– A więc, panno Buchanan – powiedział Severus zaledwie trzy wieczory po tym, jak ustanowił ich prywatne lekcje, prowadząc rudą bibliotekarkę do swojego biurka. – Czy jest pani gotowa?
Nie odpowiedziała. Sprawiała wrażenie niepewnej, jeśli nie śmiertelnie przerażonej. Nie było żadnych uśmiechów ani śpiewania. Wprawdzie Snape zachowywał między nimi regulaminową odległość, ale nie miał wątpliwości, że gdyby przypadkiem jej dotknął, poczułby, że cała drży. Interesująca nowość, jeśli chodziło o ich dotychczasowe kontakty. Odsunął dla niej krzesło, a sam zajął miejsce naprzeciwko, za naprawdę imponującym (i odpowiednio dużym) biurkiem.
– Czy ma pani różdżkę? – zmienił pytanie.
– Tak.
– Czy mogę ją obejrzeć?
– Naturalnie.
Zdziwił się, gdy okazała się krótka i prosta. Zbyt zwyczajna, żeby do niej pasować. Spodziewałby się raczej różanego drewna pokrytego celtyckimi ornamentami, nie pospolitego sosnowego patyka. Przetoczył różdżkę Belli Brae w palcach – niewątpliwie zawierała moc.
– Nie wygląda na uszkodzoną – ocenił, przesuwając ją z powrotem w stronę bibliotekarki. Sięgnęła po nią nieuważnie i ich dłonie omal się nie zetknęły, ale zdążył w porę cofnąć rękę.
– Jest całkowicie sprawna. To nie różdżka stanowi problem, tylko… ja.
– To się jeszcze okaże, panno Buchanan.
– Czy pan w ogóle wie, co robić? – zapytała sceptycznie.
Severus, który tak naprawdę nie miał o tym pojęcia, zaczął dla niepoznaki odsuwać szuflady biurka, udając, że czegoś szuka. Oczywiście niczego nie znalazł.
– Mam za sobą długą praktykę pedagogiczną, która pozwala mi sądzić, że jakoś sobie poradzę. Moim zdaniem, najlepiej zacząć od podstaw i powoli piąć się w górę. Proszę rzucić dla mnie jakieś zaklęcie, panno Buchanan. Wystarczy proste Lumos.
Zmarszczyła brwi. Wyraz zwątpienia ani na moment nie opuszczał jej twarzy. Wyglądała teraz poważniej, znacznie bardziej dojrzałe. Bez przekonania uniosła różdżkę.
– Nie stara się pani, panno Buchanan – wytknął jej natychmiast.
Machnęła nią, nie wkładając w ten ruch ani odrobiny serca, w związku z czym nie osiągnęła zauważalnych efektów. Powtórzyła ten sam leniwy gest – z podobnym skutkiem.
– Przydałaby się jeszcze formuła – zauważył Snape, objawiając spadek cierpliwości wzrostem wskaźnika sarkazmu.
– Nie potrafię – poddała się zrezygnowana.
– Poprawka: nie chce pani.
– Być może…
– A jeżeli pani nie chce, a jednocześnie wie, gdzie znajdują się drzwi mojego gabinetu, proszę skorzystać z tej wiedzy, nie irytując mnie ponad nieuniknione minimum. Ale wówczas, zgodnie z umową, musi się pani spakować i opuścić zamek, panno Buchanan.
Skrzywiła się. Wcale jej się to nie spodobało. Zerknęła ukradkiem na znajdujący się za plecami Severusa portret Dumbledore'a. Pewnie przypominała sobie właśnie, że to wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej. Albus na pewno byłby wniebowzięty, mogąc zrobić z niej swoją kolejną ubezwłasnowolnioną maskotkę.
– W pełnym przeciągów budynku nie wypada polegać na zapałkach i świeczkach, stanowiłoby to objaw skrajnej lekkomyślności. Lumos, panno Buchanan.
Tym razem się skupiła. Doświadczenie Severusa podpowiadało, że motywacja negatywna gwarantuje o wiele szybsze postępy. Zawsze tak było.
– Lumos – szepnęła Bella Brae
Różdżka zadrżała w jej dłoni. Kiepski efekt, ale przynajmniej jakiś. Po trzech kolejnych próbach końcówka zaczęła się lekko żarzyć – bardziej jak konający w mękach elf niż gwiazda zaranna, jednak był to już konkretniejszy początek.
– Pozwoliłem sobie zerknąć na zapisy dokumentujące pani postępy podczas nauki w Hogwarcie, panno Buchanan.
– Oczywiście, że pan to zrobił. – Uśmiechnęła się do siebie domyślnie. Światło na końcu jej różdżki jakby nabrało mocy.
– Nie była pani kiepską uczennicą, wręcz przeciwnie.
– To nie ma nic do rzeczy.
– Wyniki pani egzaminów…
– Zdawanych bardzo dawno temu – przypomniała.
– Pozwalają wnioskować, że była pani uzdolnioną czarownicą.
Światełko w jednej chwili zgasło.
– I co z tego? – Bella Brae uniosła nieco głos, w którego tonie Severus dosłuchał się dolewki goryczy.
– Czy to pani pierwsza różdżka? – gładko zmienił temat w reakcji na jej wyraźne zirytowanie.
– Druga.
Uniósł ze zdziwieniem brew.
– Naprawdę?
Nie patrzyła na niego. Pilnie obserwowała swoje mocno zaciśnięte na różdżce palce.
– Pierwszą straciłam. Gdy wracałam z rodzicami do… Cóż, mimo wzmożonych środków bezpieczeństwa nasz powrót do domu nie przebiegł zgodnie z planem. Zostaliśmy zaatakowani. Na szczęście w porę nadciągnęły posiłki z aurorskiego oddziału szybkiego reagowania. Przed wyjazdem do Hogwartu musiałam nabyć kolejną różdżkę.
– Która teraz pani nie słucha – rzucił Snape, obserwując ją uważnie.
– Nie – przyznała z oporami. – Czytałam, że w takich przypadkach jak mój zalecany jest zakup nowej różdżki. Gdy zmienia się przepływ magii, zmienia się również dopasowanie. Niestety, jak pan zapewne wie, pan Ollivander zaginął bez wieści, a to oznacza…
Severus potwierdził z poważną miną. Teraz on musiał spuścić wzrok.
– Muszę się męczyć z tym, co mam – zakończyła Bella Brae.
– Lumos, panno Buchanan – polecił surowym tonem. – Przypominam, że to ćwiczenia praktyczne.
Westchnęła ciężko, jednak mimo sceptycznego nastawienia efekty, jakie osiągała, wyraźnie polepszały się z każdą kolejną próbą. Sama nawet się nie zorientowała. Rozważała zadane przez niego pytania, zastanawiając się, do czego właściwie zmierza – widział to wyraźnie w jej zamglonym spojrzeniu. W pokoju nadal było jasno, choć od pewnego czasu Severus ukradkiem wygaszał po kolei wszystkie światła. Tego również nie zauważyła, szepcząc pod nosem lumos za lumosem niczym mantrę.
– Uważam, że szkoda pańskiego czasu – oświadczyła w końcu, gdy zbyt długo milczał, co zapewne uznała za krytykę swoich możliwości.
– Zatem proszę się rozejrzeć – odpowiedział spokojnie.
Różdżka Belli Brae była obecnie jedynym źródłem światła w sporych rozmiarów gabinecie, a mimo to wszystkie sprzęty były wyraźnie widoczne. Podobnie jak nieco trupia w tym oświetleniu twarz dyrektora. Gdy tylko to sobie uświadomiła, Bella Brae wystraszyła się i światło natychmiast zgasło. Severus pozapalał lampy.
– Czy pani certyfikat pochodzenia jest prawdziwy? – kontynuował przesłuchanie, jak gdyby nic się nie stało.
Rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie.
– Cokolwiek pani odpowie, nie wyjdzie poza ten gabinet, panno Buchanan – uspokoił ją. – Nie zamierzam wyciągać konsekwencji, zwyczajnie uznałem, że status krwi może być istotny.
– Nie jest, nie w tym przypadku – odpowiedziała zdecydowanie. – Ale certyfikat nie został sfałszowany, a ja pochodzę z rodziny czystej krwi. Biorąc pod uwagę wrażliwy charakter badań, jakie prowadzili moi rodzice, nikt nie wyznaczyłby do tego zadania czarodziejów o niepewnych korzeniach. Wyniki zbyt szybko zostałyby podważone jako nieobiektywne.
– Dlaczego? – zainteresował się Severus. – Cóż to były za intrygujące prace naukowe?
Bella Brae popatrzyła prosto w jego oczy. Wahała się, od razu to poznał. Zwykle nie wykazywała żadnych oporów w opowiadaniu o sobie. Co sprawiło, że tym razem było inaczej?
– Fion myśli, że jest bezpieczny, lecz któż wie, kiedy runie niebo? – powiedziała enigmatycznie. – To niebezpieczna wiedza, dyrektorze. Czy na pewno chce pan poznać odpowiedź?
Snape sam wiedział najlepiej, kiedy się wycofać, żeby nie spłoszyć zwierzyny. Dopiero przygotowywał grunt.
– Nawet jeśli, to nie dzisiaj, panno Buchanan – rzucił, jakby to nie było nic ważnego. – Zrobiło się późno. Dziękuję za dzisiejsze zajęcia, a jako zadanie domowe zalecam pilnie ćwiczyć. Sprawdzę to.
Następnego dnia przy śniadaniu do Severusa dołączył bardzo niezadowolony z życia Amycus, rzucając się na swoje stałe miejsce po jego lewej stronie. Krzesło po prawej, które zwykle zajmowała Aleco, pozostawało puste.
– Cześć – mruknął, przyciągając do siebie cały talerz tłustych, smażonych kiełbasek i od razu pakując dwie do ust.
Cierpiący na chroniczny brak apetytu Snape skrzywił się z obrzydzeniem.
– Dzień dobry, profesorze Carrow – odpowiedział znacząco. Sam nie wiedział, dlaczego jeszcze się starał, ale przy stole należało zachowywać formy… nawet te absurdalne. – Gdzie twoja siostra? – spytał po chwili znacznie ciszej.
– Pewnie jeszcze śpi. – Wzruszył ramionami Carrow. – Wczoraj znowu przez pół nocy ganialiśmy gówniarzy po korytarzach, to jest jak pierdolony sport ekstremalny. Zadanie dla kilku osób, a nie raptem dwóch. Do tego smarkacze robią się coraz bardziej bezczelni. Mógłbyś nam czasem pomóc, korona ci z głowy nie spadnie, dyrektorze.
– Ja mam ścigać dzieci? – zdziwił się elegancko. – Chyba oszalałeś.
– A co? Nie licuje z godnością stanowiska?
– Oczywiście, że nie – oburzył się. – Jak by to wyglądało? Mam swoje, bardzo ważne obowiązki, które wymagają uwagi. Kieruję całą szkolną administracją.
– Czy do tych obowiązków zalicza się również niańczenie bibliotekarek? – wysyczał Amycus prosto do jego ucha. – I czy wszystkich, czy tylko tych młodych i cycatych?
Severus hałaśliwie odstawił widelec, którym i tak tylko się bawił, jak zwykle większość jedzenia usuwając z talerza za pomocą zaklęcia. Przelotnie zastanowił się, kiedy i gdzie Carrow zdążył zapoznać się ze szczegółami figury panny Buchanan, które skrywała pod tymi wszystkimi szalami w szkocką kratę. Zaiste, pewnie potwornie by się rozczarował stanem faktycznym, ale… Przecież nie o to chodziło. Zgromadzeni wokół nauczyciele zerkali na nich ukradkiem, spragnieni wrażeń. Notorycznie podsłuchiwali i coraz bardziej otwarcie cieszyli się, gdy coś między Śmierciożercami układało się nie tak.
– Z czym ma pan problem, profesorze Carrow? – zagadnął lodowato Severus. – Chętnie posłucham konkretów.
– Tkwimy na tym pieprzonym wygnaniu razem, Snape. Taka była umowa. Jeśli zapomniałeś, to miało ci się nie wydawać, że jesteś ponad to wszystko. A może woda sodowa jednak uderzyła ci do głowy, co? Wielki pan dyrektor poczuł smak władzy… Nie jesteś lepszy od nas, wręcz przeciwnie. I dlatego nie podoba mi się sposób, w jaki traktujesz moją siostrę!
Severus gwałtownie wstał, gdy Amycus podniósł głos.
– Nie tutaj – syknął, ruszając pospiesznie w stronę bocznej komnaty, która znajdowała się tuż obok Wielkiej Sali. – Proszę za mną, profesorze.
Zanim wyszedł, zdążył jeszcze usłyszeć sceniczny szept Filiusa Flitwicka, który niski wzrost rekompensował sobie wysokim wskaźnikiem cywilnej odwagi.
– Problemy w raju, no, no.
Snape zatrzasnął za sobą drzwi, po czym zabezpieczył je silnym Silencio. Miał dosyć tej dramy.
– Jak śmiesz publicznie zwracać się do mnie w taki sposób? – wypalił do Amycusa. – Zaraz zaczną się plotki.
– A kim ty niby jesteś, Snape? – prychnął Carrow bez odrobiny szacunku. – Nie zapomnij, skąd pochodzisz, mieszańcu. Nawet niezasłużenie wywyższone mugolaki mogą nagle zderzyć się z gruntem, gdy łaska pańska zmieni kierunek.
Carrow łatwo tracił nad sobą panowanie i teraz wręcz pienił się, stojąc naprzeciwko idealnie nieporuszonego Severusa, który obronnie skrzyżował ramiona na piersi i krzywił się po swojemu z jedną brwią i jednym kącikiem ust kpiąco uniesionymi w górę.
– Urocze – stwierdził. – Przemyśl może, do kogo kierujesz pretensje. To nie ja wyznaczyłem ci to zadanie, ale jeśli sobie nie radzisz…
– Ja? Radzę sobie świetnie!
– Ośmielam się mieć przeciwne zdanie. Zauważyłem, że obrona przed czarną magią wcale nie tak powoli zmienia się w regularne treningi dla przyszłych śmierciożerców.
– Zgodnie z wolą Czarnego Pana.
– Taaak? To dlatego nauczasz jego potencjalnych wrogów, jak rzucać zaklęcia niewybaczalne?
Amycus nagle stracił impet, teraz sprawiał wrażenie cokolwiek oszołomionego. Otwierał i zamykał usta, nie bardzo wiedząc, co na to odpowiedzieć.
– Przypominam, że nie dokonaliśmy jeszcze pełnej selekcji – ciągnął spokojnie Snape. – Spodziewałem się raczej, że stworzysz osobne kółko zainteresowań dla osób, nazwijmy to tak, szczególnie dobrze prognozujących, zanim przejdziesz do rozszerzeń programowych. Chyba nie chcesz, żeby taki Longbottom miotnął w ciebie kiedyś Avadą, prawda?
– O to ci chodzi, tak? – Amycus podejrzanie szybko się zregenerował. – Ciągle nas pouczasz, nigdy nie jesteś zadowolony.
– Ty i twoja siostra nie macie odpowiedniego doświadczenia…
– I chuj! To tylko głupia szkoła.
– Kształtujemy umysły przyszłych pokoleń. Jak myślisz, ile potrwa dziejowa rewolucja bez właściwego podłoża ideowego, bez korzeni, które sięgają głęboko – tak, aby nie dały się łatwo usunąć. Może do przyszłego wtorku? Czarny Pan pragnie mieć pewność, że nie zostanie obalony z powodu idiotycznych zaniedbań, jak miało to miejsce ostatnim razem. Spoczywa na nas olbrzymia odpowiedzialność, a efekty łatwo zniweczyć pośpiechem.
Podniosły wywód nie zrobił na Carrowie wrażenia. W końcu to jego siostra zaprzyjaźniła się ostatnio ze słownikiem, nie on. Opierał się niedbale o ścianę i wyraźnie powstrzymywał ziewanie.
– Piękne słowa, Snape. Szkoda, że puste. Nic tylko gadasz i gadasz. Wymądrzasz się, a sam ciągle jesteś rozproszony. Myślałeś, że tego nie zauważymy? Minął już ponad miesiąc, a panująca w szkole dyscyplina coraz bardziej się rozprzęga. Widzisz napisy na ścianach i nic z tym nie robisz. Co tak bardzo odwraca twoją uwagę, hę?
– Jestem zajęty.
– Bibliotekarką?
Severus prychnął gotowy do kolejnej tyrady, ale Amycus nie dopuścił go do głosu. Wiedział, że z pewnością utonąłby w przemądrzałym strumieniu inteligentniejszego kolegi.
– Alecto streściła mi waszą rozmowę w gabinecie i to, jak broniłeś tej rudej mendy niczym niepodległości. Dlaczego, Snape? To fakt, jest ładna i możemy zrobić zapisy, do kogo najpierw trafi, gdy nadejdzie czas, ale to chyba nie aż takie istotne w tym momencie? Mamy robotę do wykonania, a w szkole bunt. Szlabany nie działają, gówniarze nic sobie z nich nie robią. Prędzej mnie szlag trafi, niż jeszcze kiedyś zadam bachorowi przepisywanie pierdół w stylu: „Od jutra będę wzorowym Gryfonkiem". Zapomnij. Trzeba podjąć zdecydowane kroki, dyrektorze.
Severus wiedział, że Carrow ma całkowitą rację. Nieważne, jak bardzo chciałby być ślepy i jak uparcie mydlił im oczy. Liczył, że uda mu się zwlekać dłużej, ale nie. Cholerna Gwardia Pottera nie próżnowała, nie dając mu żadnej szansy. Sami z własnej woli pchali się pod nóż – jakie to zgodne z domową polityką samobójców z Gryffindoru.
Amycus nie zdejmował z niego czujnego wzroku. Był tępym dzbanem, jednak krył w sobie instynkt drapieżcy i myśliwego w jednym, niech go szlag!
– Wiesz, o czym mówię – naciskał z szerokim, niemal natchnionym uśmiechem. – Wiesz, co znajduje się w lochach. Dawno nieużywane, ale bardzo przydatne narzędzia, znakomicie działające na wyobraźnię. Z tego, co zrozumiałem, w pełni operacyjne, bo regularnie konserwowane przez tego pożytecznego idiotę, twojego charłaka.
– Tak, Filch będzie zachwycony – odezwał się Snape powoli, z namysłem. – Długo na to czekał.
– Więc co powiesz, dyrektorze?
Nie miał wyjścia. Choćby bardzo chciał dłużej się przed tym bronić, musiał mu coś dać. Rzucić psu kość. Do zabawy i na smak.
– Róbcie, co musicie. Nie będę się wtrącał.
– W końcu! – zawył z radości Carrow.
– Mam jednak kilka warunków.
– Jak zwykle, kurwa.
Severus puścił tę uwagę mimo uszu.
– Wybierajcie wyłącznie dzieci z rodzin, które na pewno nas nie poprą. Będą stanowić dobry przykład dla niezdecydowanych, nie ma lepszego bodźca decyzyjnego. Ślizgonów nie ruszać, podobnie jak pracowników szkoły. Takie działania wysyłałyby w świat niewłaściwy komunikat i ściągnęły nam na głowy związki zawodowe, czego bezwzględnie należy unikać. Nauczyciele zawsze idą do mediów, a nie wszystkie są nasze. Wybierajcie tylko uczniów słabych, zdrajców krwi oraz pochodzących z kiepskich, nieprawomyślnych rodzin. Najlepiej niepełnych, bo za nimi nikt się na wstawi. Rozumiemy się?
– Doskonale, dyrektorze. Wreszcie!
– Dziękuję za rozmowę. Może pan odejść do swoich obowiązków, profesorze Carrow.
– Ta, jasne… Nie wysilaj się, nikt nas tu nie słyszy.
Amycus pomachał mu od niechcenia ręką, po czym z wyraźną ulgą i zadowoleniem opuścił komnatę. Coś zaczynało się w końcu układać po jego myśli – cudownie! Severus przeciwnie… Zapatrzył się niewidzącym wzrokiem w okno, rozważając nieskończone komplikacje, jakie pociągnie za sobą ogromne etycznie i pedagogicznie niedopuszczalne ustępstwo, którego właśnie się dopuścił dla dobra szkoły. Jego świat nagle stał się jeszcze bardziej okropny niż dotychczas.
Przemoc rodzi przemoc.
Snape błyskawicznie pożałował udzielonej Amycusowi dyspensy. Wiedział, że Carrowom brakuje subtelności, by odpowiednio poprowadzić sadystyczny teatrzyk i że wszystko odbije mu się czkawką, jednak nie miał wyboru. Wcześniej mógł udawać, że szkoła magii pod nowym zarządem operuje bez żadnych zmian, ale gdy zgodził się przywrócić kary cielesne… Zasłona dymna w jednej chwili opadła. Tym bardziej że Alecto i Amycus mścili się na smarkaczach bez opamiętania, rekompensując sobie te niecałe dwa miesiące, kiedy z konieczności musieli zachowywać się przyzwoicie.
Hogwart przeszedł na ciemną stronę, nie było odwrotu.
Ze swojego miejsca u szczytu stołu nauczycielskiego Severus miał dobry widok na całą Wielką Salę. Widział opuszczone miejsca, gdy niektórzy uczniowie nie pojawiali się na posiłkach, widział ich puste twarze, gdy wracali ze szlabanów, widział powoli blaknące siniaki.
I odwracał wzrok.
– Bardzo dobrze, panno Buchanan – pochwalił nieuważnie. – Jeszcze raz to samo, proszę.
W panującym wokół chaosie pozostały mu jedynie dwie sprawdzone odskocznie: pochłaniane w skandalicznym tempie whiskey z profesorem Binnsem albo korepetycje Belli Brae. Tylko w tych dwóch przypadkach mógł bezpiecznie nie myśleć o niczym. Nauczyciel historii popadał w szokujące ekscytacje za każdym razem, gdy Severus godził się na kolejną konferencję naukową, a bibliotekarka… Musiała być chyba zupełnie ślepa i głucha na wszystko, co działo się wokół niej, skoro nadal nie unikała jego towarzystwa ani nie patrzyła na niego z pogardą. Zjawiała się na lekcjach z uśmiechem i cieszyła jak dziecko, gdy udało jej się rzucić jakieś zaklęcie. Przy tej dwójce Severus mógł niemal być sobą, nie wyłącznie dyrektorem.
Bella Brae powtórzyła elegancki gest dłoni i piórko uniosło się płynnie z biurka Severusa niczym pociągnięte za niewidzialny sznurek. Zatańczyło w powietrzu zgodnie z ruchami różdżki panny Buchanan. Ona sama raz patrzyła w górę, śledząc je wzrokiem, a raz prosto na niego. Swobodna, wesoła, całkiem zadowolona z siebie.
– A zatem – odezwał się znowu Snape poważnym tonem – uważam, że pani twierdzenia o utracie magii były mocno przesadzone.
Uśmiechnęła się, jednocześnie przestając należycie skupiać. Piórko podskoczyło kilka razy, jakby dostało czkawki, i prawie upadło.
– Uwaga! – ostrzegł czujnie.
– Wingardium Leviosa – powtórzyła Bella Brae, idealnie akcentując. Jej śpiewny akcent i umiejętność wymawiania bez najmniejszych kłopotów przedniojęzykowej głoski „r" przydawały się w łacińskich zaklęciach.
– Owszem – dodał Severus, tym razem z cieniem rozczarowania. – Poziom mocy jest zadowalający, źródło problemu z pewnością znajduje się gdzieś indziej.
– Sądzi pan, że jestem… roztrzepana?
– Sama pani to powiedziała. Osobiście użyłbym raczej określenia „nieuważna", w ostateczności „rozkojarzona".
Panna Buchanan spuściła wzrok, tłumiąc chichot, ale jakimś cudem nadal panowała nad piórkiem.
– Mam tylko nadzieję, że nie stwierdza pan tego z pozycji mojego szefa, panie dyrektorze. To byłaby prawdziwa katastrofa.
– Rzeczywiście, w takim wypadku byłbym zmuszony podjąć zdecydowane kroki.
– Można wiedzieć jakie?
– Nie, nie spodobałyby się pani.
Spędzanie czasu z Bellą Brae było łatwe – i równie łatwo było zapomnieć o wszystkim, co znajdowało się za drzwiami gabinetu. Roztaczała wokół siebie tak nierealną atmosferę, że wydawało się wprost nieprawdopodobne, iż gdzieś tam toczy się wojna, giną ludzie, a cały świat zmienia się zgodnie ze skinieniem ręki terrorysty, któremu zamarzyło się zostać imperatorem. Nie wspominając nawet o morderczym psychopacie zakradającym się nocą do mieszkań śpiących mugoli…
– Proszę się jednak tym nie przejmować – odezwał się ponownie po chwili. – Jeśli prezentowany przez panią progres nadal będzie wykazywał tendencję zwyżkową, zamiast wymówić posadę, zostanę zmuszony zaproponować pani ambitniejsze stanowisko. Być może spełniłaby się pani jako nauczycielka zaklęć, jak pani myśli, panno Buchanan?
– Czy ma pan problemy kadrowe?
– Obecnie szczęśliwie nie, ale nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Nauczycielskie pensje nie rosną, zakres obowiązków owszem.
– Nie brzmi to zbyt zachęcająco – stwierdziła, a promienny uśmiech zaprzeczył jej słowom.
– A jeszcze nawet nie usłyszała pani o benefitach.
– Są jakieś?
– Niestety, nie ma absolutnie żadnych.
Bella Brae nie wytrzymała i tym razem głośno się zaśmiała. Dźwięcznie, ale nieco gardłowo, całkiem przyjemnie dla ucha. Przy wszystkich swoich dziwacznych cechach przynajmniej nie miała irytującego chichotu podlotka.
Nie trwało to długo, gdyż prywatna lekcja została niespodziewanie przerwana. Severus najpierw usłyszał pośpieszne, ciężkie kroki na schodach, a następnie ktoś z impetem pchnął drzwi, bez zaproszenia wpadając do środka. Nie były zablokowane. Severus nigdy nie zamknąłby się w gabinecie sam na sam z Bellą Brae – jak by to wyglądało? Poderwał się z miejsca, wpatrując z zaskoczeniem w rozczochraną, zadyszaną Alecto stojącą na progu. Panna Buchanan odwróciła się na krześle i również zerknęła na nią nieco wstrząśnięta.
Jednak nikt nie był tak zdziwiony jak Alecto, gdy wpatrywała się w sielską scenkę rodzajową rozgrywającą się przed jej oczami. Severus i ruda bibliotekareczka całkiem sami wieczorową porą, pogrążeni w ewidentnie zajmującej, intymnej rozmowie – ta wydra nadal była rumiana i roześmiana. Na blacie biurka Carrow dostrzegła zastawę do herbaty oraz nadal parujący czajniczek, a do tego talerzyk z czekoladowymi ciasteczkami. I oczywiście ani kropli alkoholu, widać nie wypadało go podawać kobiecie na poziomie. Zresztą, dyrektor już wcześniej dawał jasno do zrozumienia, że nie popiera ich libacji. Może właśnie dlatego jej nigdy nie zaproponował choćby szklanki wody, mimo że bywała u niego często…
Panna Carrow zatrzymała się w progu, kompletnie zapominając, z czym przyszła.
– Alecto – rzucił Snape jedwabistym głosem, przywołując ją do rzeczywistości. – Czemu zawdzięczamy tę przyjemność? I pośpiech, który najwyraźniej uniemożliwił pukanie…
Tak, mógł sobie kpić. Z pewnością mu się nie spodobało, że został przyłapany na gorącym uczynku. Carrow odchrząknęła i odzyskała głos.
– Longbottom – wypluła nazwisko z odrazą.
– Znowu? – westchnął. – Skoro to nic nowego, to chyba poradzicie sobie beze mnie.
– Nie, mimo że widocznie przyszłam nie w porę, dyrektorze, uważam, że powinieneś to zobaczyć na własne oczy. Nalegam.
Może w normalnych okolicznościach tak bardzo by się nie upierała, ale nagle naprawdę zaczęło jej zależeć, żeby za wszelką cenę wyciągnąć go z gabinetu. Jak najdalej od rudej szmaty – kolejnej, jak słyszała. Nie mogła oderwać od niej wzroku, a Bella Brae odpowiadała jej spokojnym, jasnym spojrzeniem szarych oczu.
– Nie chciałabym przeszkadzać – odezwała się grzecznie. – Lepiej już pójdę, panie dyrektorze.
– No raczej – mruknęła Alecto bardzo cicho, ale niedostatecznie.
Snape posłał jej błyskawiczne, karcące spojrzenie, w końcu wychodząc zza biurka i zgarniając ze sobą pannę Buchanan. Uwadze Alecto nie umknęło, że gdy odprowadzał ją do drzwi, odruchowo dotknął jej pleców. Być może tylko chciał ją popędzić, a być może wcale nie. Panna Carrow sama nie wiedziała, dlaczego ten widok tak ją wkurzył.
– Nie ma czasu – rzuciła w napięciu. – Amycus depcze im po piętach, ale dobrze wiesz, że mają jakąś tajną kryjówkę… – urwała, patrząc znacząco na niepożądanego świadka tej konwersacji.
Severus się zawahał.
– Proszę się mną nie przejmować, trafię do wyjścia. – Uśmiechnęła się Bella Brae, która najwyraźniej zawsze wiedziała, co powiedzieć albo przynajmniej co chciał usłyszeć. Pieprzony, chodzący ideał. – Jeżeli to pilne, profesor Carrow nie powinien czekać.
Wychodząc, Snape rzucił ostatnie spojrzenie na Bellę Brae, a później (zupełnie inne) na Alecto. Nieświadomie skurczyła się pod jego wpływem, tak było zimne i nieprzyjemne. W końcu dyrektor opuścił gabinet, a dwie kobiety niespodziewanie zostały same, wsłuchując się w jego kroki na schodach. Bella Brae chciała podążyć tuż za nim, ale Carrow niespodziewanie zablokowała jej przejście.
– Przepraszam – powiedziała uprzejmie, unikając konfliktu.
Alecto pochyliła się nad nią, sycząc wściekle:
– Wiem, co próbujesz zrobić, szlamo.
Panna Buchanan udała, że nie rozumie, wciąż próbując ją wyminąć.
– Słyszysz mnie? – nie odpuszczała Carrow. – Myślisz, że w ten sposób zapewnisz sobie bezpieczeństwo? Dobre sobie! Dlaczego Snape miałby cię chronić? Za kogo ty się uważasz? Co tu robisz?
– Ja naprawdę nie rozumiem… – mówiła nieporuszona Bella Brae, ze wszystkich sił panując nad nerwami.
Ręka Alecto bez ostrzeżenia zacisnęła się na jej ramieniu i bibliotekarka w jednej chwili została pchnięta na ścianę. Carrow była tak wściekła, że omal nie wyskoczyła ze skóry.
– Nie chcę, żebyś się wokół niego kręciła, jasne? Zostaw go w spokoju, szmato, albo nie ręczę za siebie.
Oczy Belli Brae rozszerzyły się gwałtownie, ale momentalnie nad sobą zapanowała. Musiała nauczyć się wielu sztuczek, żeby przeżyć w trudnych warunkach. Umiejętność dopasowywania się do sytuacji była jedną z nich. Spuściła wzrok, nie chcąc drażnić agresorki przedłużającym się kontaktem wzrokowym, po czym spokojnie odpowiedziała:
– Oczywiście, pani profesor. Nie zdawałam sobie sprawy, że robię coś niewłaściwego. Absolutnie nie chciałam pani urazić.
– I bardzo dobrze – rzuciła z satysfakcją Carrow.
– Alecto! – Z samego dołu schodów poniósł się ku nim zirytowany głos Severusa. – Gdzie jesteś? Sądziłem, że to pilna sprawa.
– Idę! – zawołała, puszczając wreszcie pannę Buchanan. – Będę cię obserwować. Jeśli coś mi się nie spodoba… – Uniosła różdżkę i przejechała nią wymownie po swojej szyi, zanim ruszyła w stronę schodów.
Bella Brae została sama. Oddychała głęboko, mocno zaciskając dłonie w pięści, aż poczuła wbijające się w skórę paznokcie. Coś jej mówiło, że Alecto Carrow – która wszystko źle zrozumiała i z jakiegoś powodu bardzo się na nią rozgniewała – nigdy nie da jej spokoju.
Tylko co mogła na to poradzić?
– Away, away, you ugly witch – szepnęła. – Go far away and let me be.
Alison Gross that lives in yon tower
The ugliest witch in the North Country
Has trysted me one day up to her bower
And many a fair speech she made to me
She stroked my head and she combed my hair
She set me down softly on her knee
Saying if you will be my lover so true
So many good things I would give to you
Away, away, you ugly witch
Go far away and let me be
I never will be your lover so true
And wish I were out of your communy
