Otaczała mnie ciepła ciemność, a gdy wciągnąłem powietrze nosem, poczułem delikatny zapach piżma.

Powoli rozchyliłem powieki, spoglądając na sylwetkę leżącą obok mnie. Gdy obraz się wyostrzył spostrzegłem, że Vlad wciąż był pogrążony we śnie. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w rytm oddechów, a uszy miał położone płasko na głowie.

Przysunąłem się bliżej i wtuliłem w jego ciepłe i miękkie futro, przymykając oczy i znów wciągając w płuca zapach jego sierści.

To poczucie bezpieczeństwa i bliskości było bezcenne.

Vlad poruszył się lekko we śnie i objął mnie jedną łapą, tak, że moja głowa znalazła się pod jego brodą. Czułem na włosach jego delikatny oddech, a kita ogona łaskotała mnie w gołe stopy.

Gdyby nie czekające nas zadanie, mógłbym tak leżeć nawet i kilka dni.

Basior opowiedział mi o czarnej klaczy i podsłuchanej rozmowie tamtych dwóch kuców, które zaprowadziły go do ukrytej podziemnej mieściny. Miałem lekki mętlik w głowie, ale głównie byłem lekko zawiedziony. Miałem nadzieję, że ten świat jest nieco bardziej przyjazny i nikt nikogo tu nie krzywdzi. Chociaż to było dość naiwne z mojej strony. Coś takiego jak idealny świat nie istnieje.

- „Istnieje, ale nie ma tam żadnej żywej i rozumnej istoty. Jedynie puste równiny, lasy i wzgórza. To jest idealny świat. Pustkowie."

- „Czyżby humor dzisiaj ci dopisywał?"

- „Powiedzmy...być może to, dlatego że niedługo zaznam nieco rozrywki. Wszak możliwe, że będzie mała bitka."

- „Oby nie..."

Vlad po jakimś czasie się obudził i ziewnął szeroko, prezentując ostre kły.

- Dzień dobry panie zły wilku. Jak się pan dzisiaj miewa?

- Żadnego złego wilka tu nie widzę – basior przeciągnął się i zeskoczył z łóżka.

Zsunąłem się w ślad za nim i strzeliłem karkiem.

- Powtórz mi proszę, ile czasu zajęła ci droga z tamtego miejsca ?

- Dwa dni. I i mówimy tu o sytuacji, gdy zatrzymywałem się jedynie na sen i polowanie.

- Jeśli ta klacz jest w tak złym stanie jak opisywałeś, ten czas może się znacząco wydłużyć. Być może, powrót zajmie nam cztery, lub nawet pięć dni.

- Damy radę – rzekł z przekonaniem w głosie Vlad.

- W to nie wątpię.

Uśmiechnąłem się kącikiem ust.

Czułem narastającą ekscytację. Nareszcie będę mógł zobaczyć, jakie efekty przyniósł trening ze Strażnikiem. Podobnie jak On, nie mogłem się już doczekać, choć, mimo że paliłem się do walki, obiecałem sobie, że sięgnę po miecz bądź rewolwer, jedynie w ostateczności.

Ubrałem się, założyłem potrzebne kabury i pochwy, po czym podszedłem do skrzynek z amunicją i otworzyłem pierwszą z brzegu, z pięcioramienną gwiazdą na wieku. Wyciągnąłem sześć łódeczek na naboje, jednak po chwili namysłu odłożyłem dwie z nich, zamiast nich biorąc dwie ze skrzynki z przekreślonym okręgiem. Sprawdziłem czy wszystkie mechanizmy w rewolwerach działają jak należy, po czym załadowałem oba amunicją paraliżująco – antymagiczną, a pozostałe łódeczki z resztą kul wsuwam do niewielkich przegródek na pasku. Obie spluwy chowam do kabur na biodrach i zabezpieczam tak, aby nie wypadły się przy gwałtownych ruchach.

Potem podchodzę do szafy i otwieram ją. Na samym dnie leży ogromny plecak w maskujących barwach khaki.

Vlad podchodzi i zagląda do szafy.

-To ten sam?

- Powiedzmy. Poprzedni został zniszczony, ale Strażnik był na tyle miły, że załatwił mi duplikat. Oczywiście bez zawartości, lecz większość najważniejszych rzeczy miałem przy sobie cały czas.

-"Oprócz księgi..."

Przez chwilę gmerałem przy paskach mocujących, po czym odczepiłem od głównego plecaka mniejszy, który zwykle nazywałem guzem. Był przeznaczony na kilkudniowe wypady, gdy np. bezpieczniej zostawić dobytek w jakimś bezpiecznym miejscu i zabrać ze sobą jedynie żywność.

Podszedłem do komody i otworzyłem szufladę na samym dole, gdzie znajdowały się długoterminowe racje żywnościowe. Zapakowałem do plecaka kilkanaście konserw, wybierając w większości dania wegetariańskie, mając na uwadze fakt, że kucyki nie jedzą mięsa. Dla siebie spakowałem trzy konserwy z mięsem. Nie potrzebuję wiele, a w razie potrzeby zapoluję na jakieś świeże mięso z Vladem.

Do plecaka wkładam także manierkę wypełnioną po brzegi wodą ze źródła, które znalazłem tego dnia. Zasuwam zamek i zarzucam plecak na ramię, po czym podchodzę do wieszaka.

Przez chwilę zastanawiam się czy w ogóle brać którykolwiek z mieczy, ale wolę mieć, co najmniej jeden z nich przy sobie. Co do pistoletów, to są przydatne, ale robią dużo hałasu, a kiedy zabraknie amunicji stają się tylko bezużytecznym kawałkiem metalu, którego co prawda można użyć, jako obucha, ale ma to bardzo mały zasięg i istnieje ryzyko uszkodzenia któregoś z elementów mechanizmu spustowego, lub bębna nabojowego.

A miecz – nawet stępiony – jest bronią, którą nie potrzebuje niczego żeby spełniała swoją rolę.

No, prawie niczego.

Przez chwilę wpatrywałem się w dwie klingi, ale w końcu sięgnąłem po tą w barwie zaschniętej krwi.

Na pochwie, cienkimi, smukłymi literami widniało imię miecza.

„Agonia"

Przymocowałem pochwę z klingą do uprzęży i odwróciłem się do Vlada.

- Ruszajmy.

Basior przez chwile patrzył się na mnie z nieodgadnionym wyrazem pyska, po czym minął mnie i wyszedł z pokoju. Ruszyłem za nim, zamykając za sobą drzwi i poprawiając paski plecaka na ramionach, oraz pochwę z Agonią.

Wyszliśmy na trawiastą łąkę przed zamkiem, gdzie Vlad na chwilę się zatrzymał i wciągnął powietrze. Przez chwilę węszył, a potem obrócił łeb w moją stronę i uśmiechnął się lekko.

- Postaraj się nadążyć mały – po tych słowach zerwał się do biegu szybko oddalając się w stronę skraju lasu.

- I ty niby nie jesteś złym wilkiem?! – zaśmiałem się ruszając biegiem za nim – Ja mam nasze zapasy i broń, a ty nie masz nic.

Basior nie odpowiada, a po kilku chwilach znika między drzewami.

Kilka sekund później również wbiegam między konary.

-''-

W tym samym czasie, w pokoju Księżniczki Celestii

Opowiedziałam Tii o tym, co zobaczyłam we śnie Chrisa. Kiedy o tym mówiłam znów miałam w oczach łzy, i ponownie widziałam rany na jego ręce, z których sączyła się szkarłatna krew, spływająca po ręce i skapująca na mokrą trawę.

- Nie wiem ile czasu to trwało, ale... – nie dokończyłam milknąc na chwilę by otrzeć kilka łez z policzków – Wspominał, że udało mu się znaleźć dwójkę przyjaznych osób, które mu pomagały. To dzięki nim udało mu się z powodzeniem przygotować wszystko do swojej ucieczki.

- Przynajmniej tyle dobrego go spotkało – powiedziała cicho Tia – Wspominał o czymś jeszcze?

„Sama mi to powiedziałaś. Dokładnie w tym samym miejscu, sześć lat temu"

Wspomnienie słów chłopca przemknęło przez głowę Luny.

Pokręciłam przecząco głową.

-„Muszę dowiedzieć się czegoś więcej. Na razie nie mogę jej o tym powiedzieć"

- To całe cierpienie...przez to, że potrafi posługiwać się magią? - Tia zacisnęła zęby – Przecież to przeczy wszelkim prawom natury. Jak bardzo trzeba być zepsutym żeby coś takiego robić?

- Wątpię, że chciałybyście to wiedzieć – cichy głos dobiegł ze spowitego mrokiem rogu komnaty.

Gwałtownie obróciłyśmy się w tamtą stronę.

Rozległ się odgłos kroków na kamiennej podłodze, a po kilku sekundach z mroku wyszedł jakiś wysoki mężczyzna. Miał brązowe włosy splecione z tyłu głowy w gruby warkocz, brązową, elegancko przystrzyżoną brodę sięgającą do podstawy szyi. Ubrany był w złoty napierśnik założony na tunikę, przewiązany szarfą w barwie szkarłatu, sandały oraz nagolenniki.

Jego szare oczy wpatrywały się ze spokojem w obie księżniczki.

- Kim jesteś i jak się tu dostałeś?! – Celestia wysunęła się przede mnie i zmierzyła nieznajomego wrogim spojrzeniem ocierając łzy.

- Spokojnie – mężczyzna uniósł prawą dłoń w uspokajającym geście – Nie mam wrogich zamiarów.

- Kim jesteś? – powtórzyła Celestia, a jej róg zaczął sypać iskrami.

Mężczyzna westchnął ciężko i oparł dłoń na biodrze.

- Jestem nauczycielem Chrisa. To ja go wyszkoliłem i pomogłem się tu dostać

Spojrzałyśmy na siebie z siostrą, a potem ponownie skupiłyśmy wzrok na nieznajomym.

- Dlaczego miałybyśmy ci uwierzyć?

Mężczyzna wbił we mnie spojrzenie szarych oczu.

- Masz za prawym uchem małą bliznę. Zdobyłaś ją gdy byłaś jeszcze małą klaczką, po wpadnięciu w ciernisty krzak.

Otworzyłam szeroko oczy i już miałam jak głupia zapytać skąd wie, ale mnie uprzedził.

- Tak, wiem to od Chrisa.

-''-

- Ile jeszcze do zachodu słońca?

Spojrzałem w bladoróżowe niebo.

- Niecałe dwie godziny.

Rozbiliśmy obozowisko około pięć kilometrów od wejścia do podziemnego miasta. Nie rozpalałem ognia, bo dym mógłby zdradzić naszą pozycję, a jego zapach unosiłby się w powietrzu jeszcze wiele godzin po wygaszeniu ogniska.

Podróż zajęła nam dwa dni, tak jak przewidywał Vlad. Na szczęście nie natknęliśmy się po drodze na żadne problemy i miałem nadzieję, że tak samo będzie podczas powrotu.

Siedzieliśmy pod rozłożystym dębem, i odpoczywaliśmy. Świat wokół nas powoli zbierał się do snu, aby nabrać sił na następny dzień.

Natomiast dla nas był to czas działania.

Wyciągnąłem Agonię z pochwy i dokładnie przyjrzałem się całemu ostrzu. Nie było na nim żadnych rys, ani śladów rdzy, a metal delikatnie odbijał światło czerwonego słońca, które już w połowie skryło się za kołdrą horyzontu.

-„Obym nie musiał po niego sięgać..."

Schowałem miecz do pochwy i wyciągnąłem rewolwery

Rozłożyłem je i sprawdziłem stan poszczególnych części. Wszystko było w porządku, więc schowałem klamkę do kabury. Co prawda robiłem to w zamku, ale wolę się upewnić że mój oręż jest w jak najlepszym stanie.

- Vlad...pamiętasz dzień, w którym się rozdzieliliśmy? Ja ruszyłem do portalu w górach, a ty do swojego rodzinnego lasu.

- Pamiętam. Do czego zmierzasz?

- Kiedy uciekliśmy z laboratorium myślałem, że jesteśmy jedynymi, którzy tam byli.

Podniosłem się i obróciłem do wilka plecami. Najpierw ściągnąłem płaszcz i pozwoliłem mu opaść na ziemię.

- Myliłem się, i tego dnia gdy się rozdzieliliśmy, szybko się o tym przekonałem – podwinąłem koszulkę odsłaniając plecy oraz tors, a kiedy to zrobiłem usłyszałem jak Vlad bierze głęboki wdech.

- Co...co ci to zrobiło?

- Nie mam pojęcia. Nie miałem okazji żeby przyjrzeć się temu czemuś dokładniej. Wiem jedynie, że było ogromne, nadludzko silne i mimo swoich rozmiarów, dość szybkie.

Poczułem jak Vlad delikatnie przesuwa łapą po śladach pazurów na moich plecach. Obróciłem się do niego i zobaczyłem przerażenie w jego oczach.

- Jak udało ci się uciec?

-Udało mi się na chwilę odstraszyć go falą ognia, a potem uciekałem, aż nie dotarłem do jaskini, w której był portal. Na szczęście znałem trasę na pamięć, ale i tak kilka minut zajęło mi znalezienie wejścia, a przez cały ten czas czułem jego oddech na plecach.

- To...wtedy straciłeś plecak?

Kiwnąłem głową.

- Początkowo myślałem, że to naprawdę duży niedźwiedź, więc rzuciłem plecak, żeby zapach jedzenia go odciągnął, ale szybko rozwiał moje wątpliwości. Złapał mnie za prawe ramię i rzucił o drzewo z taką siłą, że wyrwał mi rękę ze stawu, a gdy uderzyłem w pień złamałem cztery żebra. Kiedy próbowałem uciec, przejechał mi po plecach pazurami, a potem wygryzł kawał mięsa z barku. Dopiero po użyciu ognia na chwilę się wycofał.

Vlad przełknął ślinę.

- Zanim znalazłem się w Zawieszeniu, straciłem chyba z litr krwi i niechybnie straciłbym więcej, gdyby Strażnik mnie nie opatrzył. Nie pamiętam jednak z tego kompletnie nic. Straciłem wtedy przytomność na ponad pół dnia.

Spojrzałem basiorowi w oczy.

- Czy w jaskini z portalem czułeś jakikolwiek zapach oprócz mojego?

Po kilku, pełnych napięcia sekundach, Vlad powoli skinął łbem.

- Myślisz...że to coś może tu być?

- Podejrzewam, że tak...jednak nie daje mi spokoju fakt, że nie pojawił się w Zawieszeniu. A jeśli naprawdę tu jest...

Zacisnąłem pięść i zadrżałem na wspomnienie tamtego wydarzenia. Byłem teraz o wiele silniejszy, jednak z czymś takim panicznie bałem się walczyć. To coś było dzikie, nieokiełznane i ewidentnie żądne mojej krwi.

W tym pojedynku to ja byłem ofiarą, a On łowcą.

-"Gdybyś się nie osłabił...pokonałbyś to coś tak łatwo, jak kiwasz palcem, ale...cóż...teraz cierp..."