Właściwie to całe mnóstwo osób pojawiło się tu z Harrym, nawet niektóre gobliny. Czy wiedziałaś, że vates niszczy sieci po prostu przebywając w ich pobliżu? Ale sieć goblinów zniszczył własną mocą. Północne gobliny znowu są wolne, Priscillo. Żyjemy w samym środku kompletnie nowych czasów. – Przechylił głowę i uśmiechnął się. – Zawsze chciałem studiować historię, a teraz w niej żyję. To znacznie bardziej ekscytujące.
Priscilla wyjrzała ponad jego ramieniem, jakby spodziewała się, że sam minister lada moment pojawi się, żeby ochrzanić ją za ucięcie sobie małej pogawędki z mężem.
– Thomasie, nie mogę zostać – powiedziała. – Ktoś... zaatakował ministerstwo... – Urwała, niewątpliwie zdając sobie sprawę z tego, kto zaatakował ministerstwo. Przyłożyła dłoń do ust. Wpatrzone w niego oczy zawilgotniały.
Thomas wyciągnął rękę i poklepał ją po dłoni.
– Przecież nie oczekujemy, że zdezerterujesz i staniesz po naszej stronie, skarbie – powiedział. Przykro mu się zrobiło na widok tak rozdartej i podenerwowanej Priscilli. Chciał przyjść i porozmawiać z nią, upewnić się, że wiedziała, że znaleźli się po przeciwnych stronach, ale nie miał jej tego za złe. Jakżeby mógł? Przecież awansowała na szefową aurorów na długo przed tym, jak ministerstwo uchwaliło te niedorzeczne, bezsensowne prawa dotyczące wilkołaków, kiedy jeszcze nikt nie wiedział, jak źle to wszystko się potoczy. – Nie przyszedłem też poprosić cię o odwołanie aurorów. Po prostu chciałem porozmawiać z tobą o decyzjach, które podjąłem. Postanowiłem przypomnieć sobie, że przede wszystkim jestem sojusznikiem Harry'ego.
– Thomas – powiedziała ponownie, ale tym razem wyraziła tym słowem ogrom bólu.
Thomas nachylił się i pocałował ją w policzek. Priscilla odwróciła głowę i... chwila, czy ona płakała? Thomas tego nie planował. Nie chciał tego. Poklepał ją po ramieniu w niezręcznej próbie pocieszenia. To decydowanie o postępowaniu z wolnej woli było najwyraźniej znacznie cięższe, niż wydawało mu się, kiedy Harry wszystkim to tłumaczył z Malfoyem promieniującym za nim z dumy. Wydawało mu się, że porozmawianie o wszystkim z żoną i wyjaśnienie swoich wyborów było szlachetniejsze od po prostu pozostawienia jej listu, albo pozwolenia jej na wywnioskowanie wszystkiego na własną rękę. Teraz jednak wyglądała, jakby ktoś przyłożył jej do piersi rozgrzane żelazo, a Thomas też nie czuł się jakoś szczególnie lepiej. Nie był pewien, czy ten ból był bardziej porównywalny do rozgrzanego żelaza, czy też może do kogoś uderzającego go ciężką maczugą. Zastanawiał się, jak to właściwie ustalić.
– Kocham cię – powiedział. – Ale muszę lecieć do naszego vatesa. Zrozumiem wszystko, do czego minister cię zmusi w czasie tej rebelii. Ministrowie raczej nie lubią, kiedy ktoś się przeciw nim buntuje. Niech ci nie będzie mnie żal, kochanie. Żyjemy w takich interesujących czasach.
Pocałował ją po raz ostatni i ruszył na czwarte piętro, gdzie centaury zapowiedziały, że wyjdą mu na spotkanie. Po drodze zdecydował, że ten ból jednak przypominał bardziej, jakby ktoś stłukł go po piersi maczugą. Szok trafił go gdzieś pod żebra i teraz rozlewał się falami po ciele.
Lucjusz wiedział, że żona właśnie trafiła go klątwą, więc warknął parszywie. Wiedział, jaki będzie efekt i nienawidził tego, że nie mógł się przed nim obronić ponieważ rzutki wytrąciły go z równowagi na tyle długo, że klątwa zdążyła już sięgnąć celu.
Z boku jego głowy rozległ się jękliwy głos, wyrażający szok i ból. Zaraz potem kolejny zaczął warczeć ze złości. Jego słowa były tak zaciekłe i ciche, że czasem tylko można było wyłapać imiona Dracona, Harry'ego i Narcyzy. Trzeci głos zaczął zawodzić o własnej głupocie.
Lucjusz wiedział, że na policzkach pojawił mu się rumieniec i powoli tracił panowanie nad impulsem do wydarcia się na własną żonę. Ale jak mogła mu to zrobić? Przecież musiała rozumieć, że wydziedziczenie Dracona było dla dobra rodziny – a jeśli nie rozumiała, to czemu nie przyszła z tym do niego, żeby mógł jej wyjaśnić?
Zawsze atakował tych, którzy go skrzywdzili. Zawsze. Nigdy jednak nie zastanowił się nad tym, co by się stało, gdyby to Narcyza go skrzywdziła.
Wiedział, że powinien zaplanować, racjonalnie rozważyć najlepsze możliwe wyjście z sytuacji. Ale ta zdrada ubodła go zbyt nagle i głęboko, a mamroczące wokół niego głosy, pokazujące wszystkim emocje, z którymi chciał się kryć, które chciał kontrolować, w ogóle mu nie pomagały.
Ze świadomością, że powinien się opanować, ale niezdolny do tego bardziej niż do latania bez miotły, Lucjusz machnął różdżką w bok i rzucił klątwę, od której piękna skóra Narcyzy pokryje się paskudnymi oparzeniami. Nie zrujnuje to jej urody na stałe, ale ból będzie ostry i swędzący. A chciał usłyszeć jej krzyk.
Chciał, żeby zrobiła cokolwiek, byle tylko nie siedziała swobodnie ze skrzyżowanymi nogami w tej swojej sukni w kolorze gołębiej szarości, ze srebrnymi zdobieniami, świadoma jak wielką kontrolę ma w tej chwili nad sytuacją, bo powoli zaczynał przez to dochodzić do wniosku, że może jednak popełnił błąd wydziedziczając Dracona.
Rufus zobaczył zaskoczoną minę Harry'ego. Zobaczył zgromadzonych wokół Harry'ego ludzi, włącznie z Tonks, którą można było bez problemu zidentyfikować po jej neonowo niebieskich włosach. Były nawet gobliny, ze wszystkich stworzeń właśnie gobliny, z tymi swoimi łukami, włóczniami i lśniącymi, białymi łańcuchami w rękach.
Nie pozwolił sobie o nich myśleć. Znał Harry'ego i choć nigdy nie chciał wykorzystać tej wiedzy z walce z nim, teraz właśnie do tego doszło i jego pragnienia nie miały wiele do gadania. Machnął różdżką i zaintonował w głowie zaklęcie. Musiał rzucić je niewerbalnie, inaczej Harry momentalnie by go powstrzymał.
Draco Malfoy wyleciał spomiędzy sojuszników i pomknął w kierunku Rufusa, przyzwany jego zdeterminowanym Accio. Potknął się dwukrotnie i raz nawet zaparł się nogami, starając oprzeć się magii, ale był już wtedy niedaleko, więc Rufus zwyczajnie złapał go za ramię i przyciągnął do siebie, nim chłopak zdołał się wyrwać. Przyłożył różdżkę do karku Malfoya, który najwyraźniej zrozumiał swoje położenie i zamarł potulnie w bezruchu. Rufus podniósł wzrok i spojrzał w oczy Harry'emu.
Harry płonął. Magia biegała wokół niego w kolorowych falach, błękit przebiegający w zieleń, a potem w indygo, a wszystko to w kształcie płomieni feniksa. Jego twarz wyrażała nieziemską furię, a zielone oczy lśniły od uporu fanatyka gotowego do popełnienia samobójstwa. Rufus widział tak wiele surowej mocy kapiącej z jego lewego nadgarstka, że pewnie byłby w stanie stworzyć sobie teraz nową dłoń, gdyby tylko zwrócił na to uwagę.
Rufus odetchnął z ulgą. Wyglądało na to, że zdołał dotrzeć do Harry'ego, zanim ktokolwiek został uwolniony z Tullianum, albo zostało popełnione jakiekolwiek inne, nieodwracalne głupstwo. W dodatku rozumiał słabość Harry'ego. Harry nawet nie drgnie, póki Malfoy będzie znajdował się pod jego opieką. Rufus, oczywiście, nigdy nie skrzywdziłby chłopca, ale nie miał najmniejszych oporów przed braniem zakładnika w ramach opanowywania tego... tego szaleństwa. Włos mu się na głowie jeżył na samą myśl, co by się stało, gdyby Harry zdołał zabrać z Tullianum wszystkie wilkołaki.
– Harry... – zaczął.
I wtedy ktoś wypchnął go z jego własnej głowy. Doszło do tego tak niespodziewanie, że Rufus nie miał jak się temu oprzeć. W jednej chwili miał pełne panowanie nad swoim ciałem, a w następnej został wrzucony do maleńkiej celi, postawionej gdzieś na tyłach jego umysłu. Poczuł, jak jego ramię zamyka się wokół Malfoya, a drugie podnosi różdżkę. Następnie odwrócił się i ze spokojem sparaliżował dwóch aurorów, którzy tu z nim przybyli, trzymając ciało Malfoya, tak żeby nie osunęło się na podłogę.
A potem podniósł różdżkę i sparaliżował sam siebie.
Rufus poczuł, jak przytłaczająca obecność wyskakuje mu uszami, a potem nagle musiał zmierzyć się ze swoimi sztywniejącymi kończynami, brzęczeniem w uszach, czy skrzekiem protestu, który na nic mu się nie przydał, kiedy zobaczył jak Malfoy otwiera oczy, kręci głową i odsuwa się od niego. Usłyszał jednak, jak obecność, dar opętania Dracona cholernego Malfoya, chichocze złośliwie.
Tuż przed tym, jak Rufus padł na podłogę, czując ogarniający go szok, doszedł do wniosku, że w sumie Malfoy ma pełne prawo się z niego śmiać. Kompletnie zapomniał o jego darze opętania, o którym przecież usłyszał z jego własnych ust, więc zasługiwał na wszystko, co zaszło w rezultacie.
Narcyza rozpoznała rzuconą przez Lucjusza klątwę i dopiero teraz zrobiło się jej przykro. Lucjusz kompletnie stracił panowanie nad sobą. Pewnie wydawało mu się, że będzie cierpiała, że krzyknie, przeprosi dziewczęcym głosikiem i będzie po wszystkim. Zastanawiała się, czy zapomniał już, że już dawno temu przestała być grzeczną dziewczynką. Właściwie to wydawało jej się, że nie była dziewczynką odkąd zobaczyła pierwszą furię Belli, a to miało miejsce na długo przed poznaniem Lucjusza.
Zeskoczyła ze stolika, jej szata zawirowała wokół niej, przypadkiem oferując swego rodzaju tarczę przed innymi klątwami, jakie mogły lecieć w jej stronę. Przetoczyła się po podłodze, z powrotem w kierunku swojego kufra, z dala od Lucjusza i wtedy usłyszała jak kolejną inkantację. Ta była klątwą bólu. Narcyzie nieco ulżyło. Przynajmniej od tej krzyknęłaby jak kobieta, w dodatku cisnął ją z siłą, którą Bella by zaaprobowała.
Podniosła Protego, po czym machnęła różdżką w kierunku dźwięków głosów, mamroczących o emocjach Lucjusza. Nie musiała go widzieć, żeby móc go skrzywdzić. Użyła krwawego bicza, klątwy od której eksplodują tarcze, żeby zmusić Lucjusza do zrobienia uniku, inaczej rozetnie mu gardło. Właśnie dlatego wymówiła inkantację na głos. W tej chwili Lucjusz był tak mocno pochłonięty swoją furią, że mogłaby go przypadkiem zabić, gdyby rzuciła zaklęcie niewerbalnie, bo nie wiedziałby co nadciąga. W dodatku chciała, żeby wiedział, że zdawała sobie z tego sprawę.
Narcyza ponownie usiadła i zobaczyła, że Lucjusz opadł na kolana, dysząc ciężko i łypiąc na nią wściekle. Jego blond włosy były w nieładzie, a krwawy bicz zdołał musnąć go w kark, zadając ranę, której wyleczenie zajmie trochę czasu. Narcyza była zaskoczona i rozczarowana tym, jak nisko się stoczył. Pokręciła głową.
– Opanuj się, Lucjuszu – powiedziała miękko. – Albo dojdę do wniosku, że nie zostało w tobie ni krzty honoru Malfoyów.
Machnął różdżką.
Wzrok Narcyzy pociemniał, jej dłoń poluzowała uchwyt na różdżce, a niewidzialne dłonie złapały ją za gardło i zaczęły ściskać.
Chaos wyszedł Thomasowi na spotkanie już na trzecim piętrze. Zobaczył jak wszyscy uciekają, wrzeszcząc co sił w płucach z Departamentu Kontroli i Regulacji Magicznych Stworzeń. Potrząsnął głową, zastanawiając się czemu mieliby to robić. Zawsze, kiedy przy nim działo się coś interesującego, to albo biegł w jego kierunku, albo starał się je zaatakować, co wymagałoby przyczajenia się i ciszy. Ale też zawsze uważał, że ludzie po prostu zbyt często się wydzierają.
Czarownica złapała go za ramię i spróbowała pociągnąć ze sobą. Thomas strząsnął jej rękę i obejrzał się na nią z zaskoczeniem. Spojrzała na niego, dysząc ciężko. Miała ciemne włosy, które sterczały jej z tyłu głowy. Thomas był urzeczony. Z badań przeprowadzonych dla WUTKaRMu wiedział, że to prawdopodobnie oznaczało, że miała w sobie śladową magię błyskawic, ale jeszcze nigdy nie spotkał nikogo takiego na żywo, tylko o nich czytał. Otworzył usta, żeby zapytać ją o historię rodzinną, ale weszła mu w słowo.
– Uciekaj! – wrzasnęła mu prosto w twarz, przez co Thomas zaczął mrugać. Uważał, że nawet jeśli wyglądała, jakby była na skraju paniki to i tak nic nie tłumaczyło jej z braku uprzejmości. – Centaury biegają po korytarzach!
Thomas uśmiechnął się szeroko. Czyli jednak znaleźli sposób na dostanie się do Departamentu Kontroli i Regulacji Magicznych Stworzeń, jak to obiecali Harry'emu.
– Jak wielu? – zapytał ochoczo. – Wiesz może, skąd się tu wzięły?
Czarownica gapiła się na niego przez chwilę, podczas gdy Thomas czekał cierpliwie na odpowiedzi. Wreszcie splunęła mu pod nogi.
– No dobra, to twój pogrzeb – powiedziała i ruszyła w kierunku klatki schodowej, spychając go z drogi. Thomas odsunął się, pozwalając również innym ludziom na minięcie go, po czym wzruszył lekko ramionami i dotarł do podnóża schodów.
Wyszczerzył się szeroko, jak tylko zajrzał do departamentu. Kość pojawił się wraz z trójką centaurów, wszystkie izabelowatej maści i galopował korytarzem, wyjąc i dźgając ściany włóczniami. Thomas zastanowił się, czy ktokolwiek zauważył maleńkie iskry pod ich podkowami, sugerujące użycie magii. Pewnie nie. Odrobina niebezpieczeństwa zwykle wystarczała, żeby ludzie, którzy nie byli badaczami z natury, przestawali zwracać uwagę na istotne szczegóły.
Zawołał Kość po imieniu, a centaur obejrzał się na niego i kiwnął głową, nawet na moment nie przerywając swojego statecznego galopu. Ściany drżały od uderzeń jego kopyt. Thomas nasłuchiwał i zorientował się, że wokół przebrzmiewa znacznie więcej uderzeń kopyt, niż powinno, jakby przez ministerstwo przebiegało niewielkie stado. Roześmiał się.
– To po części iluzja, prawda? – zapytał, przykładając dłonie do ust, żeby zwiększyć moc swojego krzyku.
Kość ponownie skinął głową. Thomas wyszczerzył się z podekscytowaniem. To idealnie pasowało do niektórych z teorii WUTKaRMu, nad którymi bez końca dyskutował z Pietrowiczem. Pietrowicz objął pozycję, że magia magicznych stworzeń musiała diametralnie różnić się od czarodziejskiej, do tego stopnia, że żaden czarodziej nie miał szans na zrozumienie jej zasad. Ale Thomas zrobił to, co każdy rozsądny magiczny badacz powinien w takiej sytuacji i zaczął szukać wskazówek pośród starych teorii o antycznej magii w Grecji, ponieważ stamtąd właśnie pochodzą wszystkie centaury.
No i oczywiście znalazł tam pewne sugestie co do tego, w jaki sposób funkcjonuje magia centaurów. To tylko potwierdzało jego teorie. Białe iskry, iluzje i magia, która prawdopodobnie żywi się strachem, skoro wszyscy wokół biegali i wrzeszczeli z przerażenia. Thomas oparł się o ścianę i spróbował ustalić, w jaki sposób przekazać swoje wnioski Pietrowiczowi, podczas gdy Kość zatoczył kolejne koło wokół departamentu.
– To było biuro centaurów, prawda? – zapytał, żeby się upewnić.
Kość ponownie przytaknął. Thomas uśmiechnął się. Z jego punktu widzenia to był decydujący fakt. Tak długo jak centaury były wolne od sieci, mogły pojawiać się w miejscach nazwanych po nich i im poświęconym. Ministerstwo praktycznie prosiło się o inwazję od chwili, w której nazwało jeden ze swoich pokoi "biurem centaurów". W podobny sposób działało to w przypadku świętych miejsc w Grecji, w których pojawiali się bogowie, prowokując kolejne legendy do powstania. Mogły się pojawić gdziekolwiek, gdzie była już ich nazwa. Czarodzieje WUTKaRMu wciąż nie byli w stanie uzgodnić, czym właściwie byli greccy bogowie, ani w jaki sposób pasowali do ich magicznego systemu, ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze było ustalenie, jak im się to w ogóle udawało. Thomas wiedział, że musiało to być związane z magią miejsc, ale jakiego rodzaju?
Skupiał się właśnie na tych istotnych spekulacjach, kiedy nagle drzwi za nim otworzyły się z hukiem i do departamentu spróbowali wbiec aurorzy, rzucający klątwami w centaury. Thomasa to zirytowało. Obrócił się i rzucił w aurorów mandaryńskim zaklęciem, od którego wyrosło im po sześć nóg zamiast dwóch, żeby sami mogli się przekonać, jak to jest, kiedy ktoś przerywa ci w czymś ważnym.
Lucjusz patrzył, jak jego żona się dusi i przełknął agresywną satysfakcję niczym kieliszek pełen ognistej whiskey. Narcyza nie powinna była go wyzywać w ten sposób. Naprawdę powinna była być rozsądniejsza. Kiedyś była. Najważniejsze, że miał ją już pod kontrolą.
– Poddaję się, Lucjuszu – wyrzęziła resztką tchu. Jej palce już prawie nie dotykały różdżki.
Dysząc ciężko, Lucjusz zdjął z niej klątwę duszącą. Nie był jednak głupi, więc pozostawił oślepiającą. Podszedł do Narcyzy i spojrzał na nią z góry. Gdyby pominąć kilka zagnieceń na jej sukni, w ogóle nie wyglądała, jakby walczyła. Tymczasem Lucjusz dobrze zdawał sobie sprawę ze swoich rozwichrzonych włosów, ciężkiego oddechu, który ze świstem opuszczał mu gardło, czy krwi, która ciekła mu z karku.
Żeby już nie wspomnieć o głosach mamroczących o jego emocjach. Właśnie czwarty dołączył się do pozostałych, wysoki jęk, narzekający o tym, jakie to wszystko było niesprawiedliwe i jakim prawem Draco i Narcyza w ogóle go zdradzili. Lucjusz z całej siły go ignorował. Nie był w stanie zakończyć zaklęcia; to było jedno z tych upierdliwych, jak klątwa króla rybaka, które mogły zostać zdjęte wyłącznie przez osobę, która je rzuciła.
Pochylił się nad Narcyzą i przyjrzał się jej. Nie, teraz zobaczył, że pomylił się w swoim osądzie, że tylko zagniecenia na sukni świadczyły o jej walce; na szyi pojawiły się też ślady po klątwie duszącej. Sięgnął w dół i przyłożył do nich własne palce, delikatnie skubiąc posiniaczoną skórę. Narcyza jęknęła.
Pojawił się piąty głos, który zaczął mówić o jego podnieceniu. Lucjusz warknął gniewnie w jego ogólnym kierunku. Przynajmniej przegonił wszystkie skrzaty domowe z tego skrzydła rezydencji, nawet jeśli początkowo po prostu nie chciał, by ktokolwiek poza nim zobaczył łzy Narcyzy.
Zorientował się, że w żadnym wypadku nie podporządkował sobie Narcyzy w chwili, kiedy jej różdżka wbiła mu się w nogę.
– Debilitas – wyszeptała.
Harry złapał Dracona za rękę i przyciągnął blisko do siebie, chwilowo niezdolny do wyrażenia, jak wiele dla niego znaczyło zarówno to, że Draco przed chwilą wykaraskał się z niebezpiecznej sytuacji, jak i fakt, że przy okazji powalił ministra i jego sojuszników, dzięki czemu Harry nie musiał z nimi walczyć.
Draco wyszczerzył się do niego szeroko, wszystkie linie na jego twarzy wyrażały bezczelną pewność siebie, po czym pocałował go tak mocno, że aż zabolało. Harry zamrugał, kiedy pocałunek naciął mu dolną wargę.
– Jak tylko wrócimy do Leśnej Twierdzy to tak cię przelecę, że nie wstaniesz – wyszeptał Draco.
Harry potrząsnął głową, ukoił płomień, który chciał mu pojawić się na tę myśl w żołądku, po czym odwrócił się z powrotem do strażników w pokoju różdżek. Zamarli na widok powalonego ministra, ale jedno spojrzenie wystarczyło, żeby rzucili się do roboty. Harry zobaczył, że już mieli odłożone na bok około trzydziestu różdżek, przez co zaczął się zastanawiać, czy nie chowali różdżek niedawno złapanych obok siebie. A może po prostu wszystkie wilkołaki wrzucono do jednego skrzydła.
Spojrzał na drzwi do Tullianum. Lśniły od osłon, oczywiście, w dodatku tak potężnych, że większość ludzi nawet nie zwróciłaby na nich uwagi. Harry miał obecnie dość mocy, by móc je wręcz widzieć. Cała ta magia przebiegała przez niego, pragnąc zostać wykorzystaną. Zasugerowała teraz, że mógłby zniszczyć osłony spektakularnym uderzeniem i ochronić przed odłamkami wszystkich w korytarzu.
Harry pokręcił głową. Nie zrobiłby czegoś takiego, bo przecież mógłby skrzywdzić kogoś po przeciwnej stronie. Otworzył więc swój dar absorbere i po prostu pożarł osłony. Zaczęły statecznie słabnąć i po chwili drzwi do Tullianum zrobiły się przeciętne, z najzwyklejszym zaklęciem zamykającym. Usłyszał, jak jego sojusznicy zaczynają mamrotać na ten widok.
Obejrzał się przez ramię i wyszczerzył. Honoria była zajęta tworzeniem iluzji postawnych, poważnych czarodziejów w ciemnych szatach i z białymi maskami, celujący różdżkami w korytarz za nimi. Kiedy aurorzy się pojawią – a Harry był całkiem zaskoczony, że jeszcze tego nie zrobili, ale podejrzewał, że dywersje zrobiły swoje – przez jakiś czas nie będą w stanie ustalić, kto jest prawdziwy, a kto nie. Poza tym prawdopodobnie spanikują na widok pseudo–śmierciożerców.
– Brugmansjo – zawołał. Zamrugał. Wyglądało na to, że magia zakradła mu się do głosu, szukając każdego możliwego ujścia, przez co brzmiał jak karkadann. – Potrzebuję cię tutaj.
Czarownica momentalnie pojawiła się u jego boku, jej nozdrza otworzyły się szerzej. Harry potrzebował, żeby wywąchała dla niego wszystkie cele, w których znajdowały się wilkołaki. Bardzo krótko rozważał uwolnienie wszystkich kryminalistów w Tullianum, żeby zająć czymś aurorów, którzy mogli rzucić się za nimi w pościg, ale szybko odrzucił ten pomysł. Nigdy nie wybaczyłby sobie ewentualnych konsekwencji wypuszczenia mordercy, czy kogokolwiek innego, kto trafił tu nie bez powodu, a komu udałoby się zbiec w ogólnym zamieszaniu. Przybył tu po tych, którzy nie popełnili żadnej zbrodni, ale i tak cierpieli.
– Gotowa? – zapytał i Brugmansja kiwnęła głową. Harry wyciągnął rękę przed siebie i pstryknął palcami.
Drzwi do Tullianum otworzyły się z hukiem, pokazując znajdujący się za nimi tunel. Stojący za nimi strażnicy momentalnie wystrzelili zmasowanym atakiem zaklęć.
Harry otworzył paszczę i wypił je wszystkie.
Narcyza poczuła, jak jej różdżka trafia w ciało. Doprawdy, Lucjusz przegrał w chwili, w której poddał się pokusie przyłożenia palców do jej gardła. Wiedziała, w jakiej odległości musiał się od niej znajdować i że nie zwracał uwagi na jej ręce. Wyłącznie dzięki temu zdołała dotknąć go różdżką i trafić klątwą, której nie zależało, od której części ciała zacznie działanie. I tak go osłabi.
Lucjusz padł, składając się bezwładnie z pozbawionym gracji gruchnięciem, kiedy wszelka siła opuściła mu kończyny. Narcyza otoczyła się od niego i zakaszlała. Uścisk palców na gardle wciąż bolał i skrzywiła się na myśl o śladach, jakie jej po tym pozostaną. Ale to można było przykryć urokiem. Najważniejsze że wygrała.
Przytknęła różdżkę do oczu.
– Finite Incantatem – mruknęła. Po chwili klątwa oślepiająca zniknęła i była w stanie rozejrzeć się wokół. Pokręciła głową i podeszła do lustra, żeby kilkoma wyszeptanymi zaklęciami poprawić fryzurę. Twarz, która na nią spojrzała, była blada, ale wystarczająco opanowana. Dotknęła różdżką gardła i ślady po palcach zniknęły.
Odwróciła się i ponownie podeszła do Lucjusza. Otworzył szerzej oczy, a kiedy pochyliła się nad nim, jego oddech zrobił się niemal spazmatyczny. Narcyza jednak była od niego mądrzejsza, więc miała na oku jego magiczną rękę. Zobaczyła jak jego palce spinają się na moment, po czym wiotczeją, zbyt zmęczone, by za cokolwiek złapać.
– Jaka szkoda, Lucjuszu – powiedziała miękko. – Powinieneś był pamiętać, że może i jesteś potężniejszy ode mnie w pojedynkach, to i tak wygrałam wszystkie walki, w które wlałam całe swoje serce. Wszystkie kłótnie o Dracona. Żeby już nie wspomnieć o tej, która odbyła się między nami, kiedy chciałeś, żebym przyjęła na siebie Mroczny Znak, bo tamtą walkę też wygrałam, dzięki czemu już nigdy więcej o tym nie wspomniałeś. – Przycisnęła usta do jego czoła, czując narastające współczucie do swojego dumnego, przystojnego męża, który tak nisko upadł. Wszystkie głosy wokół niego mamrotały o różnych stopniach upokorzenia, przez które właśnie przechodził.
Bez względu na swoje współczucie i tak kopnęła go mocno w nadgarstek, kiedy spróbował złapać za krawędź jej sukni. Lucjusz odsunął się z jękiem.
– Zastanów się – powiedziała Narcyza. – Zapytaj sam siebie, czemu właśnie w tę walkę postanowiłam wlać całe swoje serce, czemu tak strasznie potrzebowałam ją wygrać. – Pocałowała go, przygryzając mu wargę, po czym odwróciła się i złapała za swój kufer.
Tuż przed aportacją do Grimmauld Place Numer Dwanaście, przyzwała skrzaty domowe z powrotem do skrzydła rezydencji. Nie widziała powodu, dla którego Lucjusz miałby leżeć bezsilnie na podłodze przez wiele godzin, aż do wyczerpania Debilitas.
Hawthorn ukryła twarz w dłoniach i starała skupić się na oddychaniu. Wszystkie kończyny ją bolały, wszystkie ubrania były w strzępach. Sama je rozerwała w szaleństwie przemiany. Jej klawisze zmusili ją do założenia ich z powrotem, upierając się, że nie mieli niczego innego, w co mogłaby się ubrać.
Spędziła tu, w tej celi tak wąskiej, że nie zmieściło się tu nawet łóżko, dwie noce bez wywaru tojadowego. Miała cichą nadzieję, że może dzięki temu, że promienie księżyca nie sięgną jej poprzez grube, kamienne ściany, to się nie przemieni, ale oczywiście i tak do tego doszło. Jej umysł zniknął po raz pierwszy od dwóch lat i stała się rozszalałą bestią, która zamordowałaby swojego męża i córkę nawet, gdyby pojawili się tuż przed nią. Ponieważ niczego nie miała, to gryzła samą siebie i orała pazurami kamienne ściany. Sikała w kącie celi, a zapach moczu był dla niej zapachem upodlenia.
Znana jako wilkołaczyca, poza więzieniem nie czekało na nią już żadne życie. Delila Gloryflower przeżyła wyjawienie swojego stanu, ponieważ otaczała ją potężna rodzina, która bez przerwy walczyłaby o nią w sądzie, gdyby tylko ktoś choćby zasugerował, że powinna trafić do Tullianum. Hawthorn była sama, a aurorzy którzy zaatakowali Ogród wiedzieli kim była, zarówno likantropką, jak i byłą śmierciożerczynią. Prawdopodobnie nienawidziliby jej wystarczająco tylko za jeden z tych tytułów; połączenie ich sprawiło, że ich pogarda była nie do opisania. Wystarczyło, że zadrapali ją srebrem, a Hawthorn nagle koszmarnie osłabła i pochorowała się. Zadrapanie, wysoko na jej lewym barku, wciąż bolało. Cienkie, zaognione, wściekłe linie.
Zastanawiała się, w swoim oszołomieniu, czy straci lewą rękę. Nie sądziła, żeby była w stanie to znieść równie spokojnie co Harry.
Drzwi do jej celi otworzyły się.
Hawthorn skuliła się w swoim kącie, walcząc z instynktem, żeby warknąć czy zaskowytać. Skoro nie była w stanie stawić czoła swoim katom, czy też ludziom, którzy przyszli zabrać ją na rozprawę, jak czarownica czystej krwi – a porwane szaty, rana i smród sprawiły, że stało się to niemożliwe – to przynajmniej nie chciała też stawiać im czoła jako bestia.
Zamrugała. To był sen. Musiał nim być. Harry stał w drzwiach celi, a jego uśmiech raptownie spełzał mu z twarzy, im dłużej jej się przyglądał. Hawthorn wiedziała, że ten uśmiech nie zniknął dlatego, że był z jakiegoś powodu na nią zły. To było niemożliwe, ale może tylko jej się śniło, więc kto wie, ale uśmiech zniknął, ponieważ Harry przybył jej na ratunek i nie spodobało mu się, w jaki sposób była traktowana.
Harry obrócił głowę i wymówił słowa, których Hawthorn nie rozumiała, ponieważ niedowierzanie kompletnie ją oszołomiło, sprawiło że serce waliło jej tak mocno, że już niczego nie słyszała. Wokół niej pojawiła się iluzja, przykrywając szmaty, jakie pozostały po jej szatach, dzięki czemu zaczęły wyglądać jak nowe. Kolejny urok owinął się wokół celi, maskując ostry zapach moczu i ślady na ścianach. Hawthorn powoli zaczęła wierzyć, że to jednak prawda, że jednak wyjdzie z tej celi z przynajmniej odrobiną godności.
Harry wyciągnął do niej rękę i złapał ją za prawe ramię, pomagając wstać. Hawthorn nie była w stanie powstrzymać się przed jęknięciem z bólu, kiedy ruch wstrząsnął jej lewym barkiem, a wzrok Harry'ego momentalnie przeskoczył na jej ranę. Jego oczy przymrużyły się. Hawthorn zamarła, pozwalając mu się przyglądać tak długo, jak tylko chciał. Ten ból to było nic w porównaniu z faktem, że teraz już nikt nie zobaczy jej praktycznie nagiej.
– Chodźmy – powiedział cicho Harry. – Wciąż nie uwolniliśmy wszystkich. – Wzrok, który podniósł, żeby spojrzeć jej w oczy, lśnił od furii i dopiero teraz Hawthorn zdała sobie sprawę z otaczającej go magii, gęstej i pachnącej jak całoroczne rośliny przebudzające się do życia na wiosnę. – Już nigdy więcej cię tak nie skrzywdzą – powiedział.
Wymówione w ten sposób, te słowa nie brzmiały jak obietnica, ale pewność, przepowiednia. Hawthorn pozwoliła sobie w nie uwierzyć, po czym oparła się o ramię Harry'ego, kiedy wyprowadzał ją z celi.
Falco pochylił głowę. Czyli do tego to doszło.
Wyczuł wybuch magii w ministerstwie, kiedy pracował nad splataniem kolejnego snu dla Harry'ego, takiego na który już będzie musiał zwrócić uwagę; jak do tej pory większość jego dzieł roztrzaskiwała się na jego barierach oklumencyjnych, a Harry zdawał się w ogóle nie zwracać uwagi na osobliwe obrazy, które pozostawały z nim po obudzeniu. Sen rozplątał się, kiedy Falco usłyszał przebrzmiewające w ministerstwie alarmy.
Szczęk, szczęk, szczęk, rozbrzmiewało po całym kraju, budząc wszystko, co naprawdę powinno w tej chwili spać. Falco zmarszczył brwi, czując jak moc Harry'ego wkracza do ukrytych jaskiń, przetaczając się po spętanych w nich stworzeniach, jak kości smoków na wyspie Man, zarówno martwego jak i żywego, drżą od jego potęgi, jak przeszywa ocean i jak lelki wróżebniki zaczynają skrzeczeć w Irlandii w odpowiedzi.
Harry wznosił swoją magię w samym ministerstwie i Falco był tym razem przekonany, że nie robi tego w czasie walki z innym czarodziejem o lordowskiej mocy. Tom wciąż przebywał w ukryciu i żaden inny Lord czy Lady nie wkroczyli do kraju, mimo że wszyscy im się przyglądali, pewnie zaciekawieni, czy nie zginą czasem z ręki tego bezmyślnego nastolatka z Brytanii. Falco wiedział, jaką reputację stopniowo zbierała sobie jego wyspa w oczach międzynarodowego magicznego społeczeństwa – miejsca chuliganów – i zrobiło mu się wstyd.
Tom, odpowiedni dla Harry'ego przeciwnik, wciąż nie miał sił na podjęcie z nim walki. Falco nie zdołał odkryć żadnego sposobu na wyleczenie jego rany.
To oznaczało, że sam będzie musiał udzielić nagany.
Zmienił się w swoją formę bielika i pomknął po ścieżkach Mroku i Światła, zmierzając do prawdziwego świata. Aportuje się, jak tylko do niego sięgnie. Wyglądało na to, że czas najwyższy na bezpośrednią bitwę z Harrym.
