Lucjusz wracał do zdrowia. Kilka dni po tragicznych wydarzeniach siedział w szpitalnym łóżku podparty górą poduszek i czytał Proroka Codziennego.
"Azkaban pęka w szwach! Masowe zwolnienia" głosił nagłówek.
- Idioci — powiedział pod nosem.
Zawsze uważał ministrów i wszelką władzę za niedojdy. Trzymał się blisko pewnych ludzi jedynie ze względu na korzyści, nie dlatego, że ich lubił lub podziwiał.
Z artykułu wynikało, że z Azkabanu zostaną zwolnione osoby, które ze względu na wiek i stan zdrowia nie byłyby już w stanie komuś zaszkodzić. Ci z cięższymi wyrokami zostaną przeniesieni do więzień o mniejszym rygorze, a część w ogóle zostanie wypuszczona.
- Robią to tylko po to, żeby pozbyć się starców, którzy za chwilę umrą, nie będą się musieli martwić co zrobić z ciałami — mruknął do gazety.
- Nie denerwuj się kochanie. Musisz odpoczywać — Narcyza zabrała mu gazetę.
- Ojcze — do pokoju wszedł Draco. - Mam coś dla ciebie — położył na łóżku długie opakowanie. - Otwórz.
Lucjusz rozdarł papier i otworzył czarne długie pudełko. Jego oczom ukazała się laska. Taka sama, jaką miał nim Voldeomrt zabrał mu różdżkę. Jego oczy zapłonęły. Wyjął ją ostrożnie i niemal z namaszczeniem pogładził srebrną wężową główkę, złapał za nią i z laski wysunął różdżkę.
- Różdżka jest zupełnie nowa — powiedział Draco. - Rękojeść jest oryginalna. Mówiłeś, że to pamiątka po przodkach.
- Jest w naszej rodzinie od pokoleń. Cieszę się, że znów będę mógł jej używać. Dziękuję. Poza tym... teraz przyda mi się laska jak nigdy wcześniej — powiedział z bladym uśmiechem.
Narcyza wiedziała, co się święci i ukradkiem ulotniła się z pokoju, by dać im prywatność.
- Możemy teraz porozmawiać? - zapytał Draco.
- O czym tylko chcesz. Przez ostatnie kilka miesięcy nie szło nam to najlepiej.
- Teraz będzie inaczej, jeśli tylko... jeśli po prostu mi wytłumaczysz.
- Co chcesz wiedzieć?
- Dlaczego to wszystko musiało się wydarzyć? Chciałeś tego?
- Oczywiście, że nie.
- Zostałem śmierciożercą, bo ty nim jesteś. Dołączyłeś do Voldemorta po dobroci czy też ktoś cię zmusił?
- Nikt mnie nie zmusił.
- Więc dlaczego...?
- Pewnie myślisz, że to mnie czyni złym. Cóż, pewnie trochę tak, ale czasy były wtedy inne, Draco. To jeszcze nie wyglądało tak przerażająco, Voldemort nie miotał się jak oszalały...
- ...ale już wtedy był zły!
Lucjusz myślał przez chwilę. Nie wypadał najkorzystniej.
- Wiesz, czego pragnę. Żeby czarodzieje mieli czystą krew, żeby rody takie jak nasz trwały, żeby czarodzieje nie wyginęli. Ja wtedy wierzyłem, że zmienimy świat, że to piękna idea, że zrobimy coś dobrego dla świata magii.
Draco wpatrywał się w ojca, te wyjaśnienia to było za mało by go zadowolić, czekał na więcej.
- Byłem młody, naiwny i głupi — westchnął Lucjusz. - Nie było cię jeszcze w planach, nie pomyślałem, jak to wszystko może się odbić na rodzinie, bo jeszcze jej nie miałem, rozumiesz? Zacząłem żałować, kiedy twoja matka zaszła w ciążę. Kiedy się urodziłeś i nie mogłem być z wami, bo Czarny Pan wzywał, a twoja matka płakała, bo bała się, że wyjdę i już nie wrócę żywy.
Oczy Draco poczerwieniały.
- Wiem, że mnie obwiniasz, masz do tego prawo.
- Tak było, ale... byłem po prostu zły, że nie mam żadnego wyboru. Że tkwimy w tym i nic się nie zmienia. Że nie mam przyszłości. Nigdy nie patrzyłem na to z waszego punktu widzenia, bo nigdy mi nie opowiadałeś, jak to się zaczęło.
- Wydawało mi się, że im mniej będziesz wiedział tym dla ciebie lepiej.
- Czasem żałowałem, że jestem akurat twoim synem — powiedział Draco łamiącym się głosem. - Wtedy, gdy inni gadali za plecami, kiedy już wszyscy wiedzieli, że jesteś śmierciożercą, że zabijałeś...
- Nie jestem mordercą — ostro wtrącił Lucjusz. - Pamiętaj, że nigdy, przenigdy nie rozkoszowałem się w odbieraniu komuś życia. Jeśli musiałem, to tylko dlatego, żeby samemu przeżyć albo żeby was chronić. Nie jestem z tego dumny — powiedział, czuł na swojej skroni pulsującą żyłkę. - Wiesz, że umarłbym dla ciebie, prawda? Chcę, żebyś nie miał wątpliwości co do tego.
- Wiem — smutno powiedział Draco, spuszczając głowę. - Nie chcę, żebyś jeszcze kiedyś musiał to udowadniać — oczy mu się zaszkliły.
- Myślałem, że tego chcesz — powiedział Lucjusz z małym uśmieszkiem, podpuszczał go, przypominając rozmowę, którą podsłuchał. - Heroicznych rodziców, bohaterów.
- To, co wtedy powiedziałem... byłem zły, ale nie wszystko to prawda. Podziwiam was. Ale inni nie rozumieją, dlaczego tacy jesteście. Nie wiesz, jak na mnie patrzą.
- To się bardzo na tobie odbiło prawda? - zapytał Lucjusz, przyglądając się synowi, który zwieszał głowę coraz niżej tak, że ciężko było odnaleźć jego wzrok. - Przykro mi, nawet nie wiesz jak mi przykro, że musisz ponosić konsekwencje moich głupich wyborów z młodości.
Lucjusz sam był zdziwiony, kiedy poczuł, że coś mokrego powoli spływa mu po policzkach. Draco podniósł na niego wzrok i stało się jasne, że rozumie i wybacza. Nikt nic więcej nie musiał mówić. Lucjusz pospiesznie wytarł twarz, kiedy do pokoju wróciła Narcyza.
- Mają tu nie najgorszą herbatę — oznajmiła, odstawiając dwa kubki gorącego napoju, które im przyniosła.
Spojrzała na ich czerwone oczy i nosy i uśmiechnęła się czule. Wiedziała, że będzie już tylko lepiej. Narcyza była silną kobietą i miała ogromną wiarę. A przede wszystkim najmocniej z całego serca wierzyła w swoją rodzinę.
Snape po raz kolejny w tym tygodniu zmagał się z tym, by unikać spojrzenia Hermiony Granger. Merlin wie, ile naopowiadał jej Potter. Przecież najlepszym przyjaciołom mówi się wszystko prawda? Kiedyś mógł wszystko powiedzieć Lily. Do czasu. To go nauczyło, że prawda nie zawsze wzmacnia więzi. Nie w jego przypadku. Bezpieczniej było czasem milczeć.
- Pamiętajcie, żeby najpierw dodać skorupkę żmijoptaka, a dopiero potem syrop z ciemiernika. Nie chcę wybuchów w mojej sali — powiedział, obserwując, jak klasa pracuje nad uwarzeniem eliksiru na ocenę.
"Miernota" pomyślał znad pergaminu. Siedział za biurkiem i sprawdzał wypracowania. Siódmoklasiści uwijali się jak w ulu, żeby sprostać wymaganiom Mistrza Eliksirów. Raczej z marnym skutkiem. Nagle ręka Hermiony wystrzeliła w powietrze.
"Tylko nie ona".
- Skończyłam — oznajmiła.
"To się okaże".
Snape wstał i podszedł do jej kociołka. Panna Granger wyglądała okropnie, jej burza włosów zawsze skręcała się od oparów, zwiększając objętość, a wtedy jej głowa przypominała czuprynę Hagrida.
Snape zamieszał w kociołku i zaciągnął się zapachem. A właściwie lekkim smrodem. Konsystencja była idealna, kolor też. I zapach.
"Psia krew"
Temu, kto skończy jako pierwszy, obiecał punkty dla domu. Oczywiście pod warunkiem, że eliksir będzie uwarzony idealnie. Ten był. Niestety. Zamieszał raz jeszcze, szukając czegoś, do czego mógłby się jednak przyczepić. Nic nie znalazł. Czuł na sobie świdrujące spojrzenie Hermiony. Wrócił powoli do swojego biurka, żeby przeciągnąć jej oczekiwanie na werdykt.
- Pięć — powiedział, łapiąc za pióro — punktów dla Gryffindoru.
- Tylko pięć? - szepnął ktoś.
- Nie zapominajcie — Snape zwrócił się do klasy — że panna Granger jest od was o rok starsza. POWTARZA rok — podkreślił — więc fakt, że uwarzyła ten eliksir dobrze i tak nie jest szczytowym osiągnięciem. Spokojnie można by go uwarzyć w dwadzieścia minut, a nie dwa razy tyle.
Hermiona aż się gotowała, żeby coś powiedzieć, ale się powstrzymała. Obydwoje dobrze wiedzieli, dlaczego powtarzała rok, po tym, jak się narażała, nie było w tym nic ujmującego, ale Snape nie byłby sobą, gdyby nie przedstawił tego w negatywnym świetle.
Snape miał zamiar przyznać zwycięzcy dziesięć punktów, ale ze względu na fakt, iż Hermiona była starsza od pozostałych, wymagał od niej większej wiedzy i zdecydował się przyznać zaledwie pięć punktów. Nie, żeby przynależność do Gryffindoru miała tu znaczenie.
Przyznanie przez Snape'a dodatnich punktów dla Gryffindoru musiało wywołać w jednym z mieszkańców tego domu niemały szok, bo chłopak o kruczoczarnych włosach przewrócił jeden ze składników, który zaczął syczeć, bąblić się i wypalać dziurę w stole. Snape machnął różdżką i plama, jak i dziura zniknęły.
- Minus dziesięć punktów od Gryffindoru za nieuwagę.
Słowa, które sprawiały mu tyle przyjemności i łechtały jego ego. Nie mógł powstrzymać się od małego uśmieszku.
- Panna Granger będzie się chyba musiała jeszcze bardziej starać, bo liczyć na kolegów jak widać nie może.
Snape był wręcz zachwycony faktem, że w Hogwarcie nie ma już Pottera. Puchar domów znów bez problemu trafi w ręce Ślizgonów. Wściekał się za każdym razem, kiedy Dumbledore dawał świętej trójcy dodatkowe punkty za ich głupotę, arogancję i niekompetencję, czy jak to nazywał Albus "za odwagę i poświęcenie".
Po zajęciach wszyscy łącznie z nauczycielami udali się na obiad do Wielkiej Sali. Chwilę potem nadleciała sowia poczta. Snape nie spodziewał się listu, więc był zdziwiony, kiedy wylądowała przed nim koperta i to z samego Ministerstwa Magii. Obejrzał ją dokładnie, zaadresowana była do niego. Czego może od niego chcieć Ministerstwo? Cofną mu order Merlina? Chcą więcej nazwisk i faktów na temat śmierciożerców?
Otworzył kopertę, wyjął list i zaczął czytać.
Ministerstwo Magii zawiadamia Pana Severusa Tobiasa Snape'a jako najbliższego krewnego Eileen Snape zd. Prince o zwolnieniu pani Snape z więzienia Azkaban na mocy nowej ustawy o zbrodniach popełnionych przed rokiem 1980. Ze względu na wiek i stan zdrowia pani Snape prosimy o stawienie się po wyżej wymienioną, bądź kontakt.
Reszty Snape nie doczytał. Poczuł, że serce mu stanęło, a Wielka Sala zniknęła. Był tylko on, list i jego myśli.
