Wszystkiego dobrego w nowym roku, Kochani!

...

Rose siedziała na łóżku w swoim dormitorium. Starając się zapleść swoje gęste włosy w warkocz, rozmyślała o ostatnich wydarzeniach. Kiedy wychodziła z pubu Pod Trzema Miotłami w sobotnie popołudnie, nie była w stanie myśleć logicznie. Teraz, oceniając na chłodno cały ciąg zdarzeń, który zakończył się jej gwałtownym wyjściem z Hogsmeade, zdołała dojść do wniosku, że Charles Fox nie był jedynym winnym jej zawodu i rozczarowania. Jasne, że – zdaniem Rose – sposób, w jaki Charles chciał zbliżyć się do Greenie był mocno nietrafiony, ale z drugiej strony zapraszając Rose do pubu nie dał jej raczej do zrozumienia, że zaprasza ją na randkę. Po prostu zaprosił ją do pubu i to wszystko – nigdzie nie wspomniał, jaki to spotkanie będzie miało charakter. Zdaniem Rose, mógł być nieco bardziej konkretny – gdyby wtedy w bibliotece zamiast mówić jej, że chciałby z nią pójść do Trzech Mioteł bez żadnego wyjaśnienia, a zapowiedział, że ma do niej pewną sprawę, Rose byłaby może inaczej na to spotkanie nastawiona. No i najprawdopodobniej uniknęłaby kompromitacji w oczach Scorpiusa Malfoya, który od zawsze chciał się z nią umówić i jakoś do siebie przekonać, dostał niemal w twarz wiadomością, że Rose na randkę idzie z Charlesem. Nie pomógł również fakt, że świadkiem jej spotkania był Albus – najlepszy przyjaciel Scorpiusa, który mimo dość bliskiego pokrewieństwa z Rose, raczej nie uszanował jej prawa do prywatności i sprzedał Scorpiusowi (oraz Greenie) informacje o tym, że podejrzanie wcześnie opuściła pub. Rose wróciła myślami do Scorpiusa. „Na pewno skacze pod sam sufit z radości...", pomyślała i zrobiło jej się dziwnie przykro. Z jednej strony, była niesamowicie zła na Albusa za to, że śmiał ją obserwować podczas jej „randki" z Charlesem, a z drugiej było jej jakoś nietypowo żal Scorpiusa. Zaczynała powoli rozumieć jak Scorpius mógł się czuć, gdy za każdym razem, zawsze bardzo uprzejmie i kulturalnie, usiłował z nią chociażby chwilę porozmawiać, może trochę poflirtować. Rose potrząsnęła głową. To dość niedorzeczne, że rozmyśla o Scorpiusie, z którym w życiu nie poszłaby na żadną randkę. Wstała z łóżka i podeszła do swojego kufra, który wciąż krył w sobie sporo jej dobytku, którego postanowiła nie przepakowywać do szafki. Otworzyła go i spojrzała uważnie na rzeczy znajdujące się w nim. W rogu leżała bezwładnie książka, którą dostała od dziadków Weasley na tegoroczne Boże Narodzenie, Kiedy zawrze kociołek. Poradnik dla eliksirowarów, poziom zaawansowany. W końcu eliksiry były jednym z jej ulubionych przedmiotów, a książka wyglądała bardzo zachęcająco – zwłaszcza, że Rose dwa lata temu kupiła dwie pierwsze części poradnika, które okazały się być naprawdę świetnymi książkami. Rose sięgnęła po poradnik, jednak coś, co leżało pod nim, przykuło jej uwagę – trochę bardziej, niż Rose by sobie życzyła. Był to niewielki prezencik, opakowany w magiczny papier prezentowy, który mienił się złotymi gwiazdkami na atramentowym tle. Do wstążki, którą oplatała pakunek, zawiązany był mały bilecik. Rose doskonale wiedziała, od kogo dostała ten prezent, jednak zdecydowała się wyjąć pudełeczko z kufra i dokładniej mu się przyjrzeć. Wcale nie oznaczało to, że zamierzała w jakikolwiek sposób okazać wdzięczność ofiarodawcy – tym bardziej, że był nim Scorpius Malfoy. Na bileciku kanciastym charakterem pisma, napisane było jedynie „Wesołych Świąt, Rose". Rose usiadła na łóżku, w jednej ręce trzymając książkę o eliksirach, a w drugiej prezencik, od którego nie mogła oderwać wzroku. Chociaż dobrze wiedziała, jak pakunek wygląda, nie mogła powstrzymać się od jej starannego obejrzenia. Migające na złoto gwiazdki hipnotyzowały Rose i zachęcały, żeby rozwinęła papier i zajrzała do środka. Wiedziała, że Scorpius na pewno bardzo by się ucieszył, gdyby dowiedział się, że Rose otworzyła swój prezent i używa go – czymkolwiek by nie był. Spojrzała raz jeszcze na bilecik i omal nie zsunęła się z brzegu łóżka, na którym siedziała. Napis „Wesołych Świąt, Rose" zniknął, a zastąpił go inny, napisany takimi samymi kanciastymi literkami, „Otwórz mnie, Rose". Rose wpatrywała się zszokowana w bilecik, jakby był czymś naprawdę niesamowitym, a był jedynie bilecikiem z zaczarowanym napisem. Rose zamyśliła się. To, w jaki sposób Scorpius przygotował dla niej prezent, było dość zaskakujące. Oczywiście, Rose spodziewała się, że prędzej czy później, o ile nie da sobie z nią spokoju, Scorpius wejdzie na wyższy poziom w próbach zachęcenia jej do siebie, jednak prezent wydawał się być najbardziej starannym wyrazem sympatii, na jaki Scorpius do tej pory się zdobył. Był bardzo estetycznie zapakowany, a zaczarowany bilecik, mimo iż był potraktowany raczej prostą magią, robił wrażenie. Scorpius zadał sobie nieco więcej trudu, żeby nakłonić Rose do otworzenia podarunku, niż tylko zwyczajne przysłanie jej prezentu. Rose poczuła się nieswojo, jakby jakiś nieokreślony żal lub bardziej – współczucie, przeszyło ją na wylot. Scorpius przecież nic złego nigdy jej nie zrobił, przeciwnie – zawsze był dla niej niesamowicie grzeczny, tolerował bez słowa jej aroganckie odzywki, nie zachował się jak napalona świnia, kiedy przypadkiem wszedł do łazienki i zastał Rose nagą w kąpieli, a w dodatku przysłał jej bożonarodzeniowy prezent. To Rose zamierzała zachować się po świńsku i postanowiła nadal traktować Scorpiusa jak śmiecia. A on nie zrobił nic złego – po prostu się bardzo starał. Coś, czego nie zrobił, dla porównania, Charles Fox wobec Greenie. Jasne, być może nieśmiałość Charlesa i jego brak obeznania w relacjach z dziewczynami, skłoniły go do wysłużenia się Rose w jego staraniach o Greenie, jednak Scorpius raczej nie wydawał się bardziej obeznany w tych sprawach. Właściwie to Scorpius, odludek i introwertyk, mający tylko jednego kumpla w całym Hogwarcie, był w porównaniu do Charlesa, towarzyskiego, uśmiechniętego i otoczonego grupą trzech kolegów, prezentował się nieco bardziej żałośnie. Rose zrobiło się przykro. Przecież nic jej się nie stanie, jeśli otworzy prezent i sprawdzi, co to takiego jest. Nawet, gdyby Scorpius przysłał jej coś niebezpiecznego, od razu byłoby wiadomo, gdzie szukać winowajcy, już Rose by o to zadbała. Rose wzięła się w garść. Pociągnęła z końce wstążki i rozwiązała ją, po czym rozwinęła papier prezentowy. Jej oczom ukazało się kwadratowe pudełko. Czarne, przypominające pudełeczka na biżuterię. Rose zastanowiła się chwilę. „Chyba nie jest taki głupi, żeby przysyłać mi jako prezent pierścionek zaręczynowy", pomyślała i roześmiała się na głos. Otworzyła czarne pudełeczko, a jej oczom ukazało się coś zgoła innego. Nie był to co prawda zaręczynowy pierścionek, ale domysły z biżuterią okazały się trafne. Na poduszeczce wewnątrz pudełka ułożona była srebrna bransoletka, bardzo cieniutka i delikatna, ze srebrnymi zawieszkami w kształcie miotły, kafla, tłuczka, złotego znicza i pałki do odbijania tłuczków. Rose podniosła bransoletkę do poziomu wzroku. Nie nosiła zbyt wiele biżuterii – prawdę mówiąc miała jedynie kolczyki w kształcie sów i łańcuszek z zawieszką w kształcie literki R. Jednak bransoletki nigdy jeszcze nie miała. Przyjrzała się każdej z zawieszek. Były to maleńkie dzieła sztuki jubilerskiej. Wszystkie detale były wykonane z niesamowitą precyzją, a Rose, jak fanka quidditcha, była w stanie dzięki tym szczegółom rozpoznać jaki model miotły stanowi jedna z zawieszek. Rose bez zastanowienia założyła bransoletkę na lewy przegub. Nieistotne było, że dostała ją od Scorpiusa. Był to przedmiot tak piękny i subtelny, że nie zasługiwał na leżenie w kącie kufra. A z podziękowaniem jakoś załatwi sprawę. Zadowolona z siebie, usiadł na łóżku i zatopiła się w książce o eliksirach, spoglądając co jakiś czas na srebrne zawieszki, które goniły się po łańcuszku.

...

- Rose, masz bardzo ładną bransoletkę – powiedziała Greenie, kiedy jadły razem śniadanie w poniedziałek przed eliksirami. Rose rzuciła okiem na swój przegub, na którym delikatnie połyskiwały srebrne piłki do quidditcha, miotła i pałka, które goniły się po cieniutkim łańcuszku.

- Dziękuję – odparła. Greenie przyglądała się jeszcze chwilę bransoletce. Rose uśmiechnęła się pod nosem. Greenie uwielbiała błyskotki niemal tak samo, jak kolor zielony.

- Dostałaś na Święta? – zapytała, a Rose tylko skinęła głową w odpowiedzi. Trochę wystraszyło ją to pytanie, bo po nim mogło nastąpić kolejne – „od kogo?". A wówczas Rose nie byłaby chyba w stanie odpowiedzieć, że to prezent od Scorpiusa Malfoya. Rose rzuciła szybko okiem na stół Slytherinu. Malfoy siedział jak zwykle obok Albusa. Wydawał się mieć dość dobry nastrój, w przeciwieństwie do ostatnich trzech dni, kiedy to dotarła do niego informacja o randce Rose z Charlesem Foxem, jednak najwyraźniej dotarła do niego również informacja, że niestety randka była kompletną klapą. Rose mogłaby sobie dać obciąć rękę za to, że Albus podzielił się swoimi obserwacjami z pubu. Nieco zirytowana spojrzała na Albusa. Nie patrzył w jej stronę, zajęty był rozmową że Scorpiusem, a Rose miała dziwne wrażenie, że tematem ten rozmowy jest właśnie ona. Jakieś nieznane i dziwne uczucie zalało jej umysł, jakby poczuła jakiś rodzaj ulgi. Nie wiedziała z jakiego powodu odczuwa ulgę, ale jej podejrzenia zaczęły napawać ją przerażeniem. Czyżby to, że jej spotkanie z Charlesem było katastrofą i wiedział o tym Scorpius Malfoy, mogło sprawiać jej jakakolwiek ulgę? Brzmiało to absurdalnie, jakby CHCIAŁA, żeby Scorpius wiedział o przebiegu jej „randki" i coś z tym fantem zrobił. Potrząsnęła głową z irytacją i nalała sobie jeszcze jedną porcję kawy. Greenie wertowała pod stołem podręcznik do eliksirów. Rose zezowała na książkę, chcąc coś przeczytać i skierować myśli na eliksiry, jednak jakieś podejrzane uczucie błogości jej w tym przeszkadzało. Ostatni raz rzuciła okiem na stół Slytherinu i omal nie zwaliła się na podłogę. Scorpius spojrzał jej centralnie w oczy i... uśmiechnął się. Nie był to uśmiech przyjacielski, pokrzepiający, jakby chciał dodać jej jakiejś otuchy, nie był to też dumny uśmiech pełen złośliwej satysfakcji, jakim obdarzyłby ją ten wredny typ z ostatniej klasy, Adalbert Plent, który utrzymywał, że wszystkie sukcesy Rose zawdzięcza jedynie nazwisku. Nie, to był uśmiech zachęcający do flirtu, zalotny i nieco wyzywający, jakby Scorpius chciał powiedzieć „sprawdź mnie, Rose" i miało to dotyczyć sprawdzania go w jak najbardziej nie-akademicki sposób. Rose odwróciła się gwałtownie w stronę swojego pustego talerza i sięgnęła po kawę. Mimo iż w Wielkiej Sali temperatura była raczej umiarkowana, Rose czuła się jak w kotle z wrzącą wodą. Była przekonana, że gorąco, jakie bucha z jej policzków, mogłoby roztopić wszystkie lodowce świata, a przyglądająca się jej Greenie nie pomagała w tej sytuacji.

- Co ci jest, Rose? – zapytała poważnie, jakby Rose była umierająca.

- Nic, denerwuję się trochę eliksirami – odpowiedziała Rose, wiedząc jednocześnie, że jej wymówka jest słaba jak woda po ogórkach i Greenie raczej jej nie uwierzyła, jednak nie dopytywała już o nic więcej aż do momentu, w którym obie wstały i podążyły w stronę lochów.

...

- Pamiętajcie, żeby korzonki czystka zalewać esencją, nigdy odwrotnie. Mogłoby wyprysnąć i zranić wam poważnie oczy. A teraz do pracy – oznajmił profesor Slughorn i zasiadł za biurkiem, żeby sprawdzić listę obecności. Rose zmobilizowała wszystkie swoje myśli w kierunku wywaru wzmacniającego, który mieli przygotować na dzisiejszej lekcji eliksirów. Starając się ignorować Scorpiusa i fakt, że wypalał jej dziurę w plecach swoim spojrzeniem, od razu zabrała się za szatkowanie korzonków czystka, żeby następnie zalać je esencją, którą przygotuje za chwilę. Greenie zdążyła już rozrzucić wszystkie swoje rzeczy na stole i rozgościć się na nim jak zwykle, dla Rose zostawiając kawałek tuż obok stanowiska Scorpiusa Malfoya. Rose postanowiła, że najwyższy czas dorosnąć i przestać sądzić, że obecność Scorpiusa mogłaby w jakikolwiek sposób zakłócić jej pracę. Rose skończyła właśnie szatkować korzonki czystka i zabrała się do odmierzania odpowiedniej ilości esencji. Greenie w tym czasie zdołała użyć pod nosem większości znanych sobie przekleństw (nie znosiła eliksirów). Rose była jej dość wdzięczna za te akty desperackiego dodania sobie otuchy nieparlamentarnym słownictwem, bo dzięki temu mogła co jakiś czas dzielić się – ku zgrozie swojej mamy – najnowszymi przekleństwami z ojcem. Zaśmiała się pod nosem na „skręconą ptasią srakę", którą Greenie nazwała swoją dotychczasową pracę (biorąc pod uwagę, że dopiero zaczęli lekcję, Greenie zdawała się być dzisiaj wyjątkowo anty-eliksirowa). Rose uniosła wyżej pod światło miarkę z esencją, żeby sprawdzić czy nalała odpowiednią ilość, kiedy usłyszała okropny łoskot. Spojrzała na podłogę. Chochla Scorpiusa Malfoya potoczyła się po posadzce, a on sam wgapiał się w Rose jakby widział ją po raz pierwszy w życiu.

...

Scorpius spoglądał na Rose szatkującą w skupieniu korzonki czystka. Wyglądała niesamowicie, jakby była z innego, niezwykle interesującego świata – pomijając fakt, że Rose sama w sobie była niesamowita i niezwykle interesująca. Jej koleżanka, Dingirma, zdołała zająć – ku uciesze Scorpiusa – większą część stołu, przez co Rose musiała przesunąć się bliżej niego, jednak Scorpiusowi taki sposób ograniczenia przestrzeni nie przeszkadzał ani trochę. Dzięki temu mógł siedzieć bliżej Rose i lepiej jej się przyglądać. Kiedy uniosła rękę, w której trzymała miarkę z esencją, coś srebrnego błysnęło na jej przegubie. Scorpius w pierwszym odruchu pomyślał, że to jakieś złudzenie optyczne, ale nie mógł się mylić co do tego, co ujrzał. Na lewym przegubie Rose połyskiwało nic innego, jak srebrna bransoletka z goniącymi się piłkami do quidditcha, miotełką oraz pałką. Wyglądało na to, że Rose postanowiła założyć prezent od niego. Był w takim szoku, że aż strącił ze stołu chochlę, którą spowodowała spory hałas, który przykuł uwagę Rose i cały czar prysł. „Nie", pomyślał, „czar dopiero zaczyna działać."