– Uwielbiam Halloween! – Pani Pomfrey jako pierwsza postanowiła przerwać przedłużającą się ciszę. Tak się tym podekscytowała, że rzuciła zbyt silne zaklęcie i gęsta pajęczyna, która wyskoczyła z jej różdżki, pokryła całe okno grubym kokonem. – To moje ulubione święto.
– Naprawdę? – zdumiała się uprzejmie Bella Brae skupiona na lewitowaniu pluszowych pająków w stronę poprzedniej, gotowej już pajęczej sieci. – Noc Duchów należy do umarłych, a zawsze uważałam, że przedstawiciele służb magomedycznych chętniej celebrują życie.
– To dwie strony tej samej monety – tłumaczyła nieco zakłopotana Poppy, starannie poprawiając swoje wcześniejsze dzieło.
– Zgadzam się z Bellą, że to jednak ponure święto – odezwała się Sinistra. – Osobiście wolę Boże Narodzenie.
Tylko one dwie, Aurora i Poppy, spośród całego grona pedagogicznego dobrowolnie zgłosiły się na ochotnika do przygotowania dekoracji na ucztę podczas Nocy Duchów. Spotkał je z tego powodu zrozumiały ostracyzm ze strony pozostałych pracowników, a jednak nie miały serca całkowicie zbojkotować wydarzenia. Owszem, w szkole nie działo się najlepiej, ale czy w związku z tym należało pozbawiać uczniów nawet takich drobnych przyjemności? Zwyczajnie nie miały serca tego zrobić. Zresztą, uczta była częścią tradycji.
Mimo niewątpliwie szczytnych motywów koleżanek, tego popołudnia wyłącznie panna Buchanan znalazła się w Wielkiej Sali z własnej woli i z prawdziwym entuzjazmem zajmowała się dekoracjami. W Hogwarcie rozeszły się już plotki o jej artystycznym talencie, więc została poproszona o pomoc. Nie rozumiała niuansów, które spędzały sen z powiek pozostałym kobietom. Nie bez znaczenia był również fakt, że od pewnego czasu nie lubiła poruszać się po zamku sama i chętnie lgnęła do towarzystwa. Samotne spacery mogły łatwo skrzyżować jej ścieżki z profesor Carrow, a tego wolałaby za wszelką cenę uniknąć. Pogrążona w pracy nuciła beztrosko, na przemian czarując lub ręcznie przygotowując ozdoby.
I can see the lights in the distance
trembling in the dark cloak of night.
Candles and lanterns are dancing, dancing
a waltz on all souls night
Aurora i Poppy podziwiały jej kunszt i wyobraźnię. Bella Brae bez wątpienia świetnie radziła sobie z kolorowym papierem, bibułą, włóczką, klejem i kredkami. Miała do tego dar, oko i wyjątkowe zdolności manualne. Uśmiechnęła się, gdy poczuła na sobie ich zaintrygowane spojrzenia.
– Pochodzę z tradycyjnej rodziny – odezwała się, odkładając na moment różdżkę i chwytając nożyczki. Poprawiła zsuwające się z nosa okulary. – Świętowałam częściej zimowe przesilenie niż Gwiazdkę, choć naturalnie obie te celebracje są ze sobą ściśle powiązane.
– Pochodzisz ze Szkocji, prawda? – zainteresowała się Aurora.
– Z wysokich gór.
– Musi tam być pięknie…
– Widać całe niebo jak na dłoni – rozmarzyła się Bella Brae. – Sztuczne oświetlenie praktycznie nie istnieje, więc wystarczy tylko unieść wzrok, żeby zobaczyć wszystkie gwiazdy – dodała świadomo wykształcenia młodej profesorki. – Powinnaś mnie kiedyś odwiedzić, na pewno bardzo by ci się spodobało.
– O tak, chętnie.
– Często odwiedzasz rodzinny dom, Bello? – zapytała z kolei Poppy.
– Kiedy tylko mogę. – Uśmiechnęła się. – Niestety, moi rodzice często są w rozjazdach, tak naprawdę spotykamy się okazjonalnie. W rodzinnych stronach spędziłam wyłącznie dzieciństwo, później często podróżowaliśmy. Właściwie najdłużej mieszkałam w Londynie.
– To chyba przykre… dla dziecka.
– I tak, i nie. Lubiłam zwiedzać z rodzicami nowe miejsca, poznawać ciągle nowych ludzi, mimo że miało to swoje oczywiste minusy.
Nie używając magii, panna Buchanan i tak zdołała wyczarować z kolorowego papieru wycinankę przedstawiającą paradę pokracznych mumii. Gdy rozkładała ją przed oczami koleżanek, cieszyła się jak mała dziewczynka. Poppy i Aurora westchnęły z zachwytu.
– Wspaniale ci to wychodzi – pochwaliła Sinistra.
– Spędziłam w życiu wiele samotnych wieczorów, zdecydowanie więcej, niż miałabym ochotę. Musiałam się nauczyć, jak zajmować sobie czas – powiedziała lekko Bella Brae. – Wycinam też niezłe dyniowe lampiony.
– Na szczęście tym już zajęła się nasza droga Pomona – poinformowała ją Poppy. – Dzisiaj podczas zielarstwa urządziła uczniom luźną lekcję artystyczną. Prace dzieciaków potrafią zadziwić. – Wskazała ręką imponujący stos dyniowych głów w różnym stopniu udręczenia: szczerbatych, zezowatych, błagających o litość. – Wystarczy dołączyć do nich świece i rzucić zaklęcie Swobodnego Zwisu.
– Ja to zrobię – zaoferowała Sinistra. – Dekoracje to nie do końca moja broszka, jestem kompletnie pozbawiona talentów manualnych.
– Mnie to sprawia mnóstwo przyjemności – rzuciła wesoło Bella Brae. – Wczoraj wieczorem przygotowałam tarantule z włóczki, uszyłam też kilka nietoperzy – pochwaliła się, sięgając po koszyk z robótkami ręcznymi, który przyniosła ze sobą z kwatery. Następnie zaprezentowała towarzyszkom małe arcydzieła sztuki rękodzielniczej.
– Ojej! – Miniaturowe nietoperze wyglądały na tyle realistycznie, że Poppy i Aurora wymieniły między sobą dość osobliwe spojrzenia. – Nie jestem pewna, czy powinnyśmy używać akurat nietoperzy…
– Dlaczego? – nie zrozumiała Bella Brae. – Jak najbardziej nadają się na wieczór wszystkich świętych. I są takie słodkie!
– A więc… – zaczęła i natychmiast urwała zakłopotana Pomfrey.
– Dyrektor mógłby się poczuć urażony – wyręczyła ją Sinistra.
– Z jakiego powodu?
Panna Buchanan oczywiście o tym nie wiedziała, a pracujące dłużej w Hogwarcie koleżanki nie bardzo miały ochotę ją uświadamiać.
– Dyrektor… – Tym razem to Aurora zawahała się, zacinając po zaledwie jednym słowie.
– On bywa tak nazywany – pospieszyła jej z pomocą pielęgniarka. – Przez uczniów.
– Nietoperzem z Lochów – dokończyła Sinistra, gdy poczuła niespodziewany przypływ sił.
Bella Brae popatrzyła na obie kobiety swoimi wielkimi, szarymi oczami, po czym wybuchła śmiechem.
– Zatem powinien docenić żart – stwierdziła nieoczekiwanie. Rozprostowała pluszowego nietoperze i za pomocą różdżki podwiesiła go wysoko pod sufitem. – Przecież dyrektor ma poczucie humoru, prawda?
Nawet gdyby bardzo się postarała, nie mogłaby powiedzieć nic dziwniejszego. Pomfrey i Sinistra spojrzały na nią tak, jakby przed momentem oświadczyła, że uciekła z zakładu na obłąkanych. Po powyższym komentarzu uwierzyłyby jej na słowo.
– Dyrektor? – sapnęła Poppy.
– No tak.
– Nasz dyrektor?
– Owszem.
– Dyrektor Snape?
– A jest jakiś inny?
Bella Brae wreszcie zainteresowała się tą osobliwą reakcją. Nie potrafiła jednak wyczytać nic z ich twarzy ani nie rozumiała porozumiewawczych spojrzeń, które wymieniały.
– O co chodzi? – zapytała wprost.
– Nic, nic – wycofała się łagodnie Poppy, nie zdejmując z bibliotekarki uważnego spojrzenia.
– To prawda, że nie znam pana dyrektora zbyt długo… W zasadzie wcale – tłumaczyła panna Buchanan. – Odniosłam jednak wrażenie…
– Zapewne słuszne – przerwała jej błyskawicznie Aurora. – Nieważne, zostawmy ten temat.
Pani Pomfrey miała inne plany, wolała doprowadzić rzecz do końca.
– Jakie wrażenie? – zapytała zaciekawiona.
– Jest niezwykle inteligentnym i oczytanym człowiekiem, chyba nie ma takiej dziedziny, na której nie znałby się chociaż przelotnie – stwierdziła Bella Brae, odwracając się od nich szybko, ale i tak zdradziły ją zaróżowione policzki.
– Och, kochanie – westchnęła Poppy.
– To ja się zajmę tymi dynami – rzuciła Aurora na wdechu, czym prędzej odchodząc, żeby dać im nieco prywatności.
Bella Brae spojrzała za nią z wyrazem oszołomienia na wymownej twarzy, po czym ponownie przeniosła wzrok na Pomfrey.
– Czy powiedziałam coś nie tak?
– Nie, moja droga, po prostu…
Poppy rozpaczliwie szukała słów, które najlepiej przekazałyby nowej koleżance to, o czym chciała ją poinformować, nikogo nie urażając ani nie zdradzając zbyt wiele. Minerwa zapewne by tego nie pochwaliła.
– O co chodzi? – naciskała zaniepokojona bibliotekarka. Nerwowym ruchem odrzuciła warkocz na plecy i poprawiła okulary, jakby to ich pozycja nie pozwalała jej dostrzec czegoś oczywistego.
– Chciałabym cię tylko ostrzec – zdecydowała się ostatecznie Poppy. – Dyrektor nie jest tym, kim może ci się obecnie wydawać – próbowała wytłumaczyć rzecz najłagodniej, jak umiała.
Bella Brae odłożyła na stół różdżkę, tak samo jak pozostałe sprzęty i zabawki z włóczki, a następnie odwróciła się, poświęcając pielęgniarce całą swoją uwagę. Miała bardzo wymowne oczy, które spoglądały na Pomfrey niczego nieświadome i absolutnie niewinne. Zdecydowanie nic z tego do niej nie docierało, czego zresztą Poppy od początku się obawiała. Jak miała jej prosto wyłożyć tak skomplikowaną historię?
– Co to znaczy? – chciała wiedzieć panna Buchanan.
– To nie jest dobry człowiek – powiedziała w końcu Pomfrey, a ponieważ była poczciwa z natury, po chwili dorzuciła: – Być może nie ze złej woli, być może dokonał w życiu kilku niewłaściwych wyborów, a później wszystko posypało się jak domino, ale… ale… – Czuła, że się plącze, więc odchrząknęła nerwowo. – Uznałyśmy, że byłoby dla ciebie lepiej, gdybyś nie spędzała z nim zbyt wiele czasu, kochanie.
– My, czyli kto?
– Naprawdę troszczymy się o ciebie – wyznała Poppy z głębi serca. – Nawet jeśli nie wszystko możemy ci powiedzieć. Rozumiesz mnie, prawda?
Panna Buchanan spuściła wzrok, potakując.
– Nie mam ku temu zbyt wielu okazji – odpowiedziała, ponownie sięgając po kolorowy papier. – Większość dni spędzam w bibliotece, więc jeśli w ogóle widuję dyrektora, to jedynie przypadkiem i w przelocie. Wszak on również jest bardzo zajętym mężczyzną.
– Tak – zgodziła się Poppy. – Nie należy mu przeszkadzać.
– To się rozumie samo przez się.
– Dokładnie.
Pielęgniarka spojrzała na nią z uśmiechem, szczęśliwa, że tak dobrze się rozumieją. Bella Brae odpowiedziała tym samym, nadal lekko zarumieniona, ale – jak sądziła Poppy – całkowicie bezpieczna. Z lżejszym sercem powróciła do kompletowania dekoracji. Aurora skończyła już zabawę ze strategicznym lokowaniem dyni i Wielka Sala wyglądała już bardzo świątecznie.
– Myślę, że spisałyśmy się na medal – oceniła Pomfrey. – Czeka nas udany wieczór.
– Oby. – Sinistra pozostawała raczej sceptyczna. – Wszystkim w szkole przyda się chwila oddechu.
Mimo ostrzeżenia Bella Brae nadal umieszczała wśród pajęczyn własnoręcznie uszyte nietoperze, a później wycięła jeszcze kilka z papieru, na wzór wcześniejszej wycinanki przedstawiającej mumie.
– Mam nadzieję – włączyła się do dyskusji. – Chociaż samhain kryje w sobie wiele niespodzianek. Wszystko może się zdarzyć.
Niby w odpowiedzi na jej słowa drzwi Wielkiej Sali otworzyły się z rozmachem i wmaszerował przez nie Amycus Carrow. W dłoni ściskał różdżkę, przez plecy nadal miał przerzuconą strzelbę, a przy jego nodze dyndało jakieś martwe stworzenie przyczepione za szyję do paska. Najprawdopodobniej dopiero wrócił z lasu.
– Szybciej, szybciej, szanowne panie – popędził kobiety, klaszcząc w dłonie jak na skrzaty. – Nie ma się nad czym modlić, przy takiej ilości jedzenia i tak nikt nie zwróci uwagi na jakieś tam śmieszne dyndadełka.
– Już kończymy – rzuciła sucho pani Pomfrey.
– I dobrze. Po co przeciągać przygotowania, skoro można wcześniej zacząć ucztę. Mam rację?
Nie wiadomo, czy to krótka odpowiedź Poppy zachęciła go do konwersacji, czy miał tak dobry humor po ożywczym spacerze. W każdym razie zatrzymał się przy kobietach i rzucił okiem na resztki włóczki i kolorowego papieru rozrzucone na stole. Aurora i Poppy zaczęły pospiesznie zbierać rzeczy. Amycus w tym czasie nadmiernie zainteresował się panną Buchanan, mierząc ją spojrzeniem, które być może w jego prywatnym wszechświecie było ekwiwalentem komplementu, jednak żadna istota płci żeńskiej zdecydowanie nie zinterpretowałaby go w ten sposób. Bella Brae rzeczywiście wyglądała ładnie w prostej białej koszuli i spódnicy w szkocką kratę, choć nie było to nic wielkiego.
– Dzisiaj wieczorem poleje się sporo wina – rzucił Carrow, jakby te dwie okoliczności (alkohol i Bella Brae) w przedziwny sposób połączyły się w jego umyśle. – W końcu człowiek nie skorpion, pić musi.
Aurora wydała z siebie osobliwy dźwięk będący połączeniem syknięcia i prychnięcia, więc Poppy musiała ją szturchnąć łokciem pod żebro. Szybkim ruchem różdżki posprzątała ostatnie śmieci i była gotowa do wyjścia. Wielka Sala nagle przestała być bezpiecznym schronieniem, skutkiem czego należało ją jak najszybciej opuścić. Panna Buchanan jednak nadal stała jak spetryfikowana, patrząc w napięciu na Amycusa, który brak reakcji z jej strony uznał chyba za zachętę. Skrócił dystans między nimi i niby od niechcenia oparł się o stół tuż obok niej – z ręką bardzo blisko jej dłoni, nadal mocno zaciśniętej na ciężkich nożyczkach.
– Zauważyłem, że zawsze kulisz się gdzieś na szarym końcu stołu, skarbie. Może wolałabyś przesiąść się bliżej centrum? Wszyscy jesteśmy tu nowi, powinniśmy się zaprzyjaźnić.
– Musimy już iść. – Poppy zareagowała błyskawicznie, chwytając Bellę Brae za nadgarstek i ciągnąc za sobą. – Obiecałaś mi pomóc w lecznicy, pamiętasz, Bello? W świąteczne dni zdarza się mnóstwo wypadków, lepiej zawczasu uzupełnić apteczkę – wyjaśniła na użytek Carrowa.
Trzy kobiety ruszyły do drzwi, jakby następowali im na pięty Śmierciożercy – co wcale nie było tak odległe od prawdy. Amycus uśmiechał się pod nosem, odprowadzając je wzrokiem. Wiedział, co mówią o Snapie i jego zamiłowaniu do rudych warkoczy, jednak musiał przyznać, że miał dobry gust. Bella Brae była urodziwa, a do tego wyglądała na uległą, a przynajmniej bezbronną. Naturalnie wiedział, że Alecto jej nie znosi, i nawet miał coraz wyraźniejsze wyobrażenie dlaczego… Czy raczej dla-kogo.
Ale to tylko tym lepiej, dwie pieczenie na jednym ogniu.
Wspaniała uczta z okazji Nocy Duchów okazała się kolejną z wielkich przegranych Severusa Snape'a. Nie miał ochoty jej organizować, jednak tak samo, jak w wypadku quidditcha czy wycieczek do Hogsmeade, nie wypadało jej odwoływać. Wszak była to uświęcona tradycja – i inne bla, bla, bla. Ludzie (zwłaszcza zaniepokojeni rodzice) z pewnością by gadali, następnie zgłosili pretensje, a na koniec zaczęli zadawać pytania. Lepiej było płynąć z prądem, licząc na cud.
Cud się nie zdarzył.
Menu jak zawsze było bezbłędne (niech żyją skrzaty!), a dekoracje akceptowalne – Severus dopatrywał się w tym głównie ręki Belli Brae, biorąc pod uwagę ilość rękodzieła oraz fakt lojalnego bojkotu ze strony reszty kadry. Pewien problem stanowiły również kostiumy. Jeśli pominąć Alecto w infantylnym stroju księżniczki i Amycusa występującego w roli bawarskiego myśliwego, w zasadzie nikt nie dołączył do zabawy – z Severusem na czele, ale on nie przebierał się nigdy. No dobrze, była jeszcze odziana na zielono panna Buchanan (prawdopodobnie reprezentująca jakieś bliżej niesprecyzowane celtyckie stworzenie), ale na tym koniec.
Na szczęście znacznie więcej kreatywności wykazali uczniowie, którym światowe rewolucje nie psuły przyjemności. Dyrektor zapobiegawczo ogłosił, że nie życzy sobie żadnych Śmierciożerców ani innych wygłupów inspirowanych czarną magią, i w większości przypadków zyskał posłuch. W Wielkiej Sali dominowała klasyka w postaci duchów (prosty kostium wymagający jedynie odrobiny mąki i prześcieradła), wampiry, mumie oraz ładnie ubrane i wymalowane dziewczęta, które chyba nie były niczym konkretnym, zwyczajnie uznając ucztę za idealną okazję, aby się wystroić (a w kilku przypadkach również nieco roznegliżować, skoro w końcu można).
Tylko stół Gryffindoru wyróżniał się pośród kolorowego tła. Zbuntowani uczniowie postanowili nie dołączać do zabawy i albo zostali w dormitorium, albo pojawili się w codziennych szkolnych szatach. Trudno, ich strata. Z pospolitego ruszenia wyłamała się jedynie garstka dzieciaków zbitych w ciasną grupkę przy końcu stołu. Odziani na czarno i zakapturzeni chyba mieli reprezentować dementorów, co Severus uznał za kolejną naiwną aluzję związaną ze swoją osobą, po czym zwyczajnie zbagatelizował. Okazało się to dramatycznym błędem w ocenie sytuacji…
Tymczasem wszyscy zajęli miejsca i uczta zaczęła się leniwie rozkręcać. Na stołach pojawiły się pierwsze dania, w pucharach Carrowów – alkohol, niestety. Snape pił wyłącznie wodę, podczas podobnych wieczorów nie mógł sobie pozwolić na więcej. Zdążył już zwątpić, że wydarzy się coś ciekawego, i uspokoić nerwy. Poszukał wzrokiem Belli Brae, która o dziwo tym razem go nie obserwowała, pogrążona w wesołej rozmowie z towarzyszącą jej Pomfrey. To dobrze, powinna się lepiej wtopić w życie szkoły, dzięki temu była bezpieczniejsza. A odkąd wraz z powrotem mocy magicznej wzrosła jej pewności siebie, miała na to większe szanse.
Zamyślony Severus nie zauważył w porę, że dzieje się coś złego. Zwrócił na to uwagę dopiero, gdy siedząca obok niego Alecto zakrztusiła się winem i nadal kaszląc, wskazała palcem na coś przed sobą. Amycus wstał, omal nie przewracając stołu, a wstrząśnięty Snape podążył za jego przykładem.
Przy stole Gryffindoru wcale nie siedzieli dementorzy. Ciemne, obszerne peleryny miały jedynie zamaskować właściwe kostiumy smarkaczy. Teraz w przejściu między stołami stało pięciu czarodziejów w sięgających ziemi liliowych szatach, z długimi, srebrnymi brodami i włosami, wpatrujących się w podwyższenie dla nauczycieli przez charakterystyczne okulary-połówki.
Pięciu Dumbledore'ów patrzyło prosto na Severusa, wskazując go oskarżycielsko rękami. Pięciu Dumbledore'ów różniących się wzrostem i posturą patrzyło na niego wyzywająco, a on nic nie mógł zrobić. Zamarł, stojąc jak kołek u szczytu nauczycielskiego stołu. Jednak to jeszcze nie był koniec, bo gdy tylko w Wielkiej Sali zapanowała upiorna cisza, pięciu Dumbledore'ów zaczęło śpiewać unisono hymn Hogwartu. Oczywiście nie na wesołą melodię, na którą został napisany, o nie. Mruczące ponuro, niskie głosy przywodziły raczej na myśl marsz pogrzebowy.
Hogwart, Hogwart, Pieprzo-Wieprzy Hogwart,
Naucz nas choć trochę czegoś!
Czy kto młody z świerzbem ostrym,
Czy kto stary z łbem łysego,
Możesz wypchać nasze głowy
Farszem czegoś ciekawego,
Bo powietrze je wypełnia,
Muchy zdechłe, kurzu wełna.
– Głupol! Mazgaj! Śmieć! Obsuw! – krzyknął jeden z Dumbledore'ów.
– Kto mnie zabił? – zapytał kolejny.
– Kto mnie zabił? – poniosło się echem, gdy pytanie podchwycili kolejni uczniowie. – Kto mnie zabił?
Pierwsi zareagowali rezydenci Slytherinu. Ze swojego miejsca zerwał się Draco Malfoy, którego ten pokaz musiał zaboleć równie mocno jak Severusa, ale Pansy uwiesiła się na jego ramieniu, ciągnąc go z powrotem w dół. Później podnieśli się też Zabini, Nott, Crabbe i Goyle. W ich dłoniach pojawiły się różdżki, więc pozostali uczniowie rozsunęli się na boki, robiąc im więcej miejsca.
– Severusie! – syknęła Alecto. – Co teraz?
Spojrzał w jej stronę, ale nie zobaczył Carrow, ponieważ jego spojrzenie odruchowo podążyło dalej, aż do końca stołu, gdzie siedziała blada panna Buchanan. Wzajemnie wpatrywała się w niego przerażonymi oczami, a tkwiąca obok niej Poppy zakrywała dłonią usta. I to by było na tyle, jeśli chodzi o reakcje wśród pracowników szkoły. Reszta pozostawała idealnie obojętna i o ile szaleństwem byłoby podejrzewać, że mieli coś wspólnego z tą maskaradą, to z pewnością wszyscy radowali się w duchu z publicznego upokorzenia dyrektora.
– Snape! – warknął Amycus do jego drugiego ucha.
– Wyprowadzić ich! – polecił w pierwszym odruchu, jednak zmienił zdanie, jeszcze zanim się ruszyli. – Nie, sam się tym zajmę.
Był zbyt wściekły, żeby okrążać długi stół nauczycielski. Machnął różdżką, usuwając z drogi wielki kawał drewna i po prostu przeszedł przez wyrwę. Kolejne zaklęcie – i przebrania pięciu Dumbledore'ów rozmyły się jak dym, odsłaniając oczywistych winowajców: Longbottoma, Weasley, Finnigana, Brown i Lovegood.
– Dyrektorze! – Minerwa dogoniła go niemal natychmiast. – To moja odpowiedzialność, moi uczniowie… Niech pan pozwoli… – Zabrakło jej właściwych słów w odniesieniu do tej sytuacji.
– Byłem cierpliwy, profesor McGonagall – powiedział zimno Severus, ale tak, aby tylko ona go słyszała. Dzięki temu zarobił z jej strony kolejne zdumione spojrzenie. – Ale nawet ja mam pewne granice, podczas gdy oni… Oni nie mają żadnych.
Nie musiał dodawać, kogo miał na myśli. Minerwa sama odruchowo zerknęła do tyłu, na nadal tkwiących przy nauczycielskim stole (i otwartym barze) Carrowów. Amycus naprawił stół, Alecto sięgnęła po wino.
– No! Nie ma tu czego oglądać! – darł się Carrow. – Żreć i do łóżek, impreza skończona! Oczywiście nie dla wszystkich…
– Dyrektorze – zaczęła znowu Minerwa i ponownie została uciszona.
– Do mojego gabinetu. Wszyscy – warknął Severus, mijając przebierańców.
Nie zaszczycił ich spojrzeniem. Wypadł z Wielkiej Sali, a cała grupa w ponurym milczeniu podążyła za nim.
Noc Duchów przebiegła dokładnie tak, jak Severus się spodziewał – okazała się totalną katastrofą. Musiał zmarnować mnóstwo czasu, wygłaszając sarkastyczne kazanie do gówniarzy, którzy mieli go w głębokim poważaniu, a później udawać przed Minerwą, że nie zamierza zrzucić na nią obowiązku ukarania winowajców. A przecież od samego początku chodziło o to, żeby nie trafili do Carrowów! Grał przed nią uparcie, mimo że coraz częściej odnosił wrażenie, że przygląda mu się z uderzającą przenikliwością. Profesor McGonagall była bystrą wiedźmą, przed którą musiał mieć się na baczności. Przecież w każdej chwili mogła go rozszyfrować – kolejna przeklęta Szkotka! To wprost cud, że do tej pory niczego się nie domyśliła.
Gdy Severus wreszcie zakończył rozprawę z uczniami, był wykończony. Musiał czym prędzej się napić, wysłuchując, jak rozanielony portret Dumbledore'a również z jakiegoś powodu nuci cholerny hymn szkoły. Jak do tego doszło, nie wiedział, jednak podejrzewał wrodzoną złośliwość rzeczy martwych.
Ha, ha, ha.
Chyba powoli tracił rozum.
Zamknięty w swoim gabinecie Severus nie miał jeszcze świadomości, że pełen wrażeń wieczór jeszcze się dla niego nie skończył. Gdy opuszczał ucztę, nie pomyślał o fatalnych skutkach pozostawienia bez dozoru rodzeństwa Carrow. Tego zdecydowanie nie powinien robić, zwłaszcza gdy w grę wchodził wolny dostęp do alkoholu, którym tym razem (jak w przypadku większości świąt) częstowano nauczycieli. Oczywiście wyłącznie w ramach rozsądku, ale o tym Carrowowie nie słyszeli. W pobliżu procentów większym zaufaniem można było obdarzyć uczniów niż dwoje dorosłych czarodziejów.
Dlatego kiedy Severus grubo po ciszy nocnej schodził do swoich kwater, szybko przeklął swój paskudny zwyczaj patrolowania korytarzy, który nie pozwolił mu skorzystać z sieci Fiuu. Przecież mógł sobie wyjątkowo zrobić wolne, skoro większość Gwardii Pottera znalazła się tego wieczoru pod kluczem i nie należało się spodziewać kolejnych rozrób, ale nie. Nie odpuścił sobie i właśnie dlatego stał się świadkiem kolejnego żenującego zajścia.
– Won z drogi! Wiemy, co tam trzymacie – usłyszał bełkotliwy, ale znajomy głos. – Brudne suki… Odsuń się, ale już!
Gdy Severus dodatkowo uświadomił sobie, gdzie się obecnie znajduje – czyli w pobliżu nieszczęsnej biblioteki – stracił wszelkie złudzenia odnośnie tego, jaki widok ukaże się jego oczom, gdy tylko wyjdzie zza zakrętu.
– Nie – odpowiedziała hardo Bella Brae. – Biblioteka jest już dzisiaj zamknięta, zapraszamy innym razem.
– W dupę mnie pocałuj! – wrzasnęła Alecto. – Będę chciała, to wejdę, nikt mnie nie zatrzyma. Z drogi, szlamo!
– Jesteśmy od dawna po godzinach pracy – tłumaczyła spokojnie Irma Pince, a po tonie jej głosu łatwo było poznać, że powtarza ten tekst w kółko jak zdarta płyta. – Wypożyczalnię otwieramy w dni robocze o godzinie…
– Wejdę tam i spalę wszystko! – groziła podchmielona Carrow. – Wszystkie wasze mugolskie śmieci. Nie bezie… Nie bezie tego w tym zamku!
Severus, który do tej pory tylko podsłuchiwał, wreszcie zobaczył całe przedstawienie na żywo. Pani Pince i panna Buchanan stały w progu wyrwanych z zawiasów drzwi biblioteki, blokując przejście awanturującej się Alecto. Amycus stał obok z wyciągniętą różdżką, w każdej chwili gotowy do strzału, gdyby jego siostra potrzebowała pomocy.
– Spalić? – powtórzyła zaniepokojona Bella Brae. – Co chcecie spalić?
– Już ty dobrze wiesz, durna zakało!
– Książki? Będziecie palić książki? – Zwyczajnie nie mieściło jej się to w głowie.
Alecto straciła cierpliwość. Ruszyła prosto na pannę Buchanan, a Amycus był tuż za nią. Przy drzwiach natychmiast się zakotłowało. Bella Brae pisnęła krótko, jakby czymś oberwała, Irma Pince zaczęła krzyczeć. W tym samym momencie, gdy Carrowowie wdarli się do biblioteki, rozległy się odgłosy łamanych półek i darcia papieru. Błysnęły pierwsze zaklęcia.
– Nie! – zawołała młodsza bibliotekarka, jakby to ją ktoś próbował spalić żywcem. – Nie możecie… Puść mnie!
Severus, choć bardzo tego nie chciał, postanowił wkroczyć. W bibliotece – zwykle najspokojniejszym miejscu w Hogwarcie – panował nieopisany bałagan. Amycus przytrzymywał szarpiącą się Bellę Brae, podczas gdy jego siostra strącała z regałów losowe książki na stos całopalny zlokalizowany na środku głównej sali. Pani Pince kuliła się w kącie z wysoko uniesionymi dłońmi, kompletnie nie mając pojęcia, jak powinna się zachować w podobnej sytuacji.
– W Noc Duchów wypada urządzić ognisko – piała Alecto w ekstazie. – To część tradycji!
– Co tu się wyprawia, do stu diabłów? – zapytał Severus wyłącznie pro forma, bo wszelkie wyjaśnienia były zbędne.
Dlaczego Carrow ucieszyła się na jego widok, pozostawało dla Snape'a kolejną niewyjaśnioną zagadką.
– Dobrze, że jesteś! Zakończymy tę sprawę raz na zawsze.
– Słucham? – zdziwił się nieporuszony jak zazwyczaj.
– Ukrywają tu mugolskie książki – poinformowała go Alecto z ogniem słusznego gniewu płonącym w oczach. – Znajdziemy je wszystkie i spalimy dla przykładu. O tak, spalimy WSZYSTKO!
Wyciągnęła rękę i wściekłym ruchem zrzuciła wszystkie książki z kolejnej półki. Nie wiedziała jakie, nawet nie spojrzała na tytuły. Zaczęła skakać niczym bezrozumna małpa po stercie przez całe wieki gromadzonych w trudzie i znoju publikacji.
Jednak jeśli cokolwiek miało tej nocy spłonąć, to tylko Severus. Panna Carrow szybko by to zrozumiała, gdyby tylko lepiej mu się przyjrzała. Znalazł się tuż obok niej w trzech krokach, z różdżką, która niemal automatycznie znalazła się w jego zaciśniętej dłoni.
– Palić książki? To najgłupsza rzecz, o jakiej słyszałem, a już dość długo muszę znosić twoje towarzystwo, Alecto – syknął, wrząc słusznym gniewem. – Straciłaś rozum? Nie będzie żadnego ogniska z książek, na pewno nie za mojej kadencji. Wiesz, jak cenny jest hogwarcki księgozbiór, ty pusta prostaczko?!
Nie panował nad językiem, nawet się nie starał. Jak zauważał już nie pierwszy raz tego wieczoru – istniały granice, które właśnie zostały przekroczone. Severus wiódł trudne i rozczarowujące życie, w którym nie ostało się wiele miejsca dla świętości, ale książki… Książki były wyjątkiem, światełkiem w tunelu, liną nad przepaścią obłędu. Wyjął ze znieruchomiałych nagle dłoni Alecto kolejną obszerną księgę przeznaczoną do zniszczenia: pięknie iluminowany egzemplarz „Żywotu Merlina", prawdziwe arcydzieło sztuki drukarskiej. Tylko rzucił okiem na okładkę i omal nie dostał palpitacji.
– Nie chcę więcej słyszeć o paleniu czegokolwiek w tej szkole – oświadczył. – Jeżeli ten… wypadek się powtórzy, nie ręczę za siebie. A wy – wskazał z pogardą rodzeństwo Carrow – macie dożywotni zakaz wstępu do biblioteki. Jutro osobiście obłożę cały kompleks stosownymi zaklęciami ochronnymi. Czy się rozumiemy?
– Snape, no co ty… – bełkotała Alecto nieco nieprzytomnie. Alkohol całkiem przejmował kierownicę.
– Znakomicie – rzucił, ignorując ją kompletnie. – Jutro z samego rana chcę mieć na biurku próbki waszej krwi, to nie będą subtelne czary.
– Snape, ty chyba… – ocknął się z kolei Amycus, jednak nie został dopuszczony do głosu.
– Puść ją – polecił Severus, patrząc na rozpaczliwie próbującą się uwolnić Bellę Brae. Dostrzegł siniaki na jej ramionach, Carrow najwyraźniej systematycznie zwiększał nacisk, gdy za bardzo się szarpała. A Szkotka nie poddawała się łatwo, przedramiona Amycusa pokrywały ślady paznokci i zębów. – Powiedziałem: puść – powtórzył z naciskiem. – I zabierz stąd siostrę. Nie chcę was już dzisiaj widzieć.
Uwolniona panna Buchanan nic nie powiedziała ani nawet na nikogo nie spojrzała. W pierwszym odruchu rzuciła się w stronę zniszczonych książek. Uklękła na podłodze i zaczęła badać ogrom tragedii, ostrożnie dotykając palcami okładek, jakby bała się je bardziej zranić. Czy zaimponowała szefowi swoją postawą? Może troszeczkę…
Alecto i Amycus zmyli się jak niepyszni, lekko zataczając po drodze. Severus wykonał kilka głębokich oddechów, zanim uspokoił się na tyle, żeby metodycznie rozejrzeć się po wnętrzu. Zajście nie trwało wprawdzie długo, ale jego skutki były opłakane. Połamane meble, rozwleczone po całym wnętrzu papiery, nadpalona wykładzina, gdy pijana Carrow usiłowała rzucić zaklęcie zapalające… Biblioteka przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy.
– Niech pani sprowadzi Filcha – poprosił panią Pince. – Do rana trzeba doprowadzić to miejsce do stanu używalności.
Starsza bibliotekarka najpierw obrzuciła uważnym spojrzeniem jego i bliską łez Bellę Brae, po czym z ulgą opuściła pomieszczenie. Gdy tak się stało, Severus również kucnął na podłodze niedaleko panny Buchanan.
– Co za barbarzyństwo! – pomstowała, to próbując składać do kupy uszkodzone książki, to znowu nerwowym ruchem pocierając nos. – Co za ignorancja… To wprost niewiarygodne!
– Na szczęście nie stało się nic nieodwracalnego – odezwał się zaskakująco łagodnie. – Zniszczone książki da się naprawić. Proszę wziąć swoją różdżkę, panno Buchanan. Tak, jak ćwiczyliśmy.
Bibliotekarka była jednak zbyt rozbita emocjonalnie, żeby czarować. Dlatego na i tak już sponiewieranych staro- i nowodrukach wkrótce zaczęły się pojawiać drobne krople. Ukryte za wielkimi okularami oczy Belli Brae były zaczerwienione i mokre.
– Nie rozumiem tych ludzi!
– Ja… w zasadzie też nie – przyznał Severus z wahaniem.
– Jak można zrobić coś takiego? Przecież to nieludzkie! A pan, dyrektorze? Jak pan może się zadawać z takimi indywiduami?
Często sam się nad tym zastanawiał, ale tego nie mógł jej powiedzieć… Ani tym bardziej się przed nią tłumaczyć. Nie miał wyboru, i koniec. Zatem aby uniknąć dalszej dyskusji na ten temat, sam zabrał się za reperowanie książek. Oczywiście było to działanie niewystarczające, niektóre cenniejsze egzemplarze należało oddać do profesjonalnej rewitalizacji albo przynajmniej oprawy. Zajęcie czymś myśli i rąk wykazało jednak pewne uspokajające właściwości wpływające zarówno na niego, jak i Bellę Brae, która teraz już tylko pociągała nosem, obserwując z zainteresowaniem gesty jego różdżki i szczupłych palców. Dobrze pamiętała, jakie są delikatne.
– Proszę, zupełnie jak nowa, panno Buchanan – odezwał się po chwili, wręczając jej naprawiony tom „Fantastycznych zwierząt", pozycji może nie najwyższych lotów, ale nadal przyjemnej w lekturze w pewnym wieku.
Bella Brae swoim zwyczajem przygarnęła książkę do piersi i nadal śledziła go wielkimi oczami. Była rozczochrana i posiniaczona, a ciemna szminka rozmazała jej się na pół twarzy, jednak na widok całej i zdrowej książki od razu pojaśniała.
– No tak, przecież pan też kocha książki, prawda, dyrektorze?
– Tak – przyznał po prostu.
– Dziękuję. Dziękuję za wszystko.
Trudno wyjaśnić, co dokładnie wydarzyło się później – i dlaczego. W jednej chwili Bella Brae siedziała obok niego na podłodze, tuląc książki, świdrując go wzrokiem i wyglądając tak niewinnie jak zwykle, a już w następnej znalazła się bardzo, bardzo blisko. I niby w jakimś transie nie przestała się zbliżać, dopóki nie dotknęła ustami jego ust. Pocałunek nie trwał długo, było to zaledwie muśnięcie warg, jednak już w kolejnej sekundzie panna Buchanan odskoczyła jak oparzona, wyraźnie wstrząśnięta tym, co przed chwilą zrobiła.
– Przepraszam!
Zakryła dłonią usta i natychmiast poderwała się z podłogi. Zanim zdążył zareagować, wypadła z biblioteki, mijając wyrwane z zawiasów drzwi i powracającą wraz z woźnym Irmę Pince. Severus jeszcze długo słyszał odgłos jej pospiesznych kroków odbijających się echem w pustym korytarzu.
