Rozdział czternasty: Hrabina
- Mówisz mi, Ludwiko, że Elżbieta znowu przesadziła z magią? Powinna przecież uważać! – Charlotta pokręciła głową z niedowierzaniem. – Co na to jej pani Minister?
- Ponarzekała, poburczała i musiała pogodzić się z faktem dokonanym. – Ludwika uśmiechnęła się blado. - Chyba uwierzyła w naszą bajeczkę. Ostatecznie, generałowie też ludzie, zdarza im się zachorować. Pamiętaj, gdyby ktoś pytał, Elżbieta ujeżdżała młodego koguta…
- I spadła, wiem. – Przytaknęła Charlotta. – Oczywiście. A niby cóż innego mogło się jej stać? Wmawiała to już Draculi, nawiasem mówiąc…
- Podejrzewam, że wmawiała to już swojej nani. – Odparła ze spokojem Ludwika.
- Pójdę ją odwiedzić. – Zdecydowała Charlotta. – Zaniosę jej coś na ząb. I zabiorę ze sobą Gellerta.
.
Batory nie wyglądała dobrze. Zawsze miała bardzo jasną cerę, ale teraz była blada jak inferius.
- I cóż tak patrzycie na mnie? – zapytala ochrypłym tonem, poprawiając się na wielkiej, falbaniastej poduszce – Znowu chcesz mi liczyć piegi, Gellercie?
- Piegi? – Powtórzył Grindelwald bezmyślnie.
- Nie pamiętasz, jak próbowałeś je rachować, kiedy byłeś malutki? – Batory uniosła brwi. – To było urocze. Lubiłam cię uczyć liczyć. Zwłaszcza po węgiersku. Egy, kettö…
- … három, négy, öt! – Dodał Gellert. – I podobno na tym kończyłem. Nigdy nie zdołałem się ich doliczć.
- Nie bądź zbyt wymagający wobec siebie. To by była
czterocyfrowa liczba, bądź co bądź. – Uśmiechnęła się Elżbieta. - Ale ty, Charlotto, czemuż to stoisz z koszyczkiem na progu mej chatki? Nie pożarł cię zły smok? – Dodała z ironią w głosie.
- To był wilk, Elżbieto. Czerwonego Kapturka połknął wilk. – Sprostowała Charlotta.
- Połknął? – mruknęła Elżbieta – W całości? To chyba był wilk Ragnaröku… I nie denerwuj mnie kapturkami, to okropieństwo… Ogniem, Gellercie, pamiętaj. Wszystko, co bierze się z martwego, należy zwalczać ogniem… - Zwróciła się do prawnuka, zapominając o mugolskich bajkach.
Charlotta westchnęła.
- Mugolskich baśni nie należy czytać dosłownie, Elżbieto. Czerwony Kapturek…
- Daj mi spokój z upiorami! – warknęła Elżbieta – A kapturkami w szczególności, dość się ich naoglądałam! I dawaj ten koszyk, jabłka stąd już czuję! Będziesz się nad chorą znęcać, ty… Gellercie, cóż tak na mnie łypiesz?
- Bo nie wiem, co babcia Ludwika powie, gdy usłyszy, że Nymphenburg nazywano chatką. – odparł Grindelwald, który nie za bardzo rozumiał, o co chodziło z tymi kapturkami, do tego czerwonymi.
- Oj, tak… - Elbieta pokiwała głową. – Ta zniewaga krwi wymaga.
- A zreszta babcia Ludwika nienawidzi mugolskich bajek z wilkami i smokami. – Dodał Gellert.
- Znasz przecież swoją babkę. Zbyt kocha zwierzęta by ścierpieć tak bzdurne opowiastki, którymi mugole straszą dzieci – odparła Elżbieta – Ale czytała ci te nowoczesne, duńskie bajki, prawda?
- Tę o czarownicy władającej zimą. I o braciach, transfigurowanych w łabędzie. I tych pelerynie-niewidce, którą mieli widzieć tylko potężni i mądrzy czarodzieje… Ale była fałszywa… - Zaczął wyliczać Gellert.
- Ach, tak – mruknęła Elżbieta, która nie miała pojęcia, o co chodzi. – Dostanę wreszcie ten koszyk, czy mam go wam siłą odebrać?
- Podobno jesteś chora, Elżbieto – zauważyła Charlotta – I walka nie…
- Ale jeszcze nie martwa – odcięła się Elżbieta - Za to głodna. Nie stójcie tak, siadajcie! O, moje ulubione… - Sięgnęła do koszyka, który Charlotta wreszcie jej podała. – O co wam chodzi? – Zapytała dwa jabłka później.
- Rozmawiałam z Gellertem o Obscurusach – zaczęła Charlotta – A, że ty masz doświadczenie w tej sprawie, chcielibyśmy…
- Niewielkie. I tylko praktyczne. – Odparła szybko Elżbieta. – Skąd w ogóle takie pomysły, Gellercie?
- Chcę wiedzieć, co by się stało Arianie, gdyby…
- Gdybyś tam nie poleciał? Skąd mam to wiedzieć? – Batory wzruszyła ramionami.
- Uważam – wtrąciła Charlotta – Że Gellert nie miałby proroczego… snu – Spojrzała znacząco na Elżbietę. – Gdyby nie było powodu…
- Powodu, powiadasz – odparła Elżbieta – To ma sens. Chociaż trudno mi uwierzyć, by dziecko, wychowane w normalnej, magicznej rodzinie, zareagowało aż tak bardzo.
- Ale to możliwe, Elżbieto. – Odpowiedziała Charlotta. – Prawda?
Batory zamyśliła się głęboko.
- Cóż – powiedziała powoli – Za mojej młodości był taki przypadek. Chłopaka podejrzewano o charłactwo. Dziadek postanowił go więc nastraszyć, by wymusić na nim magię. I owszem, wymusił. – Batory wykrzywiła się na samo wspomnienie. – Cały dwór się im spalił, temperatura płomienia była tak wysoka, że… No, nieważne, to było dawno. Ale masz rację, gwałtowna reakcja jest możliwa.
- Ale babciu, czy taki Obscurus może się wyleczyć? – wtrącił się Gellert.
- Dziecko nie staje się Obscurusem. Jest tylko jego nosicielem. Owszem, podobno niektórzy umieli nad nim zapanować. Podobno. Ja takiego przypadku nie widziałam, a takie sprawy utrzymuje się w tajemnicy. Nikt nie chce żyć z piętnem niebezpiecznego, szalonego… - Urwała. – Tu cię boli, prawda? – Zapytała nagle.
Gellert spojrzał na nią, spłoszony.
- Nie jesteś niepoczytalny – ciągnęła Batory – Masz dar. Trudny. Wymagający pracy. Ale to nie choroba. Nie myl odmienności ze schorzeniem. I nie zrobię ci nic złego, rozumiesz? Jestem tu, by cię chronić.
- Ten głupiec Dumbledore miał powiedzieć, że to niebezpieczne. - Zaczęła Charlotta.
- Dostał ode mnie klątwą w głowę, to bredzi. – Prychnęła Elżbieta. – Gellercie, będziesz niebezpieczny. Tak, jak każdy czarodziej, któremu chce się uczyć i ćwiczyć. Magia to potęga, a potężni ludzie są niebezpieczni. Ja też jestem niebezpieczna, czyż nie? Twojej babce Charlotcie też niczego nie brakuje. Jak to mówią, nie ten jest dobry, kto nie robi ci krzywdy. – Elżbieta wyszczerzyła zęby w drapieżnym grymasie. - Dobry jest ten, kto mógłby, ale się powstrzymuje.
- Ale nie chciałbym, by ludzie przede mną uciekali, babciu. I żebyś ty nie była… Ja nigdy bym cię… -
- Boisz się tej bredni o zdradzie? – Spytała Elżbieta. – Dziecko, śpij spokojnie. Nie takie przepowiednie już słyszałam… O, o, to. – Przypomniała sobie nagle. – Że będę leżeć Draculi u stóp. To mi przepowiadano, wiesz? I leżałam, a jakże. Ze złamaną ręką i przygnieciona martwym sleipnirem do tego, w śniegu i na mrozie. To nie była przyjemna noc, o nie. A on stał nade mną i się zastanawiał, jak mnie wyciągnąć, by mnie jeszcze bardziej nie połamać. Uśmialiśmy się potem z tej przepowiedni, przy gorącej herbacie i ciasteczkach, które upiekłam… - Przerwała i potrząsnęła głową, jakby chciała odgonić gorzkie wspomnienie. – A i władzę mu przepowiadano, władzę, potęgę, słońce miało nie zachodzić nad jego ziemiami. I tak było, prawda? – Dodała ponuro. – Przepowiednia nie kłamała.
- A ty, babciu, poszłaś za nim, bo… - Gellert urwał.
- Nie. – Warknęła Elżbieta. – Nie dla ziem. Poszłam, bo był jedynym, który mnie chciał chronić, a nie rzucić Dementorom.
Gellert zamrugał, zdumiony.
- Ale przecież babcia Joyce nigdy by nie…
- Uściślam. – Wyjaśniła Elżbieta spokojnie. – Miałam i innych sprzymierzeńców. Ale stanowiłabym dla nich śmiertelne zagrożenie, ściągnęłabym im kłopoty na głowę, gdybym szukała u nich pomocy. A on wojnę i kłopoty i tak już miał, więc pomogliśmy sobie nawzajem. On chronił mnie, ja jego.
- W podręcznikach do historii opisywano to nieco inaczej. – Zauważyła Charlotta.
- Cóż, siedząc przy kominku można wymyślić ładną opowiastkę, wzniosłą i epicką. – Parsknęła Elżbieta. – Zaś uciekając nocą na mrozie przed rozwścieczonymi Aurorami…
- Ale dlaczego, babciu, musiałaś uciekać? Przed Aurorami? Ty jesteś Aurorką.
- Bo, Gellercie, miałam własne zdanie i głośno je wyrażałam.
- Tak, Avadą. – Prychnął ktoś.
Gellert aż podskoczył, Charlotta chwyciła za różdżkę. Tylko Elżbieta zachowała kamienny spokój.
- Mam to po was, dziadku – odparowała – Charlotto, nie mierz w niego różdżką, dobrze? To taki ładny obraz, szkoda go.
Piotr Aleksiejewicz Romanow spoglądał na nich kpiąco z portretu.
- Chciałem zobaczyć, jak się miewasz – ciągnął car, jak gdyby nigdy nic – I oznajmić, że twoje… niedomaganie jest internsywnie omawiane w twoim Ministerstwie. Strzeż się – syknął.
- Powiedzielibyście mi lepiej, dziadku, jak się włamać na Kreml – burknęła Elżbieta.
- Ja zawsze wchodziłem przez główną bramę – odparł dumnie Piotr – Kreml należy do…
- Tego, kto wytnie w pień konkurencję. – Przerwała mu Elżbieta.
- Carowie dzielą się na zwycięskich i martwych – stwierdził spokojnie Piotr – Do zobaczenia, prawnuczko. Wybacz, spieszę się, bo w Durmstrangu pojawił się nowy obraz, podobno piękna fregata, pięciomasztowa… - Car ukłonił się lekko i zniknął z portretu.
- On tak zawsze?.. – Charlotta pokręciła głową.
- Uwielbia żaglowce, owszem. – Przytaknęła Elżbieta.
- Miałam na myśli: czy zawsze jest tak nieznośny? – Uściśliła Charlotta.
- Jest carem. Robi, co uważa za stosowne. - Wzruszyła ramionami Elżbieta. – Gellercie, co ci jest?
Grindelwald milczał.
- Chodzi o dziadka, co? – Dopytwała się Elżbieta. – O jego konflikty rodzinne, prawda? . Piotr nie był łagodnym człowiekiem, to prawda. Ale wiedz też, że gdyby przegrał, w najlepszym razie i on, i jego dzieci skończyliby w klasztorze. Za kratą. Acz wątpię. Carowie naprawdę dzielą się na zwycięskich i martwych.
- Ale ja nie chcę. Po co miał bym z babcią… zaczynać?
- A kto ci powiedział, że to ty zaczniesz? – Elżbiety najwyraźniej nie stresowała przyszła zdrada. – Może to będzie moja wina? Nie jestem chodzącą niewinnością, za coś mnie ci Aurorzy wtedy gonili. – Uśmiechnęła się ironicznie.
- Ale ja nigdy… - Jęknął Gellert. – Ja nie chcę!
- To się nie masz czego obawiać. – Ucięła dyskusję Elżbieta. – A jeśli kiedyś zechcesz…
- Nie!
- To się nie martw na zapas. Ja nie jestem carycą, mnie stać na większą wyrozumiałość. A zresztą, myśl logicznie. Jak możesz mnie zdradzić, jeśli ja o tej przyszłej zdradzie wiem? Czy przepowiednia mówi, że to właśnie mnie wystawisz wrogom pod różdżki? Ja też nie zawsze byłam lojalna, na pewno już o tym słyszałeś. Ale nie zdradziłam wszystkich i każdego.
- Twoja babka ma rację – wtrąciła się Charlotta – To pewnie jedna z tych przepowiedni, której słowa sugerują pewną jej interpretację… Jak się potem okazuje, fałszywą.
Stare wiedźmy spojrzały na siebie.
- A tak w ogóle, to mi się nudzi. – Ziewnęła Elżbieta. - Przyniósłbyś jakąś planszówkę, dobrze, Gellercie? Charlotto, zagrasz z nami?
- A co, jeśli małego gdzieś złapią, zeklną, aż mu krew nosem poleci… I go złamią? – Zapytała Charlotta, ledwie za Gellertem zamknęły się drzwi. – Albo trafi na mocnego Legilimentę? Albo da się oszukać iluzji?
- Obawiam się, że tak będzie – odparła Elżbieta - I obawiam się, że będzie to ta pierwsza wersja. Schwytają go, będą tłuc klątwami całą noc, a ja go potem odbiję… A on będzie przede mną klęczał, bo nie będzie mógł się utrzymać na nogach. To też już grali, Charlotto…
Lovelace zacisnęła pięści. Nie zapomniała jeszcze, jak wygląda porządne przesłuchanie.
- I co mu wtedy zrobisz? – spytała, dziwiąc się brzmieniu własnego głosu.
- Zawołam uzdrowiciela, idiotko – burknęła Elżbieta, najwyraźniej urażona sugestią, że mogłaby być brutalna wobec mocno sklętego wnuka – Już wolałabym, żeby głupek się kurwił… Znaczy, brał pieniądze za donosy.
- Wtedy go zabijesz.
- Nie, wtedy go postraszę. I będzie sprzedawał mój towar. – Elżbieta uśmiechnęła się drapieżnie.
- Będzie mówił, co mu każesz…
- Jak widzę, rozumiesz mój tok myślenia, Charlotto.
- Ale ty się brzydzisz takimi ludźmi…
- Gumochłonami też się brzydzę. I paroma innymi stowrzeniami. Co nie znaczy, że je zabijam. – Elżbieta wzruszyła ramionami.
- Bo są pożyteczne.
- Bo są pożyteczne. – Kiwnęła głową Elżbieta. – Dajcie mi spokój! – Rozzłościła się nagle. – Czy w tej przepowiedni było powiedziane cokolwiek o zabijaniu? I że to ja zostanę zdradzona? Cokolwiek? Jesteś uczoną, Charlotto, odróżniaj, z łaski swojej, fakty od… interpretacji. Interpretacji pozbawionych podstaw!
.
.
.
Hennining zmarszczył brwi, koncentrując się na rozmazanym kleksie. Atrament zaczął blednąć, aż wreszcie znikł zupełnie. Henning sapnął z wysiłku. Jeszcze tylko to małe rozdarcie… Nitki drgnęły, zaczęły się ze sobą splatać i wkrótce po dziurze nie zostało ani śladu.
- Dziękuję, dziękuję! – Bibi zaklaskała w rączki.
- Ale następnym razem uważaj na tę sukienkę. – Henning otarł pot z czoła. – Jeśli tak ją lubisz, obchodź się z nią ostrożniej, dobrze?
- Co wy tu robicie? – Drzwi uchyliły się, zgrzypiąc przeraźliwie.
- Bawimy się, tato! – Pisnęła Bibi.
- Pomagam jej wycinać te figurki z tektury. – Dodał spokojnie Henning, patrząc ojcu prosto w oczy. – Dziękujemy raz jeszcze, że nam je przywiozłeś, Vater.
Helmut Gott uśmiechnął się do dzieci.
- Pani hrabina chciała, bym jeszcze dziś obejrzał tego nowego ogiera – powiedział – Wrócę na kolację.
- Uważaj na siebie, ojcze.
- Nie będę skakał przez bramę, obiecuję. Jeden podarty surdut mi wystarczy.
Cóż, dodał w myślach, dobrze, że żyję. Upadek w czasie skoku mógł się skończyć o wiele gorzej. Gdyby koń, duży, sportowy koń się po nim przetoczył… Helmut skrzywił się na samą myśl. Stary hrabia, zdaje się, zginął w ten sposób podczas polowania.
Hrabina Sydonia von Hexen-Einmal-Eins*, jak zwykle w stroju amazonki, już na niego czekała. Helmut obejrzał kopyta ogiera, przyjrzał się jego chodom i aż zacmokał z podziwu. Zbadał też źrebię, które niedawno zraniło się na pastwisku. Rana była już niemal niewidoczna. Lekarstwa, które hrabina miała samodzielnie przyrządzać, działały niezwykle mocno.
- Następnym razem, drogi Helmucie, przyprowadź dzieci. – Hrabina wręczyła mu zapłatę.
- Czyżby zrobiły coś złego, Frau Gräfin? – Zaniepokoił się Helmut.
- Ależ nie! – Hrabina zaprzeczyła gwałtownie. – To kochane i niezwykle utalentowane dzieci. Myślałam… Że mogłabym im pomóc rozwijać ich zdolności. Mają niezwykłe talenty. Rzadkie i cenne.
Czyli do pani hrabiny dotarły już plotki na temat pewnych… dziwnych zdarzeń, pomyślał Helmut.
- Z całym szacunkiem – odparł ostrożnie – Jeśli idzie o owe… mesmeryzmy i spirtyzm… Ja wiem, że pani hrabina pasjonuje się tymi… niezbadanymi zagadnieniami. To szlachetne, że arystokracja poświęca czas i pieniądze na badania. Ale dla dzieci zwykłego rotmistrza, inwalidy, który nie zostawi im majątku…
- Zapewniam cię, Helmucie, że nie będę im zaśmiecać głów bzdurami, którymi pasjonują się egzaltowane damy. To, czego chcę ich nauczyć, przyda im się w życiu. Przyjdźcie w piątek, w porze podwieczorku, dobrze?
- Tak, Frau Gräfin.
- Doskonale. – Ucieszyła się hrabina. – Nie zatrzymuję cię więc dłużej.
Odwróciła się i żwawym krokiem ruszyła w stronę stajni. Helmut odprowadził ją wzrokiem; po raz pierwszy zauważając, że palcat, z którym hrabina – amazonka się nie rozstawała, jest rzeźbiony w dziwne wzory.
* bezczelnie ukradzione z „Fausta", oznacza coś w rodzaju „czarodziejskiej tabliczki mnożenia"
