Przed Wami, drodzy czytelnicy, najdłuższy i chyba mój ulubiony rozdział jak do tej pory. Na kolejny przyjdzie Wam pewnie poczekać trochę dłużej, chociaż kto wie? Czasem wena uderza w najmniej oczekiwanym momencie (zwłaszcza, jak ma się motywację).
GinnyLFC: Bardzo lubię Twoje komentarze! Rozpieszczam Was jak narazie, bo chcę nadgonić ilość rozdziałów jakie miało opowiadanie przed przeniesieniem go z nowego profilu na ten. To już ostatni rozdział, jaki się tam znajdował - teraz już będą pojawiać się te, które jeszcze nie zostały opublikowane, więc przerwy między nimi będą dłuższe. Pewnie będę publikować od weekendu do weekend, o ile coś mi nie pokrzyżuje planów. Mam jednak już szkice 4 późniejszych rozdziałów, więc nie martwcie się!
Jak zwykle, miłego czytania!
What will you do when you get lonely
And nobody's waiting by your side?
You've been running and hiding much too long
You know, it's just your foolish pride
(„Lyla" Eric Clapton)
Rozdział 6
Lily nie mogła przestać płakać. Nie była pewna, jak długo już tak siedziała - na kanapie, w ramionach Jamesa. Łzy spływały strumieniami po jej policzkach, a ona nie potrafiła odgonić obrazu swoich martwych rodziców z myśli. Naprawdę nie żyli. Już nigdy ich nie zobaczy. Nigdy z nimi nie porozmawia. Nigdy ich nie przytuli. Poczucie winy spalało ją od środka. Dlaczego ich posłuchała i jednak nie zdecydowała się ich chronić? Nawet siłą, wbrew ich woli? Powinna wiedzieć lepiej, trafniej ocenić sytuację. Petunia miała rację, to była zupełnie jej wina. Nie potrafiła im pomóc. Była taka głupia. Co ona sobie w ogóle myślała? Tak bardzo skupiała się na sobie, że nie potrafiła wybiec myślami w przyszłość. Teraz już nic nie mogła zrobić, by zmienić bieg wydarzeń.
James gładził ją po głowie, milcząc i pozwalając jej wyrzucić z siebie cały smutek. Jego dotyk działał na nią kojąco. Był chyba jedyną osobą, która mogła jej teraz pomóc.
— Zawiodłam ich — załkała, pocierając oczy rękawem. — Powinnam ich była chronić. Nie wiedzieli nawet, co im grozi...
James pokręcił głową, patrząc jej w oczy, widocznie się z nią nie zgadzając. Jego czoło przecinała teraz zmarszczka, której Lily nie pamiętała z Hogwartu. Ta jedna zmarszczka w pewien tajemniczy sposób ukrywała jego dotychczasową beztroskę. Wyglądał dużo poważniej i tak też się zachowywał. Nie był już tą samą osobą, co wtedy. Nikt z nich nie był.
— To nie twoja wina, Lily. Wierz mi, nic nie mogłaś zrobić. — Przyciągnął ją bliżej siebie i oparł nos o jej włosy, robiąc głęboki wdech. Czy on też tak intensywnie odbierał jej zapach, jak ona jego? — Sama chyba nie wiesz, o jakiej sile mówisz. W pojedynkę nie byłabyś w stanie im pomóc.
— Mogłam pomóc im się ukryć...
— Taka zwykła kryjówka nic by nie dała, naprawdę. Gdyby chcieli ich znaleźć, to by to zrobili. — Coś w jego głosie brzmiało tak stanowczo, że Lily omal nie uległa pokusie, by całkowicie mu uwierzyć.
— To tak bardzo boli... — szepnęła. — Czuję się tak, jakby ktoś mi wyrwał serce. Ciągle mam wrażenie, że to się nie zdarzyło naprawdę.
— Będzie lepiej — powiedział James takim tonem, że Lily aż spojrzała na niego z zaskoczeniem. Jego oczy wyraźnie pociemniały tak, że wyglądał nawet mniej beztrosko, niż przed chwilą. Zdawał się bardzo kontrolować swoją mimikę, ale Lily znała go na tyle dobrze, że potrafiła go rozszyfrować. — Nie zapomnisz, ale nauczysz się z tym żyć.
— Czy twoi...?
— Moi rodzice zostali zabici zaraz po tym, jak ukończyłem Hogwart — odparł z dziwnym spokojem w glosie. — Zawsze byli bardzo aktywni politycznie, więc to nie było zaskoczenie, że wzięto ich na cel jako jednych z pierwszych. W końcu byli zdrajcami czystej krwi.
Lily poczuła nową falę łez napływającą do jej oczu.
— Tak mi przykro, James. Nic o tym nie wiedziałam.
Czy jakiekolwiek słowa byłyby teraz wystarczające? Sama najlepiej znała odpowiedź na to pytanie.
— Mieli doskonałą ochronę, Lily, a mimo to nie ma ich tu dzisiaj ze mną. Rozumiesz, o czym mówię? To nie twoja wina.
Jego głos był równy, jakby tłumaczył jej zadanie domowe z transmutacji. Niemal nie zdradzał swoich emocji. Była ciekawa, co tak naprawdę kryło się teraz w jego głowie. Lily przytaknęła w milczeniu, po raz pierwszy czując, że nieco się uspokaja. To było dziwnie terapeutyczne, że mogli się z Jamesem tak dzielić przeżyciami. On ją rozumiał.
James uniósł jej twarz lekko, łapiąc ją za podbródek i otarł jej łzy kciukiem.
— Dobrze, że tu jesteś. — Powiedział to w taki sposób, że momentalnie mu uwierzyła. — Zostań tak długo, jak tylko chcesz.
— Ale Syriusz... — zawahała się, myśląc o świeżo podsłuchanej rozmowie.
— Nie przejmuj się nim. Przywyknie. W końcu to moja chata, nie? „Potter król", pamiętaj! — Uśmiechnął się pokrętnie. Zmarszczka nieco przyblakła, a on przypominał przez krótką chwilę Huncwota ze szkolnych lat. — Chcę ci pomóc, Lily. Pozwolisz mi na to?
Lily przytaknęła, patrząc mu ufnie w oczy. Była pewna, że teraz, kiedy tak na nią patrzył, zgodziłaby się niemal na wszystko, o co by poprosił.
— Powinnaś teraz odpocząć. Może chcesz wziąć gorącą kąpiel? Choć, pokażę ci twoją sypialnię.
Złapał ją za rękę i zaprowadził na górę. Lily była zbyt zmęczona, by zwracać uwagę na szczegóły. Widziała jedynie jego plecy i nastroszone, czarne włosy. Szła za nim potulnie, wdzięczna za to, że ktoś przejął chwilową inicjatywę nad jej życiem. Chciała, by to był właśnie James.
— To moja sypialnia. — Wskazał dłonią na lewo. — A to Syriusza. Twoja będzie tutaj, na końcu. Masz tam swoją łazienkę. Łapa mówił ci o Iskierce?
— Tak. Masz skrzaty domowe, nieźle — wysiliła się na nieco lżejszy ton. — Potter król.
James wyszczerzył zęby, otwierając przed nią drzwi i wpuszczając ją do pokoju.
— Bardzo dobrze, Evans. Szybko się uczysz — zażartował, znów brzmiąc jak ten James, który potrafił doprowadzić ją do szewskiej pasji. — Jak będziesz czegoś potrzebować, to jestem na dole. Syriusz dzisiaj wychodzi po południu, więc nie będzie cię nękał.
Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
— James? — szepnęła Lily, czując się jak mała dziewczynka. Była pewna, że jej policzki były teraz czerwone. Nie mogła się powstrzymać. — Zostaniesz ze mną...? Nie chcę być sama.
James odwrócił się, by na nią spojrzeć, zaskoczony. Przeczesał włosy palcami i skinął głową, a zmarszczka ponownie pojawiła się na jego czole.
Lily położyła się twarzą do ściany, czując dziwne napięcie w żołądku. Słyszała jego kroki, gdy szedł powoli w jej stronę. Poczuła, jak materac ugina się pod jego ciężarem, aż w końcu jego ciepłe ciało przylgnęło do niej w nieco bardziej ostrożny sposób, niż by tego chciała. Zamknęła oczy, robiąc głęboki wdech i czując, jak powoli się rozluźnia. Po raz pierwszy od dawna zasnęła przepełniona spokojem.
xxx
Gdy Lily wreszcie udało się dobudzić po bardzo długim śnie, w głowie jej dudniło, a żołądek wydawał głośne pomruki. Kiedy ostatnio jadła? Chyba dawno, wnioskując po tym, jak bardzo była głodna. Podniosła się na łóżku, rozglądając po pokoju. Jamesa już przy niej nie było.
Sypialnia, którą zajmowała była całkiem duża, w porównaniu do tej, w której mieszkała na co dzień. Wreszcie miała chwilę, by przyjrzeć się szczegółom. Jasna, zielona tapeta pokryta była drobnym wzorem przedstawiającym różne, magiczne zioła. W rogu stała wielka, drewniana szafa i toaletka, a środek pokoju zajmowało duże łóżko z czterema kolumnami i baldachimem, przedstawiającym bezchmurne, nocne niebo. Dopiero po chwili Lily zdała sobie sprawę, że niektóre z gwiazd naprawdę migają, a nawet mogła przysiąc, że widziała lecącą kometę.
Wstała i podeszła do okna, podziwiając wielki ogród. Niegdyś musiał być naprawdę królewski. Teraz zaczynał porastać na dziko, co jednak wcale nie psuło jego uroku. Wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie tajemniczego i jeszcze bardziej magicznego. Pośrodku tarasu stał krzew, wycięty w formę lwa. Oczywiście. Lily mogła się założyć, że nie było ani jednej osoby z rodu Potterów, która nie należałaby do Gryffindoru. Rozglądała się w koło, starając się zająć czymś swój umysł. Bała się, że gdyby tylko pozwoliła sobie na chwilę zamyślenia, przed oczami znów zobaczyłaby twarze swoich rodziców.
Powinna teraz myśleć zadaniowo. Znaleźć sobie jak najwięcej rzeczy do zrobienia.
Nie chciała też myśleć o swoim weselu. Wróci do tematu później, gdy trochę ochłonie i poukłada sobie na nowo wszystko w głowie. Jej rodzice... byli martwi. A jej siostra uważała ją za martwą. Jaki był cel mugolskiego ślubu? Jaki był cel wychodzenia za Marka? Była w stosunku do niego okrutna. Odrzuciła go. Traktowała fatalnie, a teraz na dodatek zniknęła, żeby zaszyć się w domu swojego byłego chłopaka, z którym go zdradziła. Jej życie przypominało ostatnio jakąś pogmatwaną telenowelę. Zupełnie, jakby ktoś igrał z jej losem.
Wszystkie stałe w jej życiu runęły jak domek z kart.
Wodząc oczami po pokoju, natrafiła na swoje odbicie w lustrze i mało co sama by siebie nie poznała. Jej rude włosy sterczały niedbale, związane na czubku głowy, a twarz była nadal zaczerwieniona. Opuchnięte, zielone oczy patrzyły na nią smutno, wzbudzając litość. Nie było w nich ani śladu dawnego błysku, który wszyscy zawsze komplementowali. Całości jej smętnej sylwetki dopełniała stara piżama, którą nosiła już od dwóch dni.
Lily podeszła do drewnianej szafy. W środku wisiało jedynie parę starych, męskich szat. Być może należały kiedyś do Jamesa? Wyglądały na szkolne. Dobrze, powinny jej pasować. Zawsze był wysoki i szczupły. Weszła pod prysznic i odkręciła kurek z ciepłą wodą. Poczuła, jak powoli zaczyna budzić się do życia. Chwilę potem, ubraną w jedną ze znalezionych szat, wyszła z pokoju i stanęła na końcu długiego, prostego korytarzu. Jak wielki tak naprawdę był ten dom?
Jakiś starszy pan z portretu naprzeciwko, mający te same, orzechowe oczy co James uśmiechnął się do niej serdecznie i skinął głową, jakby witał ją w posiadłości. Lily nieśmiało odwzajemniła uśmiech i ruszyła przed siebie, czując się nieco pewniej.
W kuchni zastała Jamesa i Remusa, pochylonych nad stołem i rozmawiających o czymś szeptem. Lupin podniósł głowę na jej widok i zamilkł. Już po chwili przywołał na usta jednak uśmiech.
— Lily, dobrze cię widzieć — powiedział, uprzejmy jak zwykle. — James mówił mi, co się stało. Bardzo mi przykro z powodu twoich rodziców.
Remus Lupin zawsze wydawał jej się najbardziej rozsądny z całej paczki Huncwotów. Nawet jeśli jej obecność nie do końca mu odpowiadała, nie dał tego po sobie poznać.
— Wyspałaś się? — spytał James, wskazując na jedno z krzeseł przy stole.
— Chyba tak... Nawet nie wiem, ile tak naprawdę spałam.
— Nieco ponad dwanaście godzin — odrzekł Potter, szczerząc zęby. — Cydrowy Dwór zdaje ci dobrze służyć, prawda?
Znów miał w sobie nieco więcej tej wspaniałej i zaraźliwej beztroski. Lily uśmiechnęła się niepewnie. Chwilową ciszę przerwało głośne burczenie jej brzucha.
— Chyba muszę coś zjeść — powiedziała nieśmiało. — Czy mogę coś sobie ugotować?
Rozejrzała się po kuchni, na próżno szukając lodówki. Czasem dalej jeszcze czuła się zagubiona w magicznym świecie.
— No nie wiem, Iskierka jest dosyć zaborcza, jeśli chodzi o jej kuchnię — zażartował James. — Może ma to coś wspólnego z pewnym incydentem, w którym brał udział Syriusz i wielka pieczeń z indyka...
— Nie chcesz wiedzieć — przerwał mu Remus, przewracając oczami. — Ja żałuję, że się dowiedziałem.
Lily zaśmiała się mimochodem, łapiąc za żołądek, który teraz już zaczynał jej naprawdę dokuczać.
— Co byś zjadła? — spytał James.
— Może... kanapkę z masłem orzechowym? I kawę do tego.
Jak na zawołanie, na stole pojawiło się dokładnie to, o co prosiła. Całą siłą woli powstrzymała się, by nie rzucić się na jedzenie. Nigdy nic nie smakowało w jej życiu tak dobrze, jak ta prosta kanapka.
— Smacznego — odezwał się Syriusz, wchodząc do kuchni i siadając nonszalancko obok niej. — Nieźle pospałaś. Zdążyłem okrążyć pół Anglii.
— Lubię Stonesów — powiedziała Lily, wskazując na jego nową koszulkę, wystającą spod skórzanej kurtki. — Interesujesz się muzyką Mugoli?
— Tak, jest spoko — odparł Black, opierając ciężkie buty na przeciwległym krześle. — A co lepsze, nic tak nie wkurwia mojej drogiej matki, jak mugolskie ciuchy. To podwójna przyjemność. — Puścił oko w jej stronę, strzepując nieistniejący pyłek ze swojego ramienia. — Słyszałem o twoich rodzicach.
Nachmurzył się, kręcąc głową z dezaprobatą. Jego przystojna twarz miała teraz nieco mniej znudzony wyraz, niż zazwyczaj.
— Czy wiecie coś więcej na temat ostatnich wydarzeń? Ja czytałam jedynie Proroka Codziennego...
— Ta gazeta jest do dupy — powiedział James ostro. — Nie znajdziesz tam za wiele informacji. Mark jest rzecznikiem prasowym rządu, co nie? — Uniósł zadziornie brwi w wyrazie wyższości, jakby czerpał z tej informacji jakąś prywatną satysfakcję.
Lily nie odpowiedziała, spuszczając wzrok na nadgryzioną kanapkę. Nadal walczyła z pokusą zjedzenia jej całej na raz.
— W każdym razie... — wtrącił się Lupin, nieco podnosząc głos. — Jak na razie szacujemy około tysiąca poległych wśród samych Mugoli. Wszystko to z tej jednej nocy.
— Ma być jeszcze druga czystka — dodał Syriusz, jedząc jabłko, które przed chwilą pojawiło się przed nim na stole. Jego ton był równie neutralny, jak gdyby opowiadał o pogodzie. — Istnieje tak zwana...
— Lista Szlam? — wtrąciła się Lily, znów podnosząc głowę. Cała trójka przed nią nieco zadrżała na dźwięk tego słowa. Ciekawe, że nie mieli problemu z innego typu przekleństwami. — Słyszałam.
— No właśnie, miałem cię o to spytać. — James nachylił się w jej stronę, poprawiając okulary na nosie. — Skąd o tym wiesz? To ściśle chroniona informacja.
Cała trójka Huncwotów spojrzała na nią wyczekująco, a w kuchni zapadła cisza tak gęsta, że można ją było niemal złapać. Lily spąsowiała, biorąc powolnego łyka swojej ciepłej kawy. Miała wiele opcji, by podejść do tego tematu. A może tak jej się tylko wydawało? Może odpowiedź była tylko jedna?
— Nie mogę wam powiedzieć — zdecydowała w końcu, po chwili namysłu.
Wystraszona twarz Severusa pojawiła się przed nią i musiała zamrugać parę razy, by odgonić ten obraz.
— No i, kurwa, mówiłem — żachnął się Black, patrząc na Jamesa z wyrzutem. — Za łatwo zdradziłeś jej, czym jest Zakon. Skąd wiesz, z kim o tym rozmawia? Kto jest jej informatorem?
— Informatorem? — zdziwiła się Lily.
— Nic jej jeszcze nie zdradziłem, idioto — warknął na niego James. — Sam najwięcej mielesz ozorem.
— Może się zamkniecie i dacie Lily trochę dojść do siebie? — ofuknął ich Remus. To ciekawe, jak ten cichy, niepozorny mężczyzna potrafił w ułamku sekundy zawładnąć przestrzenią. Zawsze podziwiała go za to, jak duży autorytet budził wśród swoich przyjaciół. — Sporo przeszła. Nie musimy teraz o tym rozmawiać.
— Ja tu jestem, wiecie? Możecie się zwracać do mnie bezpośrednio — zdenerwowała się w końcu Lily, zmęczona od wodzenia oczami po twarzach Huncwotów.
W kuchni zapadła niezręczna cisza.
— Nie będę tu długo — powiedziała, podnosząc się od stołu. Miała wystarczająco na głowie, nie musiała sobie jeszcze dokładać nowych zmartwień. — Nie musicie mi nic mówić. Nie powinnam was obarczać swoimi problemami...
— Lily, przestań. — James momentalnie znalazł się u jej boku, trzymając ją za ramię, jakby bał się, że za chwilę wybiegnie z kuchni. — Wiesz, że Black to idiota. — Syriusz głośno prychnął, rzucając ogryzkiem jabłka wprost do kosza. — Remus ma rację, odpocznij trochę. Przecież obiecałaś, że dasz sobie pomóc.
Lily spojrzała w jego ciepłe orzechowe oczy, które patrzyły na nią teraz z determinacją. Westchnęła, czując, jak jej złość momentalnie mija. Bardzo chciała tu zostać. Ten dom zdawał się tak cudownie oderwany od rzeczywistości.
Tuż za ich plecami Syriusz zakaszlał, a Lily wydawało się, że usłyszała słabo zamaskowane słowo „pantofel".
xxx
Lily stała samotnie w ogrodzie, obserwując grupkę gnomów, ganiających między żywopłotem. Głupie stworzonka co chwilę popychały się, brutalnie, chichocząc przy tym głośno.
Biła się z myślami już od jakiegoś czasu, nie mogąc dojść ze sobą do zgody. Czy powinna powiedzieć Jamesowi całą prawdę? Severus był kiedyś jej przyjacielem. Razem dorastali i to on jako pierwszy opowiedział jej o świecie czarodziejów. A potem nazwał ją Szlamą. Lily wiedziała, że zawsze był impulsywny, a dodatkowo chorobliwie zazdrosny o Jamesa, ale nie mogła mu tego wybaczyć. Gdyby to był tylko jeden, mały wybryk, może przymknęłaby na to oko. Ale tak nie było i najwidoczniej się nie myliła co do niego, bo ten sam Severus, z którym kiedyś wspinała się po drzewach, był teraz w gronie śmierciożerców. Dalej musiał coś do niej czuć, skoro postanowił ją ostrzec, ale jeden dobry uczynek nie wystarczył, by odkupić wszystkie jego winy. Nie można było popierać Sami-Wiecie-Kogo bez konsekwencji wykonywania jego poleceń. Lily nie była aż tak naiwna.
— Wszystko okej? — spytał James, podchodząc do niej z rękami w kieszeni. Zauważyła, że patrzy na nią z tą samą uroczą niepewnością, co kiedyś, gdy namolnie starał się ją zaprosić na randkę. To te małe momenty, gdy jego pewność siebie zastępowała tak nietypowa dla niego trema, sprawiały, że miała ochotę objąć go mocno za szyję. — Przepraszam, za to zamieszanie przy stole... Chcę, żebyś tu została.
— Czy oni wiedzą... o nas? — spytała zdawkowo, zerkając na niego z ukosa.
Czuła dziwne przewroty w żołądku na myśl o tym, że Remus Lupin, z którym zawsze była w dobrych stosunkach, mógłby teraz uważać ją za złą osobę. Ta myśl niemal obsesyjnie krążyła po jej głowie, zupełnie nieracjonalnie.
Jeden z gnomów potknął się i zaklął głośno, upadając. Reszta jego gromadki nie poświęciła nawet sekundy swojego czasu, by mu pomóc.
James mimochodem zmierzwił włosy, ku zdziwieniu Lily lekko zawstydzony.
— Syriusz wie — odparł niemal przepraszającym tonem.
Lily uniosła wysoko brwi. Sama nie wiedziała, czy była tym faktem zaskoczona, czy nie.
— Mieszkamy razem! Ciężko, żeby nie zauważył. Powiedzmy, że ma bardzo wrażliwy węch...
— To wyjaśnia, dlaczego mnie tak nie znosi — odparła chłodno Lily, ignorując ostatni, nieco dziwny komentarz.
— On nie ma nic do ciebie, naprawdę — odparł szybko James, a Lily prychnęła pod nosem. — Serio. Chyba bardziej wkurza się na mnie...
— Już to przerabiałam, James. Wiem, co Syriusz o mnie myśli. — Odwróciła się do niego przodem, owijając się szczelniej płaszczem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że zrobiło się zimno. Jak długo już tutaj stała? Ostatnio czas przelatywał jej przez palce. — Ma rację.
James uśmiechnął się pod nosem. Czyżby on też tak uważał?
— Tylko przypadkiem mu tego nie mów, Evans. I tak ma już przerośnięte ego.
Tym razem to Lily wybuchła śmiechem, łapiąc Jamesa za rękaw. Dźwięk własnego śmiechu pozytywnie ją zaskoczył. Jeszcze jakiś czas temu wydawało jej się, że już nigdy nie będzie w stanie się śmiać. Ta zręczna parafraza jej własnych słów sprawiła jej dziwną przyjemność.
— Kto to mówi, Potter?
James wyszczerzył zęby, wzruszając ramionami. To ciekawe, że potrafił tak zręcznie przechodzić od poważnego Jamesa, do Rogacza - swojego szkolnego alter ego.
— Ludzie się zmieniają — stwierdził z rozbrajającą prostotą. — Syriusz, oczywiście, jest tutaj niechlubnym wyjątkiem, ale poza tym to prawda. Ja się zmieniłem. — Zrobił krok w jej stronę, patrząc na nią z góry. Jakby na potwierdzenie tych słów, na jego czole znów pojawiła się zmarszczka.
Lily miała ochotę znów się w niego wtulić i poczuć smak jego ust. Był teraz tak blisko, że wystarczyło, by trochę się do niego nachyliła. Musiał dostrzec tę zmianę w jej spojrzeniu, bo szybko uniósł brwi w typowy dla siebie, pyszałkowaty sposób.
— Widzę, że pasują ci moje szkolne szaty? — Zmierzył ją spojrzeniem, uśmiechając się szeroko. Jego wzrok bezwstydnie omiótł jej krągłości, sprawiając, że Lily poczuła narastające w niej ciepło. — Muszę przyznać, że wyglądasz w nich lepiej niż ja. — Sięgnął dłonią po jej włosy, zakładając je za jej ramię. Jego palce delikatnie musnęły jej szyję.
Lily przymknęła oczy, czując przyjemne mrowienie. Chciała, żeby kontynuował. To było niezwykle kojące uczucie. Dlaczego tak długo zwlekał? Ich dynamika zmieniała się co chwilę. Teraz to niezaprzeczalnie on miał władzę. Coś w jego oczach mówiło jej, że doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Dawny James Potter nie zwlekałby ani chwili, tylko wykorzystał sytuację na swoją korzyść.
— Zmarzniesz — stwierdził James, patrząc w stronę zachodzącego słońca. Lily z trudem opanowała swoją irytację. Czyżby się nią bawił? — Chodź, napijemy się czegoś rozgrzewającego.
— Syriusz już na dzień dobry wręczył mi whiskey — odparła, szczerząc zęby.
— Uważaj na niego, pije jak smok — zaśmiał się James, obejmując ją przyjacielskim gestem.
— Remus i Peter też tu mieszkają? — spytała, zaciekawiona, starając się zamaskować irytację.
Miała ochotę złapać jego dłoń i brutalnie zsunąć ją na swoje pośladki. Dotknij mnie, do cholery!
— Nie, Remus wynajmuje coś na mieście, a Peter nadal mieszka z matką.
Lily skinęła głową, podążając wraz z Jamesem w stronę domu.
— Dobrze, że chociaż Remus nie wie o tym, co między nami zaszło... — Powiedziała w końcu, dając upust swoim obawom. James zerknął na nią, unosząc brwi pytająco. — Z was wszystkich zawsze był najrozsądniejszy. Nie chcę, żeby miał o mnie złe zdanie...
— To tylko nasza sprawa, Lily — odparł. — A ty powiedziałaś... komuś?
Pokiwała przecząco głową, spuszczając wzrok. Wiedziała, że pytał o Marka. Nagle jego ramię wróciło do boku i przyspieszył kroku tak, że teraz widziała już tylko jego plecy. Czy nie chciał, by rozczytała jego minę?
— Czy Mark wie, gdzie teraz jesteś? — spytał dziwnym tonem.
Znów prychnęła, zaskoczona.
— No pewnie, że nie! Co niby miałabym mu powiedzieć?
James zatrzymał się tak nagle, że Lily prawie się z nim nie zderzyła. Wyhamowała w ostatniej chwili.
— Powinnaś mu, chociaż dać znać, że wszystko z tobą okej. Na pewno się zamartwia. Siedzisz tu już prawie dwa dni! — powiedział ze złością.
Lily skrzyżowała ręce na piersi, unosząc brwi ze zdumienia.
— To nie twoja sprawa, James.
— No chyba jednak moja, skoro tu jesteś.
Patrzyli na siebie chwilę w milczeniu, żadne nieskłonne do zmiany swojego zdania. Lily poczuła się tak, jak podczas jednych z ich wielu kłótni w Hogwarcie. Już niemal zapomniała, jak bardzo potrafił poruszyć wszystkie jej czułe struny. Czy to dlatego było im tak dobrze w łóżku?
— Mam ja do niego napisać? — spytał w końcu z ironicznym uśmiechem.
— Nawet tak nie żartuj, Potter. To naprawdę nie twój interes, o czym rozmawiam ze swoim narzeczonym — zezłościła się.
— No jasne, nas łączy jedynie seks — odparł z przekąsem, znów zaczynając iść w stronę domu i nie dając jej odczytać wyrazu swojej twarzy. — Zapamiętałem. Jestem kaprysem.
Tym razem to Lily zdecydowała się to przemilczeć, czując mieszaninę złości i wstydu. Czy naprawdę aż tak źle traktowała ludzi?
xxx
Lily czuła, jak wiruje jej w głowie. Wypiła o jedną szklaneczkę whiskey za dużo, ale wcale tego nie żałowała. Dzięki temu pozbyła się wszystkich przygnębiających myśli. Niemal nie widziała już swoich rodziców. Przynajmniej przez chwilę mogła udawać, jakby nic się nie wydarzyło. Znów miała swoje dwadzieścia lat i była tak cudownie wolna od zmartwień. Zawsze uważała, że jej pokolenie zostało okradzione ze swojej niewinności.
Siedziała przed kominkiem, opierając się plecami o kanapę, na której leżał Syriusz. Remus zmył się po jednym drinku, wiedząc pewnie lepiej, czym grozi picie z Blackiem. James zajmował przeciwległy fotel. Rozpiął niedbale swoje czarne szaty, a jego elegancka różdżka wystawała zza jego ucha. Chyba nigdy się z nią nie rozstawał.
— Czuję się tak, jakbym znowu był w Hogwarcie — powiedział Syriusz, zakładając ręce za głowę. — Jedyne, co mi tu nie pasuje, Evans, to że jesteś taka spokojna. Zazwyczaj obawiałem się, że urwiesz któremuś z nas głowę. — Uśmiechnął się do niej. — Często brakuje mi tej beztroski. Co nie, Rogaczu? To były fajne czasy.
James pokiwał powoli głową, wpatrując się w ogień. Lily nie potrafiła wyczytać z jego twarzy, co tak naprawdę myślał. W Hogwarcie był legendą. Niesamowicie zdolny, kapitan quidditcha, prefekt naczelny. Wszystko przychodziło mu z taką łatwością, że równie wiele osób go podziwiało, co nienawidziło. Nic dziwnego, że przez wiele lat niemal unosił się nad ziemią, przekonany o własnej wielkości. Lily była pewna, że jeszcze wielu rzeczy o nim nie wiedziała.
— Brakuje mi quidditcha — przyznał zachowawczo, obracając szklankę w dłoni. Nie odrywał wzroku od ognia. — Ale byliśmy zadufanymi dupkami, co?
— Mów za siebie — prychnął Black, a Lily zachichotała.
Syriusz chyba zmienił się z nich najmniej. Zawsze miał w sobie tę obojętność i dzikość - jedną cechę wspólną z resztą jego niechlubnej rodziny.
— Gdybym kiedyś miał syna, to nie pozwoliłbym mu na połowę z tych rzeczy, które my robiliśmy — dodał James, a Lily poczuła dziwne mrowienie na karku.
Co za dziwna myśl - syn Jamesa Pottera. Ciekawe, czy odziedziczyłby po ojcu chociaż połowę jego geniuszu? Czy byłby równie arogancki? Patrząc na wielkość posiadłości rodowej Jamesa, chłopcu nigdy niczego by nie zabrakło. Niemal uśmiechnęła się do swoich myśli.
— Gadasz jak jakiś stary pryk! — Syriusz uniósł głowę, by spojrzeć na przyjaciela. Najwidoczniej nigdy nie zaprzątał sobie głowy myślą o potomstwie. — Było fajnie i tyle. Niczego nie żałuję.
Lily skupiła znów uwagę na twarzy Jamesa. Ogień odbijał się w jego okularach, podkreślając swoim blaskiem jego przystojne rysy. Siedział z szeroko rozstawionymi nogami, czując się zupełnie komfortowo w swoim ciele. Jeszcze aż za dobrze pamiętała, jak wyglądał nago... Mężczyzna wyłowił jej spojrzenie, uniósł pytająco prawą brew i powoli wyszczerzył zęby. Lily poczuła się tak, jakby ktoś przyłapał ją na gorącym uczynku. Szybko przeniosła wzrok na ogromny regał wypełniony po brzegi starymi, magicznymi księgami.
— Niezła kolekcja — powiedziała, walcząc z uczuciem suchości w gardle i udając, że przez cały czas chodziło jej właśnie o to.
— Korzystaj. — Wzruszył ramionami, nie przestając szczerzyć zębów. Arogancki jak zwykle! Lily z trudem powstrzymała się przed przewróceniem oczami. — W ogóle możesz spokojnie buszować po domu. Dużo tu fajnych rzeczy.
Lily skinęła głową, tym razem unikając go wzrokiem.
Syriusz chrząknął, podnosząc się na nogi. Czy on też wyczuł to dziwne napięcie w powietrzu? I o co chodziło Jamesowi, gdy wspominał o jego wyczulonym węchu...?
— Nie mnie już czas — powiedział zdumiewająco wyraźnie jak na kogoś, kto właśnie wlał w siebie co najmniej cztery szklanki whiskey. Spojrzał na Jamesa z niebezpiecznym uśmiechem. — Bądźcie grzeczni.
Puścił oko do Lily, po czym nie czekając na odpowiedź, opuścił salon.
— On się naprawdę nigdy nie zmieni — mruknęła, czując mrowienie w żołądku.
James znów wzruszył ramionami, patrząc teraz prosto na nią, niemal rzucając jej wzrokiem wyzwanie. Dziewczyna poczuła, jak robi jej się gorąco i nie miało to raczej nic wspólnego z wesoło strzelającym ogniem na kominku. Zatrzęsła się, chociaż nie było jej wcale zimno.
— To ja też już pójdę spać — wymamrotała, niezgrabnie podnosząc się na nogi.
Cholerny Black! Jak udało mu się wyjść z pokoju z taką gracją? James zakaszlał, niezbyt subtelnie maskując śmiech.
— Naprawdę nie potrafisz pić, Lily — zażartował, również wstając i powoli podchodząc w jej stronę. — Odprowadzę cię, bo jeszcze wylądujesz w lochach.
Lily spąsowiała, ale przyjęła jego ramię, przełykając upokorzenie. Ten jego przeklęty zapach... Z trudem powstrzymała się przed zatopieniem nosa w jego szyi. Była żałosna i nie miała nic na swoje usprawiedliwienie. Chciała, by znów rzucił nią o ścianę, rozerwał jej szatę i wziął tu i teraz. Tak bardzo tego pragnęła, że było to niemal bolesne uczucie. Przymknęła oczy, dając się poprowadzić do swojej sypialni. James zdawał się mieć niezły ubaw z jej plączących się nóg, z trudem pokonujących wysokie schody. Wszyscy jego przodkowie obserwowali ją, widząc, jaka jest niezdarna.
— Dobranoc, Lily — powiedział w końcu, zatrzymując się przed jej pokojem i opierając o ścianę. — Jutro po śniadaniu muszę coś załatwić i nie będzie mnie do wieczora. Remus przyjdzie dotrzymać ci towarzystwa.
— Okej — odparła, tak naprawdę chcąc zaprzeczyć i powiedzieć, że nie potrzebuje niańki.
Spojrzała mu wyczekująco w oczy. I co teraz? Czy naprawdę będzie w stanie ją tak zostawić?
— Dobranoc — powtórzył, zerkając przelotnie na jej usta.
Odwrócił się i odszedł. Tak po prostu.
Weszła do pokoju i oparła się o zamknięte drzwi. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech, starając się uspokoić. Dlaczego James musiał być taki poprawny? Zdaje się, że opanował sztukę samokontroli dużo lepiej, niż ona. Lily była słaba. Zbyt łatwo ulegała impulsom. Chciała, by spojrzał na nią tak, jak wtedy, gdy zrobili to oparci o ścianę. Jakby był opętany z namiętności.
Opłukała twarz zimną wodą, spoglądając na siebie w lustrze. Opuchlizna zniknęła, a jej oczy nie wydawały się już tak puste. Rozpuściła włosy i przez chwilę stała tak, patrząc na siebie w zamyśleniu.
Nie było już dla niej ucieczki.
Pewnym krokiem przeszła przez pokój i wyszła na pusty korytarz. Chciała zapukać do drzwi Jamesa. Nie mogła znieść myśli o samotności. Nie teraz, kiedy starała się uciec przed wszystkimi strasznymi myślami, które nawiedzały ją w każdej chwili, gdy tylko pozwalała sobie na odpoczynek. Potrzebowała dotyku, bliskości, intymności. Potrzebowała Jamesa Pottera. Bardzo. Teraz.
Podniosła dłoń, ale się zawahała. Czy na pewno mogła mu obiecać to wszystko, czego od niej oczekiwał? Chciał od niej więcej, niż mogła mu zaoferować. Ostatnio dobitnie powiedział jej, że nie jest zainteresowany wikłaniem się w tak pokręconą relację. Nie mogła go za to winić. Sama nie wiedziała, co zrobić dalej ze swoim życiem. A James był dla niej taki dobry... Był dużo lepszym człowiekiem, niż ona kiedykolwiek będzie. Jak mogła tego nie dostrzegać? Syriusz miał racje, nie zasługiwała na niego.
Opuściła rękę i odwróciła się na pięcie, wracając na palcach w stronę swojej sypialni. Weszła do środka, zapaliła wszystkie możliwe świece i położyła się na łóżku, owijając szczelnie kocem. Była zdesperowana, by nie zamykać oczu, dopóki nie zmorzy ją sen. Myśl, o ponownym zobaczeniu swoich martwych rodziców sprawiała, że jej żołądek zdawał się nie mieć dna.
Zapraszam do komentowania! :)
