Gdy rankiem, na trzecią dobę od zniknięcia Hermiony zjawił się u nich Lupin wiedzieli, że robi się poważnie.

‒ Dziś wieczorem odbędzie się spotkanie Zakonu ‒ poinformował ich znad kubka z gorącą herbatą. ‒ Kingsley prosił, żeby wam to przekazać, chłopcy.

Zakon Feniksa zwołał naradę, na którą zaproszono też Harry'ego i Rona. Nie zdarzało się to często ‒ byli według nich za młodzi, by aktywnie uczestniczyć w wojnie. Chłopców śmieszyło to i denerwowało ze razem. Czy nie byli zbyt młodzi na te wszystkie walki, które już stoczyli? Czy nie byli zbyt młodzi na zadanie, którego się podjęli?

Nie należeli formalnie do organizacji, wzywano ich jedynie w sytuacjach, które miały z nimi bezpośredni związek. To musiała być jedna z nich.

‒ Wiecie coś o Hermionie, tak? ‒ Ron niespokojnie kręcił się na krześle.

‒ Tego nie potrafię wam powiedzieć ‒ przyznał Lupin. ‒ Ale nie sądzę, żeby Shacklebolt miał wam do przekazania jakieś nowiny. Myślę, że raczej chce usłyszeć o wszystkim jeszcze raz, ale tym razem bezpośrednio od was.

Harry pokiwał głową.

‒ Oczywiście profesorze. Przyjdziemy i powiemy wszystko, co trzeba. Byleby tylko to coś pomogło.

Remus poklepał ich obu po ramionach.

‒ Będzie dobrze, zobaczycie. Nie raz byliście już w gorszych tarapatach, jeśli się nie mylę. I kto was wtedy z nich wyciągał? Hermiona!

‒ Tylko dlaczego się z nami nie skontaktuje?

Zanim Lupin zdążył odpowiedzieć Harry'emu na pytanie, Ron zerwał się z krzesła, czerwony na twarzy ze złości.

‒ Z całym szacunkiem, profesorze, ale zawsze w tych tarapatach byliśmy wspólnie. A teraz… teraz Hermiona jest tam całkiem sama, a my nie możemy nic zrobić ‒ uderzył ręką w stół. ‒ Co jeśli ją pojmali, jest torturowana, albo… albo już dawno nie żyje?!

Lupin przywołał na usta pocieszający uśmiech.

‒ Gdyby zabili ją poplecznicy Sami-Wiecie-Kogo, wiedzielibyśmy o tym ‒ powiedział z całą stanowczością. ‒ Pojawiłby się Mroczny Znak, podrzuciliby nam jej ciało, a to się jak dotąd nie stało, prawda Ron?

Ron wypuścił z siebie nagromadzone powietrze. Był teraz jeszcze bardziej czerwony, tym razem ze wstydu. Wymamrotał przeprosiny i usiadł.

‒ Może… może ma pan rację, profesorze. Ale nadal, na samą myśl…

‒ Hermiona jest silną młodą kobietą ‒ powiedział z naciskiem Lupin. ‒ Jest zdolna i niezłomna. Poradzi sobie. A my jej wszyscy szukamy: Kingsley, Tonks, twoi bracia, ja… Jeszcze sporo innych ludzi rozpytuje o nią dyskretnie.

Ron westchnął.

‒ Dobrze, że rodzice Miony nic o tym nie wiedzą.

‒ Ten jej pomysł z Australią był naprawdę rozsądny ‒ przytaknął mu Lupin. ‒ Sam widzisz, Hermiona potrafi wyprzedzać fakty, zanim te nastąpią. Może z reszta niepokoimy się niepotrzebnie i Hermiona cała i zdrowa przekroczy niedługo prób Nory albo Grimmauld Place.

‒ Będzie dobrze, Harry ‒ Lupin szukał wzrokiem spojrzenia syna swojego przyjaciela.

‒ Oby, profesorze. Bo jeśli ona nie wróci… Nie wiem, jak podołamy temu zadaniu.

‒ Była naszym mózgiem ‒ burknął Ron.

Lupin pokręcił głową.

‒ Sądzę, że jest jeszcze zbyt wcześnie, byście ja uśmiercali, chłopcy.

Wstał.

‒ Musze już iść, ale zobaczymy się dziś wieczorem.

Pokiwali głowami.

‒ Nie odprowadzajcie mnie ‒ polecił. ‒ Skończcie pić, trochę płynów dobrze wam zrobi.

Jak zawsze, Lupin miał rację.

Gdy wypili swoje herbaty, rozjaśniło im się w głowach. Harry zdał sobie sprawę, że obydwoje zapomnieli przez miniony dzień o piciu i jedzeniu ‒ pogrążeni obsesją znalezienia przyjaciółki, kręcili się bez celu po domu, zaglądając w każdy kąt. Mieli płonną nadzieję, że coś przegapili: że zostawiła im gdzieś liścik, wskazówkę, że ta spadła pod wpływem podmuchu wiatru i teraz lezy gdzieś, zapomniana i niewidoczna. Jednak wielogodzinne pełzanie i zaglądanie pod sprzęty przyniosło im tylko długą serię kichania ‒ w domu było pełno kurzu.

Nie wiedzieli nic, co mogłoby naprowadzić ich na trop dziewczyny.

Gdy wypili herbatę, postanowili jeszcze raz zajrzeć do jej sypialni. Przeszukali dokładnie jej rzeczy, szafy i szuflady,. Czuli się z tym niezręcznie, ale co innego mogli zrobić?

Znaleźli kilkadziesiąt książek, trochę prostych, praktycznych ubrań, kocie przysmaki Krzywołapa i kosmetyki. Nic podejrzanego ani interesującego na tyle, aby uznać to za poszlakę. Ta zabawa w detektywów zajęła ich na tyle, że prawie spóźnili się na spotkanie Zakonu.

Gdy weszli do przepełnionej ludźmi Nory, wszyscy już na nich czekali, jednak nikt nie próbował nawet komentować ich zbyt późnego przybycia. Pani Weasley uściskała obydwu chłopców, ktoś podetknął im krzesła, Lupin przyniósł świeżo zaparzonego naparu z melisy.

Patrzyli po sobie wystraszeni: takie zachowanie dorosłych nigdy nie zwiastowało niczego dobrego. Ron pobladł tak bardzo, że jego piegi przybrały iście ognisty kolor na tle zielonkawej teraz cery. Harry czekał w milczeniu, ze ściśniętym gardłem. Łyżeczka w jego kubku podzwaniała ‒ chłopakowi drżały dłonie w rosnącym zdenerwowaniu.

Część ludzi stała, część siedziała w ciasnej przestrzeni salonu. Wszyscy, nawet najbardziej szanowani, w milczeniu wpatrywali się w ich dwójkę, co czyniło całą sytuację jeszcze dziwniejszą i trudniejszą do zniesienia.

‒ Panie Potter, Panie Weasley ‒ odezwał się wreszcie Kingsley bardzo poważnym i oficjalnym tonem, ‒ zanim opowiecie nam wszystko od początku jest coś, o czym chciałbym was poinformować.

Harry poczuł, jak na jego ramionach zaciskają się we wspierającym uścisku dłonie Remusa Lupina, a jego klatkę piersiowa miażdży trudny do pokonania ciężar.

A więc stało się ‒ pomyślał.

Ron wyglądał teraz, jakby miał za chwilę zemdleć. Ginny trzymała go za rękę, zerkając równocześnie z niepokojem na Pottera. Wszystko było nie tak.

Shacklebolt wreszcie przerwał przedłużające się milczenie, a jego słowa były dla dwójki przyjaciół niczym cios wymierzony prosto w serce.

*sss*

Severus Snape klęczał z pochyloną głową. Czarny Pan lubił, gdy traktowano go jak dziwaczne skrzyżowanie diabła z bogiem. Klęczał więc, niczym kiedyś jego ojciec w kościele i w milczeniu obserwował kamienne płyty.

Lord Voldemort przetrawiał właśnie usłyszane nowiny. Powieki miał półprzymknięte, a spod nich obserwował swojego wiernego sługę, który przyszedł dziś do niego i wyspowiadał się z ostatnich uczynków.

Wreszcie jego czerwone tęczówki ukazały się światu w całej swej okazałości i Tom Riddle pochylił się nieco do przodu.

‒ Dobrze zrobiłeś, Severusie ‒ powiedział. ‒ To i tak nie miało znaczenia. Myślałem dotąd, że to jedynie plotka, że to Draco zabił Albusa, a Zakon po prostu zrobił z ciebie kozła ofiarnego, ale skoro miałeś ku temu TAKIE powody… Nie mogę się nie zgodzić: twoja rola, jako nauczyciela Eliksirów przestała być wystarczająca, a swoja aparycją i sposobem bycia nie przysporzyłeś sobie zbyt wielu sympatyków wśród nauczycieli i tylko głupiec mógłby się spodziewać, że to ciebie wybiorą na nowego dyrektora. Oczywiście, że została ni McGonagall, nigdy jej nie lubiłem, ale ta kobieta jest nieugięta i silna, czego nie sposób nie podziwiać. Masz wysokie mniemanie o sobie, skoro założyłeś, że to ciebie chciałbym umieścić na tym stanowisku. Ale koniec końców przypilnowałeś młodego Malfoy'a, przyniosłeś mi głowę Albusa Dumbledore'a na srebrnej tacy, więc czemu miałbym ci odmówić? Z powodu inicjatywy… Gdyby skończyło się to niepomyślnie, zabiłbym cię. I zrobię to następnym razem, gdy coś przede mną zataisz. Więc pilnuj się od dzisiaj, Severusie, bo niebawem możesz stracić to, co zyskałeś i znacznie więcej… Obejmiesz funkcję dyrektora z początkiem września, razem z tobą do Hogwartu wyśle kilku naszych ludzi, żeby pomogli ci otrzymać w ryzach uczniów i twoich kolegów. Będziesz składał mi raporty osobiście. Oni również, więc nie łudź się, nic nie ujdzie mojej uwagi.

‒ A co z nią, mój Panie?

Voldemort podrapał się po brodzie.

‒ Skoro już ją nam dostarczyłeś, możesz wykonać wyrok samodzielnie, jak sądzę.

Severus Snape przełknął ślinę. Bardzo chciał tego uniknąć. Po co się na niego rzucała? Po co przylazła do jego domu? Skąd się tam w ogóle wzięła? Gdyby nie zobaczył jej tam Lucjusz Malfoy, można by tego jeszcze uniknąć, a tak...

Spojrzał na leżące na podłodze bezwładne ciało młodej kobiety. Nie znosił jej, ale i tak było mu jej trochę żal. Na tyle, na ile pozwalało mu jego przyzwyczajone do okrucieństw serce. Przecież znał ją kilka lat, widywał ją codziennie, a jej charakterystyczny wygląd wrył mu się w pamięć; Mistrz Eliksirów wiedział, że będzie to kolejna postać nawiedzająca jego koszmarne sny.

Wyciągnął dłoń z różdżką i wyszeptał beznamiętnie:

Avada Kedavra.

‒ I słusznie. Kolejny punkt mamy odhaczony ‒ powiedział znudzony głosem Voldemort.

Severus Snape milczał. Pozostawał mu tylko powrót do ponurego domu, do codziennych problemów. Wiedział, że jego pan za chwilę znudzi się towarzystwem swego wiernego sługi i odeśle go precz.

I tak też się stało.

Severus Snape wyszedł z Malfoy Manor, w którym ukrywał się obecnie jego Mistrz. Tym, co czuł, była głęboka odraza: do Czarnego pana, do Zakonu, do otaczającego go świata. Ale przede wszystkim ‒ do samego siebie. Severus Snape nienawidził mnóstwa rzeczy, jednak niczego bardziej niż własnej egzystencji.