Gdy jechałam z powrotem na komendę, turlając się śródmiejskimi ulicami, rozmyślałam o tym telefonie i o tym całym H&G. Już wcześniej byłam nieco skołowana, ale teraz, gdy Nick dorzucił jeszcze swoje trzy grosze, miałam w głowie istną kaszę. Wprawdzie jego diagnozę, „F23: ostre zaburzenia urojeniowe", pozwoliłam sobie odrzucić, ale i tak miałam nad czym myśleć. Musiałam jakoś przeczyścić umysł. A nic nie nadaje się do tego lepiej niż samotna jazda przez utopione w deszczu miasto; bo rozpadało się od nowa, i to porządnie.
A więc – Deep Throat. Dobrze. Niech będzie. Możemy go sobie tak nazwać, na pamiątkę starych, dobrych czasów. Bo był już kiedyś taki jeden, samozwańczy tajnos agentos, wysokiej rangi urzędnik państwowy, cichy bohater afery Wolvergate: to właśnie on był tym słynnym „anonimowym źródłem", wielokrotnie cytowanym na łamach „Posta", i to głównie dzięki niemu – z całym szacunkiem dla dziennikarskiej roboty pp. Bearsteina i Woolwarda – głównie dzięki niemu publika dowiedziała się o machlojkach, jakie usiłował kręcić gabinet ówczesnego prezydenta (którego nazwiska nie będziemy tu przytaczać). Czterdzieści lat minęło od tamtej awantury, ponad czterdzieści lat, i dawno już przestała ona kogokolwiek podniecać; dokładnie omówiona, zmaglowana i wyobracana, zdechła śmiercią naturalną, zapisawszy się w świadomości społecznej jako taka, o, polityczna farsa z czasów zimnej wojny. Moje pokolenie zna te wydarzenia już tylko z podręcznika dla ósmej klasy i z „Wszystkich ssaków prezydenta", dla nas to już jest historia, zaś Deep Throat (którego tożsamości nigdy nie ustalono, choć historycy oczywiście mają swoje typy) jest nikim więcej jak tylko kolejną figurą z hall of fame kultury masowej, dokąd trafił był jako jeszcze jeden Facet z Cienia: zasiada tam między Spinnakerem a Kubą Rozpruwaczem. A dziś jakiś jego młodszy o cztery krzyżyki kuzyn zadzwonił i wyciągnął mnie na randkę. Porównanie dość chybione, bo ta drama z H&G obok Wolvergate nie leżała, ani nawet nie stała. Ani nie o politykę tu chodzi, ani ja nie jestem dziennikarzem, ani demokracja nie jest zagrożona, ani prezydencka głowa nie poleci od tego na bruk, ani sowieckie sojuzy nie czają się u naszych bram... No, nic tu nie pasuje. A jednak Nick miał skojarzenia mitologiczno-popkulturowe. Dlaczego? Czy to przez to, że sprzedałam mu to w taki, a nie inny sposób? Już wtedy podświadomie czułam całą komiksowość tej historii? Ale jak miałam mu to powiedzieć, żeby nie powiedzieć, a jednocześnie przekazać co trzeba? Cóż, chyba po prostu nie ma dobrego języka do mówienia o tych rzeczach. Bo spiski, czy to rządowe, czy to korporacyjne, istnieją – pewnie, że istnieją, nie ma co tego ukrywać – ale przecież, na Boga, nie wyglądają tak, jak to sobie większość zjadaczy chleba wyobraża; a ja nie jestem tu wcale jakimś wyjątkiem. Że Bellwether...? Nie no, bądźmy poważni, Bellwether to nie ta liga; Bellwether to gupik przy rekinie. Rekiny spisków żonglują milionami i dyrygują finansowymi imperiami, nie rozpieprzają miast z zemsty za szkolne spuszczanie głowy w kiblu. No i nie dają się złapać, a już na pewno nie tak frajersko. Banksterzy, pralnie pieniędzy, międzynarodowe grupy przestępcze... Z takim czymś jeszcze się nie mierzyłam, nie mierzyłam się, i nie wiem nawet, od której strony to ugryźć; cała moja wiedza o tych sprawach zamyka się przecież w tandetnych filmach sensacyjnych. Nicka pewnie też. Co niby nawrócona przestępcza płotka może wiedzieć o intrygach knutych przez wielkich tego świata? Ano to, co narwany gliniarzyna ze wsi, czyli niewiele: te same schematy myślenia, te same przesądy i zabobony. I kiedy przychodzi co do czego, grunt umyka spod nóg, brakuje punktu podparcia, więc umysł siłą rzeczy odlatuje w ikony filmowe, komiksowe: grube ryby składające sobie w kuluarach nielegalne propozycje, przemykający w zaułku faceci w czerni, storturowane zwłoki wyławiane z kanału burzowego, śmierdzące papierochami „Just follow the money" szeptane w czeluściach podziemnego parkingu. Ale przecież – przecież Deep Throat dokładnie coś takiego mi powiedział! Toczka w toczkę! Że poszedł tropem pieniędzy! Więc... więc może ta ksywka nie jest taka znowu od rzeczy?
Gdy dojechałam do świateł koło synagogi na Lemingwaya, sięgnęłam po komórkę. Weszłam w pliki, odszukałam zapis z naszej rozmowy i tapnęłam PLAY. Głośniczek jął stękać nagranie. To zawsze są transakcje na niewielkie kwoty... Mizernie to brzmiało, puszczone na telefonie. Po chwili wahania podłączyłam się przez Bluetooth do kompa wozu i puściłam to na odtwarzacz. Co mi tam. Jechałam dalej, wsłuchana w spokojny, monotonny głos Deep Throata w wersji Dolby Digital, słuchałam i próbowałam znaleźć w jego rozumowaniu jakiś feler, przyłapać go na błędzie. Już nawet nie to, że podejrzewałam go o wciskanie mi kitu – to tylko mózg bronił się przed niewygodnymi faktami. Ot, naturalny mechanizm obronny. Historia, którą Deep Throat usiłował mi sprzedać, niespecjalnie przypadła mi do gustu. Przez H&G płynie rzeka brudnych pieniędzy, pani Hopps, tak stoją sprawy... Świadomość, że w sumie całkiem sympatyczny na pozór bank jest w rzeczywistości tylko przykrywką dla działań przestępców, że gdzieś tam, pewnie nawet w tej chwili, banda banksterów w białych rękawiczkach siedzi i skrupulatnie przepuszcza splamione krwią dolary przez pralkę, i świadomość, na jaką skalę się to odbywa... Brrr. Chyba jednak wolałabym, żeby nie była to prawda. Szukałam więc dziury w całym, szukałam koślawych założeń i wniosków od czapy, czegoś, co mogłoby mi posłużyć za dowód, że cała ta gadka to był jeden wielki humbug, a sam Deep Throat to tylko narwany panikarz i paranoik. Mogłabym go wtedy z czystym sumieniem olać i miast wałęsać się po jakichś opłotkach zająć się czymś pożyteczniejszym; co tu ukrywać, wycieczka pod Most Moosevelta potrzebna mi była jak karpiowi parasol. Ale niestety! Wszystko, jak na złość, trzymało się kupy. Nawet jeżeli Deep Throat gdzieś się mylił, to ja byłam za głupia, żeby to wyhaczyć. Ten cholerny facet naprawdę wywąchał szwindel na ciężkie miliony i naprawdę chciał, żebym posłała jego przełożonych do paki. Mam dowody, pani Hopps, mam dowody i chciałbym je pani przekazać... Kim był? Mądrale od Houndsa pewnie dałyby radę po głosie ustalić to i owo: jakiego był gatunku, skąd pochodził, może nawet jak się nazywał. Ja oczywiście nie miałam na komórce żadnych programów do analizy dźwięku, przyszło mi zdać się na swoje wierne uszyska. Mężczyzna. Psowaty. W średnim wieku, obstawiałabym. Mówił bez akcentu; nie był cudzoziemcem (to nam zawęża liczbę podejrzanych do liczby rzędu 10⁵; dobra robota, Hopps). Jakie zajmował stanowisko, że miał dostęp do poufnych danych? Był głównym analitykiem? Dyrektorem jakiegoś pionu? Robił audyt wewnętrzny? Cóż, kimkolwiek był, znał się na swojej robocie, trzeba przyznać.
Jednak pytanie o motywy, którymi się kierował, wciąż pozostawało aktualne. W to, że on nie brał w tych wałach udziału i że wpadł na nie przypadkowo, byłam jeszcze gotowa uwierzyć. Inaczej by do mnie nie dzwonił, nie zaświetlałby samego siebie. Raczej ciężko oczekiwać, że przekazałby mi dowody przestępstwa wypaćkane odciskami własnych paluchów; za mądre to by to nie było. Ale w to, że chciał dać mi te dowody tak, o, z dobrego serduszka... No nie, tego nijak nie kupię. Na pewno miał jakiś powód, tylko z mojego stopnia wtajemniczenia nie mogłam go odgadnąć. Zemsta za pominięcie przy awansach? Pokłócili się o pieniądze? Konkurencja go podkupiła? Odkrył, że żona zdradza go z szefem? Coś w tym stylu. To bez większego znaczenia tak naprawdę, ot, przepychanki w wierchuszce H&G, kłótnia między kochankami. Trzeba mieć to jednak na uwadze, trzeba mieć na uwadze, że Deep Throat również chce coś ugrać, i że jego dobry humor nie będzie trwał wiecznie. Warto wykorzystać sytuację i dobrać się do tych materiałów, póki jest możliwość. Drugi raz taka okazja może się już nie powtórzyć.
A okazja była zaiste smakowita. Bo to, co on chciał mi sprezentować... No, to było coś naprawdę niekiepskiego. Dane bankowe to rzecz niesłychanie trudna do zdobycia, o podobnym stopniu trudności co włos z grzywy jednorożca, włócznia świętego Maurycego i temu podobne. Skubańcy strzegą swoich sekretów pilniej niż Sknerus McKwacz tej swojej cholernej dziesięciocentówki. Normalnie potrzebowałabym nakazu federalnego – a pokażcie mi prokuratora albo sędziego, który by mi coś takiego wystawił. Równie dobrze mogłabym pójść prosić o gwiazdkę z nieba. No, chyba że banksterzy zaczęliby gremialnie przechodzić na islam... ale na to się raczej nie zanosiło. W ogóle porąbane jest to wszystko. Korporacje z jakiegoś powodu są u nas nietykalne i niesłychanie ciężko się z nimi wojuje. Kiedy pojawiają się podejrzenia, że z którąś coś jest nie tak, cała ta biuroktatyczna machina prawno-sądowa, która przy sprawach mniejszego kalibru działa, mimo paru zgrzytów, nie tak znowu najgorzej, nagle zamienia się w parodię państwa rodem z „Dobrego wojaka Szwejka". Taka na przykład sprawa sprzed kilku lat, też z bankiem, też z brudnym szmalem w tle: jak się ten bank nazywał, to już nieważne, ważne, że były podstawy, by sądzić, że stanowi on parawan dla jakiegoś kokainokartelu z południa, z Republiki Boliwariańskiej (to taki sklep z narkotykami, co udaje państwo). Zajęli się tym, zgodnie z procedurami, goście z FCB, Financial Crime Bureau. Wszczęli śledztwo i zaraz je umorzyli, niby to z braku dowodów. W brak tychże jakoś jednak mało komu chciało się wierzyć. Najprawdopodobniej Barceloniarze od razu odłożyli sprawę ad acta, zajęci, jak zwykle, prześwietlaniem buchalterii firm polityków opozycji. A potem zaczął się kabaret: FBI chciało poniuchać, nie dopuszczono ich. DEA też chciało, ta sama śpiewka. Nawet my próbowaliśmy (bo bank miał siedzibę w stolicy, sprawa była w teorii pod naszą jurysdykcją) – i również bez skutku. W całym znanym wszechświecie nie znalazł się nikt, kto by podpisał nam nakaz. Zostało gryźć pazury ze złości. I to nie jest jednostkowy przypadek; na banki szczury sądowe mają za krótkie ręce, to wiadomo nie od dziś. Deep Throat oferował tu fantastyczne pójście na skróty.
I kto wie, czy to nie właśnie to jest odpowiedź na pytanie, które zadał Nick. Dlaczego on nie poszedł do mediów, tylko na policję? Bo chciał, żeby tymi dowodami zajął się ktoś, kto może coś z nimi zrobić. Nie chciał robić dymu. Chciał konkretnych działań, wymierzonych w konkretne osoby – a takie najlepiej prowadzić po partyzancku, w ciszy i bez rozgłosu. To by miało sens. Rozpętanie medialnego shitstormu też brzmi kusząco, ale... czy przyniosłoby jakieś skutki? Tak szczerze. Co by się stało, gdyby Deep Throat poszedł sprzedać to mediom? Cóż, zatrzęsłoby się, niewątpliwie. Mielibyśmy sensację dnia i temat na wstępniaki. Społeczeństwo ma niski próg tolerancji na wygłupy korporacji i obroty banku z miejsca spadłyby o kilka procent; buźka pana rzecznika rżnącego głupa do kamery też pewnie wypadłaby malowniczo. W końcu ruszyłoby śledztwo, głośne, szeroko zakrojone i pełne fajerwerków (nacisk opinii publicznej to bodaj jedyna rzecz, jaka na sądowych pierdzistołków działa). Kto wie, może nawet poproszono by nas o pomoc... Kłopot w tym, że przy takim obrocie spraw wszystko się skomplikuje: będziemy grać w otwarte karty. Bank przejdzie metamorfozę, jak bojowy Transformer, i stanie się wredną, najeżoną prawnikami maszyną, a całą dyskrecję trafi szlag. Klienci po cichu przeniosą swoje aktywa gdzie indziej, niszczarki pójdą w ruch, a gdy góra da w końcu zielone światło na start, okaże się, że jesteśmy goli i weseli. Znając życie, nie zapadnie ani jeden wyrok skazujący. Zrobi się z tego kolejny telewizyjny tasiemiec na tysiąc odcinków. A znudzona publika znajdzie zaś sobie w końcu jakąś inną rozrywkę: wybory stanowe, Super Bowl, kolejną ciążę Fanny Fawkes, czy coś tam jeszcze innego. I tyle. Jak tak dobrze się zastanowić, to w sumie nic dziwnego, że Deep Throat nie wybrał tej opcji.
Co innego my. My zaopiekujemy się tymi dowodami w odpowiedni sposób. Weźmiemy je na warsztat i po cichu, bez zbędnego hałasu, rozpracujemy tych padalców, a potem poprzetrącamy im kręgosłupy. Nie kapną się, co jest grane, dopóki którejś nocy mili, ubrani na czarno dżentelmeni nie wywloką ich z betów i nie wytrą schodów ich brzuchami. Sic transit gloria H&G. Zostanie zlicytować masę upadłościową. A przecież to nie wszystko: bo oprócz banku są jeszcze ich klienci, persony zapewne równie interesujące. Cóż, nawet jeśli nie poślemy ich do pudła, to przynajmniej znacząco skomplikujemy im życie. Dowiemy się, skąd i dokąd płyną ich pieniądze. Zamrozimy im aktywa. Wykryjemy skorumpowanych urzędników państwowych. Odgrzejemy stare śledztwa, zarzucone z powodu braku dowodów. Przerwiemy paru bossom wakacje w ciepłych krajach. Będzie się działo! Wsadzenie paru banksterów za kraty, czyli to, czego chciał Deep Throat, w porównaniu z resztą atrakcji wydawało się mało widowiskowe.
Pomału zaczynało do mnie docierać, jak cenne były te dowody.
Tylko że! Tylko że był jeden mały, drobny szczegół. Otóż: ja nie będę brała w tym wszystkim udziału. Nie będę brała w tym udziału, bo ta sprawa bije mnie po prostu na głowę. Megakorporacje, pranie pieniędzy, spiski na skalę Imperium Rzymskiego – no dajcież spokój! Toż tu trzeba zespołu fachowców, żeby to ogarnąć, fachowców doświadczonych w tego typu bojach, mających dojścia, kontakty, i wiedzących, jak się do tego zabrać. A nie przygłupiego królika od marchewek. Bo ja nie jestem żadnym tam jednoosobowym Interpolem, jestem tylko zwykłym, przeciętnym gliniarzyną z dużego miasta, no, może trochę ambitniejszym niż reszta, ale nic poza tym. Nadaję się co najwyżej do spraw mniejszego kalibru, takich jak, o, napad na sklep, żeby daleko nie szukać. Wystawiam też fantastyczne mandaty. Kudy mi tam do jakichś międzygalaktycznych spisków... Nie, to nie jest quest na mój level, zdecydowanie. Za chuda w uszach na coś takiego jestem, po prostu.
Więc – co mogę zrobić? Ano mogę załatwić usługi kurierskie. Przeniosę te szpeje z punktu A do punktu B. Gdzie punktem A będzie Deep Throat, a punktem B będzie, powiedzmy, sekcja od przestępczości zorganizowanej. Oni mają uprawnienia, kontakty, środki – tam je zaniosę i tam oddam w dobre ręce komuś, kto się nimi dobrze zaopiekuje. (Kto będzie najlepszy – Hinds? Bisson? Neushoorn?). Taka to będzie moja rola. A jak się sprawa dalej rozwinie, to już oni tam zadecydują. Dalsze wydarzenia będą się rozgrywały offscreenowo, to znaczy dla mnie offscreenowo, bo moje występy się na tym zakończą. Mało prawdopodobne, żeby zaprosili mnie na imprezę. „Świetnie się spisałaś, Hopps, ale teraz już zmykaj".
A więc – kubeł zimnej wody. Nie ma co się w tę sprawę wgryzać i nie ma co zaprzątać sobie nią głowy, bo to nie ja się nią będę zajmować. Zajmować się będą starsi i mądrzejsi. A ja odegram tylko żałosną i niewdzięczną rolę pośrednika, małe, nędzne cameo gdzieś w połowie pierwszego aktu. Może zobaczę jeszcze finał, za parę-paręnaście miesięcy: nagłówki w gazetach, przebitkę w TV i radosne gruppenfoto z imprezy nad grillowanym trupem H&G. Mnie jednak nie będzie wśród tych, co leją szampana – ja na liście płac pojawię się między Kierowcą Ciężarówki a Ochroniarzem #1. A jedyną moją nagrodą będzie kawał frajerskiej satysfakcji. A reszta będzie milczeniem. I... cóż, dobrze. Niech tak będzie. Przyjdzie mi obejść się smakiem, ale tak to już jest w tym zawodzie. Nie po to się idzie do policji, żeby trzaskać achievementy i bić indywidualne rekordy, tylko po to, żeby wpakować tych złych za kraty. A jak już się idzie, to bierze się to z całym dobrodziejstwem inwentarza; i znajomość swojego miejsca w szeregu jest tu wliczona w pakiet. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze: nie miałabym szans w starciu z czymś takim. Po prostu nie i już; zresztą żaden samotny gliniarz by sobie nie poradził. To od razu powinno trafić na biurko kogoś wyżej. Tak po prawdzie, to ja byłam ostatnią chyba osobą, która by zasługiwała na taki telefon.
A jednak – a jednak Deep Throat postanowił uderzyć z tym do mnie. Nie do moich przełożonych, nie do fedów, nie do zuchów z DEA, tylko właśnie do mnie. Do pewnego przygłupiego królika, którego najjaśniejszym momentem kariery było doprowadzenie miasta na skraj katastrofy. No, i jeszcze wpakowanie pewnej terrorystki za kraty, ale takie szczegóły jakoś publiki nie interesują. Dziwna rzecz, ta opinia społeczna – porażki, potknięcia i chwile słabości będą ci pamiętać do śmierci, za to na dobre uczynki nawet nie zwrócą uwagi... No dobra, może trochę przeginam. W końcu znaleźli się też tacy, co po sprawie ze skowyjcami uznali mnie w sumie za równą babkę. Ba, znaleźli się i tacy, którzy poprosili mnie o pomoc! Skoro to zrobili, to chyba jednak zobaczyli we mnie coś porządnego, czyż nie? A Deep Throat? Nie był przecież pierwszy; przeciwnie, kilka takich robótek po godzinach miałam już na koncie. Różniła się tylko liga, w których grali. Tamci dzwonili do mnie z problemami, w gruncie rzeczy, drobnymi, głównie ze skargami i reklamacjami, on zaś chciał sprzedać mi temat naprawdę z najwyższej półki. Czy zrobiłby to, gdyby nie miał mnie za kogoś godnego zaufania? Ano właśnie. Nie ma co krzywić ryja zatem. Niejednokrotnie miałam przed oczami dowody, że wcale nie wszyscy myśleli o mnie źle; zyskałam sobie małe grono wielbicieli. Tylko szkoda, że małe. Bo to wszystko były, jak by nie patrzeć, wyjątki, wąski zbiór przypadków, bardzo niereprezentatywny dla ogółu. Większość społeczeństwa była dużo krytyczniejsza w wydawaniu osądów. A opinię, jaką sobie na mój temat wyrobili, zdecydowanie trudno zaliczyć do przychylnych...
Tak naprawdę to większość społeczeństwa była na mnie, przepraszam za wyrażenie – większość społeczeństwa była na mnie śmiertelnie i bezlitośnie wkurwiona.
Za każdym razem, kiedy myślę o tamtych czasach, kiedy je sobie przypominam... za każdym razem zastanawiam się, czy byłam w stanie wyjść z tego obronną ręką. Od momentu, kiedy zrozumiałam, że za Sto Dni masowego szaleństwa i doprowadzenie Zwierzogrodu na skraj zagłady odpowiedzialne było sprzedawane w byle ogrodniczym zielsko do odstraszania szkodników – czy byłam w stanie tak pokierować wydarzeniami, żeby ocalić miasto i nie stać się przy tym wrogiem publicznym numer jeden? Analizowałam to już nie pamiętam ile razy i z niechęcią przyjęłam w końcu do wiadomości, że odpowiedź brzmi „Nie". Nie mogłam tego wygrać, nie miałam nawet cienia szansy. To, co się stało... to był tak naprawdę najlepszy scenariusz z możliwych. Zaś kara, na jaką mnie skazano – najniższa i najłaskawsza. Za to mogło skończyć się dużo gorzej. Mogłam trafić do więzienia za to wszystko, bo w sumie dlaczego by nie? Gdyby się zawzięli, to by mnie uwalili i resztę życia spędziłabym zakuta w kajdany tak ciężkie jak paragrafy, które złamałam. Ale na szczęście tak się jednak nie stało. Sąd miał najwyraźniej ciekawsze rzeczy do roboty i zadowolił się zdjęciem skalpu z łba Bellwether, a głupiemu królikowi żadnych zarzutów nie postawił. I całe szczęście. Wszystko to jednak zaakceptowałam długo po fakcie; bo wtedy, z początku, targało mną głębokie poczucie niesprawiedliwości za to, jak ulica się ze mną obeszła. A chodziło oczywiście o to, co naplotłam na tej nieszczęsnej konferencji prasowej – jakoś nie chciano puścić mi tego w niepamięć... Dopóki panowało przekonanie, że z drapieżnikami faktycznie coś jest nie halo, uchodziło mi to płazem, bo myślano, że to wszystko była prawda; moja gadka o czynnikach biologicznych uzyskała status faktu medialnego. „Kurde, ta mała mądrala, ta cała Hooks, Hobbes, czy jak jej tam było, chyba rzeczywiście miała rację", szeptano z przestrachem za każdym razem, gdy jakiegoś nafaszerowanego skowyjcami drapieżnika trzeba było spacyfikować i zapakować w kaftan. Przyszło mi odegrać rolę takiej nawiedzonej prorokini z pustyni, co to zawodzi coś ponuro o końcu świata, a której nikt nie bierze poważnie, do czasu gdy wyśniony przezeń scenariusz apokalipsy naprawdę nie zacznie się ziszczać; rolę tej, którą sytuacja zmusiła do objawienia społeczeństwu pewnej niezbyt przyjemnej prawdy – gorzkiej, niewygodnej, ale jednak prawdy. Kiedy zaś okazało się, że ta cała „krwiożercza natura drapieżników" to jeden wielki bullshit, wszyscy z miejsca zwrócili się przeciwko mnie. Uważali, że chaos, który zapanował w mieście, to była moja wina. Że powinnam była myśleć, zanim coś powiem, że nie powinnam się wypowiadać na tematy, o których nie mam pojęcia, i że gdybym trzymała dziób na kłódkę, nic złego by się nie stało. A już najgorsze zdanie to miały o mnie drapieżniki, bo to im oberwało się najmocniej (od zwolnień z pracy przez hurtowe eksmisje po podpalone auta, pobicia, lincze, a w końcu – masową emigrację; społeczna nagonka to naprawdę potężna broń). Nie byłam aż tak naiwna, by oczekiwać, że nie poniosę za to konsekwencji, ale to, co się odwaliło, przeszło wszelkie pojęcie. Zrobili ze mnie jakąś, cholera, kolaborantkę. Według nich byłam tak samo winna jak Bellwether i w zasadzie to powinnam siedzieć z nią w jednej celi, a fakt, że do tego nie doszło, był dla nich jednym wielkim nieporozumieniem i przykładem państwowego „ręka rękę myje". Setki razy usprawiedliwiałam się przed sobą samą: „To nie byłaś ty, tylko ta pieprzona kretynka, to ona za tym stała, a ty byłaś tylko narzędziem". Musiałam to robić, inaczej bym zwariowała. Zgoda, nawarzyłam niezłego bigosu z tą konferencją, ale, do cholery, przecież to nie była moja wina! Nie ja pitrasiłam po godzinach śmiercionośne trucizny i nie ja chciałam pozamykać drapieżniki w arbeitslagrach. Ja tylko niechcący powiedziałam głośno coś, czego nie powinnam, przypadkiem obudziłam drzemiące w społeczeństwie kompleksy. I mimo że grzecznie posprzątałam co nabałaganiłam, wszyscy wiedzieli swoje. Zostałam zapamiętana jako ta, od której wszystko się zaczęło, jako ta, która pierwsza rzuciła kamieniem; tak mnie zapamiętano i tak opisano w dziejach.
Zresztą, co do tego sprzątania... Moje zasługi jakoś nie wzbudziły wśród zwierzogrodzian większego zainteresowania. Miałam nadzieję, że kupię sobie w ten sposób wybaczenie. Że gdy szczegóły sprawy wyjdą na jaw, że gdy wszyscy dowiedzą się, jak to dzielnie i z narażeniem życia walczyłam o ocalenie miasta, otrzymam rozgrzeszenie i odkupienie win. A publika zareagowała zupełnie inaczej. Okazało się, że na takie niuansiki jak nazwisko policjanta, który rozwiązał sprawę, nikt nawet nie zwrócił uwagi. Zresztą, do tego fragmentu, w którym wpadam na imprezę i robię porządek, chyba mało kto w ogóle doczytał... Nie, nikogo nie interesowało, jak to się skończyło – wszystkich interesowało, jak się zaczęło. Jak, u diabła, w ogóle do tego doszło? Jak to się stało, że jakaś pokurczowata, zakompleksiona okularnica po socjologii, jakaś tam sekretarko-asystentko-parzykawa z Ratusza zdołała wystrychnąć na dudka wszystkie państwowe służby z policją na czele i zamienić stolicę z przyległościami w swoje prywatne wesołe miasteczko? Przecież dopóki ona nie wskoczyła na zwolniony przez aresztowanego Lionhearta stołek, nikt nie miał pojęcia, że ona w ogóle istnieje! Jak to się stało, że powołana w celu ochrony porządku publicznego organizacja, której doświadczenie w łapaniu przestępców sięga 1850 A.D., która ssie z budżetu więcej forsy niż wynosi dochód narodowy Zanzibaru, do tego dopuściła? Gdy prawda wyszła w końcu na jaw, wszystkich trafił szlag. Sprawa skowyjców zapisała się w annałach jako popis niewyobrażalnej wręcz amatorszczyzny, prowizorki i dyletanctwa, jako całkowity blamaż i kompromitacja. My tę sprawę spartoliliśmy na amen – i to aż trzy razy. Spartoliliśmy ją po raz pierwszy, gdy nie umieliśmy odnaleźć ani jednego zaginionego drapieżnika mającego pecha posmakować trutki Bellwether – przy czym okazało się, że dużo lepiej od nas umieją to zrobić fagasy burmistrza, zgraja typów spod ciemnej gwiazdy, pozbieranych po więzieniach, portowych spelunach, agencjach najemników, leśnych guerillach, czy skąd on ich tam, kurde, wytrzasnął. Spartoliliśmy ją po raz drugi, gdy mając do dyspozycji wypasione laboratoria za bimbaliony dolarów nie potrafiliśmy odkryć przyczyny zdziczeń – przy czym przyczynę tę pewnie odgadłby pierwszy lepszy wieśniak z Szarakówka używający skowyjców do odstraszania stonek, gdyby go tylko dopuścić do śledztwa. I wreszcie spartoliliśmy ją po raz trzeci, gdy po wybuchu społecznych niepokojów, nawet pomimo tego że zniżyliśmy się do tak niskich chwytów jak godzina policyjna, prewencyjne zatrzymania tudzież innych numerów rodem z repertuaru zeszłowiecznych totalitarnych zamordyzmów, to i tak nie byliśmy w stanie utrzymać w mieście porządku i dopuściliśmy do rozlewu krwi. I pewnie jeszcze parę innych grzeszków by się znalazło.
Słowem, daliśmy ciała po całości. Bellwether obnażyła nasze nieudacznictwo w pełnym blasku kamer. Udowodniła, że jesteśmy do niczego, że jesteśmy bandą idiotów zdolnych pozabijać się o grabie. Że nadajemy się co najwyżej do kierowania ruchem, przeprowadzania staruszek przez jezdnię i ewentualnie ładnego wyglądania na defiladach, ale gdy przychodzi do jakiejś poważniejszej roboty, jesteśmy jak dzieci we mgle. Zwierzogrodzianie zaś, kiedy dowiedzieli się, komu płacą za ochronę... No cóż, możecie się domyślać, jak to przyjęli. Niezbyt dobrze. Z miejsca uzyskaliśmy zaszczytny tytuł frajerów stulecia. Zaraz też pojawiły się pomysły co do dalszej przyszłości firmy, w większości postulujące wywalenie wszystkich na zbity ryj i zrobieniu jej od nowa – najlepiej uczciwszy całość jakimś publicznym wieszankiem albo dwoma – bo to, co się odwaliło, jest po prostu nie do zaakceptowania. (W jaki sposób Bogo zdołał zachować po tym wszystkim stołek, pozostaje dla mnie nierozwiązywalną zagadką). A pomyśleć, że jeszcze ciutkę wcześniej było dokładnie odwrotnie. Podczas Stu Dni, kiedy Zwierzogród cofał się do wczesnego kenozoiku, kiedy ulice ogarniał chaos, a struktury społeczne waliły się w gruzy – my uchodziliśmy za ostatnich na placu boju, za jedyną siłę, która powstrzymuje miasto przed utopieniem się w bajorze anarchii, zwierzogrodzkich Last Men Standing. Po tym wszystkim – nasze notowania poleciały z hukiem na pysk. Staliśmy się pośmiewiskiem wszystkich służb mundurowych świata. Daliśmy się zrobić w wała jakiejś zakompleksionej biurwie w za dużych pinglach. Wprawdzie w końcu przymknęliśmy tę wariatkę i przywróciliśmy w mieście normalność, ale odbyło się to kosztem paskudnej, kosztownej szramy na wizerunku; skompromitowaliśmy się tak, że gorzej się chyba nie dało. Dawn Bellwether zagrała z firmą na remis: zero-zero.
I to ja byłam tą, której przyszło wziąć to wszystko na klatę. Tak jakoś wyszło – po prostu byłam wtedy najbardziej rozpoznawalnym policjantem w mieście. W końcu to moje popisy przed kamerą znalazły się na topie ówczesnej listy przebojów: ten pierwszy, odgrzany, jak robię z siebie idiotkę przyrównując drapieżniki do krwiożerczych bestii, i ten drugi, świeży, jak robię z siebie jeszcze większą idiotkę, gdy usiłuję się z tego rakiem wycofać. Bo widzicie: kiedy prawda o skowyjcach wyszła na jaw, kiedy zaczęły sypać się na mnie gromy – ja, z właściwym sobie naiwniactwem, postanowiłam wleźć na świecznik po raz drugi. Chciałam to jakoś naprawić. Przeprosić, przyznać się do błędu, no, jakoś to odkręcić. Nick odradzał mi to, ale Panna „Try Everything" oczywiście wszystko musi wiedzieć lepiej... Zresztą kamera sama mnie szukała. Wygłosiłam oświadczenie. Udzieliłam wywiadu, potem drugiego, trzeciego – i ani się obejrzałam, a już zostałam do tej sprawy przyspawana, jako rzecznik, reprezentant, czy coś w tym guście; a na to właśnie zaczęły wyciekać rewelacje o popełnionych w śledztwie błędach i niedopatrzeniach. A społeczeństwo ma taką dziwną tendencję do myślenia przez kojarzenie sobie w głowach obrazków... Cóż, nie skończyło się to dla mnie zbyt dobrze. Osiągnęłam tyle, że z nielubianej awansowałam na znienawidzoną. Nie dość, że wszyscy utwierdzili się w przekonaniu, że jestem małą, zafajdaną rasistką, że nienawidzę drapieżników za sam fakt istnienia i że powinnam beknąć za to, co się stało, to jeszcze na własne poniekąd życzenie stałam się rzecznikiem przegranej i skompromitowanej sprawy. Świeciłam oczami za błędy, których nie popełniłam. Dlaczego nie sprawdzono nagrań z kamer miejskiego monitoringu? Dlaczego nie przeprowadzono podstawowych badań toksykologicznych? Nikomu nie chciało się wierzyć, że aż tak daliśmy ciała. Doszło nawet do tego, że powstało kilka teorii spiskowych, w myśl których my, policja, mieliśmy specjalnie patrzeć na knowania Bellwether przez palce albo nawet z nią współpracować (no bo to przecież niemożliwe, żeby aż takie matoły tam pracowały), zaś cała ta awantura to nic innego jak próba pozbycia się drapieżników z miasta, zlecona i finansowana przez potężnych i wpływowych Onych. Kim ci Oni mieliby być, nie bardzo wiadomo, niemniej fakt, że takie teorie powstały i miały swoich zwolenników, już sam w sobie świadczył o tym, jak to nas pokochano. Gdyby zwierzogrodzką policję wprowadzić wówczas na giełdę, cena jednej akcji byłaby niższa niż cena kilograma kartofli. I długo, długo by nie wzrosła.
Zresztą to, co działo się w mediach to pryszcz w porównaniu z tym, co działo się na mieście. A działo się dużo, dużo i niekoniecznie dobrego – no dobra, przelećmy to raz-dwa, skoro już tak zeszło na wspominki. Tak więc rozpętał się festiwal narodowej schizofrenii, już po raz drugi: kiedy czar skowyjców prysł, wszyscy nagle przejrzeli na oczy. Okazało się, że drapieżniki, jeszcze nie tak dawno zgodnie uznawane za ziejące ogniem bestie, źródło wszelkiego zła, szatańskie pomioty prosto z piekła, itepe, itede, to są tak naprawdę całkiem fajni goście i generalnie to nic do nich nie mamy, a z tą „krwiożerczą naturą" to żeśmy się chyba trochę wygłupili, bo wszystko wskazuje, że niczego takiego nie ma. No tak, łatwo powiedzieć, ale jak przejść nad tym do porządku dziennego? Tego, co się stało, cofnąć się nie da, a bliźni jednak na zbiorową amnezję zwykle nie cierpią. Jak wrócić do normalności po tym wszystkim? Jak spojrzeć sąsiadowi w oczy? Co powiedzieć? Nie wystarczy przecież spalić wspólnie jointa i odśpiewać „We Shall Overcome", żeby wszystko wróciło do normy. I w rzeczy samej, nie wróciło, a już na pewno nie od razu; frajerstwem jest oczekiwać, że ta awantura zakończy się bezboleśnie. Drapieżnikom wyrządzono potworną krzywdę i trzeba było czasu, żeby rany się zabliźniły – i to my, ofiary, byliśmy tymi, którzy muszą prosić o przebaczenie. Byliśmy im po tym wszystkim „coś winni", a w dodatku – i kto wie, czy to nie to było najgorsze – wszyscy mieliśmy dojmujące poczucie, że zostaliśmy przez kogoś wydymani. Nie, nie przez Bellwether i nie przez Lionhearta. Przez nas samych. Przez nasze własne uprzedzenia i kompleksy. Tak, to właśnie one, to my sami doprowadziliśmy do tej katastrofy, pozwalając, by rządziły nami fobie i zadawnione urazy – i to jest fakt, czy się to komuś podoba czy nie. Była to gorzka pigułka do przełknięcia, a reakcje na nią były różne, jak ssacza psychika porąbana i pokręcona. Było bicie się w pierś, było szukanie wymówek i usprawiedliwień, było: „Ja od początku wiedziałem, że to wszystko ściema!", było umywanie rąk i chowanie głowy w piasek, całe spektrum poglądów i postaw – ale nie mnie to osądzać, bo ja, po występie, jaki dałam, byłam ostatnią, która miałaby do tego prawo. Patrz, nakazałam sobie, patrz i nie odwracaj wzroku. Naciesz oczy owocem swojej pracy! Więc patrzyłam. Patrzyłam na tabuny uchodźców-drapieżników wracających do domu z przymusowego exodusu. Na konflikty o nieruchomości, które do nich należały, a które w międzyczasie zdążyły zmienić właściciela. Na odwet, jaki drapieżniki brały na byłych prześladowcach, na lincze, zabójstwa i krew lejącą się znowu na bruk. Na policję, której wszystko leciało z rąk, daremnie usiłującą utrzymać jakoś w mieście porządek. I na chaos, jaki na powrót zaczął ogarniać miasto. Na kolejne zamieszki, wybuchające dzień po dniu. Na podpalane samochody i budynki rządowe obrzucane kamieniami. Na korzystających z okazji rabusiów i szabrowników, łupiących sklepy, magazyny i podmiejskie wille. Na niekończące się wiece, demonstracje i pikiety. Na Gazelle wygłaszającą kolejne przemówienie odpisane od pastora Kinga. Na różnych populistów, politykierów, samozwańczych trybunów ludowych i innych szemranych typów, pojawiających się tu i tam jak grzyby po deszczu, przerażająco łatwo zdobywających posłuch. I na kolejne odpały serwowane przez obie strony. Pewnego dnia jakiś tygrys, przedsiębiorca, który przez skowyjce utracił firmę, dom i majątek, nie wytrzymał, złapał za broń i otworzył ogień do przechodniów na ulicy, a na koniec zastrzelił również i siebie. Bilans: czworo zabitych, dwoje rannych. W Las Padas w biały dzień banda nieletnich drapieżników skatowała na śmierć starsze małżeństwo. Dlaczego? „A, oni już wiedzą, dlaczego". Młody okapi z Sawanny oblał się benzyną i podpalił na placu przed budynkiem telewizji państwowej; w liście pożegnalnym pisał, że jego ofiara jest próbą odkupienia win za krzywdy, jakie wyrządzono drapieżnikom, i prosił je o wybaczenie. Neonaziole z Prey Power Brigade 88, czy jakoś tak, urządzili przed gmachem sądu wiec poparcia dla Bellwether, poheilowali jej, odśpiewali jej zakazaną „Unsere Heimat, unser Blut", nazwali bohaterką i domagali się jej uwolnienia. W Tundrówce wściekły tłum rozszarpał na strzępy dwójkę policjantów wezwanych do uspokojenia bójki między drapieżnikiem a ofiarą; przerodziło się to w kolejne międzygatunkowe starcia, stłumione dopiero szturmem oddziałów prewencji. Stałam i patrzyłam, jak miasto, które dopiero co wyrwało się ze szponów stanu wojennego, ponownie zamienia się w dom wariatów – i dopiero wtedy uświadomiłam sobie coś, co powinnam uświadomić sobie już dawno. Uświadomiłam sobie, że ten słynny zwierzogrodzki mit założycielski, ta neolityczna sztama między drapieżnikami i ofiarami, która w szkolnych podręcznikach przedstawiana jest zawsze jako żelazny, niezniszczalny sojusz, jako odwieczne braterstwo stojące niezłomnie ramię w ramię against all odds – jest w rzeczywistości konstruktem niesłychanie niestabilnym, opartym na bardzo kruchych fundamentach, i że wystarczy tylko kilka sfingowanych przypadków zdziczeń i jeden postrzelony królik bełkocący do kamery coś o czynnikach biologicznych, żeby wszystko się posypało. To społeczeństwo zżerał rak. Zżerał je rak, i to od dawna, jeszcze zanim Bellwether opłakiwała swój pierwszy zamek z piasku rozdeptany przez drapieżnika. Patrząc z tej perspektywy w zasadzie trudno mieć do Lionhearta pretensje, że próbował zamiatać zdziczenia pod dywan. Jego obawy nie były bezpodstawne: to naprawdę mógł być koniec Zwierzogrodu...
No, na szczęście nie było aż tak źle. Koniec świata nie nastąpił. Duch Rewolucji opił się krwi i uznał, że wystarczy: do narodu wrócił zdrowy rozsądek, a do miasta wrócił jaki taki spokój. Zwierzogrodzianie pokazali, że mają jaja i nie pozwolą, żeby jakaś żałosna pinda-terrorystka obróciła w perzynę to, co budowali przez pokolenia. Pokazali tym samym podziwu godną dojrzałość i siłę – siłę, której chyba sami się po sobie trochę nie spodziewali. Oczywiście nie wszystkich się to tyczyło, wielu drapieżników nigdy nie odpuściło winowajcom i skazało się na życie z goryczą w sercach do końca swych dni, tak samo jak wiele ofiar bynajmniej nie czuło się winnymi, a przecież były też jednostki patologiczne, które to z chęcią zobaczyłyby drapieżniki, jeśli nie zagazowane w komorach, to przynajmniej zesłane na Kamczatkę, jednostki, dla których Sto Dni i czystki gatunkowe to w sumie fajna rzecz – niemniej zdecydowana większość miała tego wszystkiego już po prostu dosyć, wszyscy byli zmęczeni i wnerwieni, wszyscy chcieli powrotu normalności. A droga do normalności wiedzie przez pojednanie. Pojednanie... Cóż, nikt nie jest chyba w stanie wskazać momentu, kiedy się zaczęło, momentu, kiedy obie strony poszły po rozum do głowy. Czy to było wtedy, kiedy ulicami miasta przeszedł Marsz Ku Pamięci, przez nikogo nie zakłócony? Wtedy, kiedy na cmentarzu Barklington odbyło się wielkie, całonocne czuwanie ze świecami? Wtedy, kiedy na nabożeństwie kaznodziei Withersa w Hyde Parku spontanicznie zebrał się stutysięczny tłum? Czy może wtedy, kiedy na którymś zgromadzeniu padły te same słowa, którymi Jan Paweł II egzorcyzmował komunizm w Warszawie? Zresztą może, kto wie, Duch faktycznie zstąpił i trochę dopomógł? Bo rzeczywiście przydałoby się, żeby odmienił to i owo, chociaż nie oblicze ziemi, bo ta miała się dobrze, tylko nasze oblicza, najlepiej mocno i z piąchy... Nie ma to jednak większego znaczenia; grunt, że drapieżnik i ofiara podali sobie ręce na zgodę. Nie odbyło się to może zbyt gładko, było darcie szat i wrzaski nad trumnami... oczywiście pod warunkiem, że można mówić, że odbyło się w ogóle, bo przecież miną lata, dekady, nim rany ostatecznie się zabliźnią, jeżeli kiedykolwiek to nastąpi. Ale od czegoś trzeba było zacząć. Więc zaczęto. Odprawiono ekumeniczną mszę w intencji. Wywieszono sztandary z czarnymi kirami. Odegrano Koncert Pokoju. Złożono wieńce pod pomnikiem na śródmiejskim Placu Przyjaźni, naprędce przemianowanym na Plac Tysiąca Dwustu Pięćdziesięciorga (tyle to istnień pożarła summa summarum awantura ze skowyjcami: w atakach zdziczałych drapieżników, w zamieszkach, linczach, samobójstwach). Coś się ruszyło. Zerwał się wiatr odnowy, zza chmur wyszło słońce, a gołąbek pokoju zagruchał nam z wysokości: „No, brawo, kretyni, lepiej późno niż wcale". Po uczczeniu pamięci poległych można więc było zamknąć pewien rozdział i przejść do kolejnej fazy, fazy rozliczeń: przerzucania się odpowiedzialnością, szukania winnych, karania niewinnych i nagradzania niezaangażowanych. Trzeba też było odstawić wychowawczą pogadankę o terroryzmie, wyemitować prezydenckie orędzie, udzielić głosu całemu stadu politykierów wszelkiej maści i autoramentu, pozwolić różnym zatroskanym specom od wszystkiego wtrącić swoje trzy grosze i na deser rozpętać ogólnonarodową dyskusję nad tym, czy to, żeby potomkowie zjadanych i potomkowie zjadających żyli obok siebie, faktycznie jest dobrym pomysłem – dosyć jednostronną zresztą, bo wnet okazało się, że większość tych, którzy najgłośniej krzyczeli o konieczności wdrożenia „ostatecznego rozwiązania kwestii drapieżników", nagle znalazła sobie jakieś inne rzeczy do roboty. W mediach huczało bez przerwy. Miałam nadzieję, że zaznam w końcu trochę spokoju, ale grubo się pomyliłam. Góra kazała mi grać dalej w tę grę. Najwyraźniej uznali, że w roli rzecznika prasowego radzę sobie po prostu wspaniale i skoro tak frajersko zgłosiłam się na ochotnika, to nie ma sensu poświęcać kogoś jeszcze, a sprawa jest tak koncertowo spieprzona, że już bardziej zepsuć się jej nie da. Zacisnęłam więc zęby i robiłam swoje. Dziennikarze regularnie brali mnie na tortury i odpytywali z coraz to innych kwestii. Starałam się, naprawdę starałam się wyjść z tego obronną ręką i jakoś nas uratować, ale było już za późno. W oczach zwierzogrodzian byliśmy współodpowiedzialni za tę katastrofę, i żadne zaklęcia nie były w stanie tego odczynić. Spełnił się mokry sen Bellwether: naprawdę zostałam twarzą policji. Taką twarzą, która aż się prosi, by wymierzyć weń soczystego kopa.
Mniej więcej jakoś wtedy, po czterech, pięciu tygodniach, wieczorem, gdy uzbrojona w kawałek szmaty i puszkę rozpuszczalnika walczyłam z kulfoniastym napisem „BĘDZIESZ WISIEĆ KURWO", którym ktoś ozdobił mi drzwi do mieszkania – wtedy zadzwonił pierwszy telefon.
Nie od razu pokapowałam się, o co chodziło. Głos, który usłyszałam, należał do kobiety – to było pewne, to i w zasadzie niewiele więcej, bo moja rozmówczyni miała jakąś urazę do operowania pełnymi zdaniami. Mówiła szybko, nerwowo, skąpiąc konkretów, ślizgając się po temacie i starannie omijając sedno sprawy. Na koniec padło sakramentalne: „Czy mogłybyśmy się spotkać?". W pierwszej chwili pomyślałam, że to kolejna postrzelona dziennikarynka, co chce się nade mną poznęcać i nabić sobie moim kosztem wierszówkę (dość paranoiczne skojarzenie, ale dużo mówi o stanie psychicznym, w jakim się wówczas znajdowałam). Ale nie, ona nie chciała mi dokopywać – ona miała jakiś problem. Miała problem i chciała ze mną rozmawiać. O co chodziło? Dlaczego właśnie ze mną? Skąd miała mój numer? Im bardziej ją cisnęłam, tym bardziej się migała. Ale uparła się straszliwie. Mówiła, że widziała mnie w telewizji. Że widziała mnie w telewizji i że jestem jej ostatnią nadzieją. Czy mogłybyśmy porozmawiać w cztery oczy?
Mogłybyśmy. Okazało się, że to gazela, młoda dziewczyna, na oko studentka. „Dziękuję, że potraktowała mnie pani poważnie", powiedziała, zaledwie mnie zobaczyła. Wtedy zrozumiałam, że trochę sobie porozmawiamy... Zanim przeszła jednak do rzeczy, przez ładnych parę minut orbitowała wokół tematu, ewidentnie nie wiedząc, od której strony zacząć. Ale gdy już uwierzyła, że nie gryzę, przełamała się i zaczęła nawijać. Mówiła cicho, nie patrząc mi w oczy, w roztargnieniu bawiąc się kubkiem, od czasu do czasu rozglądając się nerwowo po wnętrzu lokalu; bo spotkałyśmy się w kawiarni, na mieście. Mówiła, a ja słuchałam.
Co się okazało: prześladował ją jakiś maniak. Zakochany czub. Przyssał się do niej jak tasiemiec do dwunastnicy i za cholerę nie chciał się odczepić – na pewno słyszeliście o takich historiach, a i ta, pomijając może finał, nie jest jakoś specjalnie wyjątkowa, więc będę się streszczać. Zaczęło się na długo przed Bellwether, na imprezie w klubie studenckim: tak się poznali. Ona mu się bardzo spodobała, on jej tak średnio, najwyraźniej jednak nie przyjął tego faktu do wiadomości. Nie przyjął do wiadomości i postanowił za wszelką cenę ten stan rzeczy zmienić. Kłopot w tym, że do miłości nie można nikogo zmusić i jeśli jedna strona nie chce, to choćby i druga stawała na rzęsach, nic z tego nie będzie. Ale on miał inne zdanie. I się zaczęło: wydzwaniał do niej, zasypywał wiadomościami, posyłał kwiaty i upominki. Gdy to nie przyniosło skutku, poszedł o krok dalej: zaczął przesiadywać pod jej balkonem, dręczyć na Furbooku, i tak dalej, cały repertuar szurniętego stalkera. Przegiął pałę, gdy zaczął chodzić po jej znajomych i rozpuszczać plotki na jej temat. Poszła na policję, a jakże – wyszła ze łzami w oczach po tym, jak dyżurny nawarczał na nią, że zawraca mu głowę głupotami, że mają ważniejsze rzeczy do roboty, i że powinna się cieszyć, że jakiś chłopak się o nią stara, no bo przecież „takiego adoratora to by każda dziewczyna chciała". A nasz zalotnik, najwyraźniej rozochocony brakiem konsekwencji, poczynał sobie coraz śmielej i wbijał kolejne levele w swojej sadystycznej gierce. Oszczędzę wam już szczegółów, niemniej było chyba wszystko, co typowe dla tego typu spraw: prywatność gwałcona na coraz wymyślniejsze sposoby, daremne zmienianie numeru telefonu, bezsilna rodzina i znajomi, kolejne wizyty na policji zakończone fiaskiem... I tylko nie wiadomo, co gorsze: zakochany psychopata czy całkowita impotencja lokalnych organów ścigania. Długo się to ciągnęło, wystarczająco długo, by zwyczajną, towarzyską dziewczynę zmienić w znerwicowaną paranoiczkę, co raz po raz ogląda się przez ramię i łyka xanax jak landrynki. Potem nastąpiła chwilowa przerwa w rozgrywce: Bellwether postanowiła przerobić Zwierzogród na drugą Jugosławię, więc chcąc nie chcąc wszyscy mieli inne sprawy na głowie. Ale dla tej dziewczyny to wcale nie był koniec kłopotów, nie.
– Już miałam nadzieję, że dał mi spokój – mruknęła, ładując cukier do bodaj piątej już kawy. – Że zapomniał, odpuścił... Gdzie tam.
– Czyli... czyli potem, kiedy sytuacja się uspokoiła, wszystko zaczęło się od nowa, tak?
– Ano. Ze zdwojoną siłą, można powiedzieć. Tak jakby chciał sobie odbić za wcześniej. Kwiaty, listy... Mam ich całe pudło, tych listów. Wie pani, już nawet pomału zaczynałam się do tego przyzwyczajać, jak, o, do kurzajki na nosie. Ale wczoraj... Po tym, co się wydarzyło wczoraj, położyłam się spać z nożem kuchennym pod poduszką.
– To znaczy?
To znaczy: próbował ją, kuźwa, zabić. Rozjechać na przejściu dla pieszych. Uskoczyła w ostatniej chwili. Wprawdzie nie dojrzała, kto siedział za kółkiem, ale przez fakt, że zdarzyło się to dzień po tym, jak otrzymała liścik: „Albo będziesz ze mną, albo z nikim", doprawdy ciężko uznać to za przypadek... Oto, proszę państwa, do jakich powikłań prowadzi nieleczony cichy wielbiciel: potencjalnie śmiertelnych. Znowu poszła na gliny – tym razem ugrała tyle, że udało się jej zmusić policjanta (tego samego zresztą) do spisania notatki, ale, jak się można domyślić, niespecjalnie pomogło to sprawie.
Wtedy po raz pierwszy pomyślała o mnie. Że może ja mogłabym jej pomóc. Cóż, rozumiem ją. Była zdesperowana, przyparta do muru, zapędzona w kozi róg, a ja miałam wtedy swoje pięć minut, więc moją śliczną gębusię widzieli chyba wszyscy. Wystarczyło wejść na pierwszy lepszy sajt z newsami albo włączyć TV. A tam... o, proszę, oto i ona: Judy Hopps, najżałośniejsza policjantka wszech czasów. Właśnie rozmawia z dziennikarzem. Wygląda jak ofiara przemarszu sowieckiej dywizji pancernej. Zahukana, wypłoszowata, wcale nie taka pewna siebie. Wije się i mota. Ucieka wzrokiem. Mówi z wieśniackim akcentem. Zapiekła rasistka, nieprzejednany wróg drapieżników, przez swoje kompleksy omal nie obróciła miasta w kupę gruzu. Odpowiedzialna za zawalone śledztwo, za nieudacznictwo służb, trzęsienia ziemi, wybuchanie wulkanów, upadek Bizancjum, i tak dalej, i tak dalej. Wprawdzie położyła też kres temu cyrkowi ze skowyjcami i wpakowała pewną niebezpieczną terrorystkę do pudła, ale kto by się tym przejmował (pewnie były w zmowie od początku, potem się poprztykały i jedna wystawiła drugą, ot co!). Cóż, nie miałam wtedy najlepszej prasy, co tu ukrywać. Mało kto by chyba uznał, że nadaję się choćby do prowadzenia w przedszkolach pogadanek o bezpieczeństwie na drodze. Ale tonący chwyta się brzytwy – a kto jak kto, ale zastraszona ofiara psychopaty na pewne rzeczy przymykać oko potrafi.
Dobra, żeby już nie przynudzać: zajęłam się tą sprawą. Nie, wróć: dopilnowałam, żeby ktoś się nią zajął. Przy okazji dałam też temu fuszerantowi drugą szansę. Nie cackałam się. Po prostu poszłam do niego, bezceremonialnie przerwałam mu lancz i w zwięzłych, żołnierskich słowach wygarnęłam, co myślę o jego dokonaniach. Dodałam też, że jeżeli natychmiast nie ruszy czterech liter do roboty, to laurka, w której znajdzie się jego nazwisko, kopia zeznań tej dziewczyny i mój komentarz odautorski jeszcze dziś wieczorem wyląduje na biurkach jego przełożonego, jak i również komendanta posterunku, szefa Biura Śledczego, prokuratora okręgowego i paru innych figur, jeśli będzie taka konieczność (trzeba to było widzieć: mały króliczek drący japę na nosorożca, i co z tego, że równego stopniem?). Zazwyczaj się tak nie zachowuję, żeby nie było. Ale to były wyjątkowe okoliczności. Byłam wnerwiona, byłam zmęczona, miałam wszystkiego potąd, a poza tym – poza tym czasem, cholera, trzeba. I co? Podziałało. Okazało się, że można. Że jak się pójdzie z ryjem, to daje się załatwić to i owo. Zaklinowane tryby biurokracji, potraktowane z kopa zaskoczyły i jęły się obracać jak powinny: wnet do sprawy został ktoś przydzielony, no a reszta to już historia.
Śledztwo było tak żałośnie banalne, że nie ma nawet co o nim gadać. Żeby zebrać dowody i zapudłować tego świra wystarczyła niecała doba (przy czym nie rzucam tu słów na wiatr, bo okazało się, że facet był już znany personelowi jednego ze zwierzogrodzkich psychiatryków). Pieczątka, podpis, a akta buch! – do szafy. Można? Można. Finita la commedia, sprawa zamknięta. Pierwsza z wielu; bo to był wierzchołek góry lodowej, jak się okazało. Nie zdążyłam jeszcze pogratulować sobie dobrej roboty, nie wysechł jeszcze tusz na dokumentach – a już odbierałam kolejny telefon. Tym razem dzwoniła jakaś kobieta, regularnie bita przez męża, od lat kołacząca do bram lokalnego komisariatu o pomoc. I zaraz następny telefon. I jeszcze. Kolejni pokrzywdzeni. Skąd oni wszyscy wzięli na mnie namiar? Nie dowiedziałam się nigdy. Dzwonili jeden za drugim. Po tygodniu pracowałam już w zasadzie na dwa etaty, bo oprócz ogarniania tych robótek miałam oczywiście normalne służbowe obowiązki. Tak zaczęła się moja kariera w roli policyjnego telefonu zaufania.
I moja droga do odkupienia.
Zrazu byłam przeszczęśliwa. Oto znalazł się ktoś, kto umie myśleć samodzielnie! Mimo tego medialnego szamba, które się na mnie wylało! Wreszcie mnie doceniono! Widzący w krainie ślepców, dziesięciu sprawiedliwych z Sodomy! Ale potem przyszło opamiętanie. Bo przecież – przecież oni wcale nie mieli mnie za żadną bohaterkę. Nie oślepiała ich bynajmniej legenda o moich dokonaniach. Widzieli konferencję, wiedzieli, kto ja jestem. Wiedzieli, że to ja rozwiązałam sprawę skowyjców – i wiedzieli też, że jestem małą, parszywą rasistką, co nienawidzi drapieżników. Wiedzieli, że to ja doprowadziłam Bellwether przed oblicze sądu – i wiedzieli, że oskarżenia pod moim adresem o wywołanie w mieście chaosu wcale nie są bezpodstawne. Znali obie strony medalu. Po prostu byli skrajnie, niewyobrażalnie zdesperowani. I tylko dlatego dali radę przełknąć ten dysonans poznawczy, zdecydowali się zaryzykować i poprosić mnie o pomoc. W tym stanie to poprosiliby pewnie i samego Diabła, gdyby ten się gdzieś reklamował. Wyobrażam sobie, że każde z nich, zanim zadzwoniło, długo biło się z myślami, czy przypadkiem nie wywoła kolejnej katastrofy. Wprawdzie nikt nie drążył tego tematu, nikt nie dał mi do zrozumienia, co o tym myśli – ale ja też nie jestem taka durna i też swoje wiem.
I jakby na potwierdzenie: nie zadzwonił do mnie ani jeden drapieżnik.
Niemniej poczułam się trochę lepiej. Była to dla mnie skromna nagroda pocieszenia, taka na otarcie łez, jedyna, na jaką mogłam liczyć. Dziwne to były czasy. W poniedziałek w telewizji leci powtórka mojego wystąpienia na konferencji: paru ściągniętych do studia ekspertoidów solidarnie obśmiewa moje rewelacje, twierdzi, że gadam bzdury i że się nie znam (mimo że niedawno twierdzili coś dokładnie odwrotnego), i tylko wylicza ile to szkód narobiłam – a we wtorek dzwoni do mnie jakaś pani i zduszonym głosem mówi o swoim byłym mężu, że ją nachodzi, że jej grozi, że policja ją olewa, że ona się boi o dzieci, i czy może mogłabym coś z tym zrobić. W środę jakaś spotkana w spożywczym wilczyca warczy mi w ryj, że to przeze mnie jej brat się powiesił, bo mu wmówiłam, że jest potworem – a w czwartek słyszę w słuchawce zaryczaną ofiarę gwałtu, co to na komendzie dowiedziała się, że „sama jest sobie winna". A w piątek apiat' powtórka z rozrywki: obelgi, wyzwiska, splunięcia i wybite okno. Istny rollercoaster doznań, od poniżenia do uznania i z powrotem. Jedni chcieli mojej pomocy, inni mojej głowy; schizofrenia gwarantowana bez możliwości reklamacji.
No to zrobiłam to, co umiem najlepiej, czyli po prostu rzuciłam się w wir pracy. Odplunęłam, zakasałam rękawy i wyruszyłam naprawiać świat. Sama, bez pomocy Nicka (Nick był wtedy w Akademii, gdzie dowiadywał się, jakie cuda wyczynia z organizmem kwas mlekowy). Miasto lizało rany, życie wracało do normalności, a ja latałam to tu, to tam, i pomagałam tym, którym firma pokazała środkowy palec. Czy to kobieta prześladowana latami przez osiedlowego szajbusa, czy to facet, któremu splądrowano dom podczas Stu Dni, czy imigrantka z Meksyku wydymana przez pracodawcę – bez różnicy. Dopiero wtedy (tak, dopiero wtedy), przekonałam się, jak niebywale chorą, nieudaczną i nieprofesjonalną instytucją jest firma, w której przyszło mi służyć. Bo wtedy jeszcze tliły się we mnie wtedy jeszcze jakieś resztki złudzeń co do jej prawdziwej natury. Wtedy jeszcze brałam Sto Dni za wypadek przy pracy. I w tym momencie wszystko pękło jak bańka mydlana: okazało się, że takich niepozałatwianych, odłożonych na półkę spraw było w archiwach od groma. Że dyletanctwo i bylejakość były tu normą. Sprawy odkładane taśmowo ad acta, petenci odsyłani od Annasza do Kajfasza... Gdy rozprułam podbrzusze i dobrałam się do flaków, dotarło do mnie, na jaką skalę się to odbywa. A to, do czego się dokopałam, to był tylko wierzchołek góry lodowej. Dyletanctwo i nieudacznictwo, którymi popisaliśmy się przy skowyjcach, tak naprawdę nikogo nie powinny dziwić: policja w Zwierzogrodzie jest po prostu jednym wielkim urzędniczo-biurokratycznym karaczanem, zajmującym się wszystkim, tylko nie pomocą potrzebującym. Wszystkie moce przerobowe idą na przerzucanie papierów z punktu A do punktu B; los poszkodowanych ma prawie najniższy priorytet. Cały ten profesjonalizm, którym firma tak lubi się chwalić, cały ten etos protect and serve, który pokazuje w tych swoich reklamówkach – w którym i ja, przecież, się zakochałam – okazał się tylko tekturową dekoracją, namalowaną plakatówkami, posklejaną na mąkę i rozlatującą się przy byle dotknięciu. No dobra, może trochę przeginam. Czasem coś nam wyjdzie. Niemniej fakt jest faktem: firma ma na sumieniu różne grzechy, ma brud pod dywanem i trupy w szafie. I bardzo nie lubi, gdy się te trupy próbuje reanimować. Nie raz i nie dwa dostałam od przełożonych po uszach za rozgrzebywanie spraw, których chcieliby, żeby nikt nie dotykał, nie raz i nie dwa zepsułam humor różnym zadowolonym z siebie palantom, gdy wytykałam im błędy i psułam statystyki. Momentami czułam się w firmie jak ciało obce, gdy walczyłam całym z tym pieprznikiem – przy czym nie walczyłam tu, broń Boże, z jakąś korupcją, z jakimiś układami, czy z czymś w tym guście, z czymś, po czym czasem zostają odpryski na pierwszych stronach gazet. Nie. Walczyłam z czymś dużo bardziej kameralnym: z lenistwem, niedbalstwem i bałaganiarstwem. A to komuś dokumenty wpadły za biurko, a to ktoś prowadził piętnaście spraw naraz, a to ktoś przechodził na emeryturę i miał wszystko gdzieś, a to ktoś sprawę olał albo zapomniał. Te rzeczy. W myślach zsyłałam tych wszystkich fuszerantów do pracy w kopalniach ołowiu. Bo to, co odwalali niektórzy moi koledzy po fachu, nie będę już rżnąć po nazwiskach, to był po prostu kryminał. A tego, co napsuli, wcale nie szło tak łatwo naprawić...
No, ale na szczęście ja nie jestem bynajmniej palcem robiona i sroce spod ogona nie wypadłam. Pokazałam wszystkim, na co mnie stać. Dostałam okazję by się wykazać, pozmieniać świat na lepsze, tak jak to sobie wymarzyłam... Taa. Przekonałam się, że zmienianie świata na lepsze trochę różni się od moich wyobrażeń na ten temat, wyobrażeń, które nabyłam, gdy dziecięciem będąc maltretowałam domowy magnetowid kasetami z filmami sensacyjnymi, tymi wiecznie przecenianymi na 4,95 dolca. W rzeczywistości zmienianie świata na lepsze wygląda zupełnie inaczej. To nie spektakularne napady na banki i nie brawurowe pościgi po obwodnicach. To nie psychopatyczni mordercy grasujący nocą po mieście i nie odbijanie zakładników z rąk islamskich terrorystów. To nie rzeczywistość z filmu, nie elegancki, brzydki jak noc Theo Kojot i nie wiecznie wnerwiony Harry Jackalhan, taśmowo przerabiający bandziorów na durszlaki. To wredna, brudna harówa dla biedaków z samego dna społecznej piramidy. To festiwale przemocy domowej, ciągnące się przez lata. To komunalne blokowiska i dystrykty dziedzicznego bezrobocia. To damski bokser w dziurawych slipach i cuchnący gorzałą ojczym-pedofil. To karnawał niewiarygodnego niedbalstwa i bezsilny gniew na obojętność Temidy. To zabałaganione archiwa i burdel w dokumentach. To nieprawość urzędasów i tyrania starszych stopniem. To kpiące „Zgubiłem te papiery, mała, i co mi zrobisz?", rzucane przez spaślaka za biurkiem. Wiadomo, życie gliniarza nie jest usłane różami, a obcowanie z dolinami społecznymi to jego chleb powszedni – ale tutaj to wszystko bolało podwójnie, bo każdej takiej sprawie byliśmy w zasadzie współwinni. Przynajmniej ja się tak czułam. A nad wszystkim wciąż unosiły się poskowyjcowe opary, więc w sumie razem bolało potrójnie; ciągle miałam w pamięci, w jakich okolicznościach moje nazwisko wypłynęło na szerokie wody. To był najgłębszy dół mojej depresji, te telefony – to była zdecydowanie najpaskudniejsza, najwredniejsza i najbardziej traumatyczna rzecz, jaka mnie spotkała w trakcie całej służby ojczyźnie (no, może za wyjątkiem ściskania dłoni Bellwether). Cóż, taka karma – nosa do gównianych zadań miałam w końcu od zawsze... Że satysfakcja? No tak, satysfakcja, jedyna nagroda, na jaką mogłam liczyć. Chociaż tak naprawdę to nie powinnam jej odczuwać; w rzeczy samej na samą myśl o jakiejkolwiek nagrodzie powinnam zapaść się z żenady pod ziemię. Nie o moje ego tu przecież chodziło, tylko o tych biedaków. Powinnam się wstydzić za to, jak firma ich potraktowała. I wstydziłam się, owszem, a w dodatku ciągle jeszcze targało mną poczucie winy za mój popis na konferencji. Ale jednak – pomyślicie sobie, że jestem idiotką, i będziecie mieli rację – ale jednak kiedy widziałam w ich oczach łzy szczęścia, kiedy widziałam te zmęczone, pełne ulgi spojrzenia, kiedy słyszałam „Niech cię Bóg błogosławi, mały króliczku" – poczułam, że nie bez przyczyny żyję na tym świecie.
Taki to był dla mnie finał sprawy skowyjców, przykry, ponury, przesiąknięty goryczą. Nie okrzyknięto mnie żadną bohaterką. Nie było medali ani podziękowania przed frontem. Nie nazwano liceum na moją cześć, nie otrzymałam pamiątkowego złotego zegarka, a pierwszaki nie pisały do mnie listów. Było tylko lanie. Dostałam po tyłku, mocno, jak pasem ojca, żebym popamiętała na całe życie. Wyszłam z tego wszystkiego poobijana i obolała, ale, chwała Bogu, żywa i w jednym kawałku. Zrozumiałam też to i owo, no i wzbogaciłam się o parę rzeczy. O piękną bliznę na nodze. Nauczkę, żeby nie ufać kurduplom. Pewnego przystojnego lisa. Uroczą chrześniaczkę. Kilkoro śmiertelnych wrogów... ale i kilkoro dozgonnych przyjaciół. Tak, okazuje się, że nawet obracając miasto w kupę gruzu ich można poznać. Tych zaginionych drapieżników, chociażby. Raz spotkałam jednego: gdy mnie zobaczył, zdjął czapkę, ukłonił się i wzruszonym głosem podziękował za uratowanie życia, powiedział, że gdyby nie ja, to by tam sczezł, a z tą konferencją to żebym się nie przejmowała, bo to nie moja wina. A pani Otterton co roku przysyła mi na imieniny wielką torbę słodyczy. Ci, którzy do mnie potem dzwonili, gdy już ich zbawiłam ode złego – a zbawiłam wszystkich – też chyba w końcu się do mnie przekonali. Była zatem w tej czarze goryczy i kropla pocieszenia, wybaczcie kiczowatą metaforę. Wprawdzie zła, które wyrządziłam, nie naprawiłam i nie naprawię nigdy, ale mam przynajmniej świadomość, że zrobiłam coś dobrego, że dzięki mnie świat paru-parunastu osób zmienił się na lepsze – cóż, marna to pociecha, ale to prawo do skromnej choćby rehabilitacji to jedyna rzecz, jaka odróżnia mnie od tej kretynki Bellwether. Sprawa skowyjców zaś tliła się w mediach jeszcze długi, długi czas, ale na szczęście moje nazwisko wkrótce jakoś zniknęło z głównego nurtu dyskusji – inne rzeczy stały się ważniejsze. Życie wróciło do jakiej takiej normy, a o głupim króliku szczęśliwie zapomniano: skleroza społeczna robi swoje. Zdarza się jednak, że przychodzi mi wrócić do tamtych czasów i stanąć z przeszłością twarzą w twarz; i nie są to dobre chwile. Nie uciekam przed tym, biorę to na klatę, traktując jako grę końcową do mojej pokuty, bo w niebiańskim wymiarze sprawiedliwości pojęcie przedawnienia chyba nie figuruje... Czy dane mi będzie dostąpić kiedyś Odkupienia? Cóż, tego nie wiem; niemniej już coraz rzadziej zdarza mi się oberwać po uszach, więc może za dobre sprawowanie trochę złagodzono mi wyrok. Może pewnego dnia przeszłość odczepi się ode mnie już na zawsze, kto wie? Może kiedyś tak się stanie. Chciałabym w to wierzyć.
Bardzo bym chciała.
