Dotarłem do obranego za cel budynku po kilkunastu minutach, od czasu do czasu omijając patrole strażników. Budynek z tak bliska wydawał się jeszcze większy. Na każdym piętrze znajdowało po pięć wysokich okien.

Główne, dwuskrzydłowe wrota, były pilnowane przez dwójkę zakutych w ciężkie zbroje gwardzistów. Oprócz długich włóczni, przy boku każdego z nich bujała się pochwa z krótkim mieczem, oraz niewielka, okrągła tarcza.

„Prywatna ochrona...Aż nazbyt wyraźny sygnał jak ważny jest ten, który tu mieszka"

Ponownie spojrzałem w okna i spostrzegłem, że druga okiennica od prawej, na pierwszym piętrze jest uchylona. Problem polegał na tym, że znajdowała się tuż nad ciężkozbrojnymi gwardzistami. Na szczęście pod oknem dostrzegłem wąski gzyms, po którym mógłbym się do niego dostać. Najtrudniej będzie się na niego wspiąć, ale potem powinno już być z górki.

Ruszyłem cicho w stronę krawędzi dachu, na którym obecnie się znajdowałem.

Zeskoczyłem do pustej uliczki między dwoma budynkami. Obok stały otwarte kosze na śmieci, z których obywał się słodki odór zgniłego jedzenia.

Wyjrzałem zza rogu i spojrzałem na wartowników. Nie wyglądali jakby cokolwiek usłyszeli. Ich głowy obracały się raz w jedną, raz w drugą stronę, jak wahadło zegara, gdy lustrowali najbliższą okolicę. Gdyby tylko wiedzieli, jak blisko jest wróg, z pewnością byliby bardziej uważni.

Jednak wyglądało na to, że nawet im udzieliło się ogólne znudzenie i mimo, że przykładali się do swojego zadania, ich oczy były znużone, a umysły łatwe do rozproszenia.

Powoli wyszedłem z zaułka i powoli zacząłem przechodzić na drugą stronę ulicy by znaleźć się przy ścianie budynku, którego pilnowali strażnicy.

,„Jeśli czujesz że musisz się śpieszyć, zatrzymaj się i zrób to powoli. Robienie szybko czegokolwiek, oprócz uciekania, nigdy nie kończy się dobrze" – przypomniałem sobie słowa, którymi Strażnik często hamował mój pośpiech.

-„Jeśli gdzieś się skradasz, poruszaj się najwolniej jak tylko możesz. W wielu przypadkach to właśnie szybki ruch, a nie sylwetka, przyciąga spojrzenie wroga" – kolejna rada pojawiła się w moim umyśle.

Każdy krok stawiałem tak wolno, jak tylko mogłem, cały czas łypiąc jednym okiem na stojących zaledwie parę metrów dalej zbrojnych.

W końcu skryłem się za rogiem budynku, jednak nie pozwoliłem sobie na westchnienie ulgi. Wciąż nie dowiedziałem się tego, po co tu przyszedłem.

Czułem jednak małe samozadowolenie z moich dotychczasowych poczynań. Tak długo trenowałem i teraz było widać tego realne efekty. Niewielkie, ale jednak.

Spojrzałem na wysoką ścianę, szukając wgłębień i szczelin między kamieniami, w które mógłbym wcisnąć palce i się chwycić. Po chwili zacząłem piąć się w górę, lecz nie było to łatwe. Kamień był śliski, a szczeliny małe i wąskie, przez co chwyt był dość niepewny, mimo że zaciskałem palce z całej siły. W końcu jednak chwyciłem się krawędzi gzymsu i pociągnąłem się na niego. Byłem teraz ponad dziesięć metrów nad ziemią, a hełmy zbrojnych niżej wyglądały jak pałeczki czerwonych kwiatów.

Gdy pokonałem róg budynku, dostrzegłem, że okno które wypatrzyłem nadal jest uchylone, uśmiechnąłem się do siebie. Ze środka dobiega poświata migoczących świec, których słabe odbicie widać było w szkle.

Przesunąłem się stronę okna, gdy do moich uszu dobiegł odgłos otwieranych i zamykanych drzwi, oraz stukot kopyt na drewnianej podłodze.

Zbliżyłem się jeszcze bardziej, by dosłyszeć rozmowę, która właśnie się rozpoczęła. Byłem teraz tak blisko okna, że gdyby ktoś teraz wyjrzał przez nie i spojrzał w prawo, bardzo możliwe, że jego nos zetknąłby się z moim.

- Cierpliwość naszego przywódcy się kończy. To trwa już zdecydowanie nazbyt długo, a zasoby, jakie na nią zmarnowaliśmy, zaczynają przewyższać korzyści, jakie może nam przynieść.

Z pokoju dobiegło ciężkie westchnięcie.

- Daj mi proszę jeszcze tylko trochę czasu. Jesteśmy już blisko, a jej wola złamie się już za moment.

Między rozmówcami zapadła ciężka zasłona ciszy, a ja mogłem sobie wyobrazić jak ten pierwszy dosłownie świdruje drugiego wzrokiem.

- Jeśli w ciągu trzech dni nie przejdzie na naszą stronę trzeba będzie się jej pozbyć. Nie możemy dłużej marnować na nią zapasów i naszych żołnierzy. Poza tym nie możemy ryzykować, że ucieknie i komuś o nas powie.

Rozmówca kuca zaśmiał się.

- A niby, komu? Lunie? Celestii? One nie ruszają tyłków z Canterlotu. A przede wszystkim, jak niby miałaby stąd uciec? Jest zamknięta w celi na samym dnie wieży, pilnuje jej dwóch moich osobistych strażników, a jakby tego było mało, dostaje jeść tak mało, że nie miałaby nawet siły by otworzyć drzwi łączące wieżę i ten budynek, a co dopiero wykrzesać z siebie tyle energii, by pokonać odległość stąd do tunelu i przesunąć głaz na powierzchni.

- Jeśli jej nie przekonasz pozostanie nam wyssanie jej magii, chociaż wolałbym tego uniknąć. Tak potężna moc, w niedoświadczonych kopytach może wywołać ogromną katastrofę.

- Zrobię, co w mojej mocy. A co z pozostałymi?

Usłyszałem odgłos kroków, gdy jeden z kuców zaczął przechadzać się tam i z powrotem.

- Jesteśmy na tropie królowej podmieńców i powinniśmy za niedługo nawiązać z nią kontakt. Na temat Sombry nie wiemy nic. Żadnych śladów magicznej obecności, więc można założyć, że po prostu nie przeżył, gdy kryształowe serce się przebudziło.

Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza.

- „Królowa podmieńców? Sombra? Kryształowe Serce? Co to wszystko ma znaczyć?"

- Pójdź do niej dziś jeszcze raz. Jeśli wciąż będzie się opierała użyj siły.

- Dobrze bracie.

Rozległ się odgłos kopyt stukających o drewnianą podłogę.

- Ja ruszam do naszej głównej osady. Wrócę tu za niecałe dwa tygodnie. Chcę wtedy otrzymać albo jej obietnicę współpracy, albo jej głowę.

Rozległo się trzaśnięcie drzwi.

- „A więc samo dno wieży, co?"

Wiedziałem już właściwie wszystko, po co tu przyszedłem. Uniosłem głowę i spojrzałem na kamienny budynek przylegający do budynku

Zacząłem oddalać się od okna do miejsca, którym się tu wdrapałem, jednak zatrzymał mnie trzask otwieranych i zamykanych drzwi w dole.

- Żegnaj bracie – pozdrowili ogiera zbrojni.

- Bywajcie.

Poczekałem kilka minut aż kuc się oddali, po czym zszedłem na ziemię i przekradłem się na drugą stronę ulicy, do tego samego zaułka, z którego wyszedłem idąc w drugą stronę. Następnie wspiąłem się na dach budynku. Sięgnąłem pod koszulkę i zacisnąłem place na chłodnej i gładkiej powierzchni kryształu. Zamknąłem oczy i posłałem w przestrzeń krótką wiadomość.

-''-

-Cholera...siedzi tam już dobrą godzinę albo i dłużej – uważnie obserwowałem kawał skały zakrywający wejście do tunelu, gdy do mojej świadomości, jak odległy dźwięk dzwonu, dotarły ciche, ale wyraźne słowa.

-„ Już wracam, ale jeden z nich będzie na powierzchni szybciej. Ukryj się"

Cicho odetchnąłem z ulgi. Nieważne jak dobrze Chris byłyby wyszkolony, choćby przez najlepszych tego świata, zawsze będę się martwił, gdy znika na terenie wroga.

„Taka już chyba rola ojca..."

Zgodnie z zaleceniem chłopaka, oddaliłem się od głazu, nadal nie spuszczając z niego wzroku.

Po kilku minutach wyczekiwania głaz drgnął, po czym unoszony jakąś niewidzialną siła, odsunął się na bok odsłaniając całkowicie ukryty pod nim tunel oraz stojącego w nim ogiera.

Kucyk był ubrany w ciemnobrązowy płaszcz z kapturem. Wyszedł na polankę, po czym odwrócił się w stronę głazu. Spod kaptura wydobyła się pomarańczowa poświata, a głaz zaczął przesuwać się z powrotem na swoje poprzednie miejsce.

Następnie kuc odwrócił się tyłem do Vlada i wszedł między drzewa, znikając basiorowi z oczu.

Ten, ponownie spojrzał na głaz. Czekał.

W końcu po kolejnych wypełnionych czekaniem i nasłuchiwaniem czy kucyk, aby nie wraca minutach, głaz lekko się poruszył i odsunął nieznacznie. Przez powstałą szczelinę zaczęła się przeciskać ledwo widoczna sylwetka. Kiedy w końcu Chris stanął na trawie odwrócił się i nakazał głazowi zakryć wejście. Gdy wszedł w cień drzew, jego sylwetka znów zyskała wyraźne kontury.

Zatrzymał się i usiadł na trawie opierając się plecami o pień pobliskiego drzewa, po czym głęboko odetchnął. Zauważyłem, że lekko drży.

Usiadłem obok niego i już chciałem spytać czy coś się stało, ale on pierwszy zaczął mówić.

- Wiem mniej więcej gdzie ją trzymają. Problem w tym, że wejście do tunelu i to miejsce dzieli prawie całe miasto.

- Nic ci nie jest? – spytałem patrząc zmartwiony na jego twarz, gdy zamilkł na chwilę by nabrać powietrza.

Chris zaśmiał się cicho.

- Możliwe, że to po prostu ekscytacja – chłopiec zacisnął pięści, a oczy mu zabłysły – najzwyklejsza w świecie ekscytacja. Chociaż możliwe, że chodzi tu również o lekkie zmęczenie. Dość długo utrzymywałem kamuflaż, który, mimo że jest mniej wymagającym zaklęciem od całkowitej niewidzialności, także ma swoją cenę energetyczną.

- Chodź –pomogłem mu się podnieść – Wracamy do obozu, odpoczniesz, a jutro zajmiemy się resztą.

Chris jedynie kiwnął głową

Po niecałej godzinie dotarli do obozowiska. W tym czasie chłopiec opowiedział mi jak wygląda miasto, jakiej mniej więcej wielkości jest tutejszy garnizon, oraz gdzie znajduje się budynek, który nas interesuje Chris ściągnął z siebie całą broń, pozostawiając ją jednak w zasięgu ręki i położył się w tym pod dorodną wierzbą i odetchnął głębiej.

Położyłem się obok uważnie się weń wpatrując. Coś się w nim zmieniło. Wyglądał tak samo, nawet jego zachowanie było praktycznie takie samo, jakim je zapamiętałem, lecz coś było inaczej. Pewien nieuchwytny szczegół.

- jeśli nas wykryją będziesz musiał wydostać się z nią z miasta – odezwał się Chris, przymykając oczy.

Spojrzałem na niego z lekkim niepokojem. Nie podobał mi się ton jego głosu.

- A co z tobą?

Chłopiec przez chwile nie odpowiadał. Nie ponaglałem go, mimo że miałem na to wielką ochotę.

- Będę osłaniał waszą ucieczkę, jednak będziecie musieli się sprężać.

- Co takiego? – prychnąłem patrząc na niego zdenerwowany – Wybacz, ale chyba się przesłyszałem.

- Nic mi nie będzie.

- Wybij to sobie z głowy. Nie wiesz, co oni potrafią. Nie mówiąc o tym, że dosłownie całe miasto może na nas ruszyć.

Miałem nadzieję, że mój głos nie brzmi zbyt histerycznie, ale pewności mieć nie mogłem.

- Mam zamiar ich powstrzymać, a nie pokonać.

- Chris. Ty jesteś jeden, a ich – z tego, co się zorientowałeś – niecała setka, a i to może być zaniżona liczba

- Tato, zaufaj mi. Wiem, co robię.

Warknąłem cicho z frustracją.

- Zawsze byłeś taki uparty...

- Gdyby nie to nie byłoby mnie teraz tutaj.

Niechętnie się zaśmiałem.

- Masz wrócić – spojrzałem mu w oczy – inaczej wrócę tam po ciebie, a potem ugryzę cię w te twoje ludzkie cztery litery.