Rozdział dwudziesty szósty: Przeciw Lordowi Bielików

Harry był coraz bardziej wściekły. Zaczęło się w chwili, w której zobaczył Hawthorn skuloną w kącie celi, jak jakiś zbity pies, a teraz uczucie pełzło mu od żołądka po gardło w lśniącej, ciepłej żółci, gotowe w każdej chwili eksplodować. Tańcząca w nim i wokół niego magia tylko zaogniała problem, ponieważ wiedziała, że będzie miała więcej do roboty jak tylko trafi go szlag.

Skoncentrował się na cieple ramienia Hawthorn, obejmującego mu barki, na tym jak się o niego opierała i upominał się raz za razem, że nie może pozwolić sobie na wybuch, bo przede wszystkim musiał zabrać ją i pozostałych na zewnątrz, upewniając się, że nikomu nic się nie stanie. Mamrotał zapewnienia i pocieszenia, ściągał osłony z drzwi, które Brugmansja wskazała jako cele zawierające w sobie wilkołaki i bez końca uspokajał swoją złość, ściągając ją ponownie na stronę determinacji. Ocalę ich wszystkich. Wyciągnę ich stąd. Muszę pamiętać, że naszym głównym celem jest utrzymanie wszystkich przy życiu i przeniesienie ich do Leśnej Twierdzy, nie zemsta.

Było mu żal, że nie wymyślił innego sposobu na uporanie się z kulami czasu niewymownych. Nikt nie potrzebował tak wiele mocy. Trzymał ją pod tak ścisłą kontrolą, że zaczynała mieć własne pomysły. Harry nie wiedział, jakiego rodzaju osobowość w sobie rozwinie, kiedy skończy się mieszać ze sobą i rozwijać w ten sposób, ale już domyślał się, że będzie złośliwa.

Muszę iść dalej, pomyślał, przypominając sobie, że złość nie uratowała Kierana, a złość na ministra wcale nie rozwiąże tej sytuacji. Draco był taki pewny siebie i rozchichotany, kiedy opętał Scrimgeoura. Harry dopiero co widział, jak Draco opanowuje własną złość i zmienia ją w coś pożytecznego. Jakie miałby wyjaśnienie do utraty kontroli nad własnym temperamentem?

– Harry?

Harry obejrzał się. Brugmansja stała przed drzwiami z przechyloną głową i niezrozumieniem wypisanym na twarzy.

– Co się stało? – zapytał, zastanawiając się, czy może wyczuła uwięzionego wilkołaka, o którym wcześniej nie słyszeli.

– Znaczy... – Brugmansja rzuciła mu ostre spojrzenie. – To nie likantropka, ale w środku znajduje się ktoś, kto pachnie jak ty, Dziki.

Harry od razu zorientował się, kto to musiał być, ale nie pozwolił sobie na reakcję. Lily nie była już częścią jego życia. James też nie. Oboje byli w Tullianum, zamknięci za drzwiami, ale przecież minęli już wiele innych zamkniętych drzwi i nikogo z nich nie wypuścili. To będzie po prostu kolejna para takich. Wzruszył ramionami.

– Wiem, kto to jest. Zostanie tutaj – powiedział.

Brugmansja otworzyła szerzej oczy.

– Dobrze – powiedziała, odsuwając się od drzwi, jakby nagle zjeżyły się od strzegących ich ostrzy.

Cholera jasna. Przestraszyłem ją. Harry obejrzał się, żeby policzyć znajdujące się za sobą wilkołaki, odruchowo poprawiając ułożenie swojej ręki, żeby mógł dalej wspierać Hawthorn. Było ich już trzydziestu trzech i kiedy liczył, uwolniono trzydziestą czwartą, po czym momentalnie wręczono jej różdżkę. Harry kiwnął głową. Jesteśmy blisko. Zaraz będziemy mogli stąd uciec. Muszę pamiętać, że naszym podstawowym celem jest utrzymanie ich wszystkich przy życiu. Muszę o tym pamiętać.

– Dziki?

Harry obrócił się. Róża stała przed wszystkimi, a jej nozdrza rozszerzyły się przy drzwiach, które nie były równie mocno chronione co pozostałe. Zerknęła na niego i wywaliła język kącikiem ust w uśmiechu.

– Czy w dolinie znajdzie się miejsce dla jeszcze jednego wilkołaka? – zapytała.

Harry zamrugał.

– Oczywiście. Kto to jest? – Sięgnął przed siebie i osuszył osłony z magii, dzięki czemu Róża mogła bez trudu mogła roztrzaskać zamek i otworzyć drzwi.

Znajdujący się w środku chłopak nie wyglądał na starszego od Harry'ego, choć był od niego wyższy i znacznie lepiej zbudowany. Już wąchał powietrze, a jego oczy lśniły tak intensywnym bursztynem, że Harry był przekonany, że musiał zostać ugryziony za młodu. Podszedł do Róży i dotknął jej policzka, po czym zerknął na Harry'ego.

– Nazywam się Zimozielony – powiedział. – Należałem do watahy Lokiego. Musisz być naszym nowym alfą. Wciąż pachniesz transferem.

Harry z całych sił spróbował nie skrzywić się na wspomnienie o Lokim i wydawało mu się, że nawet mu się to udało..

– Tak – powiedział. – Pamiętam cię. To ty ugryzłeś Starszą Gillyflower i... – Zacząłeś ten cały bajzel, chciał powiedzieć, ale to nie był czas ani miejsce na rzucanie oskarżeniami. – I trafiłeś za to do Tullianum – dokończył. – Mimo że urodziłeś się jako mugol.

Zimozielony wyszczerzył się.

– To ja. – Dotknął ramienia Róży, mijając ją i wychodząc na korytarz. – Dobrze znowu cię widzieć, Różo. – Rozejrzał się. – Wypuszczasz wszystkich z więzienia?

– Nie – powiedział Harry, kiedy Brugmansja po raz kolejny szczeknęła przy drzwiach. Sięgnął, żeby ściągnąć z nich osłony. – Tylko ludzi niesprawiedliwie uwięzionych pod zarzutem żadnej innej zbrodni jak wilkołactwa.

Zimozielony uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Dobrze wiedzieć, że jednak robisz to, czego chciał od ciebie Loki – powiedział. – Nawet jeśli doszło do tego znacznie później niż zakładał i najwyraźniej potrzebowałeś o wiele więcej prowokacji.

Harry nie zareagował na to. Patrzył jak nowo wypuszczony wilkołak odzyskuje różdżkę, nasłuchując.

Moc w tunelu wibrowała osobliwie, wydając z siebie dziwny dźwięk. Harry wyczuwał to niczym nadchodzącą burzę; zdecydowanie pochodziło spoza ministerstwa. Kiedy się skoncentrował, odniósł wrażenie, że dźwięk brzmi jak setki maleńkich dzwoneczków. Taki delikatny pogłos, w ogóle nie oznaczający zagrożenia, ale przecież nie powinien być w stanie słyszeć go ponad całą swoją magią.

Nadciągał czarodziej o lordowskiej mocy. Harry praktycznie nie znał tej magii, bo spotkał się z nią zaledwie raz, ale i tak wiedział, że to musiał być Falco. Wydawało mu się, że wszędzie rozpoznałby Voldemorta.

Harry stłamsił pragnienie do zawycia z frustracji. Pewnie chce mnie ochrzanić za zbuntowanie się przeciw ministerstwu, albo nie utrzymywanie równowagi. Z całą pewnością będzie chciał ze mną walczyć. Nie zbliżyłby się do mnie w ten sposób, porzucając wszelką ostrożność, gdyby chciał się tylko poprzyglądać.

Transmutował swoje pragnienie do wrzasku w determinację i wyrzucił rękę przed siebie. Jeśli magia chciała, żeby z niej skorzystał, to miał pewien pomysł. Skupił się na swojej potrzebie utrzymania wilkołaków przy życiu, nie zadawania ministerstwu więcej ofiar, niż to było absolutnie koniecznie, jak i bezpiecznym dostarczeniu wszystkich do Leśnej Twierdzy, po czym zaczął naciskać.

Magia wylała się z niego, jakby był rojem, a ona miodem, gęstym i aromatycznym, ale stopniowo przyjmującym wymagany przez niego kształt. Uformował się lśniący korytarz, który przebił się przez ściany Tullianum, przebiegł przez ministerstwo, znalazł szyb windy i trzymał się go, póki nie dotarł do Atrium, gdzie ponownie zaczął się wznosić, póki nie trafił w alejkę. Harry skoncentrował się, budując ściany, wzmacniając je połączonymi ze sobą zaklęciami tarczy, tak żeby żadni niewymowni nie byli w stanie cisnąć w zbiegów swoimi artefaktami, a Falco nie dał rady ich zaatakować z góry.

Chciał, żeby wszyscy stąd uciekli i chciał, żeby ta ucieczka odbyła się bezpiecznie. Każdy, kto dotrze do końca korytarza, powinien być w stanie się aportować; Harry nie był w stanie przeciągnąć korytarza z Londynu do Leśnej Twierdzy, nie łamiąc przy tym prawdopodobnie pięćdziesięciu tysięcy praw Międzynarodowego Kodeksu Tajności. Ale o tym wiedział już od dawna. Największym problemem w tej chwili było wywalczenie sobie drogi z ministerstwa, a teraz jeszcze do tego doszła niepotrzebna komplikacja pod postacią rozzłoszczonego czarodzieja o lordowskiej mocy.

Przycisnął dłoń do gardła i rzucił Sonorus, żeby wszyscy go usłyszeli.

– Musicie uciec tym korytarzem – powiedział. – Biegnijcie nim aż do końca. Nic na tej ścieżce nie będzie w stanie was skrzywdzić. Jak dotrzecie do końca, aportujcie się do miejsca zwanego Leśną Twierdzą. Jeśli nie wiecie, gdzie to jest, znajdźcie kogoś, kto przybył tu ze mną i pozwólcie im zabrać się w aportacji łącznej. Będą wiedzieli, o co wam chodzi. Tam będziecie bezpieczni.

– A co, jeśli nigdzie nie chcemy iść? – zapytała wyzywająco jedna z wilkołaczyc, która wcześniej musiała należeć do Departamentu Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii. W każdym razie Harry w ogóle jej nie rozpoznawał. – Jeśli uciekniemy z tobą, to ministerstwo uzna nas za zbiegów.

– Waszą jedyną alternatywą jest pozostanie tutaj – powiedział Harry. – A widzieliście już, jak ministerstwo traktuje uwięzione w Tullianum wilkołaki.

Kobieta zawahała się, jakby przez jedno uderzenie serca myślała, że sparaliżowanie go sprawi, że ministerstwo spojrzy na nią przychylniej, ale zaraz potem rozejrzała się po ludziach, których przyprowadził ze sobą i spokorniała. Większość z jej towarzyszy już biegła po migoczącej ścieżce, która rozciągała się przed nimi. Harry z ulgą zobaczył Adalrico Bulstrode'a praktycznie na początku linii, widocznego dzięki swojemu kuśtykaniu, z gracją zachęcającego ludzi do biegnięcia za nim. Millicenta biegła tuż za nim. Harry miał wrażenie, że tak długo jak ta dwójka będzie wszystkich pilnowała, to ucieczka powinna przebiec jak należy.

Zadarł głowę do góry. Falco już niemal znajdował się na poziomie ministerstwa. Kiedy bicz białego światła owinął mu się wokół ciała, wyrastając spomiędzy kamieni, nabierając kształtu i namacalności przy zetknięciu z powietrzem, Harry pomyślał, że to prawdopodobnie służy jako ekwiwalent "Nadchodzę" ze strony Falco.

– A ty na co czekasz? – zapytał go Draco.

Harry drgnął. Wyglądało na to, że wszyscy choć raz wysłuchali jego rozkazów, ponieważ kiedy się rozejrzał, odkrył, że znajduje się praktycznie na szarym końcu. Tylko Draco, Owen, Michael i Syrinx pozostali, przyglądając mu się z niepokojem; większość ludzi znajdowała się przynajmniej na dwadzieścia stóp w głębi korytarza.

– Ponieważ Falco Parkinson nadciąga – powiedział i zobaczył, jak Draco otwiera szerzej oczy. – Tak. Właśnie. Potrzebuję, żeby wszyscy mi stąd zniknęli. Już. Przy odrobinie szczęścia nie będzie chciał, żeby nasz pojedynek zniszczył ministerstwo, ale jeśli ktokolwiek tu ze mną zostanie, to może ich zaatakować. Uciekajcie stąd.

Draco, na szczęście, zaczął się ruszać, ale i tak szybko się cofnął i złapał Harry'ego za lewy nadgarstek, a trzech zaprzysięgłych kompanów Harry'ego pozostało zaraz za jego plecami. Harry warknął pod nosem – jeśli wbiegnie do korytarza, to Falco pewnie zaatakuje i tunel – ale wiedział, że jeśli teraz zacznie naciskać, to potem nastąpią awantury, na które po prostu nie mógł sobie pozwolić, więc zmusił się do uspokojenia. Nie odrywał wzroku od sufitu, przyglądając się mu z niepokojem. Magia Falco wciąż przebrzmiewała w powietrzu, jakby wcale nie przekopywał się właśnie przez ziemię, starając się zaatakować go z dołu.

A potem nagle ściany korytarza pękły na pół i Falco pojawił się znikąd z ręką wyciągniętą w bok, czarodziej o długich, srebrnych włosach, odziany w ciemnozielone szaty, które lśniły od symbolu, który wyglądał Harry'emu na wagę. Tam, gdzie poruszał tą ręką, rzeczywistość rozpadała się na kawałki i Harry zobaczył jak korytarz wysycha i zaczyna się kruszyć.

Nie miał pojęcia, do czego by doszło, gdyby ta dłoń do dotknęła i nie miał czasu na sprawdzanie tego. Przetoczył się, wpychając Dracona na Michaela, Owena i Syrinx, zmuszając ich wszystkich do cofnięcia się i odsunięcia z bezpośredniego zasięgu pojedynku. Następnie wzniósł tarczę, która, jak miał nadzieję, zapewni im bezpieczeństwo.

Jak tylko skończył tworzenie tarczy, zorientował się, że Falco już niemal go sięgnął. Wystrzelił bąbel rzeczywistości w kierunku głowy Harry'ego.

Harry go pożarł. Wiele go to kosztowało. Czuł ten sam piekący ból w żołądku, gardle i magii, którego doświadczył w czasie bitwy na letnie przesilenie, kiedy zbierał skażoną moc Voldemorta. Prędzej czy później dar absorbere będzie musiał się zamknąć, żeby przetrawić wszystko to, co przełknął do tej pory. Harry powoli docierał do tego momentu. Stworzenie tego korytarza nie wchłonęło tak wiele magii, na ile miał nadzieję.

– Żałuję, że w ogóle do tego doszło – powiedział ze smutkiem Falco, lądując przed Harrym. Wciąż wyglądał, jakby tylko połowicznie przemienił się ze swojej formy bielika, włosy błyszczały mu niczym pióra, a stopy były kształtu pazurów. – Gdybyś tylko zadeklarował się Światłu, to pomagałbym ci równie mocno co Tomowi. Brytania potrzebuje zarówno Mrocznego, jak i Świetlistego Pana, którzy będą utrzymywali równowagę między sobą.

Harry nawet nie spróbował na to odpowiedzieć. Nie miał pojęcia, co może zrobić Falco; najlepsze, na co było go w tej chwili stać, to zebranie własnej magii i wyrzucenie jej przed siebie w kształcie, który przysporzy Falco problemów, ponieważ wiedział, że Falco nie dzielił darów Voldemorta.

Stworzył przed sobą ciemnozielonego węża z oczami i kłami Sylarany, oraz jadem locust. Harry wysyczał rozkaz w wężomowie i żmija pomknęła przed siebie, wbijając ślepia w Falco.

Falco machnął leniwie ręką. Jego moc żachnęła się i zniszczyła węża. Harry odbudował go, tym razem łuski ponakładały się na siebie jeszcze szybciej. Magia była szczęśliwa, że wykorzystywano ją w znajomych wzorcach, więc zwijała się, nurkowała, strzelała i splatała żmiję z powrotem.

Falco uniknął pierwszego ataku węża, ale nie oderwał wzroku od Harry'ego. Harry bez strachu spojrzał mu w oczy. Był całkiem przekonany, ze Falco był legilimentą, ale nie sądził, żeby był w stanie go przymusić, a już na pewno nie był w tym lepszy od Voldemorta czy Dumbledore'a. Ale może temu gniewliwemu staruchowi dobrze zrobi przekonanie się, że Harry naprawdę nie miał zamiaru wycofać się z tej rewolty.

Harry zorientował się po chwili, że coś było nie tak, coś innego, co Falco najwyraźniej przebadał w swoim czasie, a z czym Harry jeszcze nigdy wcześniej się nie spotkał. Nie był w stanie oderwać wzroku od oczu Falco. Jego umysł zdawały przechodzić dreszcze, po których następowało uczucie zobojętnienia, a pilnująca całej tej magii wola powoli zaczynała przysypiać. To nie było przymuszenie, ponieważ Harry był przekonany, że już zacząłby się instynktownie przed nim bronić. Po prostu zaczął mieć... inne myśli.

Harry odkrył, że oddech mu zwolnił, głowa zaczęła mu się kiwać i opuszczały go ostre, nachalne myśli o wydostaniu stąd wilkołaków w jednym kawałku. Falco bardzo ostrożnie odsunął od niego te emocje, po czym zajrzał głębiej do jego umysłu.

I znalazł całą furię, którą Harry w sobie tłumił.

Harry ocknął się nagle, czując się bardzo żywym, a wściekłość tryskała z niego niczym złota pięć. Wystrzeliła z jego piersi i zmiażdżyła węża, który po raz kolejny próbował ukąsić Falco, ale też trafiła samego Falco, zadając mu wstrząsający cios. Harry zobaczył, jak jego stopy odrywają się od ziemi, jak Falco leci do tyłu i przez chwilę patrzy na niego ze szczerym zaskoczeniem, a następnie przywala plecami mocno w ścianę korytarza w Tullianum i jego twarz traci wszelki wyraz.

Harry warknął. W uszach brzęczało mu od zewu karkadann, czuł się jakby owiewał go jej oddech. Chciał rozrywać, miażdżyć, zabijać. Pomyślał o sposobie, w jaki zabił Dumbledore'a i to samo chciał zrobić Falco. Mógłby odebrać mu całą magię, przelać ją w jakiś przedmiot, żeby nie stracić zdolności do przełykania, a następnie odebrać mu też magię, która tak długo utrzymywała go przy życiu. Czy Mrok i Światło nie byliby zadowoleni ze śmierci kogoś, kto tak długo ich oszukiwał? Przecież musieli rozumieć, że Falco nie zadeklaruje się żadnemu z nich jeszcze przez bardzo długi czas.

A potem nagle usłyszał, jak ktoś za nim wrzasnął ze strachem jego imię i w jego umyśle pojawiło się słowo Draco, płonąc niczym feniks.

Co on wyprawiał? Przecież nie miał czasu na osuszanie Falco, o ile to w ogóle było możliwe; Falco nie sparaliżuje taki sam strach przed przepowiednią, co kiedyś Dumbledore'a. Jego podstawowym celem było zabranie wszystkich stąd bez strat w ludziach.

Harry uspokoił swoją furię, choć czuł się przy tym, jakby szarpał za lejce furmanki, ciągniętej przez karkadann. Zawrócił ją i posłał w innym kierunku. Nabrał głęboko tchu i skupił się na wizji utrzymywania korytarza w całości, w jednym kawałku, z lśniącymi kolorami spływającymi po ścianach, które wyglądały przez to, jakby były pokryte olejem. Nieprzeniknionym olejem. Naprawdę nie miał na to czasu. Jego ludzie też nie mieli na to czasu.

Odwrócił się i sprawdził, jak trzymali się Draco, Owen, Michael i Syrinx. Połowa otaczającej ich tarczy zdążyła się już skruszyć. Harry kiwnął szybko głową.

– Uciekamy stąd – powiedział. – Korytarzem. Biegnijcie przede mną. Nie oglądajcie się. Potrzebuję, żebyście znaleźli się na końcu i pomogli w aportowaniu wilkołaków do Leśnej Twierdzy. Nie sądzę, żeby zdążyli już zabrać wszystkich.

Draco otworzył usta. Wyglądał, jakby był gotów zaprotestować. Skoro już o tym mowa, Owen wyglądał, jakby miał zamiar się do niego w tym przyłączyć.

Syrinx pochwyciła wzrokiem spojrzenie Harry'ego i ukłoniła się.

– Oczywiście – powiedziała. – Potrzebują nas. – Po czym zaczęła biec. Owen zawahał się, po czym, jakby przypomniał sobie, że też ma bliznę w kształcie błyskawicy i nie chciał, żeby świetlista czarownica okazała się w czymś lepsza od niego, ruszył za nią. Draco pozostał z tyłu, patrząc surowo na Harry'ego. Harry wiedział, że Michael nie ruszy się, póki Draco tego nie zrobi.

Harry zauważył kątem oka, że Falco zaczyna się poruszać. Nie mieli czasu.

– Proszę – powiedział. – Draco. Uciekaj.

Falco zniknął.

Harry wyczuł jego magię niczym wahadło, które właśnie się cofało, żeby zebrać po drodze jak najwięcej prędkości i impetu. Jak już przywali, to potężnie. Harry wlał całą swoją magię, żeby wzmocnić korytarz, wszystko co zebrał do tej pory, a potem jeszcze trochę własnej. W tym momencie był gotów wyciąć sobie dziurę w magicznym rdzeniu i osuszyć się z mocy, jak Voldemort, gdyby tylko uznał, że to mu w jakiś sposób pomoże.

– Nie bez ciebie – powiedział Draco.

Kiedy cios Falco trafi celu, to albo roztrzaska korytarz, albo odbije się od tarcz Harry'ego. Harry nie chciał przekonać się, co się stanie z kimkolwiek, kto spróbuje stać wtedy za nim, bez podobnych osłon.

Uciekaj! – wrzasnął Harry i to zdawało się przekonać Michaela, nawet jeśli nie Dracona. Złapał Dracona za ramię i ruszył biegiem, praktycznie ciągnąc go za sobą na siłę. Harry odwrócił się i zobaczył nacierające na siebie wahadło. Ruszyło w jego stronę, tnąc powietrze niczym kosa, jak tamto wahadło, które widział kiedyś w Pokoju Życzeń, kiedy skorzystał z niego, żeby wyleczyć się po tym, co zrobili mu rodzice.

Wówczas Harry naciął dłoń na jego ostrzu i za pomocą krwi wyrzekł się nazwiska. Teraz był gotów znieść znacznie więcej, byle tylko utrzymać w jednym kawałku korytarz, jak i znajdujących się w nim ludzi, czy chłopaka, którego kochał.

Magia Falco zderzyła się z jego.

Harry poczuł, jak ściany Tullianum zatrzęsły się, jak osłony zachybotały. Słyszał przerażone wrzaski więźniów, którzy wciąż przebywali w swoich celach i prawdopodobnie z wyższych pięter też, bo tam znajdowali się pracownicy ministerstwa, którzy prawdopodobnie zastanawiali się, do czego właśnie doszło. Daleko przed sobą usłyszał wycie, które mogło pochodzić z gardła rannego wilkołaka.

Poczuł, jak przeszywa mu ciało.

Magia zdawała się stapiać mu kości, przerabiać wnętrzności na papkę. Po ramionach przebiegły mu błyskawice. Harry był w stanie usłyszeć mocniejsze dudnienie od serca, które tętniło mu w uszach i przez chwilę zastanowił się, czy można było usłyszeć, jak mózg telepie się pod czaszką. Pod całym tym dudnieniem usłyszał też tępy trzask i mruknął pod nosem. Złamana kość, ale nie wiem która.

Znajome ćmienie w boku odpowiedziało mu na to pytanie. Żebro. Pierwszy raz poczuł ból złamanego żebra, kiedy pracujący dla Voldemorta Quirrell rzucił na niego Crucio na pierwszym roku. Oddychał pośród bólu, zupełnie jak wtedy. Nawet walczył o coś znacznie ważniejszego niż wtedy – o znacznie więcej żyć, o tak wiele pokoju, jak to możliwe.

Podniósł głowę, kiedy miał wrażenie, że już po wszystkim.

Korytarz utrzymał.

Harry zobaczył unoszącego się za nim Falco, przyglądającego mu się. Jego twarz była dziwnie zniekształcona przez światło osłon. Miał skrzydła i pysk bielika, ale ludzkie ciało, wciąż odziane w ciemnozielone szaty.

Harry wbił w niego spojrzenie, zastanawiając się, czy spróbuje uderzyć po raz kolejny. Wiedział, że mu się oprze. Mogło oznaczać to kolejne złamane żebro, może nawet nogę, ale przeżyje.

Falco tylko pokręcił głową i zniknął. Harry skoncentrował się. Wciąż wyczuwał jego magię, wciąż słyszał dźwięk dzwonków, ale wszystko powoli zanikało. Wyglądało na to, że Falco chwilowo zrezygnował z dręczenia go.

Harry odetchnął głęboko, pozwalając złamanemu żebru zapiec mocno, po czym podźwignął się na nogi. Obejrzał się na rozciągający się za nim korytarz i zobaczył maleńkie, odbiegające postacie. Pozwolił sobie na ponury uśmiech, po czym zaczął wymierzać własne kroki, żeby trafiały akurat pomiędzy uderzeniami bólu w boku.

Jego magia musnęła lekko złamanie, ale Harry przekazał korytarzowi całą wchłoniętą magię i nigdy nie dotarł w swoich badaniach magii medycznej do nastawiania kości; leczenie ran wywołanych klątwami wydawało mu się znacznie ważniejsze. Bał się teraz tego próbować, bo nie wiedział, na jak wiele sposobów mógłby to spartolić.

Wydawało mu się, że przynajmniej wciąż może się aportować. Podróżowanie ze złamanym żebrem za pomocą sieci fiuu czy świstokliku aż bolało w samej perspektywie.

Krok i ból, krok i ból. Tak, bolało, ale przecież bywało gorzej. Harry uśmiechnął się ponuro, kiedy dłoń, którą przyciskał do bolącego boku, drgnęła. Przecież nie mógłby zrobić tego samego kikutem swojego lewego nadgarstka.

W dodatku może zmienić ten ból w taką samą determinację, która go zaniosła tak daleko, dzięki której nie podkulił ogona pod siebie na widok Falco, tylko stawił mu czoła. Najważniejsze było upewnienie się, że wszyscy przeżyją ucieczkę. Wchodził po schodach, które korytarz stworzył w szybie windy i jak do tej pory nie widział ani jednego ciała. To naprawdę podniosło go na duchu.


Falco był bardziej przerażony, niż był gotów się do tego przyznać.

Wierzył, że mógł kryć się ze swoimi atakami tak długo, jak będzie je wykonywał przy jednoczesnym naginaniu czasu i odskakiwaniu od chłopca. Powinien był być w stanie. To była jedna taktyka, która tak mocno polegała na wewnętrznej sile, że nigdy nie zdołał nauczyć jej Albusa; jego wewnętrzna preferencja subtelności stała na drodze. A ten chłopak był mniej potężny od Albusa, zwłaszcza kiedy tak wiele magii zużywał na chronienie innych. Powinien był go zmiażdżyć tym ciosem.

A mimo to chłopiec zdołał go wyczuć i w porę się przygotować.

W tej chwili Falco nie myślał już o sposobach, na jakie Harry może być w stanie wytrącić świat z równowagi, albo co czarodzieje z innych krajów mogą sobie pomyśleć o Brytanii. Jego umysł skupiał się na pokoju w Dolinie Godryka, w którym spędził wiele dni, analizując wszystkie dane, nim nie znalazł odpowiedzi.

Harry nie powinien był w stanie wyczuć mojego ataku.

Ale Tom już mógłby.

Falco ponownie zaczął się zastanawiać, do czego właściwie doszło w tym domu. Wydawało mu się, że rozumiał. Seria zbiegów okoliczności, które zostały poukładane w czasie przez przepowiednię, przez co nie były tak naprawdę zbiegami okoliczności. Zrównoważenie mocy, które pozwoliło Harry'emu na przeżycie klątwy zabijającej; gdyby był odrobinę słabszy, to klątwa by go zabiła, odrobinę silniejszy i powracająca magia rozerwałaby mu ciało na strzępy. Przeniesienie mroku nie dobiegło końca, a mimo to Harry stał się magicznym dziedzicem Voldemorta.

Falco jednak wydawało się, że chłopiec otrzymał w tym transferze wyłącznie wężomowę i dar absorbere. Wszystko w tym pokoju by na to wskazywało.

Teraz jednak musiał wziąć pod uwagę, że Harry mógł otrzymać znacznie więcej, nie tylko te dwa dary. Ale jeśli tak, to co jeszcze mogło przejść ich połączeniem? Pod jakimi jeszcze względami Harry był w stanie naśladować swojego magicznego ojca? Co jeśli Falco się pomylił i Harry powinien jednak zadeklarować się Mrokowi, a nie Światłu?

Ale co, jeśli powinien zadeklarować się Światłu, żeby zrównoważyć mrok we własnej duszy?

To kompletnie roztrzaskało mu plany. Falco wzniósł się z powrotem, wracając do swoich przemyśleń znacznie smutniejszy i mądrzejszy, niż był jeszcze kilka minut temu. Harry ciągle krzyżował mu szyki, ale dobrze, że taka sprawa wyszła na jaw już teraz. Gdyby Falco o tym nie wiedział i mimo to szykował się do zniszczenia Harry'ego, to prawdopodobnie przepadłby przez wzgląd na swoją nadmierną pewność siebie.

Najlepiej się przyczaić, przebadać wszystko od nowa i zobaczyć, co z tego wyjdzie.


Dopiero na schodach prowadzących na dziewiąte piętro, Draco zdołał wyrwać ramię z żelaznego uchwytu Michaela. Szarpnął ręką, po czym wyciągnął różdżkę i wycelował nią w chłopaka, który przyglądał mu się szeroko otwartymi oczami.

– Zrób coś takiego jeszcze raz, to upewnię się, że ludzie do końca życia będą mylili cię z dziewczyną.

– Ale przecież... – powiedział Michael, po czym zacisnął szczęki i odwrócił wzrok. Draco wyrzucił z siebie roztrzęsiony oddech, po czym obejrzał się za siebie, rozglądając po czerwono–zielono–niebieskim tunelu i z paniką szukając jakichkolwiek śladów po Harrym.

Zobaczył go na schodach, robiącego chwiejnie kroki, ale nieustannie pnącego się w górę. Obejmował się na poziomie żeber, co sugerowało, że jedno z nich pewnie było złamane, ale kiedy zbliżył się do nich, Draco zobaczył też brunatny ślad po krwi na jego szatach. Przełknął chęć do skrzywdzenia kogoś i sięgnął przed siebie, delikatnie dotykając łokcia Harry'ego. Harry poderwał wzrok i zamrugał, po czym zmarszczył brwi.

– Draco? Powinniście byli już dawno dotrzeć do końca tunelu – powiedział. – Aportowanie wszystkich zajmie naprawdę dużo czasu, potrzebujemy tam wszystkich, którzy wiedzą jak wygląda Leśna Twierdza.

– Coś ty sobie wyobrażał, tak mnie przeganiając? – powiedział Draco niemal bezgłośnie. Chciał wykrzyczeć te słowa. Odkrył, że nie jest w stanie podnieść głosu. Harry był koszmarnie blady i wyglądał, jakby ktoś stłukł go wielokrotnie tłuczkiem, żeby już nie wspomnieć o złamanej kości.

– Po prostu starałem się przypilnować twojego bezpieczeństwa – powiedział Harry. – Nie przeżyłbyś ciosu Falco. Sam ledwie go przeżyłem. – Kiwnął głową w kierunku schodów. – Skoro już tu jestem, to czy możemy się pośpieszyć? Wydaje mi się, że znajdą się jacyś ludzie, którzy nie będą chcieli się aportować, póki nie upewnią się, że nic mi nie jest – jego ton sugerował, że kompletnie tego nie rozumie – a im dłużej tu stoimy, w tym większym jesteśmy niebezpieczeństwie.

Michael już wznowił wchodzenie po schodach. Harry ruszył za nim, a Draco trzymał się jego boku, ilekroć szerokość schodów mu na to pozwalała. Zastanawiał się, czemu Harry nie jęczy z bólu, po czym zorientował się, że ciężkie dyszenie po każdym kroku prawdopodobnie maskowało wszelkie jęki.

– Nie chciałem cię zostawiać – mruknął Draco. – I mogłem walczyć u twojego boku, wiesz? Nie musiałeś wrzucać mnie za tarczę.

Harry zerknął na niego łagodnie, mimo że przez chwilę nie był w stanie mówić, bo aż musiał zgrzytnąć zębami z bólu.

– Wiem, Draco – powiedział. – Zdaję sobie sprawę z tego, że chcesz walczyć u mojego boku. Wspaniale poradziłeś sobie z ministrem. Ale Falco atakował mnie czystą potęgą i prawie mnie pokonał. Wciąż nie jestem pewien, co właściwie go odesłało. Nie miałbyś z nim szans, a gdybym zobaczył cię martwym albo rannym, to chyba bym oszalał. Dlatego zdecydowałem się na najlepszy możliwy kompromis.

Draco przeżuwał przez chwilę język, zastanawiając się nad tym. Czy nie miał już prawa do żądania miejsca u boku Harry'ego w walce? A może proszenie go o coś takiego było równie dziecinne co wtedy, kiedy prosił Harry'ego o zajęcie jego strony, kiedy kłócił się z Potterem i Patil?

Nie wiedział. Przeszkadzało mu to, że nie wiedział.

Dotarli do szczytu schodów i przez jakiś czas korytarz biegł płasko i płynnie przez Atrium. Draco widział przez niego pracowników ministerstwa, gapiących się na nich; kilku stukało w ściany różdżkami, ale szybko przestawali, jak tylko zauważali Harry'ego. Draco uśmiechnął się do nich krzywo, po czym objął zdrową stronę Harry'ego, żeby go wspierać, kiedy zauważył, że jego kroki robią się stopniowo coraz cięższe, a dyszenie głośniejsze.

Obok wrót pojawiły się postacie, na widok których Draco drgnął, ale to był tylko Moody i kilku innych ludzi, których twarze były przesłonięte ciągle zmieniającymi się urokami. Moody wyszczerzył się do Harry'ego.

– Misja zakończona – powiedział. – Informacje zdobyte.

Harry kiwnął głową i w ścianie tunelu pojawiły się drzwi. Tylko Moody wszedł do środka. Pozostali zawrócili i wtopili się w cienie.

– Kontakty – wyjaśnił Moody, kiedy zauważył, że Draco się zagapił za nimi. – Nie ufają nikomu poza mną. – Podrzucił w powietrze drewniany pokrowiec na pergaminy i złapał go ze śmiechem. – Mamy to, po co tu przyszliśmy.

Draco chciał zapytać, co to takiego miałoby być, ponieważ jedyną rolą, jakie kontakty Moody'ego miały odegrać w oryginalnym planie, było odkrycie hasła do pokoju z różdżkami oraz dywersja, ale nie odezwał się. Oddech Harry'ego robił się coraz cięższy, a sądząc po liczbie ludzi, stojących przed nimi na klatce schodowej, zaczynającej się w miejscu, w którym tunel wspinał się do poziomu alejki, z której przyszli, wyglądało na to, że większość ich towarzyszy faktycznie zaczekała na Harry'ego. Draco usłyszał, jak zaczynają wydawać z siebie wesołe okrzyki na ich widok.

Momentalnie poczuł też, jak Harry rozwija magię wokół siebie. Kiedy na niego zerknął, jego twarz wyglądała kompletnie normalnie, a ciemna plama po krwi zniknęła z jego szat. Harry wyprostował się, podniósł głowę i ruszył przed siebie tak spokojnie, jak tylko mógł, kiwając głową w kierunku wiwatujących i uspokajając ich tym samym, że nic mu nie jest.

Pewnie nie ma innego wyjścia, pomyślał Draco. Inaczej będą się nad nim roztkliwiać, przez co nie zdoła skupić się na aportacji. Będzie miał czas na wzięcie eliksiru leczniczego i opadnięcie z sił, jak już znajdziemy się z powrotem w Leśnej Twierdzy.

Kiedy wchodzili po schodach, Draco ustawił się tak, żeby znaleźć się blisko złamanego żebra Harry'ego, dzięki czemu nikt nie będzie w stanie naruszyć rany swoim przesadnym entuzjazmem. Na szczęście bardzo niewielu ludzi w ogóle spróbowało przytulić Harry'ego. Większość trzymała się z daleka, rozmawiając przyciszonymi i podekscytowanymi głosami. Harry z premedytacją zwolnił, żeby kiwać głową w odpowiedzi na większość pozdrowień, mimo że Draco widział, z jaką tęsknotą jego chłopak wypatruje końca tunelu i chwili, w której mógłby wskoczyć w nicość i ciągnąć tę szopkę w Leśnej Twierdzy.

Przynajmniej nikt z ministerstwa nie stał im na drodze. Draco złapał wilkołaczycę za ramię, ponieważ Harry na to nalegał, ale nie odrywał od niego wzroku. Harry rozmawiał jednak z wilkołakiem znanym jako Zimozielony i nie zareagował. Chwilę później zniknęli.

Doprawdy, pomyślał Draco i skupił się na przypominaniu sobie jak najwięcej szczegółów rozległej łąki niedaleko domów w Leśnej Twierdzy, obok sosnowego lasu, gdzie zwykle przebywały centaury. Miał nadzieję, że nikt nie spróbuje się tam teraz aportować. Właściwie, to nie był pewien, czy w ogóle będzie w stanie się aportować, ale i tak chciał spróbować. Jak mu się nie uda, to poczeka na kogoś, kto mógłby zabrać go ze sobą.

Świergot feniksa przebił się przez jego koncentrację. Draco westchnął.

– Przepraszam na moment – powiedział do wilkołaczycy, zszokowanej kobiety w wieku mniej więcej trzydziestu lat, która tylko kiwnęła głową. Draco pochylił się nad swoim lewym nadgarstkiem. – Tak?

– Draconie?

To był głos jego matki. Draco zamrugał, następnie przełknął ślinę i zaczął podejrzewać, że rozpacz jednak rozproszy go od aportacji.

– Matko? – zapytał. – Czy ojciec nie powiedział ci o wydziedziczeniu? – Nie miał zamiaru kryć się ze swoimi wyborami, przez co nie mógł dopuścić do tego, żeby ich kontakt opierał się na kłamstwach. Spodziewał się, że Narcyza będzie nim koszmarnie rozczarowana i zostanie z Lucjuszem, co musiało oznaczać, że wciąż o niczym nie wie.

– Powiedział, Draconie – odezwał się łagodny głos jego matki. – Chwilowo rozstałam się z twoim ojcem. Nie chciał, żebym go opuściła. Przebywam w Grimmauld Place. Przyłączę się do was, jak tylko powiesz mi, gdzie jesteście.

Czyli to jednak nie łzy mnie rozkojarzą, a radość. Draco przełknął swoje pragnienie do zawycia ze szczęścia. Wciąż uważał się za Malfoya, a Malfoyowie nie zachowywali się tak niedystyngowanie na oczach obcych ludzi. Nie zapytał też, czy matka była pewna. To byłoby uwłaczające wobec kogoś urodzonego jako Black, kto wżenił się w rodzinę Malfoyów.

– Jesteśmy w Leśnej Twierdzy – powiedział. – No wiesz, tym miejscu, w którym walczyliśmy z siłami Voldemorta ostatniego października? – Stojąca obok niego wilkołaczyca zerknęła na niego z przerażeniem. Draco zignorował ją. Po co w ogóle opuszczała Tullianum, skoro nie wiedziała w co się pakuje?

– Dobrze ją pamiętam – powiedziała Narcyza. – Zaraz się zobaczymy, synu.

– Do zobaczenia – powiedział Draco i pozwolił zaklęciu komunikacyjnemu zaniknąć. Wiedział, że szczerzy się jak idiota, ale na to już nie był w stanie nic poradzić. To nie miało znaczenia. Matka wybrała jego, a nie ojca. Jednak nie będzie jedyną osobą o nazwisku Malfoy, która weźmie udział w rokoszu Harry'ego.

Nawet nie obchodziło go, że ostatecznie Michael musiał go aportować, podczas gdy Owen zabrał ze sobą wilkołaczycę. Wciąż nie był w stanie przestać się uśmiechać, a tylko mu się pogorszyło, kiedy wylądowali w kałuży niedaleko czworoboku budynków i zobaczył, że matka już na niego czeka, a jej blond włosy powiewają lekko na wietrze.


Harry ukrył swoje syknięcie, kiedy wylądowali, ale najwyraźniej niewystarczająco, by oszukać Zimozielonego. Młody wilkołak momentalnie powąchał powietrze, po czym zerknął na niego i po raz pierwszy od wyjścia z celi uśmiech spełzł mu z twarzy.

– Wyczuwam krew – powiedział.

Harry kiwnął głową i przeklął się za nie narzucenie na siebie uroku, którzy przykryłby zapach. No trudno, lada moment weźmie eliksir leczniczy i upora się z połamanym żebrem, więc już niebawem to nie będzie problem.

– Zajmę się tym – powiedział. – Możesz tu na mnie zaczekać, albo zapytać kogoś, co się właściwie dzieje. – Poderwał wzrok i zobaczył, że Kamelia biegnie do nich ze swojego posterunku w sosnowym lesie. – Są tu już niektórzy członkowie twojej watahy.

Zimozielony poderwał głowę, wydał z siebie uradowane wycie i rzucił się w kierunku Kamelii. Złapała go w pasie i przetoczyli się po ziemi jak szczeniaki, żartobliwie na siebie powarkując i szamocząc. Kamelia położyła głowę na trawie na tyle długo, by móc rzucić Harry'emu spojrzenie pełne wdzięczności.

Harry uśmiechnął się, po czym odwrócił i ruszył tak szybko, jak tylko był w stanie w kierunku drewnianego domu i pokoju, w którym przechowywał wszystkie wywary lecznicze, które przywieźli ze sobą jego sojusznicy. Tonks wyszła mu na spotkanie i przyjrzała mu się z niepokojem. Harry kiwnął do niej głową.

– Złamane żebro.

– Będzie wrażliwe nawet po użyciu eliksiru nastawiającego kości – ostrzegła go Tonks.

– Wiem – powiedział Harry. – Ale w tej chwili najważniejsze jest uporanie się z samym bólem. Mam teraz za wiele na głowie, żeby pozwolić mu się obezwładnić.

Tonks otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, po czym zamknęła je i pokręciła głową. Jej włosy zrobiły się czarne, ale tylko wzruszyła ramionami kiedy Harry ją o to zagaił. Harry uznał, że to nie mogło być coś ważnego. Tonks zwykle nie miała problemu z mówieniem, co jej leży na sercu.

Udał się, żeby uporać się z bólem. Był za ostry, żeby go po prostu zignorować w sposób, w jaki Lily ćwiczyła go w ignorowaniu większości klątw, jakie na siebie rzucał, ale zdołał złapać za rozwrzeszczane pragnienie do skulenia się wokół złamania i transmutować je w coś innego. Dlatego tak właśnie zrobił. Kiedy wreszcie znalazł cienką, zieloną butelkę nastawiacza kości, którą przywiozła ze sobą Elfrida, ból i desperacja już zdążyły zmienić się w kolejne bicze, które ponaglały go do dalszego kroczenia tą ścieżką. Uwolnił wilkołaki z Tullianum. Teraz trzeba będzie pomóc im w rozgoszczeniu się w Leśnej Twierdzy i przygotować się na reakcję ministerstwa.

Przez cały ten czas Tonks nie odrywała od niego wzroku. Harry zapytał ją jeszcze dwukrotnie, czy wszystko w porządku, raz przed wypiciem nastawiacza kości i ponownie, kiedy gęsty niczym miód płomień pełzł mu po gardle, powoli ustalając, co jest złamane i co trzeba naprawić, co mocno ulżyło mu w bólu, ale za pierwszym razem znowu wzruszyła ramionami.

– Powiem ci, jak już ustalę, jak to właściwie ułożyć w słowa – wyjaśniła po drugim zagajeniu.

Harry musiał przyznać, że to było sprawiedliwe. Ponieważ i tak musiał stać przez chwilę w bezruchu, pozwalając eliksirowi na rozpoczęcie działania, zabrał się za układanie listy zadań w głowie. Skontaktować się ze sklepami, zwiększyć dostawy jedzenia, zacieśnić osłony wokół domów Blacków, żeby odbijały każdego, kto spróbuje do nich wejść – co było niemożliwe do wykonania, kiedy mieszkało w nich tak wielu ludzi, którzy musieli wchodzić, wychodzić, czy oddychać – dać ludziom w Hogwarcie znać, że nic mu nie jest, znaleźć każdemu miejsce do spania, wyleczyć rannych, wyjaśnić w jaki sposób działa ochrona Leśnej Twierdzy, zorganizować regularne patrole wokół doliny...

– Proszę pana?

Harry podniósł wzrok. W drzwiach stała Syrinx Gloryflower, która patrzyła na niego poważnie.

– Wybuchła awantura, proszę pana – powiedziała. – Jeden z wilkołaków podważa pańskie dobre imię, a inny pana broni. Jeszcze nie doszło do kłapania zębami, ale lada chwila może.

Harry kiwnął głową i odsunął się od szafki z eliksirami, po czym celowo podniósł ręce nad głową. Skóra i mięśnie tuż nad złamanym żebrem wciąż były na tyle wrażliwe, że syknął z bólu, ale przynajmniej mógł się ruszać.

– Prowadź – powiedział, rzucając po drodze Tonks pocieszający uśmiech, po czym pobiegł za Syrinx.


Remus naprawdę starał się opanować swoją furię, ale mimo przyglądającym się mu czarownicom i czarodziejom, coraz ciężej przychodziło mu przypomnienie sobie, czemu właściwie miałby to robić, skoro jego przeciwniczka była potężna i miała równie wybujały temperament. Kamelia została ugryziona za młodu, zupełnie jak Remus, więc nie musiałby się powstrzymywać, gdyby przyszło do wymiany ciosów. A właśnie znajdował się o krok od zrobienia tego, do czego właściwie nie doszło od ich pierwszego spotkania.

Zostawił mnie tutaj. – Starał się mówić cicho, ale musiał w tym momencie podnieść głos, żeby dodać odpowiedni pogłos warknięcia. – To mój alfa i zostawił mnie tutaj. Jestem czarodziejem, mogłem pomóc, a on mnie tu zostawił.

Kamelia stała tuż przed nim ze skrzywionymi ustami, lśniącymi oczami i tak, jak Remus był bardzo świadomy ich publiczności, tak ona zdawała się kompletnie nią nie przejmować.

– Ponieważ nie może ci ufać – powiedziała. – I wszyscy wiemy, dlaczego. W tobie wciąż jest za dużo czarodzieja, Remusie. Nie zanurzyłeś się nawet w pełni w umyśle stadnym. Nie zaadaptowałeś się do uważania go za przywódcę, który pojawił się w miejscu Lokiego; wciąż uważasz go za tymczasowe zastępstwo. A może wydaje ci się, że to ty powinieneś nam dowodzić. – Kamelia kłapnęła zębami i szarpnęła głową w bok, jakby rozrywała czyjeś gardło. – Wszyscy wiemy, od czego to się zaczęło i na czym się skończy. Nie potrzebujemy, żeby dowodził nami ktoś tak zmienny jak ty.

Remus warknął. Nie odrywał wzroku od oczu Kamelii, wyzywając ją tym samym, przez co Kamelia zaczęła warczeć w odpowiedzi. Zbliżyli się do siebie, a przynajmniej Remus podszedł. Czuł jak krew śpiewa mu w ciele, jak ramiona spinają mu się. Kamelia musiała czuć się tak samo, kiedy spirala nieuniknionego pojedynku powoli porywała ich ze sobą, zwracając coraz mocniej przeciw sobie. Któreś z nich będzie musiało skoczyć jako pierwsze, ale Remus nie miał pojęcia, kto to będzie. Miał tak niewiele kontroli nad sobą; jeśli napięcie dalej będzie się w nim potęgowało, to skoczy, ale nic jeszcze nie sugerowało, że to będzie musiał być on.

Dość tego.

Spojrzenie Kamelii momentalnie oderwało się od twarzy Remusa, a ona sama przykucnęła i zadarła głowę do góry, odsłaniając swój kark. Remus poczuł impuls do zrobienia tego samego, ale potrząsnął głową. To nie mówił jego alfa, Dziki. To mówił chłopiec, którego znał od dziecka, syn jego przyjaciela, Harry.

Osoba, która zostawiła go, kiedy mógł pójść razem z nimi, pomóc przy ochronie zbiegów, uspokoić ich swoim zapachem i aportować ich w bezpieczne miejsce. Obejrzał się ze złością na Harry'ego.

Z zaskoczeniem zorientował się, że wbił wzrok w niewłaściwe miejsce, znajdujące się na poziomie ramion Harry'ego; jakimś cudem wciąż nie przyzwyczaił się do jego ostatniego, nagłego rozrośnięcia się. Potrząsnął głową i spojrzał Harry'emu w oczy. Co właściwie nie okazało się wiele lepsze i nie tylko dlatego, że instynkty kazały mu odwrócić wzrok. Poczuł narastającą irytację na widok jego nieprzeniknionego spokoju. Jak Harry mógł być taki spokojny? Jasne, zdołał przeżyć i wydostać wszystkich z Tullianum bez ofiar, ale przecież musiał słyszeć ich kłótnię. Harry, którego Remus znał, okazałby mu więcej empatii.

– Dlaczego mnie zostawiłeś? – warknął na niego Remus.

– To proste – powiedział Harry, jakby omawiał pogodę. – Nie ufam ci.

Remus zebrał się w sobie, żeby powstrzymać się przed dygotaniem. Nienawidził tego zdania zarówno jako czarodziej, jak i wilkołak.

– Dlaczego? – wyszeptał. Chciał, żeby przynajmniej to słowo zabrzmiało jako urażona duma, ale i tak mu nie wyszło.

Harry przechylił głowę.

– Właśnie dlatego – powiedział. – Zmieniasz się jak powierzchnia wody pod podmuchami wiatru, Remusie. Mógłbyś mi pomóc, ale możliwe też, że po prostu zacząłbyś rzucać klątwy na strażników Tullianum za to, jak traktowali wilkołaki. Być może zacząłbyś się ze mną kłócić w kluczowym momencie. Być może postawiłbyś się wydanemu przeze mnie rozkazowi i w rezultacie ucierpiał.

– Moje oddanie watasze jest absolutne – powiedział Remus.

– I dlatego właśnie teraz się ze mną kłócisz. – Harry zrobił krok przed siebie, celowo patrząc mu w oczy.

Remus nie był już w stanie się opanować; musiał odwrócić wzrok.

– To nietypowa sytuacja – powiedział. – Zwykle nie mamy... ludzkich alf.

Kątem oka zobaczył, jak Harry wzrusza ramionami.

– Loki mnie wybrał. Nie poprosiłbym o tę odpowiedzialność, a on na pewno nie oferowałby mi jej, gdyby nie uważał mnie za odpowiedniego do roli. – Harry uśmiechnął się. – Raduj się, Remusie. Wreszcie walczę o prawa wilkołaków tak, jak tego ode mnie chciałeś. Z przyjemnością powitam wszelkie próby pogodzenia się ze mną, jak tylko zaczniesz zachowywać się jak człowiek – czy też wilk – który faktycznie chce omówić swoje problemy, zamiast zachowywać się, jakby cały świat się na ciebie uwziął. A w tej chwili to naprawdę wydaje się nieprawdopodobne.

Odwrócił się i ruszył w kierunku domów. Remus stał jak wryty, drżąc i zastanawiając się, co właściwie powinien teraz zrobić. To odrzucenie zabolało niczym cios w szczękę, po którym traci się zęba.

Cierpiał, kiedy Harry zostawił go na miejscu i powód wciąż wydawał mu się prostacki. Czemu nie może mi zaufać? Czy zmiana zdania i przyłączenie się do watahy wystarczyło, żeby nabrał przekonania, że mogę nie być godny zaufania?

Jedno jednak było dla Remusa jasne. Nikt z watahy nie zrozumie jego problemów z ludzkim alfą, czy też faktem, że chłopiec, którego pomagał wychowywać, znalazł się nagle w pozycji autorytetu. Większość bez trudu zaadaptowała się do obecności Harry'ego.

Możliwe, że problem nie leżał w watasze, czy Harrym, ale w nim samym.


– Ale nie musiał tego tak przy wszystkich mówić – powiedział Michael, bodaj po raz czterdziesty.

Owen powstrzymał się od bardzo dorosłego odruchu trzepnięcia swojego brata po głowie. Po czym zastanowił się, po co właściwie się ogranicza. Jego ręka wystrzeliła i trzasnęła Michaela w skroń akurat, kiedy obrócił się podczas chodzenia po pokoju. Kompletnie na to nie przygotowany Michael zachwiał się i usiadł ciężko na łóżku, po czym przyłożył rękę do sińca, który już robił się ciemnofioletowy i skrzywił się na Owena.

– A to za co? – zapytał. Palce mu drżały, Owen wiedział, jak bliski jest sięgnięcia po różdżkę. Prawdopodobnie jedyne, co go przed tym powstrzymywało to świadomość, ze Owen był znacznie lepszy od niego w pojedynkach.

– Za to, że przecież mówiłem ci, że tak to się skończy – powiedział Owen, siadając na własnym łóżku i nachylając się do niego. – Mówiłem od chwili, w której zacząłeś uganiać się za jego chłopakiem.

– Ale Draco ze mną flirtował – powiedział Michael. – Czy też, przynajmniej, z radością przyjmował mój podziw i udawał, że miało to dla niego jakieś znaczenie. – Zamarł, mrugając. – Jak myślisz, czy zrobił to po to, żebym częściej go podziwiał? – wyszeptał.

Owen wywrócił oczami.

– I tak oto wychodzi na jaw tajemnica, co cię tak do niego przyciągnęło – powiedział. – Obaj jesteście gnoje i w dodatku ślepi jak gacki.

Michael nadąsał się i odwrócił od niego.

– Naprawdę ma to gdzieś, kto cię pociąga – powiedział mu wprost Owen. – Nawet nieco flirtowania to nie problem; przynajmniej nigdy nie spróbowałeś wsadzić mu rąk do gaci. – Michael spiął się, a Owen zamilkł na moment, gapiąc się na niego. – Proszę, powiedz mi, że nie okazałeś się aż takim koszmarnym kretynem.

– Oczywiście że nie... – Michael urwał, wyraźnie wściekły, że nie ma jak dobrze zakończyć tego zdania. – Nie podoba mi się, kiedy tak chamsko to określasz – wypalił wreszcie.

– No, to jak mówiłem, gapienie się, czy flirtowanie, to nie problem – powiedział Owen, uznając że nie chce nawet tknąć tego niedorzecznego tematu. – Ale Michael, czy naprawdę wydawało ci się, że Malfoy się w tobie zakocha? A już wściekanie się o to, że zapowiedział Harry'emu, że go przeleci, jest zwyczajnie durne.

– Naprawdę nie musiał tego robić przy wszystkich – jęknął Michael.

Owen wstał, kręcąc głową. Naprawdę był rad, że nie był vatesem i nie musiał wykonywać drobiazgowego tańca, jakiego podjąłby się Harry, żeby oszczędzić swojemu bratu bólu. To oznaczało, że mógł powiedzieć Michaelowi wprost, co ten potrzebował usłyszeć.

– Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, co oni w sobie widzą – powiedział. – Musi chodzić o wspólne przeżycia. Harry naprawdę zasługuje na kogoś lepszego. Malfoy jest tak zapatrzony w siebie, że pewnie uradowałby go ożenek z własnym lustrem. Ale nie muszę wiedzieć, czemu ten układ dla nich działa. Bo bardzo wyraźnie po prostu działa. I jeśli masz zamiar się o to dąsać i narzekać na sposoby, które zaczną negatywnie wpływać na przysięgi, które złożyłeś Harry'emu, to osobiście wygarbuję ci skórę.

– Co, jako mój starszy o dwie minuty brat? – zaprotestował Michael.

– Jako głowa rodziny Rosier–Henlin.

To przynajmniej do niego dotarło. Michael spuścił wzrok.

– Niech będzie – wyszeptał. – Rozumiem. To był głupi błąd i okazałby się jeszcze głupszym, gdybym przez to w jakiś sposób skrzywdził Harry'ego. Ale to nie znaczy, że to nie zabolało, wiesz? – Opadł na łóżko i przykrył sobie twarz poduszką.

Owen pokręcił głową i ruszył do drzwi. Skontaktuje się z ich matką, żeby zapewnić Medusę, że nic im się nie stało, a potem pomoże Syrinx w umieszczaniu wilkołaków w pokojach. On przynajmniej wiedział, co to znaczy być zaprzysięgłym kompanem Lorda i wiedział, że chowanie twarzy i wzdychanie do zauroczenia, które nigdy nie miało szansy na przerodzenie się w prawdziwą miłość, nie należy do jego obowiązków.


– Już nigdy więcej nie będziesz musiała poradzić sobie bez wywaru tojadowego.

Hawthorn drgnęła i opuściła ręce, którymi przesłaniała twarz. Zaprowadzono ją do drewnianego, wąskiego pokoju w centralnym budynku, pokazano jej łóżko i kazano odpocząć. Ale nie była w stanie się uspokoić. To miejsce było szersze i miało okno, ale i tak zanadto przypominało jej o celi w Tullianum.

Wrażenie lekkości i magii, wraz ze świeżym zapachem dzikości, jakie pojawiły się z Harrym, były wyjątkowo mile widziane. Hawthorn spojrzała na niego w milczeniu, niepewna co powiedzieć. Była pochwycona gdzieś między intensywną wdzięcznością za ratunek, intensywnym upokorzeniem za to, jak ją traktowano i narastającą furią i nienawiścią, które były już tak gorące, ze stopiłyby żelazo.

– Obiecuję – powiedział Harry, podchodząc do niej i siadając na stołku obok nóg jej łóżka. W ten sposób jego głowa znalazła się niżej od jej. Hawthorn nie miała wątpliwości, że zrobił to celowo. – Nigdy więcej. – Złapał ją za rękę. Hawthorn zastanowiła się, czy wlał w nią magię, czy też narastająca w niej siła pochodziła po prostu z przebywania w pobliżu kogoś, za kim postanowiła podążać.

– Właściwie to ile tego rokoszu zaczęło się przeze mnie? – zapytała cicho, ale Harry i tak usłyszał.

– Naprawdę wiele – powiedział Harry. – Otwarcie sezonu polowań i tak by mnie do tego popchnęło, ale kiedy przeczytałem o twoim aresztowaniu... – Pokręcił głową. – To było po wszystkim. – Spojrzał jej prosto w oczy. – Czy wiesz może, kto cię zdradził?

Furia i nienawiść zaczęły się przelewać. Hawthorn obnażyła zęby. Harry nawet nie drgnął. Hawthorn podejrzewała, że spędzenie ostatnich dwóch miesięcy w otoczeniu stada zaakceptowanych wilkołaków miało na niego spory wpływ.

– Nie – wyszeptała. – Ale jak tylko się dowiem, to zabiję.

– Liczba ludzi faktycznie wydaje się ograniczona – powiedział Harry i westchnął. – Ale nie sądzę, żeby to mógł być ktokolwiek z przymierza, bo przecież wszyscy wiedzą, że jak tylko odkryję kto to zrobił, to osuszę ich z magii. Kto ryzykowałby zostanie charłakiem?

Hawthorn ponownie warknęła.

– Greyback ugryzł cię w zemście za nie udzielenie pomocy przy powstaniu Voldemorta – ciągnął dalej cicho Harry. – Czy wydaje ci się, że Walden Macnair był jedynym, kto mu w tym pomagał? Przecież mogli być też inni, którzy pamiętają o twoim ugryzieniu i mają możliwość do doniesienia o twoim wilkołactwie.

Hawthorn właśnie o tym w pierwszej chwili pomyślała. Pokręciła głową.

– Nigdy nie podali mi pełnej listy imion – powiedziała. – Mogę ci powiedzieć, którzy byli śmierciożercy najprawdopodobniej dopuściliby się do czegoś takiego, ale to by chyba nie wystarczyło, co?

– Jeszcze ich znajdziemy – powiedział Harry, zaciskając dłoń tak mocno, że prawdopodobnie normalnej osobie zgruchotałby kości. Hawthorn jednak była wilkołaczycą, co oznaczało że była znacznie odporniejsza na tego rodzaju gesty. Ścisnęła go w odpowiedzi.

– A jak to zrobimy, to pozabijam – powiedziała. – Tak samo jak strażników z ministerstwa, którzy tak podle mnie traktowali.

Wahanie Harry'ego było znikome, ale i tak je wyłapała; wyczuła w jego zapachu narastającą niepewność.

– No co? – Z trudem opanowała warknięcie. Łatwo mu wyznawać swoje wybitne zasady, ale chyba nawet Harry rozumiał, jak się czuła i że będzie chciała się zemścić za to, jak ją traktowano?

– Uporamy się z nimi – powiedział cicho Harry. – Ale jeśli przez morderstwo trafisz z powrotem do Tullianum, to czy to naprawdę byłoby najlepsze wyjście?

W tym momencie Hawthorn nie była już w stanie patrzeć mu w oczy. Przesłoniła ręką twarz i odwróciła się. To było jej lewe przedramię i Mroczny Znak łaskotał ją lekko, kiedy poczuła na nim wzrok Harry'ego. Właśnie, pomyślała w jego kierunku. Jestem nikczemną czarownicą, która zemściła się za śmierć córki, byłam Czerwoną Śmiercią i chcę za to wszystko zemsty, nie sprawiedliwości.

Podejrzewała, że Harry ewentualnie przekona ją do odstąpienia od tych myśli, ale póki to nie nastąpi, to naprawdę chciała cieszyć się chwilami czystej furii.

– Jak cię zobaczyłem to chciałem coś zabić – powiedział miękko Harry.

To było coś nowego. Hawthorn wyjrzała spod swojej ręki.

– To czemu tego nie zrobiłeś?

Harry uśmiechnął się blado.

– Ponieważ nie pojawiliśmy się tam, żeby zabijać. – Celowo musnął dłonią jej Mroczny Znak. – Wyśpij się i daj mi znać, jeśli będziesz czegokolwiek potrzebowała.

Hawthorn patrzyła na jego plecy, kiedy wychodził, zastanawiając się, czy powinna czuć się pocieszona, czy zdezorientowana. Wreszcie postanowiła przestać się tym przejmować i zacząć cieszyć się przebywaniem w pokoju, który był połączony z łazienką, w której stała wanna pełna gorącej wody.

Po raz pierwszy od trzech dni będzie czysta.


Harry zatrzymał się za drzwiami pokoju Hawthorn, żeby otrząsnąć się ze wspomnień jej przykucniętej w kącie, roztrzęsionej i niedowierzającej, jak i chwili, kiedy niemal zniszczył pół więzienia swoją nowo zdobytą magią. Przeżywanie tych wspomnień na nowo tylko sprawiało, że wracały do niego te same emocje.

A jego furia w żaden sposób mu się nie przyda, nikomu się nie przyda, o ile nie zdoła użyć jej do napędzania się.

Ponownie ją stłamsił, transmutując ją w energię, która pomoże mu w wypełnieniu kilku kolejnych zadań na liście, potarł bliznę na czole, kiedy zaczęła go boleć, po czym ruszył poszukać Dracona i jego matki. To było naprawdę wspaniałe, że Narcyza przeszła na ich stronę, wybierając ich ponad Lucjuszem – Harry nigdy nie spodziewałby się czegoś takiego – i chciał się teraz upewnić, że będzie wiedziała, że jest tu naprawdę mile widziana.

A potem przyjdzie mu załatwić kilka kolejnych spraw. Naprawdę nie było ich końca, nie było wypoczynku.

Harry wzruszył ramionami. Już kiedyś powiedział Draconowi, że dla niego nawet życie było jednym z niekończących się obowiązków. Przynajmniej nie mógł narzekać na brak różnorodności czy nudę.

Przypilnował, żeby jego uśmiech był ciepły, nie oschły, po czym skierował się tam, gdzie mignęły mu platynowo–białe włosy.