Rozdział 8

Bruce obudził się przez serię szybkich kliknięć i błysk światła.

— Przepraszam — powiedział Peter, zanim Bruce całkowicie wrócił do świata żywych. — Przepraszam. Sam to zrobił.

Bruce zamrugał przytomniej. Nie pamiętał, ile czasu minęło, odkąd spał tak spokojnie i głęboko. Nie chciał się ruszyć z obawy, że to leniwe uczucie spokoju zniknie. Peter siedział obok niego, biodro przy biodrze. W dłoniach trzymał swój nowy aparat.

— Robiłeś mi zdjęcia — oskarżył go sennie Bruce.

Policzki Petera zaróżowiły się i wzruszył ramionami.

— Wyglądałeś tak… dobrze. — Jego uśmiech wciąż wywoływał radosne trzepotanie w żołądku Bruce'a. — Lubię na ciebie patrzeć, gdy jesteś tak zrelaksowany.

Bruce pochylił się, głaszcząc knykciami nagi brzuch Petera. Niepewność pulsowała mu w głowie, ale zdusił ją. Było mnóstwo czasu na zastanowienie się, czy popełnił błąd. W tej chwili jedynie, na czym mu zależało, to ciepła skóra Petera i jasnobrązowe oczy pełne uczuć.

— Lubię na ciebie patrzeć — powiedział.

Peter postawił aparat na szafce nocnej, a potem pochylił się, obdarzając Bruce'a długim, słodkim pocałunkiem.

— Nie wiem, czy ci to powiedziałem — odezwał się, dotykając twarzy i szyi Bruce'a — ale ostatnia noc była… niesamowita.

Bruce zachichotał.

— Mówiłeś mi.

Peter położył się na nim.

— A ty? — zapytał niecierpliwie. Głaskał policzki Bruce'a na którym widniał poranny zarost, kręcąc się pełen energii. — Czy była dobra dla ciebie?

— Mmm, tak. — I tak było na swój sposób. Bruce wiedział, że gdy wstanie i zacznie się poruszać, będzie miał do czynienia z bólem. Peter był tak energiczny, jak się spodziewał, ale był z siebie dumny, że zachował kontrolę nad swoimi podstawowymi instynktami. Peter doświadczyć wszystkiego, co było trzeba, ze swojego pierwszego razu i właśnie to miało największe znaczenie dla Bruce'a. — Byłeś cudowny — powiedział, głaszcząc Petera po boku. — Wytrzymałeś dłużej, niż się spodziewałem.

Peter roześmiał się, ale biorąc pod uwagę namiętny pocałunek, który po tym nastąpił, było jasne, że był zadowolony z komplementu.

— Cóż — wymamrotał przy wargach Bruce'a — trening czyni mistrza.

Prześcieradła zaszeleściły, gdy obaj obrócili się, chwytając się, ciepli i spokojni, tak jak tylko można być wcześnie rano tuż po obudzeniu. Wolniejsze tempo dawało im większą szansę na wzajemne poznanie się bez nadmiernego pośpiechu. Bruce pozwolił swoim palcom wędrować po ramionach Petera. Niech tańczą po długim kręgosłupie Petera. Rozkoszował się linią każdego żebra i mięśnia. Peter był jeszcze młody, ale dorastał do swojego ciała w niezwykły sposób, z wielką gracją i kunsztem. Bruce był prawie zawstydzony tym, jak bardzo kochał miękkość młodzieńczej skóry. Sposób w jaki drżała pod każdym dotykiem, kiedy z uwielbieniem zacisnął palce wokół, napiętego, okrągłego tyłka Petera. Nastolatek jęknął cicho. To sprawiło, że Bruce chciał nauczyć go wszystkiego, co można było wiedzieć o przyjemności.

— Bruce — szepnął Peter, ale nie powiedział nic więcej. Podciągnął się wyżej na ciele Bruce'a, uzyskując lepszą przyczepność. Kiedy Bruce ponownie ścisnął jego pośladek, Peter wygiął się w łuk, a mężczyzna poczuł na brzuchu nacisk jego rosnącej erekcji. — Bruce…

Imię Bruce'a wymówione napiętym głosem Petera było niebezpieczne. Odbijało się w klatce piersiowej Bruce'a i luzowało wszystkie kontrole, które na siebie nałożył. Rozzłościło go, że kiedykolwiek na to czekał.

Bruce przewrócił ich tak, że Peter był teraz pod nim, zachwycony i tak otwarty na wszystko. Zadrżał z podniecenia, kiedy Peter ścisnął jego biodra udami. To było takie proste. Serce biło mu jak młot, gdy wyobrażał sobie, jak wbija się w silne ciało Petera, żądając go dla siebie i zmieniając na zawsze. W końcu mógł mieć coś, co byłoby jego. Mógł mieć coś, czego nikt nie mógł mu zabrać. Pocałował Petera mocno, niechlujne i z tak wielkim podnieceniem, że było to aż bolesne.

— Chodź — westchnął Peter. Chwycił w pięść garść włosów Bruce'a, całując go. — Jestem gotów.

Bruce wzdrygnął się. Był oblany potem, przez co czuł się śliski i gładki. To było ostrzeżenie. Nienawidził się za to. Pomyślał o tym, jak niestabilny był i że nie zasługiwał na genialnego, przystojnego, młodego kochanka, takiego jak Peter Parker. Był słaby i to była jego wina. Był zły

Bruce zdjął ręce Petera z siebie i usiadł prosto, opierając się na piętach. Oddychał głęboko, aby spowolnić oddech i bicie serca. Ale kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że Peter wpatruje się w niego z podnieceniem i niepewnością, nie mógł zmusić się do całkowitego odejścia, tak jak powinien. Zamiast tego splunął na swoją spoconą dłoń i owinął ją wokół penisa Petera.

Biodra Petera poderwały się mimowolnie. Wyglądał, jakby próbował się odezwać, ale szorstkie palce Bruce'a biegnące w górę i w dół, po jego zaczerwienionym kogucie, zapierały mu dech w piersi. Był taki piękny. Bruce obserwował, jak mięśnie brzucha nastolatka zaciskały się przy każdym pociągnięciu dłonią, jak gdyby całe jego ciało było zestrojone z powolną, ciasną przyjemnością, którą ofiarował mu Bruce. Powieki Petera zatrzepotały, a podbródek wysunął się do przodu, gdy próbował obserwować jego ruchy.

Bruce oblizał wargi. Jego erekcja była dociskana do kości ogonowej Petera, co powodowało jedynie lekkie otarcie się za każdym razem, gdy Peter wyginął się, czerpiąc przyjemność z jego dłoni. Nadludzkim wysiłkiem nie naparł na niego biodrami i po prostu go nie wziął. Rozproszył się, głaszcząc Petera po udach i brzuchu, zachęcając go do pieprzenia swojej dłoni. Peter chętnie z tego korzystał, a kiedy jęczał z podniecenia, odnalazł i chwycił wolną rękę Bruce'a, trzymając ją tak, jakby potrzebował wsparcia. Bruce trzymał go równie mocno.

Głowa Petera opadła do tyłu, kiedy doszedł, a jego głos był pół ochrypły, pół radosny. Bruce kontynuował obciąganie go, aż Peter całkowicie przeżył swój orgazm i tylko dyszał na łóżku. Skóra Bruce paliła od wewnętrznego gorąca, ale obserwowanie, jak Peter uspokaja się, nasycony i spokojny po swoim doznaniu, pomogło mu się uspokoić. Ściskał dłoń nastolatka zgodnie z rytmem własnego serca, dopóki nie był pewien, że jego tętno unormowało się.

Peter otarł pot z twarzy.

— Łał — wymamrotał. Po kilku chwilach na złapanie oddechu, zmarszczył brwi. — Ale myślałem, że… nie chcesz…? — Trącił Bruce'a kolanami.

Bruce otarł usta grzbietem dłoni.

— Nie sądzę, żebym sobie teraz wystarczająco ufał — przyznał.

Peter zmarszczył brwi. Trochę mu zajęło zrozumienie tego, ale kiedy to się stało, otworzył szeroko oczy. Musiał widzieć, że Bruce wciąż był zarumieniony i spocony, a jego oddech nieregularny. Mimo tego usiadł i ostrożnie dotknął piersi Bruce'a, pytając:

— Wszystko w porządku?

Bruce skrzywił się, ale chwycił dłonie Petera i ścisnął je.

— Tak. Nic mi nie będzie.

Peter pochylił się, przyciskając ich policzki do siebie.

— Nie można mi się oprzeć, hmm? — dokuczał mu.

— Tak — potwierdził Bruce, śmiejąc się cicho. — Nie mogę się powstrzymać, kiedy jestem z tobą.

Obaj roześmiali się, ale ich radość szybko zniknęła. Peter został przytulony do niego, choć nie był pewny, czy jego wysiłki na rzecz przyniesienia ukojenia cokolwiek znaczyły. Bruce w końcu odsunął się i pocałował go.

— Myślę, że wezmę zimny prysznic — powiedział. Uśmiechnął się, gdy uwolnili się od siebie. — Po prostu jeszcze chwilę odpoczywaj.

— Okej. — Peter oparł się na rękach i patrzył, jak Bruce wstawał z łóżka. — Naprawdę wszystko w porządku?

— Tak, wszystko jest dobrze. Naprawdę.

Bruce rzucił mu ostatnie uspokajające spojrzenie, po czym wślizgnął się do łazienki.

Prysznic pomógł. Bruce pozwolił, by zimno obmyło go, zabierając ze sobą pot i podniecenie. Na ich miejscu pojawił się wstyd. Nie mógł przestać myśleć o Steve'ie, o tym jak chwycił się za nadgarstek, gdy walczył ze swoją transformacją. Sprawił, że wyglądało to tak łatwo i Bruce poczuł ból. Nikt nie musiał się martwić, jakim człowiekiem był naprawdę Steve Rogers.

Kiedy Bruce skończył, zabrał Petera i zaprowadził go do kuchni. Nie miał wiele jedzenia do zaoferowania, ale nastolatek upierał się, że pomarańcza mu wystarczy. Siedzieli przy kuchennym stole, wymieniając niezręczne spojrzenia.

— Będziesz musiał mnie nauczyć tego — powiedział Peter.

Brwi Bruce'a uniosły się.

— Czego nauczyć?

Peter ssał plasterek pomarańczy.

— Jak sprawić, żebyś doszedł i był przy tym zrelaksowany.

Bruce prychnął z rozbawieniem, co próbował ukryć pijąc swoją kawę.

— Cóż. Um. — Nie potrafił wyjaśnić, jak niespodziewanie dotknęła go ta oferta i zarumienił się. — Jest kilka rzeczy, których moglibyśmy spróbować.

Peter uśmiechnął się nad krawędzią swojego kubka. Wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie i z jakiegoś powodu obaj zaczęli się śmiać.

Pocałowali się w windzie.

— Powiedziałem cioci May, że spędzę z nią dziś trochę czasu, ale chcę przyjść wieczorem — powiedział Peter. Dotknął kołnierza koszuli Bruce'a. — Aby cię zobaczyć.

— Będę tutaj. — Bruce dotknął policzka Petera. — To, że to zrobiliśmy, nie oznacza, że wszystko jest inne — powiedział. — Zawsze jesteś tutaj mile widziany. Ale wciąż musimy być ostrożni.

— Wiem. — Peter wiercił czubkiem buta w podłodze. — Miejmy tylko nadzieję, że kapitan Rogers nie słyszał nas na swoim piętrze.

Bruce prychnął.

— Uwierz mi, Stark Industries ma trochę wspólnego z dźwiękoszczelnością.

Pocałowali się jeszcze raz, a potem Peter wyszedł, szczerząc się, gdy drzwi windy zamknęły się za nim. Bruce westchnął ciężko. Wrócił do kuchni, żeby wypić resztkę kawy, mówiąc sobie, żeby nie myślał o tym za dużo. Niezależnie od tego, czy popełnił błąd z Peterem, było już za późno, aby się tym martwić. Stało się, a on był odpowiedzialny za wszystko, co nastąpi później.

Peter zasługiwał na coś lepszego.

Bruce włączył telewizję, mając nadzieję na odwrócenie uwagi, ale wszyscy znowu mówili o Tony'm, a najnowsze plotki internetowe rozchodziły się po różnych portalach społecznościowych. Zdjęcia Hammera mogły być podrobione, ale ożywiły tysiące drobnych skarg ze strony starych krytyków Tony'ego. Bruce skrzywił się. Kanał na Twitterze przewijał się na dole ekranu, gdy hejterzy kontynuowali nękanie i oskarżenia, a jeden szczególny komentarz przykuł uwagę Bruce'a.

To co czytam, jest takie głupie. Kogo to obchodzi? #mamdośćstarka

Bruce odszukał pilota i przeniósł się na Twittera. Tag #mamdośćstarka już nabierał rozgłosu. Zrobił je sam, aby o nim mówiono, twierdził kolejny post. Inny twierdził: Sam mogę zrobić lepszy photoshop. Nikt nie wydawał się wierzyć w żadną z tych plotek, ale i tak je rozpowszechniono. Stało się to błędnym kołem negatywnej prasy i doprowadzało Bruce'a do wściekłości.

— Co robisz, Hammer? — mruknął, zamykając Twittera i wyłączając telewizor, a potem wypijając do końca swoją kawę. — Wieszają na tobie więcej psów niż na Tony'm. Jak myślisz, co możesz na tym zyskać?

Steve miał rację – to musiało być częścią większego planu. Ale Bruce nie mógł go zrozumieć i to sprawiało, że był niespokojny. Udał się do warsztatu Tony'ego, mając nadzieję, że znajdzie jakiś projekt, który go zajmie.

OoO

Peter pojechał metrem z powrotem do domu. Żałował, że nie mógł pohuśtać się tam na pajęczynie – był tak pełen energii, że miał wrażenie, iż może latać – ale robienie tego w biały dzień w sobotę nie wydawało się dobrym pomysłem. Po drodze wysłał cioci May wiadomość, że niedługo wróci i otrzymał odpowiedź: „Okej". Nie był pewien, jak to zinterpretować.

— Ciociu May? — Wszedł ostrożnie przez drzwi frontowe. Zauważył ciocię May w kuchni, jedzącą muffinkę z rodzynkami. Uniosła brwi, a on bezradnie wzruszył ramionami. — Przepraszam — powiedział odruchowo. — Tak naprawdę nie chciałem zostać poza domem przez całą noc, po prostu…

— Przyzwyczaiłam się do tego — powiedziała May. Kiwnęła głowa w kierunku lodówki. — Jest jeszcze jedna muffinka, jeśli chcesz.

— Dzięki.

Peter odstawił swoje rzeczy na stół i skierował się do lodówki. Czuł, jakby całe jego ciało wibrowało i zastanawiał się, czy ciocia May, tak jak zawsze, mogła ujrzeć, jak bardzo był inny niż normalnie.

Stojąc przy ladzie posmarował babeczkę masłem, wciąż zastanawiając się nad tym, gdy May powiedziała:

— Co to jest? — Serce Petera podskoczyło. Przyciągnęła futerał aparatu bliżej oglądając go. — Jest piękny — powiedziała, kreśląc palcami linię skóry. Z wahaniem otworzyła zapięcie.

Peter patrzył na nią. Był tak dumny ze swojego nowego prezentu, że nie mógł zmusić się, aby wrzucić go do swojego, zużytego, starego plecaka. Wydawało się, że czas się zatrzymał, gdy May spojrzała na niego, oczekując wyjaśnień. Przełknął ślinę.

— Możesz otworzyć — pozwolił.

Tak zrobiła - Peter mógł tylko domyślać się, że jego twarz wyglądała mniej więcej tak samo jak jej, gdy rozpakował prezent - z wyrazem wielkiego szoku, gdy wyjęła z pokrowca pięknie wykonany aparat.

— Mój Boże, Peter — powiedziała, traktując sprzęt bardzo ostrożnie, tak jakby był zrobiony ze szkła. — Jest niesamowity. — Położyła go na stole spoglądając na niego z większej odległości. — I… wygląda na drogi. Skąd go masz?

— Um. — Peter oparł się o ladę. Przemyślał kilka prawdopodobnych kłamstw, ale każde z nich sprawiało, że bolał go żołądek. Pomyślał o jednym z wykładów wuja Bena, który usłyszał w wieku jedenastu lat na temat: „Jeśli chcesz być traktowany jako dorosły, zachowuj się jak jeden z nich". Oddychając głęboko wyprostował ramiona i powiedział: — To mój urodzinowy prezent. — Dłonie mu się trzęsły, więc zacisnął je na blacie. — Od mojego chłopaka.

Ciocia May wyprostowała się na krześle. W jej spojrzeniu było zdziwienie, a Peter starał się nie kulić. Wiedział, że zrozumie. Już wiedziała i akceptowała go na swój sposób, jednak z jakiegoś powodu drżał, będąc na skraju paniki. Po chwili May uśmiechnęła się. Kłębiące się emocje sprawiły, że jej oczy były wodniste, ale skinęła głową.

— Jak ma na imię? — zapytała.

Łzy napłynęły Peterowi do oczu i nie wiedział czemu. Próbował je wytrzeć.

— Bruce. — Uśmiechnął się, chcąc poczuć ulgę, ale istniało o wiele więcej sekretów i to gryzło go od środka. Zaczął coś, czego mógł nie być w stanie powstrzymać. — Nazywa się Bruce.

— Czyli nie jest to jednak kapitan Steve? — dokuczała mu May.

Peter zaśmiał się słabo.

— Nie, to nie on. Nie, że nie jest… no wiesz. — Poruszył się niezręcznie i oblizał wargi. — Mieszka w Wieży Starka. To trochę dziwne. Cóż, niezupełnie. To znaczy, pracuje tam. — Wzruszył ramionami, starając się przymknąć.

May po prostu się do niego uśmiechnęła. Cierpliwie i szczęśliwie, jakby długo czekała, aby to usłyszeć.

— I tam byłeś ostatniej nocy?

— Tak. — Peter wziął głęboki oddech. — Um, poszedłem z Jonah i… i wszystkimi innymi. Ale tak, spędziłem noc... — jego twarz płonęła — z Bruce'em.

— Peter, w porządku — powiedział May. — Również kiedyś skończyłam osiemnaście lat. — Przeszyła go poważnym spojrzeniem. — Używałeś zabezpieczeń?

Peter westchnął, co pomogło mu się trochę rozluźnić.

— Oczywiście.

— Dobrze. — May ponownie spojrzała na aparat, a potem przyciągnęła go do siebie. — Założę się, że jego zdjęcie jest tutaj. — Peter zamarł i nie mógł się ruszyć, gdy May włączyła aparat i zaczęła bawić się przyciskami. — Gdyby mój chłopak kupił mi aparat, to pierwszą rzeczą, jaką bym sfotografowała, byłby on — powiedziała.

Peter patrzył bezradnie z szaleńczo bijącym sercem.

May wymyśliła, jak wywołać cykl zrobionych zdjęć: kilka, które Peter zrobił w drodze do domu, gdy przyzwyczajał się do ustawień i poznawał granice wewnętrznej sztucznej inteligencji aparatu. Potem cały macierzyński humor zniknął z twarzy May. Peter zaczął się pocić. Podniosła wzrok. Kuchnia zdawała się kurczyć, więżąc ich.

— Peter — powiedziała cicho May.

— Ma… — Peter musiał walczyć, by złapać oddech przez zaciśnięte gardło. — Myślę, że ma czterdzieści lat.

Powieki May zatrzepotały z niedowierzaniem, a na jej twarzy rozegrała się bitwa szoku i oburzenia. Pokręciła głową i zaczęła głęboko oddychać. Peter spiął się, chcąc uciec, ale potem May uspokoiła się. Odłożyła aparat.

— To nie tak — powiedział mimowolnie Peter, składając ręce. — On nie jest… wiem, co robię. — May potarła twarz obiema rękami, ale wciąż nie odezwała się. Cisza ciążyła Peterowi i mimowolnie chciał ją zapełnić. — Wiem, jak to wygląda, ale… jest w porządku — bełkotał. — Jest tak mądry i taki… jest taki dobry i… — W oczach May pojawiły się łzy. — I jest Avengers, tak jak pan Stark. Jak kapitan Rogers.

— Avengers — powtórzyła May.

— Tak, wiesz. Superbohater. — Peter przełknął nerwowo. — Ten duży.

— Ten duży?

— Zielony.

Zielony? — Ciocia May znów powtórzyła.

Peter skulił się.

— Nie jest taki przez cały czas. — Wskazał na aparat. — Widziałaś go.

May odchyliła się na krześle, gapiąc się na Petera, jakby oszalał. Powoli jej niedowierzanie i gniew zmieniły się w coś znacznie trudniejszego do odczytania, co spowodowało, że Peter wiercił się niezręcznie. Przetarła oczy, potrząsnęła głową i wreszcie odwróciła wzrok, zasłaniając usta dłonią.

Peter próbował przełknąć gorzkie emocje, które czuł, ale mu się to nie udało.

— Chcę… — Nie mógł zmusić się do przeprosin. — Co? — zamiast tego powiedział. — Co jest?

— Peter — powiedziała May, krzywiąc się.

— Co? To nie tak, że mnie wykorzystuje. Wiem, co robię. — Peter gwałtownie wzruszył ramionami. — Chcesz mi powiedzieć, że zabronisz mi go widywać?

Ciocia May westchnęła z irytacją.

— Peter, nie mogę nawet powiedzieć ci, żebyś przestał być Spider-Manem — wyrzuciła z siebie. — Jak mogę ci powiedzieć, z kim możesz lub nie możesz spać?

Nagle jakby w pokoju zabrało powietrza. Peter zamarł – ledwo mógł oddychać. Nawet ciocia May wyglądała na zaskoczoną, że to powiedziała. Patrzyli na siebie bez słowa przez prawie pełną minutę, zanim w końcu Peter odchrząknął.

— Chcesz, żebym przestał?

Ciocia May otarła oczy i po kilku próbach powiedzenia czegoś wstała z krzesła. Objęła Petera, który również ją przytulił. Miał mętlik w głowie, gdy miesiące tajemnic i wątpliwości zaczęły się ze sobą mieszać. Pomimo wielokrotnego powtarzania sobie, że było to nieuniknione, nigdy tak naprawdę nie wierzył, że prawda w końcu wyjdzie na jaw.

— Wiem, dlaczego to robisz — powiedziała ciocia May i Peter poczuł się słabo. — Wiem, Peter. Ale to, co się stało z Benem, nie było twoją winą.

Peter wzdrygnął się i ukrył twarz w jej ramieniu.

— Pomagam ludziom, ciociu May. Potrzebują mnie.

May milczała przez kolejną długa chwilę.

— Wiem — powiedziała. Brzmiała, jakby płakała. — Nie chcę, żebyś przestał.

— Przepraszam — wyszeptał Peter, próbując zatopić się w jej ramionach. — Przepraszam.

— Ciii, wiem. W porządku. — Pogłaskała go po włosach, tak jak wtedy, gdy był małym chłopcem. — Jestem z ciebie taka dumna, Peter.

Stali w ten sposób przez długi czas, opierając się o siebie nawzajem. Kiedy ciocia May wreszcie się uspokoiła, pocałowała go w czoło i pchnęła lekko w kierunku krzesła kuchennego.

— Czyli — powiedziała, posypując odrobiną cynamonu muffinkę, którą Peter przygotował. — Teraz jesteście przyjaciółmi superbohaterów. Przynajmniej z tym czuję się dobrze.

Peter skrzyżował ręce na stole i oparł się o nie. Nie miał pojęcia, co dokładnie powiedzieć.

— Tak. Są naprawdę niesamowici. W każdym razie ci, których poznałem.

Ciocia May położyła muffinkę na talerzu i postawiła go przed nastolatkiem.

— I… Bruce.

Peter odgryzł róg muffinki i przełknął ją, chociaż jego żołądek nadal był trochę zaciśnięty.

— Wiem, że to… dziwne. Ale to nie jest tego typu dziwne. To znaczy, początkowo nawet nie wiedział, jak młody byłem. Nie jest kimś w rodzaju starca polującego na młodych chłopców.

Ciocia May zajęła swoje poprzednie miejsce.

— To dorosły mężczyzna.

— Ja również — powiedział natychmiast Peter, ale wyraz twarzy cioci sprawił, że skrzywił się. — mam osiemnaście lat…?

— Myślę, że potrzebuję trochę czasu, aby się z tym oswoić — stwierdziła.

Peter odgryzł kolejny kawałek muffinki.

— Więcej niż wtedy, gdy dowiedziałaś się, że jestem Spider-Manem?

— W rzeczywistości tak. — Przyjrzała mu się dobrze, a potem westchnęła. — Och, Peter. — Uśmiechnęła się słabo. — Co zamierzacie zrobić?

— Nie wiem. — Peter stracił cały apetyt na muffinkę, ale wciąż odrywał od niej kawałki. — Obecnie jest dość źle. Ten dupek w wiadomościach, ten, który czepiał się pana Starka? Prowadzi jakąś kampanię przeciw bohaterom. — Przełknął ślinę. Wiem, że oglądałaś wiadomości tamtej nocy… kiedy przyszedł kapitan Rogers.

Ciocia May skinęła głową. Stoczyła ze sobą cichą bitwę, by zapytać:

— Powiesz mi, co się wtedy stało?

— Tak. — Peter usiadł prosto i ponownie usłyszał głos wuja Bena w głowie. — Powiem ci wszystko.

I tak zrobił. Zaczął od doktora Connorsa, pająka w laboratorium i super mocy. Trzymała go za rękę, gdy mówił jej o facecie w sklepie. Opowiedział jej o kapitanie Stacey i jego próbach pomocy Avengers z kosmitami i pierwszym spotkaniu Bruce'a w Wieży. Ominął kilka rzeczy, kończąc na Hammerze i Connorsie oraz okropnej tajemnicy, która Bruce wyjawił mu poprzedniej nocy.

— Mój tata nigdy nie mówił o mnie w ten sposób? — zapytał Peter, kiedy wyjawił całą prawdą. — Nie jestem dzieckiem z probówki, prawda?

Ciocia May ścisnęła jego rękę. Przyjęła wszystkie rewelacje bardzo dobrze, ale prawie widział, jak mentalnie kręciła głową.

— Och, Peter, nie wiem — powiedziała. — Nigdy nie był wylewny. W każdym razie nie wobec mnie. — Uśmiechnęła się z nostalgią. — Ale był bardzo dumny, że cię ma. Razem z Mary długo starali się o dziecko.

Peter zmarszczył brwi.

— Naprawdę?

— I nie była to łatwa ciąża — ciągnęła May. — Twoja matka spędziła wiele czasu leżąc w łóżku. Chodziłam do niej, kiedy mogłam, aby jej pomóc. Ale nigdy nie udostępniała mi szczegółów. — Zawahała się. — Myślę, że pod koniec ciąży bardzo się martwiła. Twój ojciec również.

— Um. — Do tego czasu muffinka zmieniła się w kupkę okruchów i Peter w końcu zaczął ją ponownie jeść. — Nigdy o tym nie słyszałem.

— To nie jest coś, o czym się często rozmawia. Przepraszam, że nie byłam bardziej pomocna.

— Nie. W porządku. Dziękuję. — Peter uśmiechnął się żałośnie. — Przyzwyczaiłem się do tajemnic.

— Cóż, ja również, ale to nie znaczy, że musimy mieć tyle tajemnic. — Ciocia May zerwała się na nogi, a potem pochyliła się, całując czubek głowy Petera. — Nie musisz mi wszystkiego mówić — stwierdziła z powagą — ale nigdy nie zapominaj, że jestem tutaj, jeśli mnie potrzebujesz. Po prostu utrzymuj mnie na bieżąco, dobrze? Muszę wiedzieć, że wszystko jest w porządku.

— Okej. — Peter patrzył, jak zabrała talerz, by włożyć go do zmywarki. — Przepraszam, że martwiłaś się o mnie, szczególnie tamtej nocy. — Przełknął kolejny kęs muffinki. — Może powinienem założyć Spider-Twittera, żeby wszyscy byli na bieżąco z moim statusem „nie martwy".

— Peterze Parker — powiedziała surowo May — jeśli sądzisz, że będę się dowiadywała wszystkiego z Twittera, to bardzo się mylisz. — Zamknęła zmywarkę. — Jestem twoją ciocią. Możesz przynajmniej wysłać mi sms.

— Okej, w porządku — powiedział Peter. — Tak zrobię. — Wstał. — Idę się przebrać. Może później… pójdziemy gdzieś? Jest sobota, to twój wolny dzień, prawda? Powinniśmy coś wspólnie zrobić.

— Moglibyśmy pójść do Central Parku — zasugerowała. — Będziesz miał wiele możliwości wypróbowania nowego aparatu.

Peter ożywił się na ten pomysł.

— Brzmi dobrze. — Chwycił ostatni kęs muffinki, po czym zatrzymał się w miejscu, z podrygującą stopą. — Ciociu May? Jeśli chodzi o Bruce'a…

Ciocia May potrząsnęła głową.

— Powiedziałam, że potrzebuję więcej czasu — powiedziała, ale kiedy Peter zmarkotniał, dodała: — To nie tak, że ci nie wierzą, Peter. Jestem pewna, że wydaje się wspaniały.

Jest.

— I nie zabronię ci widywania go, ale wiedz, że to dużo do przyjęcia na raz!

— Wiem… przepraszam. — Peter wiedział, że robi wszystko, co może w sytuacji, w jakiej ją postawił i doceniał to. Pocałował ją w policzek. — Ale dzięki, że jesteś taka fajna, ciociu May. Serio.

— Idź się przebrać — pogoniła go ciocia May.

Peter pobiegł na górę, niespokojny, z ulgą i chaosem w głowie. A dzień dopiero się zaczął.

OoO

Bruce spędził cały dzień w laboratorium Tony'ego. Przez pewien czas pracowali razem, dyskutując nad pomysłami ulepszenia zbroi Iron Mana, aby była jeszcze bardziej odporna na zmiany temperatury. Przez inną część dnia Bruce siedział przed komputerem, pogłębiając swoją wiedzę na temat różnych technik manipulacji genetycznych. Udało mu się utrzymać koncentrację, analizując tajemnicę DNA Petera z możliwie obiektywnej perspektywy. Czasami nawet zapominał o dzisiejszym poranku i poprzedniej nocy. Potem przypominał sobie o tym, znów czuł się tak, jakby ponownie miał piętnaście lat.

— Jesteś dziś bardzo ożywiony — zauważył Tony, gdy jedli lunch przygotowany w naukowy sposób, który stanowił resztki chińszczyzny podgrzanej na płycie jednej z nieużywanych zbroi Tony'ego. — I cały wczorajszy dzień spędziłeś w swoim pokoju.

Bruce szturchnął kawałek kurczaka stanowiący składnik potrawy „Generał Tso" Nie był pewien, ile był gotów wyznać, dopóki nie powiedział:

— Dowiedziałem się czegoś, co w pewnym stopniu odpowiada na pytanie, jak jad pająka wpłynął na transformację Steve'a.

Tony oparł brodę na dłoni, obserwując go.

— I?

Bruce przełknął nerwowo, potem przypomniał sobie, że oprócz Tony'ego nie miał nikogo, z kim mógłby podzielić się swoimi obawami i teoriami.

— Kiedy po raz pierwszy przystąpiłem do projektu dotyczącego surowicy, generał Ross próbował przede mną ukryć, to co naprawdę robimy — powiedział. — Ale nie jestem idiotą.

— Zauważyłem — stwierdził Tony.

— Przeczytałem tyle starych badań, ile mogłem, w tym oryginalne streszczenie doktora Erskine'a. Podkreślał w nim znaczenie wyboru odpowiedniego kandydata. Przewidywał, że surowica zareaguje nawet na niewielkie różnice w kodzie genetycznym między podmiotami. Nigdy nie wyjaśnił dokładnie, jakich czynników szukał. Ostrzegał jednak, że niewłaściwy obiekt może doprowadzić do katastrofalnych rezultatów.

— Przestań — zatrzymał go Tony. Zmniejszył temperaturę pod daniem i wlał sos do kaczki na pobliską szalkę Petriego. — Wiem do czego zmierzasz.

— Steve był w stanie zatrzymać swoją transformację w połowie procesu w ciągu trzydziestu godzin od ekspozycji — kontynuował Bruce. — Wiem, że promieniowanie nie było tak znaczące, ale…

— Bruce. Zamknij się. — Tony wbił widelec w lo mein i przekręcił. — Osiągnąłeś sukces — powiedział. — Pewnego dnia uwierzysz mi.

— Tak, pewnego dnia — odpowiedział Bruce. To była miła myśl.

Dopiero wieczorem znów im przeszkodzono. Dyskutowali o pomysłach nad kolejnym „naukowym lunchem", kiedy JARVIS oznajmił:

— Przychodzące połączenie do doktora Bannera od pana Petera Parkera.

Bruce zarumienił się. Tony włożył palce w uszy i zaśpiewał:

— La la la. La la la.

— Połącz go — powiedział Bruce. A gdy tylko usłyszał, że jest na linii przywitał nastolatka.

— Cześć Peter. Tony również mówi część.

— Rodzic podsłuchuje — powiedział Tony pod nosem.

— Och, um, hej, panie Stark — przywitał go Peter. Jego głos był radosny, gdy powiedział: — Cześć Bruce.

— Czy masz teraz staż?

— W drodze na niego. Wiesz, muszę utrzymać pewien wizerunek. — Peter zaśmiał się. — Ale, um, chciałem najpierw wpaść do ciebie, jeśli nie masz nic przeciwko. Ciocia kupiła mi nowy telefon na urodziny i kiedy próbowałem go zmodyfikować… myślę, że mogłem go zepsuć.

Tony przewrócił oczami w dramatyczny sposób.

— Nie jest tu mile widziany.

— Przynieś go — powiedział. — Przyjrzymy mu się.

— Okej, świetnie. Do zobaczenia wkrótce. — Tak łatwo było sobie wyobrazić figlarny uśmieszek Petera. — Pa, Bruce.

— Huśtaj się bezpiecznie, Peter.

Połączenie zostało zakończone, a Bruce starał się nie patrzeć na Tony'ego. To jednak nie przyniosło pożądanego skutku. Kiedy podniósł wzrok, zauważył, że Tony się w niego wpatruje.

— Co?

— Nic — powiedział Tony. — To nie moja sprawa.

Przeszli do apartamentu wciąż rozmawiając o eksperymentalnym gotowaniu, kiedy Pepper wypadła z swojego biura.

— Tony — powiedziała pośpiesznie. — Tony, to znowu on.

Tony opadł na kanapę.

— Nie chcę już więcej tego słyszeć.

— Musisz to zobaczyć. — Pepper pochyliła się nad stolikiem i nacisnęła kilka przycisków, przywołując transmisję, która zaprezentowała serię technicznych schematów. Były to oczywiście zbroje Iron Mana, choć nie był to żaden znany Bruce'owi model, a notatki na marginesach nie przypominały pisma Tony'ego.

Tony wpatrywał się przez chwilę w ekran, ale potem dostrzegł coś, czego Bruce jeszcze nie zauważył. Zbladł i przesunął się na samą krawędź kanapy. Jego palce przesuwały się po elementach sterujących na stoliku bocznym, aż lewa ręka zbroi wypełniła ekran, wraz z serią wymienionych obok pocisków, które miały zostać wystrzelone z wyrzutni na przedramieniu.

Bruce założył okulary. Potrzebował tylko chwili, aby zrozumieć różne oznaczenia i opisy techniczne. Serce mu zamarło.

— Czy to pociski nuklearne?

— Są za małe, aby być nuklearnymi — powiedział Tony, ale w rogu ekranu otworzyło się okno, gdy JARVIS zaczął pobierać informacje ze schematu i je analizować. — Nie można umieścić wystarczającej ilości materiału rozszczepialnego w pocisku tej wielkości, aby osiągnąć masę krytyczną.

— Proszę pana — powiedział JARVIS. — Ma pan przychodzące połączenie od dyrektora Fury'ego.

— Mówisz tak, jakbyś tego próbował — stwierdził Bruce na komentarz Tony'ego. — Wygląda jak twoja zbroja.

— Bo nią jest z wyjątkiem tej części. — Tony odwrócił się w stronę Pepper. — Skąd je masz?

Pepper bezradnie potrząsnęła głową.

— Tony, są w całym internecie.

— Proszę pana — powiedział ponownie JARVIS.

— W porządku. Połącz go.

Otworzyło się kolejne okno, ujawniające niezadowolone oblicze dyrektora Fury.

— Stark — przemówił natychmiast — powiedz mi, że nie patrzę na to, co myślę, że widzę.

— Nie czas miażdżenia moich jąder z powodu złego Photoshopu, Nicky.

— Obaj wiemy, że to nie to.

Bruce cofnął się o krok, gdy kłócili się o specyfikację. Nie wiedział wiele o pociskach, ale posiadał obszerną wiedzę o uranie, a gdy studiował zapiski, zaczęły się łączyć w sposób, który prawie miał sens. Tony miał rację – pociski były za małe. Ale był tam pomysł, coś, co można ulepszyć i przekształcić Iron Mana w broń nuklearną.

Zaczęły przychodzić kolejne połączenia telefoniczne. Tony odpowiedział tylko na telefon Rhodesa, który, jak Bruce zrozumiał, pytał o War Machine. Bruce wycofał się i stanął obok Pepper. Wymienili zmartwione spojrzenia.

— Co się naprawdę dzieje? — zapytał Bruce.

— Mój przyjaciel dziennikarz dał mi te informacje — powiedziała Pepper. — Te specyfikacje pojawiły się w sieci trzydzieści minut temu. — Trzęsła się z frustracji. — To znowu on. To musi być on. Każdy może to zobaczyć.

— Nie — zaprzeczył Bruce. — To coś innego.

Udowodniono, że ma rację, gdy Fury nagle powiedział:

— Włącz wiadomości na Fox.

—… z Philipem Barnettem — powiedział prowadzący — byłym pracownikiem Hammer Industries. Zgodził się z nami porozmawiać na temat niedawno opublikowanych informacji. — Kamera zmieniła ujęcie na mężczyznę w średnim wieku o blond włosach i w okularach. Tony mruknął coś pod nosem.

— Twój przyjaciel? — zapytał Bruce, podczas gdy prowadzący wymieniał uprzejmości ze swoim gościem.

Tony potrząsnął głową.

— Jest w rzeczywistości porządnym gościem.

— To nie ja ujawniłem te plany — powiedział Barnett. — Ale to moja praca. Czułem się zmuszony do zrobienia kroku naprzód.

Zaprojektowałeś tę zbroję? — zapytał prezenter, a Tony miał zamiar wkurzyć się.

— Nie, oczywiście, że nie. Po prostu przeanalizowałem i zanotowałem specyfikację zbroi, którą dostarczył nam podpułkownik Rhodes.

— Tony — powiedział Rhodes — jeśli twoja nastoletnia rywalizacja z Hammerem będzie miała wpływ na wojsko, to przysięgam na Boga…

— Twierdzisz, że zbroja War Machine była już wyposażona w urządzenie nuklearne, kiedy trafiła w twoje ręce?

— Mieliśmy wyposażyć go w artylerię na demonstrację podczas Stark Expo –— wyjaśnił Barnett. — Oczywiście, pan Hammer poprosił nas, abyśmy rozdzielili elementy, gdy będziemy na miejscu. Jakiego rodzaju marnotrawstwem byłoby, gdybyśmy tego nie zrobili? Ale kiedy zdaliśmy sobie sprawę, co za tym się niesie, pan Hammer kazał nam zdemontować pocisk uruchamiający system.

— Stark — powiedział Fury, ale Tony przerwał mu:

— Nie, sto razy, nie.

— Dlaczego tego nie zgłosiłeś? — kontynuował prowadzący.

— Jak mogliśmy? Taki ładunek? Nikt by nie uwierzył, że sami go nie dodaliśmy. Właśnie dlatego te specyfikacje nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego. — Barnett pokręcił głową. — Mogę tylko sobie wyobrazić, że ktoś w Oscorp dostał je w swoje ręce w wyniku przejęcia firmy i postanowił je ujawnić, aby pojawiła się negatywna opinia w prasie.

— Oscorp — mruknął Steve, a Bruce podskoczył. Nawet nie zauważył jego przybycia. — Czy oni również są w to zaangażowani?

— Wszystko, co mówi, to bzdury — warknął Tony. — JARVIS, wyłącz to gówno. — Zerwał się na równe nogi. — Mam dość gierek Hammera i zamierzam położyć temu kres.

— Brzmisz, jakbyś zamierzał zrobić coś głupiego — powiedział Fury, w tym samym czasie, gdy Rhodes rozkazał:

— O czymkolwiek myślisz, nie rób tego.

W tym czasie Tony wyszedł na balkon. Wszyscy poszli za nim.

— Tony — zawołała Pepper — będziemy z nim walczyć, ale nie w ten sposób. Co zamierzasz zrobić? Po prostu polecisz tam i go zastrzelisz?

— Czy w ogóle wiesz, gdzie on jest? — zapytał Steve.

— Jest właścicielem mieszkania na Upper East Side — powiedział Tony, kierując się na stanowisko Iron Mana. — JARVIS był w stanie wyśledzić, że niektóre tweety zostały stamtąd wysłane. — Wydał dźwięk zniesmaczenia. — Nie mogę uwierzyć, że zmusił mnie do wypowiedzenia słowa „tweety".

Bruce ociągał się. Wszyscy byli wzburzenie, a on nie miał zamiaru wchodzić w sam środek tego, zwłaszcza gdy Tony podjął już decyzję. Spojrzał na wieczorną panoramę, jednocześnie żałując, że Petera jeszcze nie było. Przetarł oczy, a kiedy spojrzał ponownie, zauważył odbicie światła na dachu znajdującego się obok budynku amerykańskiego banku.

— Hej, Tony.

— Tony, proszę — ciągnęła Pepper. — Właśnie tego chce.

— Nie obchodzi mnie to! — Tony wszedł na stację i kawałek po kawałki zbroja była dopasowywana do jego ciała. — Wystarczy. Po wszystkim, przez co przeszliśmy, myśli, że może mnie męczyć tymi bzdurami z koszmaru public relations? Chciał wojny, to teraz ją ma. — Przyłbica hełmu opadła. — Ale nie martw się, nie strzelę do niego. Po prostu… porozmawiamy. Jak dżentelmeni.

Silniki zostały odpalone. Steve i Pepper cofnęli się, gdy startował. Gdy tylko uniósł się w powietrze, Bruce zobaczył kolejny błysk światła z przeciwległego dachu. Zbroja Tony'ego zniknęła z pola widzenia, ale po chwili Tony wrócił. Zanim Bruce zdążył poczuć zaniepokojenie z tego powodu, zbroja zmieniła nieznacznie kurs i odleciała w kierunku Upper East Side.

Bruce już miał zapytać, czy ktoś jeszcze zauważył jego dziwną trasę lotu, kiedy JARVIS przerwał im przez komunikator.

— Pani Potts — powiedział z nietypowym dla siebie pośpiechem. — Wykryłem…

Interkom zatrzeszczał, a głos JARVISA zmienił się w szum. Gdy cała ich trójka odwróciła się w stronę apartamentu, wszystkie wewnętrzne ekrany pociemniały. Połączenia od Fury'ego i Rhodesa zostały przerwane, a ich ekrany zostały zatopione cyfrowym zegarem z wielkim czerwonym napisem i zegarem: NARUSZENIE BEZPIECZEŃSTWA 00:01:00:00.

Zszokowani wpatrywali się w ekran.

— Co się dzieje? — zapytał Steve i gdy skończył mówić, zegar zaczął odliczać.

Panika zaczęła ogarniać Bruce'a. Sześćdziesiąt sekund. Miał wrażenie, że pokój się kręci, ale mimo to udało mu się podbiec do kontrolek przy stoliku bocznym. Nic, co naciskał, nie spowodowało zatrzymania odliczania.

— JARVIS?! — krzyknął, ale kiedy nie uzyskał żadnej reakcji, złapał Pepper za ramię. — Pepper, gdzie jest ręczne wyłączanie systemu? — Spojrzenie Pepper utkwiło w zmieniających się czerwonych cyfrach. Zatrzęsła się w uścisku Bruce'a. Chwycił ją za drugie ramię. — Pepper, pośpiesz się — spróbował ponownie. — Czy system można wyłączyć ręcznie?

— Tak… wyłącznik jest na dole. — Wyglądała, jakby miała zemdleć. — W laboratorium.

— To sześć pięter niżej — powiedział, kiedy pobiegli na awaryjną klatkę schodową. — Nie wiem, czy…

Steve otworzył drzwi, nie czekając na nich.

— Czego mam szukać?

— W laboratorium, przy północno-wschodniej ścianie, znajduje się właz w podłodze — zawołała Pepper. Zrzuciła buty, gdy razem z Bruce'm pognała za nim po schodach. — Największa z dźwigni powinna wyłączyć centralny układ całej wieży, ale wszystko będzie zamknięte!

Steve schodził po schodach po kilka stopni na raz i szybko zniknął im z oczy. Gdy Bruce gonił za nim, próbował kontrolować swój oddech, ale serce już biło mu szybciej i zaczął się pocić. Nie bał się o siebie, ale słyszał za sobą Pepper, dyszącą ze strachu. Pomyślał o Peterze idącym do wieży, który nie miał pojęcia, co się działo. Nawet jeśli byłby to kolejny głupi żart Hammera, gdyby Hulk zdecydował, że miał już dość Rossa, ta cała potyczka mogłaby się skończyć.

Bruce i Pepper zeszli na odpowiednie piętro, potykając się, gdy przeszli przez zniekształcone drzwi bezpieczeństwa i weszli do laboratorium. Odliczanie było wyświetlone na każdym ekranie, oświetlając całe pomieszczenie czerwonym światłem. Stece znalazł właz i podważał go za pomocą płyty piersiowej zbroi Iron Mana, którą Tony i Bruce używali wcześniej do podgrzania lunchu. Gdy tylko był w stanie włożyć palce pod spód, pociągnął, a metal zazgrzytał w proteście.

— Dwanaście sekund — powiedział Bruce, gdy właz został w końcu odsunięty.

Steve wskoczył do komory poniżej. Bruce słyszał, jak poruszał się, a później jęk metalu, ale zegar nadal odliczał. Nie było czasu. Gdy odliczanie zbliżało się do końca, Bruce złapał Pepper i pchnął ją na jedną z belek nośnych, osłaniając ją swoim ciałem. Pomyślał, że gdyby to była bomba, na którą powinni być gotowi, Hulk mógłby ją ochronić. Przynajmniej miał taką nadzieję. Spiął się, czekając na huk i przypływ gorąca. Gdy zegar osiągnął trzy sekundy do zera, wszystkie światła zgasły.

Pepper wrzasnęła blisko ucha Bruce'a, jednak ten nadal czekał, wstrzymując oddech, ale nic się nie stało. Czerwień w pokoju została zastąpiona miękkim pomarańczowym półmrokiem przenikającym przez rolety. Bruce spojrzał na monitory, ale każdy z nich był czarny. Westchnął głęboko. Miał wrażenie, że kolana mu zmiękły.

— Steve?

— Wszystko w porządku? — Głos Steve'a wydobył się z komory. — Czy nadal powinienem to pociągnąć?

Bruce i Pepper wymienili spojrzenia.

— Już nie trzeba? — powiedział niepewnie Bruce.

— Dobrze. — Steve wystawił głowę z dziury. — Nie miałem czasu, aby zerwać pieczęć, zanim zgasły światła.

Monitory jeden po drugim zaczęły się włączać. Bruce odsunął się od Pepper, a Steve dołączył do nich, zdezorientowany, gdy linie tekstu zaczęły się wyświetlać. Kiedy Bruce pochylił się nad jednym z stanowisk roboczych, żeby im się przyjrzeć. Była to lista podsystemów.

— Jesteś pewien? — zapytał. — Ponieważ wygląda na to, że zadziałała. System jest restartowany.

Z głośników znajdujących się w pokoju dobiegał szum, ale trwał on tylko chwilę.

— Dobry wieczór, pani Potts, doktorze Banner, kapitanie Rogers — powiedział JARVIS. — Jak mogę wam pomóc?

Pepper odetchnęła z ulgą, jakby dopiero teraz uwierzyła, że wszystko będzie dobrze.

— JARVIS, co do cholery, właśnie się stało?

— Proszę przyjąć moje przeprosiny, pani Potts — powiedział JARVIS. — Obawiam się, że wykryłem katastrofalne naruszenie bezpieczeństwa systemu. W takim przypadku jestem zaprogramowany do zainicjowania pełnego zamknięcia systemu i przywrócenia go. Powrót wszystkich systemów do sieci może trochę potrwać.

— To było twoje odliczanie? — zapytał z niedowierzaniem Steve.

— Jeszcze raz przepraszam, jeśli spowodowało to niepotrzebne zmartwienie — powiedział JARVIS.

Bruce opadł na krzesło. Jego serce wciąż biło za szybko.

— Czy system jest teraz bezpieczny?

— Tak, doktorze Banner. Jest teraz mocno zabezpieczony. Analizuję dziennik danych, aby ustalić, co spowodowała włamanie i jak zapobiec takim atakom w przyszłości.

— A co z Tony'm? — zapytał Pepper. — Gdzie on jest? Czy wszystko z nim w porządku?

— Próbuję teraz zlokalizować pana Starka.

Chwilę później wybuch zakłóceń obwieścił sukces JARVISA.

— Tony! — zawołała natychmiast Pepper. — Co się stało? Właśnie zostaliśmy zhakowani. Czy wszystko w porządku?

— Tak — odpowiedział Tony, chociaż jego głos był dziwnie nieobecny.

Bruce skoncentrował się na oddychaniu, gdy Steve zapytał:

— Co się stało z twoją elektroniką? Czy dotarli również do ciebie?

— Cóż… dobra wiadomość jest taka, że wszyscy możecie powiedzieć: „Mówiłem ci".

Najbliższy ekran zmienił się na widok odtwarzany z kamer Iron Mana. Był to widok budynku mieszkalnego z wysadzonymi oknami na najwyższym piętrze i kłębiącym się ogniem oraz dymem. Steve wymamrotał przekleństwa, podczas gdy Pepper zakryła usta dłońmi. Bruce mógł tylko patrzeć.

— Myślę, że mam poważne kłopoty — powiedział Tony.