- Żyje?
- Tak, oddycha.
- Zabierzmy go stąd i powiadommy Ministerstwo.
Lucjusz słyszał znajome głosy, ale niczego nie widział, nie mógł się też ruszyć ani odezwać, był sparaliżowany, w ustach czuł metaliczny posmak krwi. Wciąż musiał być w piwnicy, ale najwyraźniej w końcu nadeszła pomoc. Nie wiedział, co było potem, bo kiedy udało mu się otworzyć oczy, boleśnie oślepiła go biel. Był już w Świętym Mungu. Nienawidził szpitali.
- Budzi się. Zawołaj medyka Draco — usłyszał głos swojej żony.
Po chwili ktoś zaczął świecić mu różdżką w oczy, badając reakcję na światło. Sprawdzono puls, czoło...
- Wciąż gorączkuje — powiedział medyk. — Słyszy mnie pan?
Lucjusz odchrząknął i mruknął, potwierdzając.
- Jak się pan nazywa?
- Luc... iusz Malf... oy — wydukał.
- Ile ma pan lat?
- Czterdzieści... pięć.
- Dobrze. Jest całkiem nieźle. Prawdę mówiąc, to niesamowite, że pańskie serce to wytrzymało — powiedział medyk, który był wyraźnie pod wrażeniem. - Zgaduję, że dręczy pana ból każdej części ciała.
Lucjusz mruknął i skinął głową. Ból nie był już tak silny, jak podczas działania zaklęcia cruciatus, ale wciąż był ciężki do zniesienia. Co chwila przechodziła go bolesna fala energii, mimowolnie zaciskał pięści na pościeli, zęby mu szczękały z zimna.
- Jak na kogoś, kto był torturowany cruciatusem ponad dwie godziny, jest nieźle — medyk zwrócił się do Narcyzy. — Ale — dodał poważniejszym i cichszym tonem — poczekajmy z oceną do jutra.
- To znaczy... że może umrzeć? - zapytał Draco.
Na krótki moment zapadło wymowne milczenie.
- Znam czarodziejów i czarownice, którzy umierali po tym uroku, inni, jeśli przeżyli, tracili zmysły już na zawsze. Dajmy mu odpocząć. Podamy eliksiry. Jutro wszystko będzie już pewne — powiedział medyk pocieszającym tonem, w którym jednak było mało wiary.
Lucjusz poczuł ciepłą dłoń na swojej twarzy. Narcyza była przy nim, tuż za nią dostrzegł Draco, miał pokaleczoną twarz i był bledszy niż zwykle.
- Draco — słowa wydobywały się z niego z wielkim trudem — w porządku? - zapytał.
- Tak ojcze. Ja... - Draco przyklęknął przy łóżku i zbliżył się do ojca, by ten dobrze go słyszał - ... przepraszam.
- To nie twoja wina.
- Byłem ostatnio... trudny — powiedział Draco. - Pomyślałem, że... mamy dość innych problemów i... przepraszam. Nie kłóćmy się więcej.
Lucjusz uśmiechnął się słabo. Zamknął oczy. Draco chciał zapytać o coś jeszcze, ale zrezygnował. Nie było sensu, nie teraz. Chciał tylko pogodzić się z ojcem. Myśl, że to może być ich ostatnia rozmowa, sprawiała, że żołądek zaciskał mu się boleśnie, oczy piekły, a słowa grzęzły w gardle.
- Jak w ogóle do tego doszło? Czemu nie daliście znać?
- Nie było czasu.
Snape stał w kącie z rękoma założonymi za plecami. Był przyjacielem rodziny, chrzestnym Dracona, uważał, że ma prawo znać szczegóły. Po otrzymaniu sowy od Narcyzy przybył, jak najszybciej mógł.
- Pomógłbym, wiesz o tym — powiedział.
- Tak Severusie, wiem. To miało się potoczyć zupełnie inaczej. Mieliśmy plan. To był nasz rodzinny problem i sami mieliśmy się z nim uporać. Przetrwaliśmy Voldemorta pod naszym dachem. Przetrwamy i ataki innych — powiedziała dumnie, ale smutek nie schodził z jej twarzy ani na moment.
- Więc co poszło nie tak?
- Wiesz, że Harry Potter ma pelerynę-niewidkę? - wypaliła nagle.
- Ta. Napsuł mi krwi, używając jej nie tak, jak powinien.
- To się wydawało takie łatwe. Nie było czasu na wysyłanie sów i czekanie na odpowiedź. Od razu udałam się do Pottera. Chciałam pożyczyć pelerynę. Jakby nie patrzeć uratowałam mu skórę, był nam coś winien.
- To chyba nam wszystkim jest — burknął Snape.
- Nie wdawałam się z nim w szczegóły, nie było czasu i nie chciałam, żeby się w to mieszał. Powiedziałam, że życie mojego syna i męża jest zagrożone. Oczywiście pomógł nam, pożyczył pelerynę, ale na brodę Merlina nie masz pojęcia, ile czasu straciłam, żeby w ogóle odszukać samego Pottera! Wiem Severusie, wiem... - dodała — mogłam równie dobrze przez ten czas napisać do ciebie, ale skąd miałam wiedzieć, że tyle mi zajmie znalezienie Harry'ego? Poza tym, co byśmy zrobili we dwoje?
- A co zrobiłaś sama jedynie z peleryną?
- Nie byłam sama. Lucjuszowi udało się uwolnić Draco — Narcyza spojrzała na syna z matczyną troską w oczach. - Niezauważeni mogliśmy dostać się do środka, rozeznać się, na czym stoimy, ilu ich jest, gdzie jest Lucjusz, wyczarować tarczę i zaatakować. Spanikowali, bo nas nie widzieli. Gdybym tylko przez dwie godziny nie szukała przeklętego Pottera, wszystko zakończyłoby się w góra pół godziny, a może w ogóle nie zdążyliby zabrać Lucjusza do piwnicy i... - rozpłakała się.
- Czy wy ich...
- Och nie, ale uwierz, bardzo chciałabym ich obedrzeć ze skóry, torturować godzinami a na końcu zabić — wycedziła przez zaciśnięte zęby, po policzkach wciąż spływały jej łzy — ale nie... musielibyśmy się za dużo tłumaczyć. Ministerstwo już się nimi zajęło.
- Byle nie było więcej takich jak oni — smętnie powiedział Snape.
- Ministerstwo dało nam ochronę. Dasz wiarę? Teraz, po tym wszystkim, obudzili się, że ich informator może potrzebować ochrony! Niech ją sobie wsadzą w...
- W Ministerstwie wciąż jest jak w kotle.
- Ty również powinieneś na siebie uważać, Severusie. Stałeś się bardzo znany.
- W Hogwarcie nic mi nie grozi. A poza nim... cóż, tak... będę się pilnował.
Ich głowy odwróciły się gwałtownie, kiedy drzwi do pokoju się otworzyły, a do środka wszedł Harry Potter.
- Przykro mi pani Malfoy — powiedział.
Narcyza skinęła tylko głową.
- Twoja peleryna leży na stołku — wskazała zaciemniony kąt pokoju. - Dziękuję — dodała.
- Nie ma sprawy. Czy pan Malfoy... wszystko będzie dobrze prawda? - zapytał Harry.
Narcyza otwarła usta, ale jej syn ją uprzedził.
- Tak Potter. Poradzimy sobie. Tata z tego wyjdzie, jest silny.
Wszyscy zrozumieli, że Harry nie jest najmilej widziany, szczególnie przez Draco, w obliczu ich rodzinnej tragedii. Cała sytuacja wydawała się dość intymna.
- Wierzę. Tego wam życzę — powiedział Harry.
Nie miał najlepszych skojarzeń z Malfoyami. Może i był wdzięczny, że Draco nie wydał go w ich posiadłości, że Narcyza Malfoy nie wydała go po tym, jak Voldemort myślał, że go uśmiercił, ale wciąż pamiętał ile kłopotów miał w szkole przez Draco i że Lucjusz Malfoy polował na niego w Departamencie Tajemnic i że chętnie oddałby go w ręce Voldemorta. Mimo wszystko jakoś żal mu się zrobiło rodziny pogrążonej w smutku nad łóżkiem z nieprzytomnym panem Malfoyem.
Odwrócił się, by wziąć swoją pelerynę i wtedy natknął się na Snape'a, którego obecności wcześniej jego umysł nie odnotował. Cały Snape, nawet w białym i nie najgorzej oświetlonym szpitalu musiał przyczaić się jak Nietoperz w ciemnym kącie.
- Snape — wyrwało mu się. - Profesor Snape, wiem, wiem, nie jesteśmy kolegami — poprawił się, kiedy Snape otworzył usta, by go upomnieć. - Hermiona mówiła, że jednak dalej uczy pan w Hogwarcie.
- Owszem.
- To super... - palnął Harry, porwał pelerynę i ruszył do wyjścia. - Do widzenia — rzucił przez ramię.
