Popiół, niczym miliony szarych płatków śniegu, wirował powoli na delikatnym wietrze, wznosząc się i opadając na ziemię w milczącej symfonii martwej materii.

Powietrze było duszące i ciężkie. Gdy oddychało się nim przez kilka minut, można było odnieść wrażenie, że na płucach osiada warstwa ołowiu, a cała wymiana gazowa, była trudniejsza i o wiele mniej efektywna.

W ziemi - niczym w gigantycznej poduszce na igły – legły niezliczone sztuki broni.

Włócznie, topory, miecze, maczugi, halabardy, sztylety, kusze, łuki bułaty i buzdygany. Broń zaścielała ziemię, aż po szary horyzont, a każda z nich była wyszczerbiona, złamana lub pogięta jak najmiększe żelazo.

Niektóre ze sztuk oręża, wznosiły się ku niebu niby groteskowy las, a popioły pełniły w nim rolę liści i kory.

Przed Chrisem, w odległości zaledwie kilku metrów, wznosiła się łukowata brama, zamknięta masywnym głazem, dopasowanym tak idealnie, że nawet mrówka by się nie przecisnęła.

Chłopiec spojrzał na szkarłatne runy, układające się w dziewięć koncentrycznych pierścieni. W każdej runie, zawarta była część potężnej mocy. Gdy patrzyło się przez dłuższą chwilę na jeden ze szkarłatnych symboli, ten delikatnie połyskiwał, jakby litery zostały nakreślone krwią, która od dnia nałożenia na kamień, ani trochę nie zaschła.

Zbliżył się do zapieczętowanej bramy, mijając kilkadziesiąt zniszczonych narzędzi mordu, a gdy szedł, wzbijał w powietrze niewielkie obłoki pyłu.

Podszedł do głazu i położył dłoń na gładkiej i chłodnej powierzchni skały, zamykając oczy

- Przyszedłeś się tu chełpić? Już chyba to przerabialiśmy, czy może się mylę?

- Nadal obstajesz przy swoim?

- Zasłużyli na to!

Chris wziął głęboki wdech. Jego obecność zawsze wywoływała u niego silne emocje, a teraz, gdy byli tak blisko siebie, Jego furia była wręcz namacalna. Młodzieniec przełknął ślinę i zdjął dłoń z naznaczonego runami kamienia.

- Nie wolno nam – wycedził Chris przez zaciśnięte zęby – jeśli to zrobisz, a ja ci na to pozwolę...

- Po prostu boisz się przyznać, że też tego pragniesz – zadrwił głos po drugiej stronie bariery – Nigdy nie powiesz na głos, że pragniesz, aby zapłacili. Aby cierpieli tak samo jak my...

Chłopak przez chwilę milczał widząc oczami wyobraźni Jego, stojącego po drugiej stronie bariery.

- Nie chcę mieć ich na sumieniu. Nie są tego warci.

- Oni nie mieli takich zahamowań wobec nas! – mimo że nie dotykał już bramy, poczuł lekkie drżenie głazu, kiedy coś po drugiej stronie w niego uderzyło – Traktowali nas jak śmiecia! Upokarzali nas i bili!

-Więc chcesz się zniżyć do ich poziomu?! – krzyknął Chris tracąc nad sobą panowanie – Chcesz zaprzepaścić cały ten trud, który włożyliśmy w to żeby zacząć nowe życie? W to, żeby w końcu zacząć przynajmniej w minimalnym stopniu normalnie funkcjonować? Żeby przestać się bać następnego dnia?

- Te wszystkie rzeczy...nie mają już nad nami władzy, ...ale ty, najwyraźniej nie potrafisz znaleźć żadnych innych powodów, aby mnie od tego odwieźć. Co tylko pokazuje że sam tego chcesz.
Chcesz zemsty.

Chris zacisnął dłonie w pięści aż strzeliły mu kostki. Wokół jego stóp gwałtownie zawirował ogień, podnosząc z ziemi drobinki popiołu i wprawiając powietrze w drżenie.

Za jego plecami można było dostrzec obłok czarnego dymu, pośrodku którego migotała para czerwonych oczy z fioletowym dymem, powiewającym w zewnętrznych kącikach.

- „Interesujące..."

-''-

Obudziłem się, kiedy panowały już całkowite ciemności i usiadłem, odruchowo sięgając do rękojeści Agonii i tocząc dookoła wystraszonym spojrzeniem.

- „Niech cię szlag..."

Odpowiedziała mi cisza.

Rozejrzałem się po małej polance, na której znajdowało się nasze obozowisko. Nie dostrzegłem nigdzie Vlada.

- „Pewnie poszedł zapolować."

Przesunąłem się kawałek do tyłu i oparłem plecami o pień dębu. Oparłem głowę o chropowatą korę i wciągnąłem w płuca zapach lasu. Szaleńczo bijące serce zaczęło się powoli uspokajać, a z nim także i oddech.

Uniosłem rękę i obróciłem ją grzbietem do dołu.

Nad moją dłoń pojawił się malutki płomyk. Migotał, szarpany delikatnym wiatrem, jakby próbował się wydostać z niewidzialnej klatki.

- Wiele czasu minęło odkąd mieliśmy okazję chwilę pogadać. Chociaż jest to bardziej monolog, z uwagi na to, że nigdy nie odpowiadasz, ale nie martw się. Zrobisz to, kiedy uznasz, że nadszedł czas.

Na chwilę zamilkłem zbierając myśli.

- Przez długi czas wręcz nienawidziłem mocy, którą mi dałeś. Jakby nie patrzeć, to przez nią to wszystko miało miejsce.

Żywioł nie zareagował, jednak po tylu latach stałem się bardziej wyczulony na niektóre niuanse.

-Ale nie mam nic złego na myśli – powiedziałem szybko – Po prostu...tak było kiedyś...I nie zamierzam udawać że było inaczej ale...

Zabrakło mi słów, więc po prostu zamilkłem na chwilę

"Świetny początek, nie ma co"

Wpatrzyłem się w gorące języki, próbując coś z nich wyczytać, jednak na próżno.

- Chciałem ci też podziękować, bo gdyby nie ty, być może nie byłoby mnie tu gdzie jestem. Nie poznałbym Vlada, Luny, Babci Grace czy Dziadka Stanka. Tak naprawdę chciałbym ci powiedzieć o wszystkim, co czuję, ale nie potrafię znaleźć na to słów...i w tym przypadku akurat chciałbym abyś odpowiedział...

Zamilkłem, jedynie wpatrując się w migoczące światełko otoczone pierścieniem mroku, a gdy usłyszałem szeleszczące krzaki, odwróciłem głowę w tamtą stronę.

Na niewielką łączkę wszedł Vlad, trzymając w zębach martwego borsuka. Łebek zwierzęcia był przekręcony pod nienaturalnym kątem, co wskazywało sposób, w jaki zostało ono pozbawione życia.

Ognik zgasł, a ja podniosłem się i podszedłem do basiora.

- Widzę, że łowy się udały.

- A febyś wiedział.

Usiedliśmy pod dębem. Wyciągnąłem z plecaka jedną z konserw i otworzyłem ją. Poczułem intensywną woń mięsa w sosie, a do ust napłynęła mi ślinka. Dopiero teraz poczułem głód i zacząłem pałaszować posiłek.

Przez jakiś czas, obaj posilaliśmy się w milczeniu, a moje myśli powoli kierowały się na właściwe tory. Za niedługo czeka nas mała infiltracja, a potem odbicie zakładnika. Musiałem się skupić i nie mogłem rozmyślać po raz enty o Jego słowach.

- Coś cię gryzie? – Vlad na chwilę przerwał posiłek i spojrzał na mnie swoimi ciepłymi, orzechowymi oczami – Twoje dzisiejsze milczenie jest inne niż zazwyczaj.

Przeżułem kęs, który miałem w ustach i przełknąłem.

- Mam ostatnio niezbyt miłe sny...łagodnie mówiąc...

Basior spojrzał na mnie z troską. Przysunął się bliżej, aż jedna z jego łap dotknęła mojej nogi.

- Opowiedz mi o nich. Nie obiecuję, że będę w stanie ci pomóc, ale czasami wyrzucenie z siebie tego, co cię męczy może wiele zdziałać.

Poczułem gwałtowną falę ciepła rozlewającą się po całym moim ciele. Czasami troska Vlada nadal wprawiała mnie w lekkie zakłopotanie, przez tak wielką i szczerą wylewność oraz troskę. Jednak to właśnie to najbardziej w nim uwielbiałem. Niezależnie od tego co by to było, On zawsze był obok, gotów pocieszyć, lub po prostu wysłuchać i przytulić.

"Tak chyba właśnie wygląda miłość rodzicielska..."

Przez chwilę milczałem. Nie mogłem powiedzieć mu o wszystkim. Mimo tego, co przeszliśmy, bałem się powiedzieć Vladowi o Nim. Obawiałem się jego reakcji i tego, co ta wiadomość może zmienić. Wiedziałem jednak, że jeśli musiałbym komuś powierzyć ten sekret, to Vlad byłby jedną z pierwszych osób, która przyszłaby mi na myśl.

Jednak jeszcze nie teraz...nie teraz...

- Śniło mi się pole bitwy. Po jednej stronie byłem ja, a po drugiej stronie armia Equestrii.

Opowiedzenie o wszystkim, co działo się we śnie, zajęło mi kilka minut. Podczas tego czasu kilka razy milkłem, żeby napić się z manierki albo po prostu złapać głębszy oddech.

Gdy skończyłem, na kilka minut zapadła cisza.

- To, co ci się śniło – zaczął powoli Vlad – Jest bardzo niepojące i w zupełności rozumiem twój strach. Sądzę jednak, że nie zauważasz kilku istotnych faktów.

- To znaczy?

- Wszystko skończyło się dobrze czyż nie? To...Hmm...zaklęcie, które wyzwoliłeś tuż przed przebudzeniem, ożywiło wszystkich zmarłych prawda?

Skinąłem głową.

- Oprócz tego, słowa twoich dawnych oprawców wciąż zbyt mocno na ciebie działają. Odpowiedz mi, jeśli się mylę, ale czy kiedykolwiek skrzywdziłeś kogoś, poza momentami, gdy nie było innego wyjścia? Czy byłbyś w stanie, bez mrugnięcia okiem i z diaboliczną przyjemnością jak to ująłeś, wymordować całą armię? Czy byłbyś w stanie zabić kogoś, kogo w taki sposób jak to opisałeś?

Powoli pokręciłem głową.

- Więc widzisz, że nawet jeśli realistyczny, to ten sen nijak nie ma oparcia w rzeczywistości. Nie jesteś taki jak w tym śnie.

Na mojej twarzy pojawił się cień uśmiechu.

- Powiem ci więcej. Jesteśmy teraz tuż przed wydarzeniem, które ma na celu uratowanie kogoś niewinnego, kto jest więziony. A czy chociaż znamy tego kogoś?

- Cóż...mam pewne podejrzeni

- Ale czy masz pewność, że znasz tego kogoś? – przerwał mi Vlad.

Pokręciłem głową.

- Więc pomagasz komuś nieznajomemu. Czy tak postąpiłby Chris z tego snu?

-Nie

-I to tyle – Vlad położył mi łapę na ramieniu i spojrzał w oczy – Nie jesteś tym, za kogo uważali cię tamci ludzie. I mimo tych wszystkich trudności, ran i samotności, nie zatraciłeś współczucia i chęci pomocy. Możesz być z siebie tylko dumny i zawsze o tym pamiętaj.

Oplotłem rękami jego szyję i wtuliłem się w niego.

- Dziękuję...tato...

Basior odwzajemnił uścisk.

-''-

Znalezienie wejścia do podziemnego miasta nie było problemem. Ślady, które Vlad pozostawił na pniach okolicznych drzew, z łatwością zaprowadziły nas do miejsca, w którym basior widział dwójkę kucyków, która następnie zeszła pod ziemię.

- Dzisiaj jedynie się tam rozejrzę. Ty zostaniesz tutaj i w razie, czego ostrzeżesz mnie gdyby ktoś kręcił się w pobliżu wejścia.

- Jesteś pewien?

- Jedną osobę trudniej zauważyć niż dwie i mówiąc brutalnie, będziesz mi tam trochę zawadzał.

Vlad zaśmiał się cicho.

- Widzę, że wciąż masz takie samo spojrzenie na tego typu sytuacje.

- Jak dotąd nic nie dało mi znać, że powinienem postępować inaczej – wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni malutki, przezroczysty kryształ, zawieszony na kawałku grubego rzemyka i zawiesiłem go Vladowi na szyi – Gdy masz ten kamyk na szyi, będziesz w stanie mnie usłyszeć, nawet, gdyby dzieliło nas kilka kilometrów. Pilnuj go jak oka w głowie, bo jeśli go zgubisz, ten, który mam ja, stanie się kompletnie bezużyteczny.

- Widzę, że pomyślałeś o wszystkim – Vlad uśmiechnął się, a jego słowa rozbrzmiały mi echem w głowie – Czyżbyś zainspirował się moją zdolnością do komunikacji telepatią?

- Owszem, z tym, że ten kryształ, ma za zadanie zarówno wzmocnić twoją zdolność telepatii, jak i umożliwić mi komunikowanie się z tobą w ten sposób, gdyż jak sam wiesz, moje umiejętności w tej domenie, są wciąż na niskim poziomie.

- Zamiast tego rozwijałeś inne zdolności, mam rację?

Jedynie kiwnąłem głową na potwierdzenie.

- Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę. Nie komunikuj się ze mną dopóki sam tego nie zrobię. Muszę się maksymalnie skupić, a jak sam wiesz...

- Nasze postrzeganie czasu w takich sytuacjach diametralnie się różni – dokończył za mnie basior.

Zaśmiałem się cicho, po czym obaj znów spojrzeli na głaz ukrywający wejście do podziemnego miasta.

- Jakie są szanse na to że nas wykryją?

- Małe – wyciągnąłem z kabury rewolwer i ostatni raz sprawdziłem stan broni – Ale nawet jeśli tak się stanie, wciąż powinniśmy dać radę się wydostać. Nie jesteśmy bezbronni. Już nie.

Podniosłem się z kucek, kamuflując się za pomocą magii.

- Do zobaczenia za jakiś czas.

Skierowałem się w stronę wielkiego kamienia i przez chwilę nasłuchiwałem czy aby ktoś nie stoi właśnie tuż pode mną i nie będzie chciał za chwilę wyjść na zewnątrz.

Nic.

Naparłem na zimny i chropowaty głaz, a gdy szczelina stała się wystarczająco duża, przecisnąłem się przez nią, niknąc w podziemnym tunelu.

- Uważaj na siebie...nie mogę cię stracić synu... - powiedział cicho Vlad, gdy głaz wrócił na swoje poprzednie miejsce.

-''-

Przemknąłem cicho przez tunel, napotykając po drodze jedynie kilka szczurów, które umknęły w jakieś szczeliny jak tylko mnie zobaczyły. Zatrzymałem się dopiero u wylotu przejścia i spojrzałem na rozpościerające się przede mną morze szarych budynków.

Całe miasto zostało wybudowane w jaskini, wydrążonej w kształt okręgu, o średnicy mniej więcej kilometra.

Uważnie rozejrzałem się w poszukiwaniu mieszkańców, lecz ulice były kompletnie puste. Jedynie w oddali dało się słyszeć przytłumione kroki, należące najprawdopodobniej do patrolujących okolicę żołnierzy.

Ostatni raz rozejrzałem się po najbliższych uliczkach, po czym puściłem się sprintem w stronę najbliższego budynku. Dzięki sile rozpędu udało mi się wpiąć na dach kamiennego domu i znaleźć się dwa metry nad powierzchnią ulicy.

Spojrzałem teraz na podziemną mieścinę z tej perspektywy. Cała okolica wyglądał jakby ktoś poustawiał obok siebie jednakowe bryły kamienia, wydrążając w każdej okna i drzwi. Zupełnie nie dało się odróżnić poszczególnych budynków.

Zerknąłem przez ramię na łuk, za którym zaczynał się tunel. Znajdował się dokładnie za mną. Rzuciłem okiem na niewielki kompas. Igła wskazywała na tunel, co oznaczało że to tam była północ.

Przyklęknąłem przy krawędzi dachu, starając się objąć wzrokiem całe miasto. Wzdłuż każdej ulicy, na całej ich długości w równych odstępach, były zamieszczone w żelaznych obejmach pochodnie. Ulicami przechadzały się pojedyncze dwuosobowe patrole.

Kucyki były ubrane w żelazne napierśniki i miały przy sobie włócznie, których groty połyskiwały nieznacznie w świetle płonących żagwi.

- Gadałem dzisiaj z naszym przywódcą. Powiedział, że „Koszmar" wciąż się opiera – kuc, który wyrzekł te słowa kompletnie nie zwracał uwagi na otoczenie, całą swoją uwagę skupiając na towarzyszącym mu przyjacielu – Gdybym to ja tutaj rządził, już pierwszego dnia skomliłaby z bólu i nie minąłby nawet tydzień, a mielibyśmy ją na swoich usługach.

- Słyszałem jak przeklinała go podczas jego ostatniej wizyty w Jej celi – odparł jego towarzysz również pochłonięty rozmową – podobno udało jej się uderzyć szefa kilka razy zanim strażnicy ją obezwładnili.

-Dziwisz się? On nie ma za grosz siły i nie zdziwiłbym się gdyby nawet młoda klaczka go położyła.

- Ciszej, bo ktoś może nas usłyszeć – syknął drugi z kucyków, rozglądając się nerwowo.

- „Koszmar? Robi się coraz ciekawiej, a moje podejrzenia, co do jej tożsamości są chyba słuszne..."- poczekałem aż kuce znikną za rogiem ulicy, a kiedy tak się stało podniosłem się z przyklęku, cofnąłem kilka kroków, po czym wziąłem niewielki rozbieg i przeskoczyłem na dach budynku po drugiej stronie wąskiej alejki.

Domy były ustawione prawie ściana przy ścianie, więc nie musiałem nawet wkładać w ten skok zbytniej siły.

Gdy moje stopy dotknęły dachu, zastygłem na chwilę w bezruchu, wytężając słuch, jednak nic niepokojące nie dotarło do moich uszu.

„Świetnie"

Przeskakiwałem z dachu na dach, badając miasto, i próbując ustalić, w którym mogła być przetrzymywana nasza zakładniczka.

Po jakimś czasie spostrzegłem, że moje pierwsze wrażenie, jakoby wszystkie budynki były takie same, było błędne.

Owszem, były zbudowane z tego samego materiału – granitowo szarego bloku kamienia – lecz absolutnie nie były jednakowe.

Pierwszym mocno wyróżniającym się budynkiem, były koszary, znajdujące w południowo-wschodniej części kamiennej mieściny. Obiekt zaczynał przy jednym krańcu ulicy, a kończył dopiero przy drugim, więc był dość spory.

Aktualnie wewnątrz kompleksu panowała cisza, lecz nie wiedziałem czy to, dlatego że było tam pusto, czy może wszyscy spali.

W oddali, jakieś 250 metrów dalej miasto miało swe granice, które wyznaczały wysokie ściany z litej skały wznoszące się pionowo w górę i ginące wysoko w mroku, którego nie rozpraszały pochodnie. Tuż przy kamiennej ścianie dostrzegłem wysoki, bo aż trzypiętrowy budynek, oraz przylegającą do niego kamienną wieżę. Była to kolejna wyróżniająca się budowla

„A więc dobrze. Oba budynki wyglądają jak potencjalne więzienia, choć ten z wieżą bardziej przypomina dom ich przywódcy, z kolei ten mniejszy wygląda jak koszary.
W obu można przetrzymywać swoich wrogów. Z jednej strony zamknięcie wroga w koszarach albo w ich bliskiej okolicy jest bezpieczniejsze z uwagi na całą masę żołnierzy kręcących się w pobliżu cel. Z drugiej jednak, można się trochę wykosztować i urządzić porządną celę w swojej kwaterze. Wszak przywódca też ma swoich ochroniarzy. Nie tylu, co w koszarach, ale na pewno jest to dość spora liczba. Poza tym ma się do więźnia o wiele szybszy i prostszy dostęp."

Przez chwilę jeszcze zastanawiałem się gdzie udać się najpierw. Co prawda nie straciłbym na złym wyborze nic oprócz czasu, ale jednak przyjemniejsze byłoby gdybym się nie pomylił.

W końcu jednak zwróciłem wzrok w stronę budowli z wieżą i ruszyłem ku niej, przemykając nad ulicami cicho i szybko jak cień.