.
Rozdział 7
Łamigłówki spacerują na dwóch nogach
.
Harry - udając nadmierną pewność siebie - założył dłonie za plecy i przechylił głowę, taksując spojrzeniem popielate, ścięte do brody włosy kobiety towarzyszącej Snape'owi, który nakładając czary prywatności na swoje drzwi, wyglądał, jakby lada moment miał wyjść z siebie.
— Gorszy dzień? — zapytał Harry, podchodząc do niewysokiej kobiety i całując ją przelotnie w policzek.
— Gorszy miesiąc — mruknęła, po czym odetchnęła głęboko i wzruszyła ramionami, uśmiechając się dosyć kwaśno — ale nie o tym przyszłam rozmawiać. — Odgarnęła za ucho pasmo mysich włosów. — Mam wam do przekazania meldunki od Dumbledore'a.
— Byle szybko — warknął Snape, kończąc nakładanie barier na obręb gabinetu i odwrócił się z powiewem szaty, mrużąc oczy w niemej frustracji. — Nie mam dla ciebie całego dnia, Nimfadoro. — Wykrzywił paskudnie chude wargi, kiedy Tonks obruszyła się, przygryzając wargę, jakby powstrzymywała się od wszczęcia kłótni i łypnął spode łba w kierunku marszczącego brwi Harry'ego. — I wciąż nie rozumiem, dlaczego do dostarczenia mi jakiegokolwiek przekazu potrzebny jest Potter.
Harry przeniósł spojrzenie na Dorę, która zaczerpnęła głęboko tchu - jak przed skokiem na głęboką wodę - i powoli wypuściła powietrze, odwracając się ku niemu z szelestem peleryny. Uniósł pytająco brwi, a Tonks - z wyraźnym trudem ignorując przytyk Snape'a - zwróciła się bezpośrednio do niego.
— Dumbledore ma dla ciebie zadanie — oznajmiła i Harry przez moment poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku; nie musiał odnajdywać wzrokiem lustra, by wiedzieć, że jego twarz stężała, a źrenice osiągnęły rozmiar latających talerzy.
— Zadanie? — powtórzył; w jego głosie ostrożność mieszała się ze źle tłumionym zaciekawieniem.
— Tak, my... — Tonks rozejrzała się po gabinecie, marszcząc dziwacznie nos. — Może usiądziemy?
Z gardła Snape'a wyrwał się zniecierpliwiony warkot (Harry - kiedy nie wywołało to u niego natychmiastowego pragnienia opuszczenia gabinetu - doszedł do wniosku, że powoli zaczyna się do tego przyzwyczajać).
— A może przejdziemy do konkretów? — fuknął Snape, mrużąc oczy, nie czyniąc żadnych starań, by wskazać swoim gościom krzesła; oparł się wygodniej biodrem o krawędź blatu i skrzyżował wymownie ramiona na piersi. Wąska brew podjechała wysoko na czoło, kiedy Tonks prychnęła w zburzeniu; jej mysie włosy powoli zaczęły zabarwiać się na ostry pomarańcz - przypominało to trochę spływającą, niezaschniętą farbę, którą ktoś wylał całym kubłem na czubek jej głowy.
— Każdego traktujesz tak niebywale gościnnie? — warknęła Tonks, podpierając rękami biodra, wyglądając, jakby zamierzała się kłócić o konieczność zwracania się do niej z większą uprzejmością. — Czy może...? — Harry, uprzedzając zdarzenia, tłumiąc ciężkie westchnienie, położył dłoń na jej szczupłym ramieniu, na co Tonks skrzywiła się, jakby przełknęła kwasek cytrynowy, ale umilkła, zamykając buzię z cichym kłapnięciem zębów o zęby.
— Daj spokój, Dora — uspokoił ją Harry, spojrzawszy zza jej ramienia na wygiętą w kwaśnym grymasie twarz Snape'a; ścisnął lekko jej ramię — chyba nie rozmawiasz z nim pierwszy raz w życiu, co?
Przez krótką chwilę Snape wyglądał tak, jakby powstrzymywał chęć przewrócenia oczami - zamiast tego rzucił sceptyczne, chłodne spojrzenie niczemu winnej półce na książki.
Tonks odetchnęła głęboko i przetarła palcami skroń, jakby ta ją piekła.
— Będziecie tu mieli nowego nauczyciela Transmutacji — oznajmiła, opuszczając dłoń i spoglądając spod zmarszczonych brwi na Harry'ego. — Niejakiego Josepha Hughesa. Moody jeszcze nie skończył go sprawdzać, ale wstępnie podejrzewamy, że to wtyka.
Snape wyprostował się, ściągając ramiona.
— Czarnego Pana? — zapytał tak cichym głosem, że Harry ledwo go usłyszał.
Chciał uwolnić spod otoczki spokoju swój cynizm i oznajmić, że tylko tego brakowało mu do szczęścia, chciał zazgrzytać zębami i zapytać Tonks, dlaczego właściwie mówi mu to wszystko, chciał odwrócić się i trzasnąć drzwiami, oznajmiając, że nie będzie się narażał, paradując po szkole z tak znaczącą informacją za pasem, kiedy w zamku ma pojawić się szpieg Voldemorta, ale nic nie powiedział, zaciskając zęby i odwracając wzrok ku ścianie.
Tonks spojrzała na Snape'a nieomal przepraszająco i przez krótką chwilę Harry miał naprawdę wielką ochotę zatkać uszy, żeby nie słyszeć.
— W tym rzecz, że nie wiemy — powiedziała na wydechu; Harry przygryzł boleśnie dolną wargę, kiedy zduszał przekleństwo cisnące mu się na usta. — Równie dobrze może być to szpic ministerstwa. — Pokręciła głową, a mysie kosmyki uderzyły o jej policzki. — Tak czy inaczej jest to ktoś wybitnie niepożądany, tyle wiemy, i Harry... — zawahała się, mnąc mankiet szaty w dłoni; Harry odetchnął głęboko i odwrócił się ku niej, mając nadzieję, że żadna z jego głębokich obaw nie odbija się jak refleks na jego twarzy. — Dumbledore chce, żebyś się do niego zbliżył. — Zamknął oczy, ale to nie uchroniło go przed płynącymi do niego słowami. — Mówi, że musisz wkraść się w jego łaski i go wybadać. Sprawdzić, z kim utrzymuje kontakty, meldować o każdym podejrzanym zachowaniu, które u niego zaobserwujesz, dyskretnie rozejrzeć się po jego gabinecie. Sprawdzić jego prawdziwe intencje. I wybacz mi, Snape, ale mam ci przekazać, żebyś był ostrożny, nie wzbudzał żadnych podejrzeń i przede wszystkim nie węszył na własną rękę wokół Hughesa. Jeśli to nie minister, a Voldemort go przysłał, ten człowiek może mu na ciebie notorycznie donosić. Bądźcie ostrożni.
-VVV-
Palce były zimne, silne i wzmocniły uścisk na jego nadgarstku, gdy tylko spróbował się im wyrwać.
— Potter! — Głos był lodowaty; Harry drgnął na samo jego brzmienie.
— Nie, profesorze — wyrzucił z siebie jak powietrze, unosząc głowę i zaglądając prosto w czarne, płonące jak stal oczy. — Wiem, o co chce pan zapytać i odpowiedź brzmi: „nie". — Jego nerwy wisiały na włosku. Chuda dłoń raz jeszcze szarpnęła jego nadgarstkiem - towarzyszyło temu ukłucie bólu przenikające aż do kości, trochę jak strzała przeszywająca gorące ciało. — Na słodką Morganę — zawołał Harry. — Niechże pan wejdzie do mojego umysłu i się przekona. Proszę, panie profesorze. — W jego tony uderzyła desperacka nuta. — Dumbledore nigdy, przenigdy nie kazał mi szpiegować pana. Dumbledore panu ufa, a gdyby... na miłość boską, proszę puścić, to boli!
Żelazny uchwyt zelżał, a Harry zaczerpnął chwiejnie powietrze przez nos i zamknął oczy, licząc w myślach do trzech, starając się odnaleźć zagubiony gdzieś spokój.
— Dumbledore panu ufa — powtórzył ciężko, mając wrażenie, że kilogramowy ciężar osiada mu na klatce piersiowej; nie otwierając oczu, wypuścił chwiejnie powietrze z płuc — i mnie także. — Pokiwał głową, czując, jak przydługie kosmyki łaskoczą go w policzki. — Rozumiem, dlaczego pan tak pomyślał - że Dumbledore i pana kazał mi obserwować, ale, przyrzekam panu, jestem tym przeklętym, przekazanym przez Dorę zadaniem równie zaskoczony, co pan. — Uchylił powieki, natrafiając spojrzeniem wprost na dziwnie puste, czarne oczy wpatrzone nietreściwie w jego twarz - nie było w nich emocji, które jeszcze chwilę temu szarpały tym szczupłym ciałem; ugodziło go to bardziej, niż zaciśnięta na nadgarstku dłoń. Coś nieprzyjemnie ciężkiego przydusiło mu gardło i Harry poczuł ostre ukłucie łez w czaszce, którym za nic w świecie nie pozwoliłby się ujawnić. Pokręcił głową, szukając na ziemistej twarzy jakichkolwiek śladów emocji i nic nie znajdując. — Niech mnie pan od siebie nie odsuwa — poprosił słabo, trzęsącym się głosem — błagam pana.
Snape nic nie powiedział; jego oczy przyglądały mu się bez grama emocji.
— Potrzebuje pan dowodu? — zapytał Harry, obserwując go rozbieganym spojrzeniem, obawiając się, że lada chwila stojący przed nim mężczyzna odwróci się do niego plecami. — Proszę, a oto i dowód: Dumbledore nie ma pojęcia, że poszedłem do Vol... do Czarnego Pana. Gdyby to wiedział, w życiu by na to nie pozwolił, nie puściłby mnie, prędzej trzymałby mnie pod kluczem, niż...
— Wystarczy — powiedział cicho Snape, unosząc rozkazująco dłoń, a Harry umilkł, nie przestając lawirować wzrokiem po jego ziemistej twarzy. — Rób, co uważasz za stosowne. Nie mam najmniejszego zamiaru się do tego mieszać. I wynoś się z mojego gabinetu.
— Ale... — pokręcił niedowierzająco głową Harry; jego oczy stanęły w słup. — Panie profesorze, ja...
— Nie słyszałeś? — wysyczał Snape, mrużąc oczy i obchodząc biurko, jakby sugerował, że nie mają sobie już nic więcej do powiedzenia; ciążące na zielonych oczach spojrzenie było kategoryczne. — Wynoś się.
Harry - czując, jak nogi trzęsą się pod nim jak zrobione z waty - zacisnął mocno zęby i wymaszerował z gabinetu z sercem pod gardłem i krwią zamarzniętą w żyłach, zastanawiając się, co powinien zrobić, żeby zrehabilitować się przed Snape'em i czy to w ogóle jest jeszcze możliwe.
-VVV-
Oczywiście, że węszył wokół Snape'a - kto by tego nie robił, jeśli zyskałby taką sposobność? Kopał w jego przeszłości, wciągał go w rozmowy, zagadywał, drążył, siedział mu na karku, wykuwając otwór w jego duszy, ale - na litość Merlina - nie robił tego na czyjeś polecenie. Ten człowiek obrósł tajemnicami, ociekał nimi, żył z nimi w symbiozie, jakby przynosiły mu one solidne korzyści, nie szkodząc ich zatajaniu. Był burzą osobliwych wspomnień, kopalnią poruszających informacji, ale ta burza szalała pod kloszem, a choćby i biły w nią pioruny, a wewnątrz trzaskały grzmoty, nie pozwoliłby wydostać się im spod przykrycia chłodu, cynizmu i zdyscyplinowania. Był interesujący w swojej niepowierzchowności.
To zabawne — myślał Harry, przecierając palcami opuszczone powieki — być Śmierciożercą, którego twarz wszyscy znają, którego imię wszyscy znają, do którego uśmiechają się przy stole prezydialnym w Wielkiej Sali grube szychy Hogwartu z grzecznym, uprzejmym zapytaniem: „Podasz mi, proszę, herbatniki?".
I czy naprawdę potrafił ocenić, po czyjej stronie stoi Severus Snape w tej trwającej już zdecydowanie zbyt długo wojnie?
— Odpowiadam jedynie przed panem, dyrektorze — twierdził tym swoim aksamitnym głosem, przewiercającym człowieka do żywego, spoglądając prosto w błękitne oczy Albusa Dumbledore'a nad filiżanką parującego Earl Greya. — Służę tylko tobie, mój Panie — szeptał, całując rąbek czarnej jak smoła szaty górującego nad nim Voldemorta. — Jestem po twojej cholernej stronie, idioto — warczał, szarpiąc Harry'ego za kołnierz, mówiąc z takim zapamiętaniem, jakby nie liczyło się nic, poza tym i Harry, choć próbował, starał się i wysilał myśli, nie był pewien, które z tych trzech przeciwstawnych sobie obietnic, zawierało w sobie bodaj miligramy prawdy.
-VVV-
— Czy naprawdę pan uważa, panie profesorze — zapytał go później przyciszonym głosem, mijając go na pustym, zamkowym korytarzu — że ktoś taki jak ja byłby w stanie zdefiniować kogoś takiego jak pan?
Snape wyminął go z łopotem szaty, nie spoglądając na niego nawet przelotnie, jakby mijał powietrze. I Harry - choć przeklinał się za to w myślach - poczuł tępe ukłucie niedocenienia, drążącego w jego nerwach jak termity.
-VVV-
Niedocenienie - piekące uczucie, groźne, jeśli się przyjrzeć uważniej - trochę jak piedestał, do którego się dąży, a który pozostaje poza zasięgiem twoich możliwości - fatalne w skutkach. Szczególnie gdy pada ci na łeb i na szyję od osoby, na której opinii ci zależy, z którą się liczysz i uznajesz za kompetentną.
I Harry - zaciskając zęby i składając palce w pięści - obiecywał sobie w myślach, że jeszcze udowodni przed Snape'em swoją wartość, pokaże mu, na co go stać, wyjdzie z siebie, aby omotać sobie nowego profesora Transmutacji wokół palca. Niech Snape na własne oczy zobaczy zakres jego możliwości i przekona się, że nigdy nie próbował udoskonalić ich na nim.
-VVV-
Snape go cenił - może nawet za wysoko. Przekonanie, że byłby w stanie śledzić jego poczynania, że byłby w stanie na niego donosić Zakonowi Feniksa, że byłby w stanie wyciągnąć z niego coś, czego nie zdołałby dowiedzieć się nikt inny, było na to niezbitym dowodem.
Nosił w sobie wiele tajemnic - Harry był o tym święcie przekonany - ale co takiego sprawiło, że w Snape'ie zakwitło mniemanie, że to właśnie on, ze wszystkich ludzi na świecie, byłby zdolny wywlec którąkolwiek z nich na światło dzienne? Chodziło tylko o stalową pewność Dumbledore'a i zadanie, które ten mu powierzył? A może tkwiło w tym coś jeszcze, coś, czego nie można było dostrzec, patrząc powierzchownie, coś nieoczywistego i zawiłego?
— Kopanie w sekretach to niebezpieczne zajęcie — powiedział mu Snape pewnego wieczora, przyglądając mu się znad sprawdzanych esejów drugoroczniaków. — Nigdy nie wiesz, co wypłynie z ciemności na światło dzienne. Nigdy nie wiesz, jak zareagują ci, w których intencji leży to, aby do tego nie dopuścić.
Harry zapatrzył się na niego znad szorowanego kociołka, a jego szczęka opadła niemalże do samej ziemi.
— Chyba mi pan nie wygraża, profesorze? — zapytał cicho, a Snape uśmiechnął się miękko i odłożył pióro do flakonu z atramentem.
— A pan, panie Potter — odezwał się aksamitnym głosem, przechylając na bok głowę — chyba nie testuje mojej wierności Zakonowi Feniksa?
Harry zacisnął zęby, dochodząc do wniosku, że nie zamierza wykłócać się o absolutne oczywistości i nie nosząc się z myślą kontynuowania tej nonsensownej konfrontacji ze Snape'em, spuścił wzrok.
-VVV-
Nienawidził świateł reflektorów. Migających fleszy, których rozbłyski raziły go w oczy, zapętlających się, nakładających na siebie krzyków reporterów i żerowania na sensacji. Nienawidził nadmiernej uwagi skierowanej w jego stronę, spojrzeń kontrolujących każdy jego ruch, każde skinienie palców, nienawidził szeptów szemrzących za jego plecami i milknących, gdy tylko się odwracał.
Ron mówił: „Powinieneś już do tego nawyknąć", mówił: „Nie rozumiem, dlaczego tak ci to przeszkadza", mówił: „Przecież tak było zawsze", a Harry miał ochotę warknąć wściekle i zripostować: „To, że tak było zawsze, nie oznacza jeszcze, że do tego przywykłem", ale się nie odzywał, nie dlatego, że nie chciał, a dlatego, że szczerze wątpił, że zostanie przez Rona zrozumiany.
Pamiętał, jak pierwszy raz zauważył, że jest kimś ważnym. Grono nieznanych mu czarodziejów potrząsających jego dłoń, słowa podziwu, słowa uznania, których nie potrafił zrozumieć, których przyczyna była dla niego niejasna, lustrujące go od stóp do głów, ciekawskie spojrzenia, odwracające się za nim głowy i jego imię brzęczące w obcych ustach, brzmiące niedorzecznie i jakoś koślawo.
I kiedy szedł, przez Wielką Salę, a setki oczu sunęły za nim jak cienie, miał ochotę rozejrzeć się wokół i zawołać: „Na co patrzycie?" i dodać trochę mniej pewnie: „Jestem Harry. Tylko Harry", patrząc, jak jego słowa rozbijają się o wścibstwo innych, sypiąc się na posadzkę jak mak.
-VVV-
Siedział na peronie pod otwartym niebem na dworcu w Hogsmeade, na pomazanej koślawym graffiti ławce, z której zepchnął miękkie, chłodne pod jego palcami pokłady śniegu i nie zważywszy na mroźne powiewy wiatru, czytał październikowe wydanie Proroka Codziennego. Szukał informacji o działaniach Śmierciorzerców - i nie znajdywał ich. Próbował czytać między wierszami, wgłębiał się w zawiłe artykuły traktujące o polityce, sprawdzał przypisy u dołu nadrukowanych stron - i bez względu na to, jak bardzo się starał, nie był w stanie znaleźć powiązania z przyszłymi planami Voldemorta choćby w najmniejszej linijce tekstu.
Obłoki jego oddechu mgliły się wokół jego głowy, rozmywając się jak ślad pędzla na zroszonym wodą pergaminie.
Opuścił dłonie trzymające gazetę i odchylił głowę do tyłu, wystawiając twarz na działanie chłodnych powiewów wiatru, mierzwiących jego włosy.
Było coś niepokojącego w siedzeniu na peronie, na którym nie było pociągu, do którego mógłby wsiąść.
-VVV-
— Są dwa stopnie mrozu, wiesz? — rozbrzmiał nad jego głową nieznany mu baryton, a Harry wiedział, do kogo należał ten głos, zanim jeszcze podniósł wzrok, przyglądając się górującej nad nim sylwetce.
— I to właśnie tłumaczy, dlaczego stoi pan tu z rozpiętą peleryną podróżną.
Stojący przed nim mężczyzna był wysoki, szczupły i rzucał podłużny, drżący cień na jego twarz. Odłożył kufer na peron, nie zważając na to, że tym samym wciska go w centymetrową warstwę śniegu, po czym wyciągnął do Harry'ego dłoń.
— Hughes — oznajmił mężczyzna, uśmiechając się - jak zauważył Harry - z czymś tak szczerym ukrytym w kącikach oczu, że jego twarz aż krzyczała beztroską. — Zdaje się, że będę twoim nowym profesorem.
Harry uśmiechnął się samymi kącikami warg i wstał, odkładając gazetę na ławkę; uchwycił w silny uścisk dłoni ofiarowaną mu rękę.
— Harry Potter — powiedział z błyskiem w źrenicy, spoglądając prosto w przyglądające mu się, niebieskie, chłodne oczy — ale o tym doskonale pan wie, profesorze Hughes, nieprawdaż?
Nowy profesor - co nie umknęło uwadze Harry'ego - przytrzymał jego dłoń nieco dłużej, niż to było konieczne, ale Harry nie okazał po sobie, że w ogóle to zauważył. Zamiast tego skinął serdecznie głową.
— Skoro już tu jestem — zaoferował, schylając z szacunkiem głowę — to może pomogę panu z kuframi, panie profesorze?
Hughes przechylił głowę, przyglądając mu się zza długich rzęs, jakby próbował go określić, a Harry ze spokojem zatrzymał wyraz uprzejmego zainteresowania na swojej twarzy.
Harry zastanawiał się, czy stojący człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że już zaczął poszukiwać asa, którego ten mógłby, choć nie musiał, chować w rękawie.
Hughes - brzmiąc z nienaganną uprzejmością - przyjął ofertę pomocy, złapał uchwyt jednego z kufrów i ruszył w dół peronu, a jego podeszwy zostawiały płytkie ślady na puchowej warstewce przysłaniającego świat śniegu.
-VVV-
— Z daleka pan przybywa? — zapytał Harry, idąc obok nowego profesora Transmutacji po żwirowej ścieżce, którą zwykle przejeżdżały pełne uczniów powozy, szurające rzeźbionymi kołami po podłożu, wzbijające tumany pyłu, które wirowały w powietrzu jak pajęczyny w babie lato.
— Z Londynu — powiedział, zerkając na Harry'ego kątem oka, Hughes, a Harry pomyślał o Islington i szarych, błyszczących psotnie oczach Syriusza, o rozsuwających się jak kurtyna ścianach kamienic, o przykrytych mgłą kurzu oknach i poobtłukiwanych, ciężkich drzwiach.
— Z Londynu — powtórzył Harry z posępnym westchnieniem i pokręcił głową. — Przez całe lato tęskniłem za Hogwartem, za Szkocją, za spokojnym jeziorem i Zakazanym Lasem, które tętnią życiem. Za zamkowymi korytarzami i meczami quidditcha. — Wzruszył ramionami. — A jednak teraz, kiedy już tu jestem, przyłapuję się na chwilach, w których mam ochotę spakować swój kufer i odejść — przyznał Harry i uśmiechnął się bez wesołości do nowego profesora. — Wszystko się tutaj zmieniło, zamek zdaje się mniej tajemniczy, niż zawsze, a po korytarzach robi przemarsz Wielka Inikwizytor, ograniczająca wolność i swobodę uczniów swoimi Dekretami Edukacyjnymi, którymi zaczęła zaśmiecać zewnętrzną ścianę Wielkiej Sali. — Harry spojrzał oczami godnymi niewiniątka na słuchającego go uważnie czarodzieja, pozwalającego mu wprowadzić się w obecne realia uczelni. — Ostatni z nich zakazuje nauczycielom udzielania uczniom jakichkolwiek informacji, które nie są ściśle związane z przedmiotami, za które pobierają wynagrodzenie, wobec czego obawiam się, że pańska odpowiedź była niezgodna z obowiązującymi tutaj zasadami.
Hughes uniósł wysoko brwi, a Harry - zdając sobie sprawę z tego, że mocno się spoufala - puścił mu oko i wskazał dłonią otwartą bramę, prowadzącą na szkolne, rozległe błonia.
— Zapraszam — oznajmił i kurtuazyjnie skinął głową, przepuszczając nowego nauczyciela w wysokim, żelaznym przejściu.
-VVV-
— Tak właściwie, to co pan robił sam na peronie, panie Potter, i to w tak mroźny dzień?
— Lubię stacje kolejowe. Widok długich peronów i biegnących za horyzonty torów. Lubię wykute w kamieniu ławki i zapach stali. To takie niezwykłe, że w miejscu, które w mugolskim Londynie byłoby tłumnie oblegane, tutaj - w Szkocji - panuje taki spokój i cisza. Czasami mogę tam odpocząć od zgiełku Hogwartu, z dużą szansą na to, że nikt nie będzie mnie tam szukał.
-VVV-
Widział zainteresowanie wieńczące jego twarz, ale widział także zmarszczone brwi i ukradkowe zerknięcia. I nie był przekonany, czy to, co widzi w jego oczach, jest podejrzliwością czy oznaką, że gruba ryba pochwyciła swój haczyk.
— Do kogo powinienem się zgłosić? — zapytał nowy profesor, kiedy wprowadził go po schodach zmierzających do Wielkiej Sali, a Harry obejrzał się na niego, przechylając głowę i przeciągając wzrokiem po jego twarzy.
— Zdaje się, że do Wielkiej Inikwizytor, panie profesorze — powiedział cicho, przyglądając mu się. — Jeśli mogę wyrazić własne zdanie... — zawiesił znacząco głos i poczekał, aż mężczyzna - ponownie unosząc brwi - gestem wskaże mu, by kontynuował. — Zmarnuje pan swój czas w tych murach — ściszył głos do konspiracyjnego szeptu — a osoba, która obecnie kieruje szkołą, zrobi wszystko, aby uwiązać pana na krótkiej smyczy, nakładając na pana, jak to zrobiła w przypadku pozostałych profesorów, ograniczenia, które się panu nie spodobają.
Hughes pokiwał powoli głową; na jego czole wykwitły delikatne, płytkie zmarszczki - a potem zastąpił Harry'emu drogę, stając na stopniu ponad nim, spoglądając na niego z góry swoimi zimnymi, głęboko niebieskimi oczyma.
— Nie wiem, jakie odniósł pan pierwsze wrażenie po spotkaniu mnie na peronie — powiedział powoli, jakby upewniał się, że do Harry'ego dotrze każde słowo wypowiedziane z namaszczeniem, a Harry przydusił swoje instynktowne reakcje, aby nie unieść brwi albo nie zmrużyć podejrzliwie oczu; niebieskooki wzrok skakał między jego zielonymi oczami, długie rzęsy rzucały przeciągłe cienie na jego chude policzki — ale nie pozwolę zamknąć się pomiędzy barierami, których nie byłbym w stanie naruszyć — oznajmił, zniżając głos do szeptu, a potem uśmiechnął się łagodnie, odebrał od Harry'ego swój kufer i odwrócił się, pozostawiając Harry'ego na schodach z pustką w dłoni i mętlikiem w głowie.
-VVV-
Harry spędził cały wieczór przy niezgrabnym stoliku w bibliotece, powtarzając materiał z podstawy programowej dla piątego roku, mając zamiar zaimponować swoją wiedzą z Transmutacji nowemu profesorowi. Zamierzał go poznać, okazać podziw jego wiedzą, przebadać jego zainteresowania, spojrzeć na niego z tajemnicą w oczach i powiedzieć: „proszę nie starać się mnie rozpracować, nie uda się panu". Podsunąć mu pomysł pod sam nos, pokierować jego zainteresowaniem, żonglując zręcznie kurtuazją.
Wiedza wchodziła mu do głowy z oporem, ale czytał rozdział za rozdziałem, co jakiś czas posiłkując się inną pozycją, dopóki pani Pince nie wyrzuciła go z biblioteki, poganiając go opasłym tomem „Historii Hogwartu".
I Harry rozpracowywał dokładne znaczenia definicji, o których słyszał wielokrotnie i wkuwał określenia przypisane poszczególnym rodzajom transfiguracji materii, które nic mu nie mówiły. Powtarzał formuły zaklęć, które kiedyś wydały mu się nieistotne i robił notatki z „Poradnika przemiany magicznej", skupiając się na opisach różnorodnych modyfikacji rzeczy nieożywionych i ożywionych i poprawnej artykulacji poszczególnych inkantacji, póki litery nie zaczęły mu się rozmazywać przed oczami.
Idąc przez zalane poświatą księżyca korytarze, wierzył, że jeszcze nigdy nie był tak rzetelnie, jak teraz przygotowany na jakiekolwiek zajęcia prowadzone w tej szkole od początku swojej edukacji.
-VVV-
Nie zliczyłby kłamstw, jakie wyłożył Hughesowi. O sobie, o Dumbledorze, o Voldemorcie. Sprawiał pozory, że otwiera przed nim swoją duszę, ukrytą głęboko pod otoczką zachwytu, kiedy po wykładzie dla piątego roku podszedł z listą pytań dotyczących omawianego tematu, które zawczasu zanotował na pergaminowej stronie zeszytu, do składającego w zgrabny stos materiały dydaktyczne mężczyzny.
Profesor odłożył kredę do szuflady biurka, a jego zimne jak lód oczy przesuwały się za nim, kiedy zmierzał w jego stronę, przecinając bez pośpiechu lekcyjną salę, podczas gdy pozostali, po obwieszczeniu końca zajęć, jak stali, tak ulotnili się, jak gdyby nigdy ich tam nie było.
— Proszę o wybaczenie — uśmiechnął się przepraszająco Harry, zatrzymując się przed profesorskim biurkiem — ale nie jestem pewien, czy rozumiem trzecią zasadę transmutacji. — Zerknął w swoje notatki. — Jeśli zostanie użyta zbyt duża moc magiczna, pewna jej ilość, wykorzystana podczas transmutacji, zostanie rozproszona. — Harry spojrzał w twarz milczącego, słuchającego go nie bez uwagi mężczyzny. — W moim odczuciu brzmi to trochę tak, jakby czarodziej był samoistnym magazynem energii, z którego jest ona czerpana. Przecież magia nie pojawia się ani nie znika. I jest indywidualną zdolnością czarodzieja, skupioną wokół jego magicznego rdzenia, który się nie wyczerpuje. Gdyby tak nie było, z każdym kolejnym zaklęciem osłabialibyśmy swoją magiczną potęgę. Jak, wobec tego, magia może zostawać rozproszona po zaklęciu, gdy rzucany czar nie wymaga znacznego potencjału magicznego, a taki zostanie do jego rzucenia wykorzystany?
Hughes przechylił głowę i oparł się łokciami o blat, splatając dłonie przed twarzą i opierając na złączonych palcach podbródek. Na jego twarzy malowało się skupienie, kiedy kilka, dłużących się Harry'emu chwil, milcząco się mu przyglądał.
— Wychowali cię mugole, prawda? — zapytał w końcu, a Harry spuścił wzrok, jakby się tego wstydził. Hughes pokiwał powoli głową. — I nigdy ci się nie zdarzyło, w chwili, w której odczuwałeś silne emocje, trzymając w tym czasie różdżkę w dłoni, że z jej końca posypał się grad iskier? — Profesor uniósł brwi wysoko na czoło.
Harry pokręcił głową.
— To co innego — zastrzegł, a Hughes prychnął, spoglądając na niego, jak patrzy się na szczeniaka, który nieumyślnie potłukł filiżankę.
— Naprawdę? — zapytał z powątpiewaniem, a kąciki jego ust drgnęły w gładkim uśmiechu. — Przecież właśnie wówczas magia zostaje rozproszona: w postaci iskier. Chyba nie powiesz mi, że taki snop sypiących się z różdżki iskier miałby czemuś służyć, co? — Profesor wyciągnął różdżkę i jednym skinieniem przysunął Harry'emu krzesło naprzeciw biurka, wskazując mu gestem dłoni, by usiadł. Zielone oczy zerknęły niepewnie w stronę drzwi, zanim wykonał polecenie, balansując na krawędzi krzesła jak narciarski skoczek pędzący w dół skoczni, gotów do wybicia się na progu. — Magia nie jest jednowymiarowa, panie Potter. Jest złożona. I starsza od czarodziejów, którzy nią władają.
Harry spuścił wzrok na własne dłonie.
— Przypuszczam, że zadaję pytania, które dla innych czarodziejów byłyby czymś tak oczywistym, że nie wartym sprostowania, prawda?
— Owszem — odrzekł Hughes, a kąciki jego ust wygięły się w miękkim uśmiechu — ale to bardzo inteligentne z twojej strony. — Harry podniósł na niego oczy. — Jesteś wnikliwy — pokiwał głową — to twój mocny punkt, panie Potter.
Harry odwzajemnił jego uśmiech, mając nadzieję na utrzymanie tej cienkiej więzi porozumienia, jaką udało mu się nawiązać, jak najdłużej.
-VVV-
Coś się zmieniło w sposobie, w jaki Snape na niego patrzył. W rysach jego twarzy było więcej podejrzliwości, niż kiedykolwiek wcześniej i Harry nie od razu zorientował się, że jego profesor przestał nazywać go otwartą księgą dla postronnych, skończył z wyzywaniem go od imbecyli, a choć jego głos nadal był szorstki i nieprzyjemny w odbiorze, zdawał się o wiele bardziej zdystansowany, niż zazwyczaj.
— Czy pan naprawdę sądzi — prychnął Harry, przecierając w zmęczeniu nasadę nosa, kiedy został po zajęciach w sali przystosowanej do warzenia — że zadziałałbym przeciw panu? — Spojrzał na niego pomiędzy palcami, a w odpowiedzi uzyskał chłodną obojętność i wyproszenie za drzwi - nic więcej.
Snape go zbywał - zasłaniał się obowiązkami, chłodną i cienką jak ostrze noża wzgardą, stawiał pogardę przeciw irytacji, podczas gdy Harry szukał fraz, którymi mógłby zdobyć jego zaufanie.
Wieczorami zaszywał na szczycie wieży Astronomisznej - tym miejscu stworzonym dla samotnych - z butelką Miodu Pitnego przemyconą tajnym przejściem z Miodowego Królestwa, nie spodziewając się, że aż tak dokuczliwe będzie to, że nikt nie zacznie wspinać się po krętych schodach za nim, że nikt nie odbierze trzydziestu punktów Gryffindorowi, nie wlepi szlabanu, wyrywając mu butelkę z dłoni i nie rozkaże, by wracał do dormitorium i to możliwie jak najkrótszą drogą.
I zupełnie nie wiedział, dlaczego ściska go w gardle, kiedy zamykał oczy i myślał o lekcjach Oklumencji, na których najwyraźniej przestał być mile widziany.
Czasami czekał pod jego gabinetem, nie pukając, nie nawołując, nie dobijając się natarczywie, ale wiedząc, że Snape musi zdawać sobie sprawę z tego, że on tam jest, nie będąc pewnym, czy zostać dłużej, czy zawrócić, kiedy drzwi pozostawały zamknięte.
Na dobrą sprawę czuł się trochę tak, jakby stracił obrońcę, który zerkał na niego spode łba, czynił szydercze uwagi i ostre komentarze, ale zawsze trwał na swoim posterunku. I łapał się na chęci ponownego zobaczenia paskudnego grymasu na tej zastygłej jak gipsowy odlew pośmiertny, ziemistej twarzy.
-VVV-
Chodzić na palcach wokół Ślizgona to jak balansować na linie nad estradą - bo Joseph Hughes był Ślizgonem, to nie ulegało wątpliwości.
Harry odnosił wrażenie, że gra na słowa z mistrzem retoryki, starając się nie potknąć na zawiłościach i pułapkach intelektualnych. Kiedy Hughes otwierał usta, Harry musiał zachowywać szczególną ostrożność, bo fasady jego werbalnych zagrywek trzęsły się jak domek z kart - bo Hughes miał w sobie tą niebywałą umiejętność, że potrafił rozpraszać uwagę, kierować spojrzenie rozmówcy w inną stronę, podrzucać mu myśli jak fotografie ukradkiem wsuwane do głębokiej kieszeni.
To trochę tak, jakby niewidzialna ręka sterowała twoim ciałem, popychając to w tym kierunku, to w tamtym, co chwilę zmieniając kurs, żeby jej wpływy nie były zanadto wyraźne.
-VVV-
Hughes miał jedną cechę wspólną, jaką dzielił ze swoją poprzedniczką na stanowisku profesora Transmutacji - spacerował po sali, tłumacząc dany wykład, robił węże, ósemki, serpentyny, statecznie przesuwając się pomiędzy uczniami, przechwytując spojrzenia to jednej, to drugiej osoby. Miał w sobie tę zdolność, że potrafił uchwycić kontakt ze słuchaczami, sprawiać wrażenie, że jest tu specjalnie dla nich, zwracać się do ogółu tak, jakby zwracał się do jednostki.
Jego wykłady nie były monotonne, często odnosił się do innych dziedzin magii, a wtrącenia nawiązujące do własnych doświadczeń związanych z danym tematem były przyprawione nutą humoru. Potrafił zdecydowanie i sprawnie utrzymać uwagę słuchaczy do samego końca. Starał się przedstawić główną ideę danego tematu i dopiero upewniwszy się, że została ona przez wszystkich przyswojona, rozbudowywał ją o kolejne zagadnienia i posiłkował się przykładami. Szybko zaplusował u uczniów Hogwartu, zyskując sobie opinię „świetnego prowadzącego", przekazywaną z ust do ust na szkolnych korytarzach.
Przechodząc obok ławki Harry'ego podczas jednego z jego wychwalanych wykładów, niepostrzeżenie jak cień - niby mimochodem - położył na blacie przed nim niezbyt grubą książkę, nie spoglądając nawet w stronę zaskoczonego młodzieńca, jak gdyby nigdy nic kontynuując przemarsz po klasie.
Harry uniósł brwi, oderwał się od sporządzanych notatek i zerknął na tytuł nakreślony wytartym, ciemnoniebieskim pismem na okładce: „Organy zarządzające światem czarodziejów i początki ich kształtowania się w społeczeństwie". Zgarnął książkę do swojej torby, obiecując sobie zapoznać się z jej treścią, gdy tylko znajdzie chwilę wolnego po zajęciach, kątem oka przyglądając się spacerującemu powolnie po sali Hughesowi, nie będąc pewnym, jak powinien to wszystko rozumieć.
-VVV-
— Wiesz — powiedział mu raz Hughes, kiedy został po zajęciach, aby omówić błędy, które zrobił w ostatnim, zadanym eseju, przechylając z zaciekawieniem głowę — Snape cię obserwuje.
Harry, który właśnie otwierał usta, aby podjąć temat swojej pracy pisemnej, zawahał się i spojrzał na nauczyciela, marszcząc nieznacznie brwi.
— Zawsze mnie obserwował — odpowiedział, a Hughes mruknął pod nosem, jakby coś go w tej kwestii niebywale zastanawiało i Harry pomyślał sceptycznie, że jeszcze tego brakuje mu do szczęścia - żeby Joseph Hughes zaczął węszyć wokół Severusa Snape'a.
— Nie — sprostował Hughes. — Obserwuje cię, kiedy nie patrzysz. — Powiedział to z takim naciskiem, jakby wierzył, że zdradza głęboką tajemnicę, a Harry omal się nie roześmiał, w ostatniej chwili przygryzając wnętrze policzka.
— Cóż, to właśnie robi Snape — odezwał się Harry, wzruszając ramionami i poprawiając okulary zjeżdżające mu z nosa — bierze pod lupę innych ludzi. Sonduje ich wzrokiem i analizuje ich zachowania. Wyłapuje słabości, szuka ukrytych motywów, rozgrzebuje tajemnice, stara się określić sposób ich zachowania, kiedy są w towarzystwie i kiedy są sami, zapamiętując liczne różnice. — Harry uniósł wzrok na Hughesa i ściszył konspiracyjnie głos. — To niezwykle niebezpieczny człowiek. Zupełnie nie wiem, dlaczego Dumbledore go tutaj trzymał przez te wszystkie lata.
— Nie ufasz mu? — zapytał Hughes, opierając dłonie o blat swojego biurka i częstując go długim, zamyślonym spojrzeniem, a Harry, nie mogąc się powstrzymać, roześmiał się - szczerze, głośno, odchylając głowę do tyłu.
— Panie profesorze — powiedział przez łzy rozbawienia, kręcąc niedowierzająco głową — ja nawet sobie nie ufam, jeśli miałbym być z panem szczery.
A co dopiero nowym członkom grona pedagogicznego, tak bacznie wypytującym o otaczających ich ludzi — nie dodał.
-VVV-
— Jesteś bardzo ciekawym, młodym człowiekiem — powiedział raz Hughes przyciszonym głosem, kręcąc z uznaniem głową. — Intrygującym na sposoby, w jakie inni nie są.
— To znaczy? — zapytał cicho Harry, zsuwając dłoń z klamki, którą właśnie miał nacisnąć i odwracając się, aby rzucić profesorowi Transmutacji długie, wnikliwe spojrzenie, ale ten tylko uśmiechnął się w ten swój promienny, szczery sposób, któremu Harry nie ufał ani na jotę i nie odpowiedział. — Nie lubię czyjejś zbytniej uwagi, panie profesorze — zdradził mu Harry, mając nadzieję, że w ten sposób uda mu się zbliżyć do niego o kolejne pół kroku — nie lubię przykuwać czyjegoś wzroku i nie lubię popularności, która się do mnie przyspawała. I czuję się dosyć niezręcznie, kiedy ludzie, których nie znam, umieszczają mnie w kręgu swojego zainteresowania.
Hughes pokiwał głową, jakby Harry nie powiedział nic, z czego już wcześniej nie zdawał sobie sprawy, a potem zagnieździł te swoje niemożliwie niebieskie, chłodne oczy w jego własnych i Harry musiał się zmusić do tego, aby pozostać w miejscu - jego ręce aż świerzbiły od pragnienia pociągnięcia za klamkę, chciałby już usłyszeć samotny stukot własnych podeszew o posadzkę zamkowych korytarzy i ciche echo swoich kroków odbijające się od ścian.
— Wiesz, co lubię ja? — zapytał spokojnie Hughes, przechylając głowę. — Sposób, w jaki mówisz dokładnie to, co myślisz.
Chyba nic nie przeraziło Harry'ego bardziej ostatnimi czasy niż te kilka słów szczerości wypowiedzianych łagodnym, dźwięcznym barytonem. Wyszedł z pomieszczenia, zanim Hughes zdołał powiedzieć więcej.
-VVV-
— Wpuść mnie! — warczał Harry, nie mogąc powstrzymać wygrażającej nuty brzęczącej w jego głosie. — Otwieraj natychmiast, w przeciwnym razie wyważę drzwi, przyrzekam!
Drapał paznokciami w gładkie drewno, opierając się o nie czołem, ledwo powstrzymując się od kopnięcia futryny.
Kiedy Snape - opieszale i nie bez ociągania - otworzył drzwi, krzywiąc się na niego, jak na coś paskudnego, co przykleiło mu się do buta, Harry omal nie obalił się na ziemię, tracąc stabilną podporę pod palcami. Uchwycił się futryny, wyprostował się chwiejnie i uniósł wysoko głowę, udając bardziej pewnego siebie, niż był w rzeczywistości.
— Czy Hughes zna Legilimencję? — zapytał na wydechu, wcale nie chcąc znać na to odpowiedzi.
Wąskie brwi Snape'a podjechały wysoko na czoło, przecinając niewielkie zmarszczki.
— Dlaczego o to pytasz?
— Bo z mojego punktu widzenia tak to wygląda.
Snape westchnął ciężko, przecierając palcami wciąż uniesione brwi, a koszmarne skrzywienie wieńczące jego twarz pogłębiło się, jakby te głębokie bruzdy, zmarszczki i cienie przykleiły się do niego jak za sprawą zaklęcia; a potem otworzył szerzej drzwi i machnąwszy na Harry'ego dłonią, powiedział: „wejdź", a Harry - którego serce waliło jak dzwon - miał ochotę uścisnąć mocno jego rękę i czując przepełniającą całe jego ciało ulgę, zamknąć oczy.
