Rozdział niebetowany.

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze! cavvile, no to bardzo się cieszę, że każdy kolejny rozdział coraz bardziej Cię do tego opowiadania przekonuje. Mam oczywiście nadzieję, że tak już pozostanie ;) Lola, miło mi słyszeć, że to tłumaczenie Ci się podoba! Mam nadzieję, że czekanie na nowy rozdział nie było zbyt bolesne i że ten czas minął Ci szybko i przyjemnie. Ziebuszka, no to niesamowicie się cieszę, że warto było czekać! No i że to nowe tłumaczenie przypadło Ci do gustu! Mam nadzieję, że kolejne rozdziały Cię nie zawiodą! N, bardzo dziękuję za miłe słowa odnośnie tłumaczenia i cieszę się, że opowiadanie Ci się podoba!

Tradycyjnie – życzę miłego czytania!


pociągnij mnie za sobą (pobiegnijmy)

Rozdział siódmy

Chłopak śpi. Głęboko i spokojnie, chłopak śpi.

Choć coś tu jest chyba jednak nie tak.

Bo wydaje się niemal niemożliwe, by odpoczywający teraz na łóżku drobiazg był tym samym nastolatkiem, który zwiódł Lorda Voldemorta do zawarcia przysięgi, która przez ostatnie dwa lata tak niesłychanie wiązała mu ręce. Przysięgi tak niejasno sformułowanej, że więziła go i jego poprzeczników najprostszymi ograniczeniami – żadna krzywda nie mogła spotkać tych, których Harry Potter otaczał swoją opieką.

Przysięgi, którą Voldemort wyśmiał, gdy po raz pierwszy usłyszał jej warunki. Abstrahując już od ewidentnego kruczka w postaci przepowiedni, sam pomysł – sam absurdalny koncept – że Harry Potter troszczy się aż o tyle osób, że ich bezpieczeństwo mogłoby wpłynąć znacząco na cele Voldemorta, wydawał się słabo napisanym żartem.

Spoglądając teraz na tego śpiącego młodzieńca, rozluźnionego, z widocznym na szczęce lekkim zarostem i z jak zwykle rozczochranymi włosami, Voldemort wie, jak bardzo był ślepy.

Nigdy nie powinien lekceważyć chłopaka stojącego przed nim odważnie w holu Ministerstwa, grożącego, że zniszczy to, czego Voldemort najbardziej wówczas pragnął. Chłopaka z oczami w kolorze zaklęcia uśmiercającego. Chłopaka z jego znakiem na czole.

Chłopaka, który zwiódł go do zawarcia tej niedorzecznej przysięgi. Przysięgi, która zmusiła go, gdy uświadomił sobie, co się stało, do całkowitej zmiany wszystkich planów.

Nie mógł już rozpocząć wojny ani prawej rzezi, bo Harry Potter rozciągał swoją ochronę na wszystkich. Na szlamy, zdrajców krwi, wilkołaki, mugoli, a nawet pieprzone skrzaty domowe. Nie mógł wykonać przeciwko nim żadnego ruchu, nie naruszając zarazem przysięgi. Na jego twarzy pojawia się grymas, kiedy przypomina sobie, jak próbował napisać konspekt praw przeciwko mugolakom i jak jego dłonią wstrząsnął skurcz, gdy tylko przyłożył pióro do pergaminu.

Harry Potter uwięził go w przysiędze, którą Voldemort sam podsunął mu pod nos, a potem uciekł. Uciekł i uciekał, i Voldemort nie ma cienia wątpliwości, że uciekałby aż po kraniec świata, gdyby go w końcu nie złapał. I choć przyznaje się do tego z bólem, tak naprawdę to zwykłe szczęście sprawiło, że w ogóle udało mu się go pochwycić – odrobina krwi, przypadkowo rozlanej w czasie ich ostatniej gonitwy, którą użył, by wywróżyć jego lokalizację.

Był zmuszony sięgnąć po magię krwi, by odnaleźć siedemnastolatka.

Harry Potter zwiódł go, uciekł przed nim i mu się wymykał. Nie mówiąc już o tych wszystkich innych drobnostkach, które się po drodze zadziały – na przykład magii, którą dzisiaj pokazał.

Lord Voldemort zdecydowanie go już więcej nie zlekceważy.


Gdy Harry budzi się ponownie z twarzą wciśniętą w poduszkę, którą, czego jest niemal pewien, rozszarpał wcześniej magią w przypływie wzburzenia, niebo jest niebieskie. Pierwsze, co spostrzega, to czysty nieboskłon rozpościerający się za otwartymi na przeciwległej ścianie drzwiami. Drugie – lśniący blask przepowiedni, leżącej na stoliku obok jego twarzy.

Podnosi się szybko, ignorując lekkie ukłucie bólu, które wędruje mu po kręgosłupie aż do podstawy czaszki. Sięga ręką do wiszącego u boku woreczka i wyczuwa palcami, że ten znowu jest mocno zaciśnięty.

Porywając kulkę w ręce, skacze na równe nogi. Poprawia okulary, które znajduje przekrzywione na nosie, a nie, jak wcześniej, odłożone porządnie na stoliku i rozgląda się po pomieszczeniu. Jest puste.

Kiedy chowa kulkę i rzuca się pośpiesznie po swoje rzeczy, zastanawia się nieco histerycznie, czy podczas gdy po raz drugi w przeciągu dwudziestu czterech godzin leżał padnięty z wyczerpania magicznego, Voldemort otworzył ją i przesłuchał znajdującą się wewnątrz przepowiednię. Czy musi uciekać z powrotem do Londynu, by wszystkich przed nim ostrzec. Czy dałby radę rzucić na taki dystans Patronusa, choć dudni mu mocno w głowie, a zimy pot wciąż oblepia skórę.

Zmusza drżące ręce do uspokojenia się i wpycha z powrotem wszystko do torby, klnąc pod nosem, kiedy uświadamia sobie, że nie może znaleźć nigdzie trzech bardzo ważnych przedmiotów: świstoklika, dziennika Dumbledore'a i swojej różdżki.

Kurwa – syczy i zamiera, słysząc odgłos otwieranych drzwi hotelowych.

— Wybierasz się gdzieś, Harry?

Cholera, myśli.

Obraca się ostrożnie i spogląda na stojącego w drzwiach Toma Riddle'a. Na schludny materiał jego koszuli i spodni, czysty i wyprasowany. Ma idealnie ułożone włosy, szczególnie w porównaniu do szopy na głowie Harry'ego. Ani kosmyk nie jest nie na swoim miejscu. Opiera się o futrynę drzwi, z jedną dłonią w kieszeni, w drugiej ściskając papierową torbę.

I gdy Harry tak mu się przygląda, zaciskając mocno wargi i pięści, usta Voldemorta wykrzywiają się w leniwym uśmieszku. Harry nie odpowiada na jego pytanie, ale nie sądzi też, że Voldemort tego od niego oczekuje.

— Ach, no tak. – Voldemort odpycha się od futryny, zamyka za sobą piętą drzwi i wyciąga z kieszeni różdżkę Harry'ego, podając mu ją na otwartej dłoni i ruszając w jego stronę, aż w końcu Harry próbuje się przed nim wycofać i uderza nogami o róg sofy. – To pewnie tego szukasz.

Harry mruży oczy, gdy Voldemort zatrzymuje się trzy kroki od niego.

Uśmieszek Voldemorta w odpowiedzi tylko się jednak poszerza, ujawniając proste, białe zęby. Nieufność i wyraźny dyskomfort Harry'ego zdaje się sprawiać mu wiele przyjemności. Przemądrzały drań.

— No dalej – mówi niskim głosem Voldemort, nęcąc go, podobnie jak miało to miejsce w niektórych snach przed ich spotkaniem w rezydencji Riddle'ów. – Weź ją.

Palce Harry'ego drgają.

— Jaki jest haczyk?

Voldemort przechyla nieznacznie w lewo głowę.

— Tiara naprawdę chciała umieścić cię w Slytherinie, co?

— Powiedziała, że dobrze bym tam pasował – przyznaje bez cienia wstydu Harry. – A co?

— Wąż może zrzucić skórę, zakamuflować się, ale nie może ukryć swojej prawdziwej natury – oświadcza Voldemort. – Powiedz mi, Harry, zawsze byłeś taki nieufny?

Harry unosi brwi.

— Oczekujesz, że będę ufny? Względem ciebie?

— Czy kiedykolwiek cię okłamałem? Mamiłem pustymi obietnicami? Czyż nie dotrzymałem przez ostatnich kilka lat danego słowa?

— Bo złożyłeś przysięgę, którą i tak próbowałeś pewnie obejść wszelkimi możliwymi sposobami – prycha Harry, przybliżając się o krok. – Wąż może zrzucić skórę, ale nie ukryje swojej natury. A ja doskonale znam takie stworzenia jak ty, Lordzie Voldemorcie. Ale jeśli chcesz, proszę bardzo, znajdę w sobie trochę ufności. Całkowicie ufam temu, że zrobisz wszystko, omamisz każdego, byle tylko ostatecznie wyjść z danej sytuacji zwycięsko.

Voldemort wciąga powoli powietrze, patrząc Harry'emu prosto w oczy.

— Wąż z lwimi pazurami. Ty też jesteś bardzo ciekawym stworzeniem, Harry Potterze. Nie powiem, bym cokolwiek takiego wcześniej widział.

Harry nie wie, co na to odpowiedzieć. Mruga, marszczy brwi, a Voldemort wciąż wyciąga w jego stronę różdżkę.

— Weź ją. To żadna sztuczka – mówi Czarny Pan. – Jedynie prośba.

— Prośba?

— Czyż sam nie powiedziałeś zeszłej nocy, że jeśli chcę się czegoś dowiedzieć, muszę tylko poprosić o odpowiedź?

Harry spogląda na niego długą chwilę. Na tyle długą, że jest pewien, że gdyby rzeczywiście była to jakaś sztuczka, jakieś fałszywe poczucie bezpieczeństwa, w które chce wprowadzić go Voldemort, by go później możliwie najbardziej pogrążyć, to już dawno skończyłaby mu się cierpliwość.

Harry myśli też o schowanych w woreczku ze wsiąkiewki horkruksach. I o tym, że gdyby Voldemort rzeczywiście przesłuchał przepowiednię, ich wcześniejsza umowa byłaby nieważna i Czarny Pan bez wątpienia nie zawahałby się go zabić, aby położyć łapska na rzeczach ukrytych przy jego biodrze.

Ale Harry nadal żyje. Zaklęcia otaczające woreczek są nienaruszone. A Voldemort oddaje mu z powrotem różdżkę, cierpliwie i oczekująco, zupełnie jakby czegoś chciał i tylko Harry mógł mu to dać.

Z dużą dozą niepewności Harry wyciąga rękę i ją od niego bierze.

Ponowne zjednoczenie się czarodzieja z różdżką to coś naprawdę wyjątkowego i Harry wyczuwa to nawet pomimo dręczących go obaw. Gdy tylko zaciska na niej dłoń, wypełnia go uczucie ciepła. Jest równie mocna i silna jak wtedy, gdy kupił ją u Ollivandera. Koi jego zszargane nerwy i łagodzi nieco wyczuwany w kościach ból, dodając mu otuchy. Harry przymyka oczy i niemal kołysze się na nogach, zdając sobie sprawę, w jak koszmarnym stanie się znajduje po tak doszczętnym wyczerpaniu swojego magicznego rdzenia.

— No dobrze – mówi Voldemort i Harry otwiera szybko oczy, by na niego spojrzeć. – To skoro mamy to w końcu za sobą, może usiądziemy.

I Voldemort nie czeka, aż zdezorientowanie zniknie z twarzy Harry'ego. Od razu rusza w kierunku stojącego naprzeciw kanapy stoliczka, lewitując za sobą swój naprawiony fotel. Siada, kładzie na stole papierową torbę i wyciąga z niej styropianowe pojemniki.

Harry mruga na niego kilkakrotnie, potem na swoją różdżkę i ostatecznie znów na Voldemorta. Ten, wyciągnąwszy pudełka z jedzeniem, opiera się, zakłada nogę na nogę i przerzuca rękę ponad oparcie krzesła.

— Dlaczego? – pyta Harry.

— Jeśli wolisz jeść na stojąco, to, oczywiście, proszę bardzo, to twoja decyzja.

— Nie. – Harry walczy z przemożną chęcią zazgrzytania zębami. – Dlaczego oddałeś mi różdżkę? Dlaczego nie wziąłeś przepowiedni? Dlaczego nie skończyłeś tego, co zacząłeś szesnaście lat temu?

Voldemort przekrzywia znowu głowę i włosy opadają mu na twarz.

— Czy właśnie to byś wolał, Harry? Psychotycznego zabójcę, którego nazwałeś… jak to było? Głupim i durnym?

— To przynajmniej bardziej pasowałoby do twojego charakteru – odpowiada nieskruszony Harry.

— Czyż nie okazałem już przy tobie całkiem sporego opanowania?

— To się dopiero okaże – mruczy Harry, chowając w końcu różdżkę do kabury. – Przypominam sobie raczej, że zwykle uciekłem ci zaledwie o włos. I że byłeś z tego powodu bardzo niezadowolony.

Harry ma w pamięci przede wszystkim bycie duszonym w chatce nieopodal domu Riddle'ów.

— No cóż, nie możesz mnie za to winić. – Voldemort macha lekceważąco dłonią. – W końcu to ty ciągle przede mną uciekałeś i zabierałeś rzeczy, które do ciebie nie należą. A skoro już o tym mowa, mam dla ciebie nową… propozycję.

— Myślałem, że mówiłeś o prośbie – odpiera Harry.

Usta Voldemorta drgają.

— Usiądź, Harry. Zjedz. Potrzebujesz energii, a wisisz mi spełnienie tej prośby.

— Jakiej dokładnie prośby?

— Rozmowy – stwierdza Voldemort, tak pewny, że otrzyma wszystko, czego chce, że to niemal hipnotyzujące, gdy pochyla się i zerka na Harry'ego oczami, w których mógłby się utopić. – Usiądź. Zjedz. I porozmawiajmy, Harry. Nie proszę o wiele.

Harry'emu przemyka przez głowę myśl, że życie nie może być tak proste. Zwłaszcza gdy mowa o Voldemorcie.

Mimo to siada.


Okazało się, że był głodniejszy, niż przypuszczał. Gdy tylko otwarły się pudełka, rzucił się na ich zawartość i nawet przez głowę mu nie przeszło, że mogą być zatrute lub nafaszerowane eliksirami. Nie sądził, by Czarny Pan zdecydował się zabić kogokolwiek w tak idiotyczny sposób.

Jest właśnie w połowie jakiegoś paszteciku, który ma jednak znacznie bogatszy, bardziej rozpalającym zmysły smak niż to, co do tej pory znał, kiedy przypomina sobie, że miał z Voldemortem rozmawiać. Z drugiej strony – Voldemort żadnej rozmowy nie rozpoczął.

Zamiast zanurzać się wygodnie w miękką kanapę, Harry siedzi na jej brzegu, tuż naprzeciw Czarnego Pana. Je cicho i szybko, a ten uważnie mu się przypatruje, samemu nie dotykając żadnego jedzenia. Przeżuwszy powoli kolejny kęs, Harry przełyka go i odchrząkuje.

— Co to? – zagaduje, podnosząc pytająco przyniesiony posiłek.

— Hawawshi – oświadcza Voldemort. – Nie kosztowałeś nigdy tradycyjnej egipskiej kuchni, Harry?

— Biorąc pod uwagę, że to wczoraj po raz pierwszy postawiłem nogę w tym kraju i że nie podają tego w Wielkiej Sali, muszę powiedzieć, że nie.

— Ach. – Voldemort kiwa głową. – I to porusza właściwie sedno całej sprawy.

— Jakie sedno?

— Przyczynę twojej wyprawy do Egiptu – mówi Voldemort, wyciągając coś z kieszeni i rzucając to na stoik. Skurczony dziennik dyrektora powraca przy wylądowaniu do swoich oryginalnych rozmiarów. – Dumbledore ma bardzo ciekawe teorie na temat moich… podróży.

— Nie przybyłeś więc nigdy do Egiptu, by poszerzyć swoją wiedzę? Po tym, jak Dumbledore ci powiedział, abyś się wypchał, kiedy próbowałeś dostać posadę nauczyciela Obrony?

Voldemort uśmiecha się paskudnie.

— Ach, czyli rzeczywiście podążasz moimi krokami?

Harry ma ochotę przekląć.

Wzdychając i biorąc wściekle do ust kolejny kęs jedzenia, spogląda prosto w rozbawione oczy Voldemorta, żując. Przełyka powoli. Wyciąga rękę i bierze łyk wody. Bez pośpiechu.

— Tak – przyznaje w końcu. – Podążam.

— No to jesteś na dobrej drodze – informuje go Voldemort. – Po tym, jak nasz szanowny dyrektor nie zgodził się mnie przyjąć, udałem się do Aleksandrii.

Palce aż świerzbią Harry'ego od chęci sięgnięcia do torby po długopis, którego używa do dopisywania do dziennika Dumbledore'a swoich różnych przemyśleń i założeń. Ma bowiem własne teorie na temat zachowań i poczynań Toma Riddle'a, bazujące na dotychczasowych doświadczeniach.

— Dlaczego akurat Aleksandrii?

— Nie interesowało mnie zaklinanie czy łamanie klątw, jako że miałem już w tym aspekcie pewne doświadczenie po pracy z zaklętymi przedmiotami dla Borgina i Burke'a – mówi Voldemort. – Chciałem nauczyć się innych rodzajów magii. Starej i nowej. Ukryta biblioteka Aleksandryjska to jedyne miejsce, które posiada całą spisaną przez ludzkość wiedzę. Na tamtejszych półkach znajduje się każdy opublikowany w magicznym świecie tekst.

Harry mruga kilkukrotnie, odkłada jedzenie do styropianowego pojemnika i pochyla się, opierając łokcie o kolana.

— I czego się tam nauczyłeś?

— Wielu rzeczy, Harry – odpowiada Voldemort, niemal wzdychając, niemal melancholijnie, tęskno i obiecująco. – Większość by ci się nie spodobała.

Harry przełyka z trudem ślinę.

— No dobrze, powiedziałem coś o sobie – kontynuuje Voldemort. – Wypada więc, byś mi się odwdzięczył, Harry. Dlaczego podążasz ścieżką mojej młodości?

Wycierając usta, Harry lekko się wierci.

— Robię rekonesans.

Voldemort cmoka z niezadowoleniem.

— No dalej, Harry, bądź uczciwy. Zdradziłem ci sporo szczegółów, których nie znalazłbyś w tym swoim dzienniku.

Harry przygryza mocno wnętrze policzka. Czuje, jak napina mu się kręgosłup. Jego serce bije jednak spokojnie.

Nie boi się tego mężczyzny.

— Poluję na coś – wyznaje. – Myślę, że wiesz na co.

— Uważaj, Harry – mruczy Voldemort, którego oczy przybierają tę niebezpieczną barwę czerwieni. – Nie zareaguję zbyt dobrze, jeśli powiesz mi, że na moje horkruksy polujesz w dosłownym znaczeniu tego słowa.

— No dobra, niech ci będzie, poszukuję ich – poprawia się Harry. – Przyrzekłem już, że dwóm z nich nic się przy mnie nie stanie. Dlaczego miałbym zniszczyć pozostałe?

— A dlaczego miałbyś nie zniszczyć?

— Ponieważ nie jestem tobą – mówi Harry pewnie, prawdziwie i szczerze, ani na chwilę nie odwracając od Voldemorta wzroku. – I nie zabijam tego, co ma potencjał zabić mnie. Nie pozwalam, by rządził mną strach.

Voldemort zaciska szczękę. Wzrok Harry'ego kieruje się w tym interesującym kierunku, po czym znów unosi.

— Co więc zamierzasz z nimi zrobić? – pyta po zdecydowanie zbyt długiej ciszy Voldemort.

I Harry… Harry odpowiada, równie pewnie, prawdziwie i szczerze:

— Poskładać cię z powrotem w całość.


Nie uda ci się.

Słowa Voldemorta nawet dzień później wciąż pobrzmiewają Harry'emu w głowie. Roznoszą się echem, niczym wojenne bębny, i motywują go do wspięcia się po schodach kairskiego Gringotta z torbą przewieszoną przez ramię, a także dwoma horkruksami oraz przepowiednią wypalającymi metaforyczną dziurę w woreczku ze skóry wsiąkiewki.

Ta rozmowa raz za razem do niego powraca. Niczym awangardowy film, który usilnie próbuje zrozumieć.

— Nie uda ci się – powiedział mu Voldemort z mieszaniną rozbawienia i irytacji. – Istnieje tylko jeden sposób, aby je ze sobą połączyć i gwarantuję ci, że nigdy się nie wydarzy.

Harry szybko się tym zainteresował.

— Jaki sposób?

Voldemort, z każdą chwilą coraz bardziej całą tą sytuacją rozbawiony, posłał mu tylko paskudny uśmieszek.

— Oj nie, Harry. Z pewnością ci tego nie ułatwię. Postanowiłeś podążyć moimi krokami – a ja postanowiłem, że ci na to pozwolę.

— Słucham?

— Uznaj to za test. Lub, jeśli wolisz, nową umowę.

Harry zamrugał kilkakrotnie, zdezorientowany.

Dlaczego?

— Dlaczego co, Harry?

— Dlaczego to robisz? – Harry wskazał na nich obu. – W końcu mnie złapałeś. Nigdy wcześniej nie wahałeś się przed zastosowaniem wobec mnie przemocy, a wczoraj oferowałem ci klucz do rozwiązania naszej przysięgi. Mogłeś go wziąć, zabić mnie i dawno to wszystko zakończyć. Ale tego nie zrobiłeś. Dlaczego?

Opierając brodę o dłoń, Voldemort przez dłuższą chwilę przyglądał się mu w ciszy. Harry nie był pewien czy to dlatego, że rozważał, czy mu w ogóle odpowiedzieć… czy może ostrożnie dobierał słowa.

— Nie przesłuchałeś przepowiedni – powiedział Voldemort.

— Nie – przyznał Harry. – I tego nie zrobię.

— Dlaczego?

— Nie wierzę w los. Sami odpowiadamy za nasze przeznaczenie, za nasze decyzje. Nie pozwolę, by coś dyktowało moją przyszłość.

— Nawet jeśli i tak się ona ziści? – zapytał Voldemort. – Nawet jeśli przewiduje twoją śmierć?

Harry zjeżył się.

— Nie jestem tobą, Tom. Nie boję się śmierci… i nie dam się uwięzić słowom. Moimi czynami nie będą kierować żadne proroctwa.

— Masz mnie za głupca, bo kierują moimi.

Nie było to pytanie.

Harry mimo to na nie odpowiedział.

— Tak. I nie wpadnę w tę samą pułapkę, co ty. Ostatnim razem dla żadnego z nas się to dobrze nie skończyło.

— I to dlatego właśnie proponuję ci tę ugodę – powiedział Voldemort i kontynuował, nim Harry mógłby mu przerwać. – Uznałem, że podjęte przeze mnie w przeszłości… decyzje przyniosły niepożądane konsekwencje. Oparłem je na potencjale, który niosły za sobą słowa, jak to elokwentnie ująłeś. Nie pozwolę, by znów kierowały moimi decyzjami.

— To jednak nie tłumaczy, dlaczego, po latach polowania na mnie, pozwalasz mi odejść.

— Myślę, że jesteś interesujący, Harry Potterze. Frustrującą niemożliwością z wielkim potencjałem – oznajmił Voldemort i Harry niemal wzdrygnął się, gdy zrozumiał, co implikują te słowa. – Nie postrzegasz świata i obowiązujących zasad magii w sposób, który widziałem u jakiegokolwiek innego czarodzieja. Myślę, że chciałbym zobaczyć, czym się staniesz, podążając moimi krokami. Zobaczyć, czy jesteś… godzien.

Harry gapił się na niego otwarcie i głupio.

— Chcesz mnie zrekrutować.

— Może

— I sądzisz, że ci na to pozwolę? Że uwierzę w twoją wizję świata?

I Voldemort się w odpowiedzi uśmiechnął.

— Może.

Rozmowa ta pozostawiła Harry'ego z większą ilością pytań niż odpowiedzi. Nie zamierzał jednak patrzeć darowanemu koniu w zęby – nawet jeśli ten miałby go potem ugryźć, na tę chwilę zadowoli się bezpieczeństwem, które oferuje.

Ich wcześniejsza przysięga nadal obowiązuje. Voldemort nie może skrzywdzić tych, o których się Harry troszczy, tak samo jak ich rodzin, i choć oznacza to, że Voldemort dalej będzie zmuszony używać polityki, zamiast partyzantki do realizowania swoich celów, wydaje się chętny do udziału w znacznie dłuższej grze. Chętny poczekać, aż ujrzy potencjał, który Harry ponoć posiada.

Chętny poczekać, aby zobaczyć, czy Harry da się przekabacić.

Chętny poczekać, aby zobaczyć, czy Harry osiągnie swój cel.

Brzmi to jak zgoda na udział w grze, a nie negocjowanie z potencjalnym dyktatorem, podczas gdy na szali są ludzkie życia i dobytki. Przystanie na rozważenie tej propozycji ścisnęło Harry'emu żołądek.

Ale przystał. Poprosił o chwilę czasu na jej przemyślenie, przedyskutowanie z sojusznikami i Voldemort zgodził się na to pod warunkiem, że do momentu podjęcia decyzji i zawarcia nowej umowy Harry nie opuści Egiptu. Dla bezpieczeństwa zatrzymał sobie dziennik Dumbledore'a i świstoklik, po czym wrócił do Wielkiej Brytanii, by zająć się swoimi sprawami.

Dzień później, wypocząwszy w pokoju hotelowym, który Voldemort zarezerwował i opłacił na ponoć cały weekend, w końcu rozpaliła się w nim determinacja, by udowodnić Voldemortowi, że to on się myli i zmotywowała go do rozpoczęcia nowej podróży.

Nie uda ci się – powiedział Voldemort. Sugerując, że to niemożliwe.

Ale Harry nigdy wcześniej nie napotkał rzeczy, której nie można by było rozwiązać przy odrobinie determinacji i pomocy.

Z wiszącym więc nad nim metaforycznym cieniem Voldemorta, odliczającym sekundy, które pozostały Harry'emu do rozważenia propozycji, wspina się po schodach kairskiego Gringotta. Wmaszerowuje do środka, podchodzi do najbliższego biurka i posyła siedzącemu za nim goblinowi zwycięski uśmiech.

— Dzień dobry – mówi. – Chciałbym porozmawiać z Billem Weasleyem.


Jedyny kłopot z ludźmi troszczącymi się o dobro Harry'ego jest taki, że kiedy powie się im o czymś, co dotyczy bezpośrednio włącznie Harry'ego, wszyscy mają nagle w tej sprawie coś do powiedzenia.

To słodkie, w pewnym sensie, jak Syriusz wypada z Dumbledore'em do gabinetu Billa przez sieć Fiuu, sprawdza, czy z Harrym wszystko w porządku, a potem zaczyna przechadzać się po pomieszczeniu i robić wywód o tym, ile to niebezpieczeństw niesie ze sobą zgodzenie się na zawarcie nowej przysięgi z Voldemortem. Słodkie, ale też zarazem troszkę irytujące.

— Co on też znowu kombinuje? – zastanawia się Syriusz, niewiele zmieniwszy się od czasu, gdy go ostatnio widział Harry. Ubrany jest w zakurzone ubrania, długie włosy związane ma w niedbały koczek i Harry ma niemal wyrzuty sumienia, że sam skorzystał jak tylko mógł z hotelowej łazienki, by się umyć, ogolić i przebrać. – Myśli, że jesteś tak naiwny?

— Nie naiwny – poprawia go Harry. – Młody.

Siedzący jak dotąd w milczeniu, zaraz obok Harry'ego, popijający herbatę Dumbledore w końcu odchrząka, by odezwać się po raz pierwszy, odkąd przywitał się z nim z ciepłym uśmiechem.

— A co to twoim zdaniem za różnica, mój chłopcze?

— Powiedział, że widzi we mnie potencjał – mówi Harry. – Myślę, że chce się przekonać, czy ma rację. Nie sądzi, że uda mi się dokonać tego, co sobie zaplanowałem, ale chce zobaczyć, jak próbuję. Chce zobaczyć, czy nauczę się tego samego, co on, czy odkryję i zrobię to samo. Chce zobaczyć, czy to mnie jakoś zmieni.

— Ach. – Dumbledore kiwa głową. – Myślisz, że chce przemienić cię na swoje podobieństwo i że sądzi, iż przez swój młody wiek będziesz podatny na wpływy.

Harry kiwa niepewnie głową.

— A jeśli nie na swoje podobieństwo, to przynajmniej na kogoś bardziej przychylnego jego wizji świata. Kogoś, kto nie będzie dla niego już dłużej zagrożeniem.

— Co za narcystyczny palant – spluwa Syriusz i Bill ukrywa chyba za dłonią prychnięcie.

— Myślisz, że mogłoby mu się to udać? – pyta Dumbledore.

Harry waha się. Mimo że Syriusz z miejsca staje w jego obronie.

Dumbledore przygląda się mu cicho i uważnie, sącząc herbatę.

— W odniesieniu do większości jego przekonań – nie. Niemożliwym byłoby nastawić mnie przeciwko osobom urodzonym w mugolskich rodzinach czy mugolom. Albo przekonać mnie do wyższości czystokrwistych czarodziejów – mówi ostrożnie Harry. – Ale w aspekcie chronienia magicznych dzieci, inwestowania w poznawanie nowych rodzajów magii czy zwiększania praw takich mrocznych stworzeń jak Remus? Rozumiem wiele z jego poglądów. I z niektórymi się zgadzam. Choć nie postrzegam ich aż tak skrajnie jak on czy jego poplecznicy, profesorze.

Dumbledore wyciąga dłoń i z ciepłym uśmiechem klepie go po kolanie.

— To całkowicie zrozumiałe, mój chłopcze. Choć od dawna nie jestem już twoim profesorem. Chciałbym, abyś mówił do mnie Albus.

— Albusie. – Harry kiwa głową i odwzajemnia jego uśmiech.

Syriusz wydaje z siebie zduszony dźwięk i przystaje w końcu, aby na nich spojrzeć.

— Wybacz, ale przez chwilę wydawało mi się, Albusie, że rozważasz przyjęcie tej umowy.

Dumbledore przesuwa się, by spojrzeć na Syriusza.

— No cóż, to nie ode mnie zależy, czy się na nią zgodzimy, czy nie. To kwestia Harry'ego.

Syriusz mruga.

— Harry?

— To… — Harry wzdycha. – To dobra umowa, Łapo. Nie musiałbym już dłużej uciekać. Obaj nie musielibyśmy uciekać.

— Jeśli cię po tym wszystkim zdradzi, nie będziesz mógł z nim walczyć – mówi Syriusz.

Harry wstaje, przybliża się do niego i uśmiecha delikatnie.

— Od tego mam ciebie, Łapo. A ty nie będziesz składał żadnej przysięgi.

Wybuchając śmiechem, Syriusz przyciąga go do siebie, przytula mocno i ukrywa twarz we włosach.

— Nie. Nie będę. I będę cię chronił, choćby do skończenia świata.

Uśmiech Harry'ego się poszerza i przyciska on nos do piersi Syriusza, zatapiając się w jego uścisku.

— Będziesz mógł wrócić do domu.

— Co? – pyta Syriusz, odsuwając się od niego. – Nie. Nie ma powodu, bym zostawił cię z tym wszystkim samym, szczeniaku. Zwłaszcza że wciąż jestem poszukiwanym przestępcą.

— Taaa – mruczy Harry, marszcząc brwi.

Stojący za nim Dumbledore wstaje i klaszcze w dłonie.

— Wygląda więc na to, moi drodzy, że musimy wezwać pewnego Czarnego Pana. Harry, uczynisz honory?

Syriusz prycha, jeszcze raz mocno przyciska do siebie Harry'ego, po czym go puszcza i odsuwa się.

— Przywołamy go tutaj?

— Jeśli pan Weasley nie ma nic przeciwko? – Dumbledore spogląda na Billa, który blednie, ale kiwa głową. – Bardzo dobrze. Harry?

— Już. – Harry wydycha powoli powietrze i przechodzi z Dumbledore'em do kominka Billa, gdzie bierze do ręki garść proszku, wciąga głęboko powietrze i rzuca nim w ogień. – Rezydencja Riddle'ów!