Rozdział piętnasty
Pomimo zapewnień Ludwiki, że pałac Nymphenburg jest bezpieczny, Elżbieta zdecydowała, by dzieci przeniosły się do zamku Neuschwanstein. Wolała, by osłony pałacu zostały porządnie sprawdzone i unowocześnione - wtargnięcie pani Dumbledore udowadniało bowiem, że nie są one doskonałe.
Poza tym Elżbieta i tak musiała wykonać ekspertyzę w sprawie zabezpieczeń Neuschwanstein, zanim nowa szkoła rozpocznie przyjmowanie dzieci. Miała też obowiązek rozpocząć ostatnią fazę nakładania magicznych barier, bo zamek miał otworzyć podwoje dla uczniów już za rok. Nie było więc czasu do stracenia.
Elżbieta wstała więc o trzeciej w nocy, dokonywała testów aż do siódmej, uparcie ignorując zacinający deszcz, zjadła śniadanie, ucięła sobie drzemkę, poćwiczyła, wprowadziła poprawki na planach osłon Neuschwanstein – i postanowiła trochę odpocząć. Konkretnie zaś mówiąc, zamierzała miło spędzić czas z rodziną; przygody Gellerta i Ferenca udowadniały bowiem, że zaniedbała młodsze pokolenia w karygodny sposób.
Zaprosiła więc młodzież do warzelni. Większość magicznych dzieci uwielbiała eliksiry; cóż mogło być bowiem bardzie fascynującego, niż słoje pełne tajemniczych, egzotycznych składników czy mikstury, zmieniające barwę gdy się do nich mówiło, albo bulgoczące w takt walca? Dopiero dotkliwe poparzenia czy konieczność filetowania szczurów zabijało tę naturalną fascynację… Poza tym wspólne warzenie dawało Elżbiecie doskonałą sposobność do obserwacji młodzieży. Kto jest cierpliwy i dokładny? Kto łatwo się zraża? Kto chętnie pomaga młodszym?
Elżbieta napełniła swój kociołek wodą.
- Dzisiaj – zaczęła – Zajmiemy się Eliksirem Mobilizującym.
- A nie powidłami? – jęknęła Cyneburg – Babciu, przecież obiecałaś…
- Będą i powidła, Cinni – odparła Elżbieta – A jakże. Ale dziś leje jak z cebra, a śliwki na magiczne powidła najlepiej zbierać ręcznie, bez magii, a nie będziecie wspinać się po drzewach w taką pogodę. Gellercie, przyniosłeś chrząszcze?
- Tak, babciu. – Grindelwald uniósł słój. Wielkie, zielono-złote żuki rozpaczliwie usiłowały wspiąć po szklanych ściankach, ale wciąż ześlizgiwały się na dno.
- Jaki to gatunek? – spytała Elżbieta.
- Biegacz złocisty – pisnęła Zenadia.
- Tak jest, Zino. – Przytaknęła Elżbieta. – Hipolicie, a ty przyniosłeś…
- Trzyszcze, proszę pani.
- Mów mi ciotko, jak wszyscy, w końcu jesteśmy rodziną. – Elżbieta uśmiechnęła się łagodnie.
- No ale… Trochę daleką… - odparł chłopak.
Gellert przewrócił oczami. Daleką? Hipolit był mugolakiem, adoptowanym przez żonę jakiegoś pociotka Elżbiety. Najwyraźniej czuł się niepewnie w magicznym zamku, w towarzystwie potężnej wiedźmy.
- Daleką, czy nie, możesz mi mówić ciotko – odpowiedziała Elżbieta ze spokojem – A teraz chodźcie, przypatrzmy się tym stworzonkom…
Drzwi uchyliły się ze zgrzytem. Elżbieta najpierw rzuciła zaklęcie smarujące na zawiasy, a potem zawołała:
- Ludwiko, dziękuję, że przyszłaś. Czy zechciałabyś opowiedzieć dzieciom o tych owadach?
- Z przyjemnością – odparła von Bayern – Co wy tu macie? A, trzyszcze! Wiecie, że Anglicy nazywają je żukami – tygrysami?
- Bo mają paski…
- I są groźnymi drapieżcami. – Dodała Ludwika. - Są tak szybkie, że w pełnym biegu przestają widzieć swój cel, bo obraz im się zaczyna rozmazywać w oczach, tak jak wam, gdy nurkujecie na miotle. Zatrzymują się więc od czasu do czasu, by odzyskać orientację. Gellercie, nie bierz ich do rąk bez rękawic! One gryzą!
- Pewnie, popatrz tylko na te ich szczęki… - Dodała Zina.
- I ci uciekną… - Mruknęła Elżbieta, przywołując małych zbiegów szybkim Accio.
Ludwika opowiedziała im jeszcze kilka anegdotek o chrząszcach.
- Trochę ich szkoda – mruknął Gellert – Są niezwykłe. I waleczne. Cały czas próbują uciec. To rzeczywiście tygrysy… tylko malutkie.
- I są bardzo ładne… - Ośmielił się dodać Hipolit.
- Śliczne, takie złociste! – Pisnęła Warwara.
- Ach, Waria, ty lubisz tylko to, co błyszczy…
Elżbieta uderzyła dłonią w stół. Wszyscy aż podskoczyli.
- A więc, Gellercie, podobają ci się te stworzonka? – zapytała Batory spokojnie
- Tak, babciu. Szkoda ich… Są takie dzielne.
- To je wypuść. – Zakomenderowała Elżbieta.
- Słucham? – Gellert spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Wypuść je w ogrodzie.
- A eliksir?
- Jeśli chcecie dziś otrzymać Eliksir Mobilizujący, musimy je zabić. Jeśli nie macie na to ochoty… Uwarzymy coś innego. – Elżbieta wzruszyła ramionami. – Jest wiele mikstur, przy pomocy których mogę wam pokazać Pierwszą Zasadę Alchemiczną.
Kiedy dzieci opuściły warzelnię, Ludwika zwóciła się do Elżbiety - Ja też lubię biegacze, wiesz? – Uśmiechnęła się łagodnie. – Ale ciebie nie posądzałam o takie sentymenty.
- Sentymenty, zaraz tam sentymenty – mruknęła Elżbieta, grzebiąc w szafce ze składnikami – Ja mu hamulców psuć nie będę.
- Hamulców? – Nie zrozumiała Ludwika.
Elżbieta odwróciła się w jej stronę.
- Przecież wiesz, że Gellerta czeka przyszłość wojownika. I to zdaje się nie byle jakiego. Nie będę go więc przymuszać do zabijania, jeśli tego nie chce, dość jeszcze będzie musiał... Ja mu hamulców psuć nie będę.
Ludwika pokiwała głową.
- Ale i skrupuły mogą zabić – odparła po chwili namysłu - Ich brak również - westchnęła – Co mamy więc robić?
- To jak z powożeniem – odpowiedziała Elżbieta – Są konie które trzeba popędzać, i takie, które trzeba hamować, jak sama wiesz. A Gellert, jak mi się widzi, jest z tych, którzy przebiegną życie cwałem.
- Oj tak – zgodziła się Ludwika – Też mam takie przeczucie… Ach, która to godzina… - Wyciągnęła z kieszonki zegarek – cebulę. – Wybacz, ale umówiłam się z robotnikami, muszę pędzić…
.
Zamiast Eliksiru Mobilizującego uwarzyli więc Eliksir Masona. W wersji wegańskiej.
- Niektórzy używają do niego kości, pancerzy i muszli – mówiła Elżbieta – Ja jednak jestem zwolenniczką stosowania twardych części roślin… Dzidko, uważaj… - mruknęła, gdy makadamia wystrzeliła z dziadka do orzechów dziewczynki i przefrunąła przez pół sali - Wersja roślinna ma tę wadę w stosunku do zwierzęcej, że potrzeba dodać aż dziewięć gatunków roślin, podczas gdy w wersji tradycyjnej wystarczą trzy gatunki zwierząt. W związku z tym obliczenie kolejności dodawania składników jest o wiele bardziej skomplikowane, a przyrządzanie o wiele bardziej czasochłonne… Gdy eliksir będzie gotowy, użyjemy go do wznoszenia murów.
Kiedy stygnie, na jego powierzchni powinnna się ukazać figura geometryczna. Wielokąt – tłumaczyła dalej – Jakie mamy wielokąty?
- Trójkąt…
- Kwadrat…
- Romb…
- Jeśli proces warzenia przebiegł prawidłowo, wielokąt powinien mieć wszystkie boki i kąty takie same. – Kontynuowała Elżbieta.
- Ciociu, nie powiedziałaś nam, czemu wolisz wersję z roślinami, jeśli jest trudniejsza?
- Dziękuję, że mi o tym przypomniałeś, Hardi. – Uśmiechnęła się Elżbieta. – To bardzo ważne pytanie.
Eberhard, najmłodszy z grupy, aż poczerwieniał z dumy.
- Otóż – ciągnęła Elżbieta – Wersja roślinna, choć droższa, trudniejsza do uwarzenia i do zastosowania, przewyższa wersję zwierzęcą, jeśli idzie o odporność na klątwy. Osobiście przeprowadzałam badania na murach spajanych jedną i drugą formą eliksiru i roślinny działa o wiele lepiej. Co więcej, jego działanie słabnie z czasem o wiele wolniej. A że będziemy dziś wzmacniać zewnętrzne mury zamku, a więc jego część najbardziej narażoną na działanie ofensywnej magii, jakość eliksiru ma wielkie znaczenie.
- O, ciocia dobrze wie, o czym mówi – szepnęła Zenadia.
- Owszem – odparowała Elżbieta – Nie sądzę, by ktokolwiek z żyjących czarodziejów i czarownic przewyższył mnie wiedzą i doświadczeniem, jeśli mówimy o burzeniu murów obronnych. I właśnie dlatego to mnie proszą o ekspertyzę, gdy te mury się wznosi.
- Ale… - Gellert zaczął i urwał.
- Ale? – Elżbieta uniosła brwi.
- Ale wtedy babcia wie, gdzie są słabe strony tych murów. No i…
- Mogłabym tę wiedzę wykorzystać, by je kiedyś zburzyć? – zapytała Elżbieta – Tak, to poważny problem. – Pokiwała głową. – Mugolscy władcy nieraz zabijali albo więzili twórców twierdz, bojąc się zdrady. U nas podpisuje się kontrakty i składa przysięgi, zobowiązując się do dochowania tajemnicy.
- Ale przysięgi można łamać! – Zaprotestowała Cyneburg. – Sama babcia przepaliła ich kilka, wtedy, w ogrodzie Nymphenburga.
- Przepaliłam, bo inaczej zabiłyby babkę Albusa – odparła Elżbieta – Co magia zwiąże, magią rozwiązać można. Sztuka polega na tym, by wybrać takie kontrakty i przysięgi, żeby ich złamanie było bardzo trudne. Oczywiście – ciągnęła ze spokojem – Jeśli kiedyś będziecie coś budować, albo modernizować, musicie się zastanowić, czy zatrudnicie starego wojaka jako doradcę… Albo i byłego włamywacza. W przypadku takich twierdz jak Neuschwanstein, obowiązujące prawo nakazuje zastosować osłony jak najwyższego stopinia, co najmniej siódmego. Jednocześnie, zamek musi być łatwo dostępny dla dużej grupy ludzi, w końcu to szkoła. To wielka trudność, pani von Bayern zdecydowała się więc zatrudnić najlepszych. Co nie znaczy, że nam bezgranicznie ufa, to byłaby głupota. – Elżbieta wykrzywiła wargi w złośliwym uśmiechu.
- A jakie klątwy wytrzymuje takie mur? – zapytał Gellert.
- To łatwe pytanie, a odpowiedź na nie jest niezwykle trudna. Zależy, od ilości zużytego eliksiru, jego wieku, rodzaju kamienia, obecności innych zaklęć i tak dalej. Ale, z grubsza rzecz biorąc, mur tej szkoły będzie wytrzymywał klątwy w rodzaju, dajmy na to, Uderzenia Mjölnira, Blitzkriegu, Rogów Mnewisa czy Oddechu Khalkotaura… A chcielibyście zobaczyć, jak się nakłada Tarczę Lustrzaną? – Uśmiechnęła się. – Budowniczowie właśnie skończyli przygotowania, muszę to zrobić przed zachodem słońca.
Nie musiała dwa razy powtarzać. Pomimo porywistego wiatru i zacinającego deszczu, i dzieci, i dorośli zgromadzili się na placu pod zewnętrzym murem, wokół głównej bramy, by podziwiać ten ważny i spektakularny proces. Tłum tłoczył się za barierką, ustawioną przez budowniczych.
- Rzuci Blitzkriega, prawda, dziadku? – Rudy chłopak szarpał za rękaw siwobrodego czarodzieja. – Jak tak, to ja chcę do tej szkoły!
- Stara von Bayern, trzeba przyznać, dba o bezpieczeństwo dzieci – szeptała stara, ubrana na czarno czarownica do młodszej – Taki Hogwart, dajmy na to, ma podobno niezabezpieczone tunele, prowadzące poza mury… Podobno się zawaliły i nie da się nimi dostać do zamku, ale kto wie?
- A ten skandal w Durmstrangu? – Dodał jej sąsiad. – Nielegalny animag, wkradający się na teren szkoły!
- Ale przecież nie ma zabezpieczeń przed animagami!
- Są, są, drogi panie, ale nie dla tak dużych budynków… Dom se pan zabezpieczysz, ale nie zamczysko!
- Podobno von Bayern zabezpieczyła!
- Co panią szanowną to dziwi, toż wezwała starą Batory do pomocy! Już ta wszystkie sztuczki zna, jak się do zamku włamać! A nie ma lepszego celnika nad przemytnika! Ten zamek jest pewniejszy, niż gobliński bank!
- A tam, przesadza pan…
- Ja tam posyłam tu swoje dzieciaki.
- Ale Durmstrang ma tradycje…
- Co mi z tradycji! Świra do zamku wpuścili!
- To szaman był…
- Szaman nie szaman, dzieci mało nie pozabijał! Magia do przodu idzie! Nie można polegać na zaklęciach sprzed siedmiu wieków!
- A to pan ma rację. Osłony powinny być unowocześniane…
.
- Zleciało się tu pół Bawarii – szepnęła Ludwika do Elżbiety – Czy naprawdę trzeba było rozgłaszać, co będziemy tu robić?
- Trzeba, trzeba – mruknęła Elżbieta.
Ludwika pokiwała głową. Batory potrzebowała publicznej demonstracji swojej potęgi. Neuschwanstein potrzebował opinii pilnie – i brutalnie – strzeżonej twierdzy, i by zachęcić rodziców do posłania dzieci właśnie tu, i by odstraszyć ewentualnych napastników. Zaś na bardziej upartych i przebiegłych agresorów, którzy chcieliby ominąć mur, chroniony przez Tarczę Lustrzaną, Elżbieta przygotowała dodatkowe atrakcje, o których już nie mówiła głośno…
Budowniczowie nanieśli na mur siatkę świecących zaklęć; podobna siatka rozciągała się na placu. Elżbieta dosiała konia, uśmiechając się z zadowoleniem.
- Na mur należy rzucić kilka klątw burzących; ważne, by uderzyły w mur w określonych miejscach i odstępach czasu. Po to kazałam nakreślić te linie. – Wskazała je różdżką. – Ale, do rzeczy…
Okążyła plac najpierw stępa, potem galopem. Przy trzecim okrążeniu przyspieszyła gwałtownie. Tłum zamarł. Budowniczowie rzucili zaklęcia, chroniące publiczność przed pyłem i odłamkami.
Pierwszy ruch różdżką, szybka ósemka. Niewidoczna klątwa poleciała ze świstem i zadudniła o mur, jak rogi wielkiego byka; druga, lśniąca jak szron w promieniach słońca, pokryła kamienie cienką warstwą lodu.
Trzecią Elżbieta wywrzeszczała, ile sił w płucach:
- Khalkotaouri!
Z różdżki wystrzelił zielony płomień, lód topił się z sykiem, kamienie zaczęły pękać.
Potem kolejna klątwa i kolejna… Dym i pył zasłoniły Elżbietę, publiczność widziała już tylko odblaski kolejnych klątw… Ale wciąż nie tej, na którą czekano. Aż wreszcie…
- Blitzkrieg! – Z różdżki wystrzeliły dwie błyskawice i zatoczyły krąg nad głowami zdumionych czarodziejów, wydając z siebie przeraźliwy wizg; zgrabnym łukiem przeleciały ponad murem, zakręciły i uderzyły w niego od środka. Kamienna ściana runęła.
.
Elżbieta wyłoniła się z chmury dymu, osmolona i obsypana pyłem. Uśmiechnęła się szeroko, rzucając tłumowi butne spojrzenie.
Mur przestał istnieć; z bramy zostały tylko drzazgi, ale w powietrzu unosiła się skomplikowana pajęczyna magii, migocząca i sypiąca iskrami.
- Jeśli nasączyć mur odpowiednią miksturą – Zaczęła wyjaśniać główna architektka – To runie on pod wpływem klątw, ale jego magia tymi klątwami nasiąknie. Na tym miejscu postawimy nowy mur, cokolwiek innego typu, który tę magię przejmie i w razie zagrożenia, odda.
- Krótko mówiąc, oblegający dostaną moimi klątwami w twarz. – Parsknęła Elżbieta. – W praktyce wygląda to dość ciekawie, szczerze mówiąc… Tym, którzy muszą jeszcze napisać raporty dla dowództwa, radzę dodać, - Wykrzywiła wargi w okrutnym uśmiechu. – Iż włożyłam w tę pracę całe moje doświadczenie. I duszę. – Spojrzała wyzywająco na zgromadzonych. – I nie jest to poetycka metafora.
.
Dzieci – i nie tylko dzieci – patrzyły na nią szeroko otwartymi oczami.
- To była magia… - Szepnął Hipolit. Elżbieta spojrzała prosto na niego.
- To coś, co możesz kiedyś robić – stwierdziła krótko – Jeśli będziesz pilnie ćwiczył. Chodźmy do środka, zmarzniecie! Zresztą już czas na podwieczorek…
Dzieci posłuchały bez protestu, tylko Gellert wciąż stał, wpatrując się w gruzy.
- Widziałeś coś? – zapytała Elżbieta, zeskakując z konia.
- Dusza… - szepnął Gellert – Gdzie jest twoja dusza, babciu? Naprawdę… w murze?
- Co Zobaczyłeś? – Powtórzyła pytanie Elżbieta.
- Ogień – Przyznał się Gellert. – Czarny i biały… A ty, babciu, tam poszłaś… Nie idź tam, proszę! – Spojrzał na nią błagalnie. – I dementory, tam były dementory…
Elżbieta położyła mu dłoń na ramieniu.
- Moja dusza nie należy do mnie – zaczęła – Jest zawsze tam, gdzie ci, których chronię, rozumiesz? Nie martw się ani o mnie, ani o nią. Jestem stara, muszę wreszcie kiedyś odejść…
- Ale…
- Dusza prawdziwego generała nie należy do niego. – Elżbieta ucięła dyskusję ostrym tonem. – Nie martw się o mnie. Dementory uciekają na mój widok z wrzaskiem. A co do ognia… Czarne i białe płomienie, powiadasz? To Zapora Zygfryda, podobna trochę do Protego Diabolica. Z tym, że Diabolica zabija wrogów rzucającego. A Zygfryd tych, którzy się boją. Wystarczy więc się nie bać.
Gellert milczał; pod powiekami wciąż mając ścianę płomieni, przez którą przechodziła prababka.
.
.
Elżbieta obudził skrzat.
- Szturm! – pisnął – Pani von Bayern kazała budzić! Szturm!
Elżbieta bez słowa zerwała się z łóżka.
Ludwika stała na murach, obserwując jezioro. Niewiele dało się jednak zobaczyć, bo deszcz wciąż zacinał, a światła magicznych pochodni, odbijając się od mokrych kamieni, bardziej przeszkadzały, niż pomagały.
- Ktoś chce się przebić przez jezioro, pani generał – zawołała główna architektka – Kończyliśmy właśnie odbudowę muru, jak to się zaczęło…
- Czuję – mruknęła Elżbieta – Ludwiko, masz żywoplan?
- Ja mam – odparła architektka, pokazując Elżbiecie pergamin. Na planie widać było linie ochronne zamku, które drgały i wiły się pod ciosami nieznanego wroga.
- Idzie… od spodu? – Zdumiała się Ludwika. – Przez dno jeziora?
- Przez węzeł w jeziorze – mruknęła Elżbieta.
- Ale… jak to? – Zdumiała się Ludwika.
Magiczne zamki nie bez powodu stały w pobliżu jezior albo rzek, bo miejsca, gdzie splatały się ich linie obrony powinny mieć powiązanie z żywiołami. Ale Węzeł był też wyjątkowo niekorzytnym punktem ataku…
- To idiotyczne, żeby próbować właśnie tamtędy… - Mruknęła architektka - Pani generał, lecimy na rekonesans?
Elżbieta nie odpowiedziała; za to odwróciła się na pięcie podnosząc różdżkę. Nie rzuciła jednak żadnego uroku.
- Gellert? Co ty tu robisz? – zapytała.
Gellert, w płaszczu narzuconym na piżamę, boso, poślizgnął się i wpadł na nią z impetem.
- Co ty tu… - Zaczęła Ludwika, ale urwała w pół zdania. Elżbieta złapała Gellerta za ubranie, przyparła go do muru i warknęła:
- Legillimens!
Ludwika zamarła. Magii umysłu z zasady nie stosowano wobec dzieci, obawiając się jej negatywnego wpływu na rozwijający się mózg. Nie zaoponowała jednak, bojąc się, że brutalne przerwanie mentalnej więzi zaszkodzi Gellertowi bardziej, niż samo zaklęcie. Po chwili Elżbieta puściła chłopca, przerzuciła nogę przez mur i wylądowała na dziedzińcu już jako borzoj.
- Cóż ona robi? – Szepnęła Ludwika.
- Chyba pobiegła w stronę stajni, pani von Bayern – odparła architektka.
Gdy Ludwika tam dotarła, Elżbieta siedziała już na jej greckim pegazie.
- Poczekaj, co chcesz… - zawołała Ludwika, ale Batory była już zbyt wysoko w powietrzu, by ją usłyszeć… a może zignorowała pytanie.
Ludwika jęknęła w duchu. Elżbieta, jako generał, była przyzwyczajona do podejmowania decyzji szybko i samodzielnie; ale przecież mogła, choć jednym zdaniem, wyjaśnić, co zamierzała! Nie, żeby Ludwika jej nie ufała, ale…
Ale kiedy wdrapała się z powrotem na mury, ignorując ból w płucach, dostrzegła błyski zaklęć. Od strony jeziora.
- Ona… generał Batory… walczy? – spytała architektkę.
- Generał Batory rozcina węzeł – padła ponura odpowiedź.
Ludwika miała wrażenie, że mur zamku runął jej na głowę.
- Ale… dlaczego? – Wyszeptała.
- Przecież pani wie, że ona… lubi zmieniać zdanie. – Prychnął któryś z budowniczych.
Ludwika podniosła głowę. O nie, to jest jeszcze jej zamek.
- Do bramy. – Zakomenderowała.
Ale brama zamykała się właśnie. Metalowa krata, zdobiona figurami smoków, uderzyła w bruk z łomotem. Potężne skoble przesuwały się jeden po drugim, ryglując odrzwia.
- Ale… tylko dyrektor szkoły może zamknąć bramę zaklęciem! – Wysapała architektka.
- A każdy może ją zamknąć po mugolsku, jeśli wie, jak – odparła Ludwika.
Architektka zaklęła.
- Ten chłopak… Ten, którego generał Batory potraktowała legilimencją… Pałętał się tam rano i podpytywał moich ludzi… Ktoś mu pokazał, jak działa brama. Myślał, że to tylko ciekawski dzieciak…
- Chodźmy tam. – Westchnęła Ludwika. I na wszelki wypadek, wezwała dwa swoje wilki.
Gellert faktycznie siedział przy mechaniźmie bramy, jak gdyby była to najzwyczajniesza rzecz na świecie.
- Nie – warknął, ujrzawszy Ludwikę – Nie dam mu tym razem umrzeć.
- On… Widzi? – Szepnąła architektka.
Wilki warknęły.
- Siad – Gellert spojrzał na nie butnie. Ku ogromnemu zdumieniu obu wiedźm, zwierzęta usłuchały.
Ludwika oparła się o ścianę. Gellert nie tylko Widział. Potrafił się też posługiwać Głosem.
Oczywiście, dwie dorosłe wiedźmy potrafiły sobie poradzić z upartym dzieciakiem, nawet obdarzonym Głosem. Ale traciły czas, a Batory go nie marnowała. Kiedy więc Ludwika, na czele budowniczych dotarła nad jezioro, Węzeł był już przecięty, a Elżbieta, stojąc po pas w wodzie, usiłowała wyciągnąć coś z głębi.
Budowniczowie spojrzeli na Ludwikę. Nikt nie miał ochoty zadzierać ze sławną Batory, ale…
Woda kłębiła się i bulgotała, Elżbieta ciągnęła, ile magii starczy, na powierzchi wyłoniło się coś… Kelpia?
„Nie dam mu tym razem umrzeć."
Ludwika zrozumiała.
- Ciągnać! – Krzyknęła – Wszyscy razem! Bo się potopią!
14
