Ostrzeżenia w notkach na końcu (uwaga, zawierają spoilery).

Also: doturlaliśmy się do połowy!

manewr zdrajcy

Kylo podszedł do lądowania w Republic City zbyt szybko; promem szarpało pod wpływem wejścia w atmosferę planety. Zapaliły się dwie z diod ostrzegawczych, kiedy podwozie rozgrzało się do tego stopnia, że zaczęły lecieć z niego iskry. Kylo był dobrym pilotem, ale nie najlepszym, a myśli miał pochłonięte czymś innym.

Republic City składało się z miliardów istot żyjących w miejscu, które nie miało nawet dwudziestu lat. Rozkwitło, kiedy Coruscant zaczął przygasać, ciepło witało uchodźców z całej galaktyki i oferowało nieskończone możliwości, póki źródełko optymizmu nie wyschło i nie pojawił się nieunikniony rozkład. To miasto przyjęło go do siebie, kiedy Ben umarł, wzięło go w swoje ramiona i pokazało mu jasne, szalone noce na miejsce zimnych gwiazd, które znał Ben. Wiedział, że Republic City stanowi fałszywą bezpieczną przystań, że jego słodki zapach bierze się ze zgnilizny toczącej je od środka, ale nigdy nawet nie pomyślał, że być może właśnie to ono może zostać poświęcone, aby uzyskać przyszłość, jakiej pragnęli.

Odsłonił jedno z okien widokowych, żeby przyjrzeć się z góry panoramie miasta, temu, jak promienie słońca odbijają się w drapaczach chmur. Kylo wyobraził sobie, że wszystko i wszyscy pod nim zostają zniszczeni. Nie uważał siebie za kogoś, kto ma przyjaciół, ale pomyślał o stojącej na balkonie Varish, o jej złotym futrze łopoczącym na wietrze wywołanym przez zbliżający się strzał z broni, o tym, jak mrużyłaby oczy w czerwonym świetle. Hux miał rację, kiedy powiedział, że osobiste skrupuły nie mogą być ważniejsze od pokoju. Kylo nękało sumienie. Było jak nowotwór, zajmowało miejsce w jego głowie i pozbawiało go odpoczynku.

Wolałby, żeby Snoke przywołał go do porządku. Albo w ogóle się do niego odezwał. Zamiast tego nakazać mu wyjść, żeby porozmawiać z Huxem. Kylo wiedział, co Snoke mówił, nie musiał tego nawet usłyszeć; prośba o to, aby odszedł, miała na celu oszczędzenie dumy Huxa. Snoke od dawna zajmował miejsce w głowie senatora, potrafił znaleźć obrazy w jego wspomnieniach i znał jego uczucia. A ponieważ Kylo był słaby, Snoke zwrócił się do generała, żeby ten zrobił to, co konieczne. Senator wytrzymał oczekiwanie na powrót Huxa, bo nie mógł zrobić nic innego. Kiedy generał do niego wrócił, jego myśli utworzyły maskę wściekłości, przez którą nic nie mogło się przebić. Był tak odcięty od Kylo, jakby znajdował się na innej planecie.

Senator czuł wstyd na myśl o swoim zachowaniu na promie. O tym, jak przywarł do Huxa i przyparł go do ściany, gdzie nikt nie mógł ich zobaczyć; o tym, jak kilkoma szarpnięciami rozpiął jego tunikę, pytając go, czy jego opinia o nim w jakikolwiek sposób się zmieniła; o tym, jak nie mógł się zmusić do zadania pytania, które tak naprawdę pochłaniało jego myśli.

– Oczywiście, że moja opinia się zmieniła – powiedział Hux, a jego palce wpijały się w kark Kylo, kierując go tam, gdzie go chciał – ale nie ma w tym nic złego. A teraz zostaw na mnie kolejny ślad po sobie, zanim będziesz musiał odejść.

Moc prowadziła coś do swego końca. To poczucie uwiesiło mu się na ramionach, niejasne i tak samo wrogo niezrozumiałe jak zawsze. Musiał zachowywać się, jakby wciąż był ulubionym synem Snoke'a, i czekać, aż spadnie na niego cios. Kylo pozostawał bezsilny, jeśli chodziło o wpływ na własne przeznaczenie.

– Podporządkuję się – oznajmił, nie dodając komu ani czemu. Stanowiło to niemal wyznanie buntu.

Jako że Kylo spędził prawie trzy dni z dala od planety, nie miał czasu do stracenia, jeśli chodziło o ponowne wcielenie się w rolę senatora Rena. Garrota czekała na niego w doku do lądowania i pomogła mu z ubraniami oraz makijażem, zanim ktoś zauważył go na widoku publicznym, jednocześnie streszczając to, co go ominęło. Czuł się tak niegotowy na rozmowy z innymi politykami, że ulżyło mu, kiedy odkrył, że droga do jego biura jest zablokowana. Wielki kosmita siedział na środku poczekalni, przy czym musiał zgiąć trzy nogi. Większość z siedmiu oczu miał zamknięte. Natura sprzyjała zazwyczaj stworzeniom o wiele bardziej symetrycznym niż to. Zamiast pokazać kosmicie drzwi, sekretarz Kylo zasnął na blacie biurka, używając kurtki jako poduszki.

– Właśnie miałam dojść do tej sprawy – stwierdziła Garrota. – To tutaj czeka już od dwóch dni. Jako że nic nie jadło ani nie spało, zgodnie z regulaminem Senatu nie możemy go zmusić do opuszczenia terenu. Sarda nie opuścił swojego stanowiska, od kiedy to tutaj przybyło.

– Obudź Sardę, daj mu bonus i wyślij do domu.

Kylo podszedł do kosmity, który stopniowo zaczął otwierać pozostałe oczy, kiedy senator się do niego zbliżał.

– Przepraszamy za nasz wspólny – oznajmili, podnosząc się na nogi i mówiąc pełnymi zębisk ustami położonymi w, jak zakładał Kylo, tułowiu. – Nie jesteśmy z waszej Republiki. Naszej planety nie ma na waszych mapach. Republika nie chce jej na mapie, bo wtedy musiałaby z nią mówić.

Czyli kosmita pochodzili z Niezbadanych Rejonów.

– Dlaczego tutaj jesteście? – Kylo był zaintrygowany mimo ponurego nastroju.

– Najwyższy Porządek żywi się naszą planetą. Nadchodzą statki, bombardują nas, zabijają nas. A potem kradną z naszych roztrzaskanych miast. – Kosmita zamilkli, a na ich skórze pojawiły się cętki, kiedy przeżywali swoją złość i strach. – Nasza planeta wysyła holonagrania do Republiki, żeby ostrzec i poprosić o pomoc. Republika mówi, że to kartele nas tak traktują i musimy być cierpliwi, bo zajmuje się kartelami. Kartele też nas zabijają, zabierają nam rzeczy. Wiemy, czym się różnią. Republika nie zajmuje się kartelami ani Najwyższym Porządkiem. Przybywamy do Republiki, aby poprosić o bycie wysłuchanymi w Senacie i nikt nie może nas wysłuchać. Mówisz, że jesteś przeciw Najwyższemu Porządkowi.

– Bo jestem – oznajmił Kylo. Najwyższy Porządek został skonstruowany z najgorszych części, jakie pozostały po Imperium, zamiast najlepszych. Ale był też niezbędnym i skutecznym narzędziem. Hux je ulepszy. – Ale niewiele mogę zrobić w waszej sprawie, jeśli nie liczyć wymuszenia na senatorach posiedzenia poświęconego waszej sprawie, przy czym to posiedzenie nie będzie się wiązało z żadnymi czynami. Senat dokonał już wyboru, a tym wyborem jest bierność.

Kosmita wydali z siebie odgłos przypominający westchnięcie.

– To wiemy. Wydaje nam się, że we wspólnym słowa te brzmią „tego życzy sobie Moc". Czy wierzysz w Moc, Kylo Renie?

Mowa ciała bardzo rzadko wyglądała podobnie wśród różnych gatunków, więc Kylo mógł pozwolić sobie na uśmiech tak gorzki, jak tylko mu się podobało.

– Tak – powiedział.

– Moc wie, że możesz nam pomóc, nawet jeśli ty nie.

– Mylicie się. Moc nie obdarzyła mnie swoją życzliwością.

– Nie?

Kosmita bez pytania ujęli rękę Kylo w dwie swoje kończyny. Poczuł ich łączność z Mocą, tak naturalną i pozbawioną praktyki, że nigdy wcześniej nie spotkał się z czymś choćby podobnym do tego. Próbowali zbadać kształt jego umysłu, otwierając przy tym zapomniane i dawno porzucone bolesne wspomnienia.

Matka trzymająca go po raz ostatni w objęciach. Ben był już wtedy na tyle wysoki, że mógł oprzeć podbródek na czubku jej głowy, mimo że ciągle był nastolatkiem.

– Wierz w Moc – stwierdziła, przytulając go mocniej – a Luke pomoże ci znaleźć sposób, żebyś mógł kontrolować swoje zdolności. Kocham cię, nieważne, co się stanie. – Ben milczał, bo coś dławiło go w gardle, a od dłuższej chwili próbował powstrzymać się od płaczu. Fakt, że Ben nie pożegnał się z nią, zaburzał w jakiś sposób spokój Kylo. Leia zatrzymała się z ręką na drzwiach promu, wycierając oczy, ale nie spoglądając za siebie. Ich historia powinna była mieć lepsze zakończenie niż pozostawienie gdzieś Bena po raz kolejny.

Współczucie kosmity owinęło się wokół niego i wokół wspomnienia i Kylo poczuł brak czegoś w miejscu, gdzie wcześniej krył się straszny smutek.

– Przepraszamy – powiedzieli kosmita. – Nie spodziewaliśmy się znaleźć takiego nieszczęścia. Z naszego spotkania przyjdzie ci korzyść i ostrzeżenie. Czeka na ciebie wiele prób, Kylo Renie, ale prawda kryje się za najbardziej bolesnym ciosem.

Nieprawda. Kosmita musieli się mylić. Nie było już więcej kłamstw; nikt nie okłamywał Kylo, od kiedy odszedł do Snoke'a. Nikt nie mógł, nie przy umiejętnościach, jakie obecnie miał. Poczuł, że tok jego myślenia osuwa się nagle w kierunku, w którym bał się podążać. Kosmita nadal kręcili się na skraju jego umysłu.

A potem nagle Garrota potrząsnęła Kylo, trzymając go za ramię i krzycząc przy tym, żeby się obudził. Kosmita zniknęli, a większość jego mebli zmieniła się w zniekształconą kulkę, zmiażdżona i zmięta, jakby przeszła przez zgniatarkę do śmieci. Garrota wzdrygnęła się i cofnęła o krok, kiedy Kylo na nią spojrzał, ale szybko się otrząsnęła.

– Gdzie poszli ci kosmita? – wydusił z siebie.

– Opuścili pomieszczenie i dali mi holokostkę. Założyłam, że nic złego się nie stało, więc miałam właśnie wpuścić pierwszą osobę, z którą masz umówione spotkanie, ale usłyszałam dziwny jęk, jakby budynek miał się zawalić. Próbowałeś zgnieść wszystko w zasięgu wzroku.

Krwawiła z rany na ramieniu.

– Czy ja ci to zrobiłem? – zapytał. Był pewien, że tak.

Wzruszyła ramionami.

– Coś ze zniszczonych rzeczy mnie drasnęło. Nie przejmuj się tym, nerra, nie jest głęboka. Czy powinnam odwołać twoje spotkania?

Kylo zmrużył oczy, przyglądając się kupie złomu, która kiedyś stanowiła modny wystrój jego lobby.

– Nie. Od teraz to wystawa sztuki. Poleć, żeby wykonano tabliczkę z napisem „Naturalny koniec systemu dwupartyjnego".

Garrota uniosła brwi.

– W porządku. Cóż, senatorka X'blish wciąż czeka, żeby się z tobą zobaczyć.

– Wpuść ją do środka. Moje biurko wciąż stoi na swoim miejscu.

Zanim dzień się skończył, Kylo przesiedział przez osiem godzin spotkań. Praktycznie nie słuchał w trakcie żadnego z nich. Istoty przychodziły do niego tylko dlatego, że chciały pokazać, jak ważne są, skoro mogą zająć mu czas. Kiedy ostatnia wyszła, poświęcił kilka minut na medytację, żeby odzyskać balans. Nie wyszło mu to za dobrze.

Musiał wykonać głęboko nieprzyjemne połączenie przez holoprojektor. Ruch Oporu stał się ostatnio bardziej aktywny niż kiedykolwiek wcześniej, ale jego agenci zniknęli z widoku publicznego. Leia zaszyła się w jednej ze swoich kryjówek i nawet Varish nie miała pojęcia gdzie dokładnie. Kylo musiał najpierw nawiązać kontakt przez kogoś innego, co oznaczało, że musiał zadzwonić do tego samego reportera, który zrobił holo jemu i Huxowi wtedy, na śmigaczu.

Intwing Sluice odebrał niemal natychmiast. Jako Chadra-fan był na tyle niski, że holoprojektor pokazywał praktycznie całe jego pokryte futrem ciało.

– Senator Ren – powiedział Intwing, uśmiechając się szeroko, aż uszy mu drgnęły. – Kocham twoją dzisiejszą stylizację, ale dzwonisz do mnie tylko wteeedy, kiedy czegoś chcesz.

– Potrzebuję spotkać się z Poe Dameronem.

– Dlaczego myślisz, że wiem, gdzie jest Dameron?

– Bo od początku tygodnia postujesz holosy, na których się znajduje, do artykułu o tytule „Poe Damn!eron".

Intwing zaświergotał z niezadowoleniem.

– A co ty dla mnie zrobisz?

– Zbudowałeś przynajmniej połowę swojej kariery na śledzeniu każdego mojego ruchu.

– Wykazałem inicjatywę – odparł Intwing. Był to niezaprzeczalnie kreatywny sposób na określenie schowania się w droidzie-myszy, żeby przyłapać Kylo na spędzaniu wakacji z kimś, kogo imię zdążył już zapomnieć. – Musisz pozwolić mi zrobić holo z tego spotkania.

– To szkodliwe politycznie. Nie.

Kylo zajął już dość jasne stanowisko na temat Ruchu Oporu działającego w podziemiu i niemuszącego podporządkować się żadnym zwierzchnikom. Leia zbyt łatwo mogła przeszkodzić we wprowadzeniu jego planów w życie, a teraz dodatkowo zagrażała jego sojuszowi z Huxem.

– Jestem pewien, że dasz radę to jakoś sprzedać. Przyjaciele z dzieciństwa? Ponowne spotkanie dawno zapomnianych kochanków? – Intwing podrapał się po podbródku. – A dlaczego w ogóle chcesz się spotkać z Dameronem, hmm? Powód musi być wart fatygi.

– Wyślij mi wiadomość, kiedy będziesz miał miejsce pobytu Damerona, i wtedy rozważę twoją ofertę.

Kylo przerwał połączenie. Intwing z jakiegoś względu doprowadzał go do białej gorączki, mimo że jego holosy pomogły scementować reputację senatora Rena jako ekscentrycznego playboya. Postanowił się czymś zająć, czekając, aż w Intwingu odezwie się sumienie, więc wreszcie przyjrzał się dokładniej holokostce zostawionej przez kosmitę. Zapełniały ją nagrania, jak ich planetę atakuje Gwiezdny Niszczyciel. I chociaż Kylo nie znał się aż tak dobrze na statkach, miał wrażenie, że coś w wyglądzie tego Niszczyciela różni się od tych z imperialnych holowidów, które kiedyś oglądał. Poza tym wydawało mu się dość dziwne, że Najwyższy Porządek postanowiłby sprawdzić swoje siły tak blisko przestrzeni gwiezdnej Republiki, nie licząc faktu, że Hux nic mu na ten temat nie powiedział. Kylo potrzebował sposobu, aby się z nim szybciej skontaktować. Ulepszony kom, który zamówił, dotarł do niego dzisiaj. Ten model umożliwiał nawet rozmowę na żywo z niektórych światów.

– Proszę pana – powiedziała Garrota, otwierając drzwi. – Mam namiary na łowczynię nagród, której pan szukał. Qathik pracuje z kantyny w dystrykcie Nowe Calamari.

Qathik była w kontakcie ze zdrajczynią z Najwyższego Porządku. Nie tylko wciąż posiadała cenne informacje na temat Fairhand, ale prawdopodobnie mogła też przetransportować kom do przestrzeni gwiezdnej Najwyższego Porządku.

– Prześlij jej lokalizację na mój datapad. Zaraz wychodzę.

– Sam? To Yinchorrianka.

– Umiem się obronić przed dwumetrową jaszczurką w sposób, który nie wymaga manipulacji jej umysłu. I nie będę tak zupełnie sam.

Wiedział, że znalazł właściwą kantynę, kiedy zobaczył dwóch Dowutinów rzucających Rodiana na drugą stronę ulicy. Kylo uchylił się przed nim, po czym przeszedł obok, z ulgą stwierdzając, że dzięki masce nie czuje ich zapachu. Istoty w kantynie trzymały się od niego z daleka, nie wiedząc, czy czarny strój to ostrzeżenie, czy tylko nadmierny dramatyzm z jego strony. O ironio, galaktyka lepiej pamiętała Sithów niż Jedi.

Achuta, nieznajomy – powiedziała barmanka, zgrabna Twi'lekianka, która nachylała się nad blatem stołu, żeby lepiej było widać to, co kryło się w środku jej topu. – Kee chai chai cun kuta? Czy wolisz rozmawiać we wspólnym?

– Jestem człowiekiem. I wolę kobiety z nieco większym… – Kylo rozsunął ręce. – Obwodem. I łuskami.

Zmrużyła oczy.

– Nie przyszedłeś tutaj, żeby się napić, prawda.

– Qathik powiedziała, że chce się ze mną znowu zobaczyć.

– Nie lubi, kiedy marnuje się jej czas. Co odróżnia cię od wszystkich pozostałych dupków tutaj, którzy myślą, że są towarem gorącym jak plazma?

Kylo wykonał gest dłonią.

– Powiedz mi, gdzie jest Qathik.

Twi'lekianka wskazała drzwi obok łazienki.

– Tamtędy. Potem drugie drzwi po prawej. Hasło to creespa emperiolo.

– Dziękuję.

Kylo położył na barze trzysta kredytów. Chwyciła je szybko i schowała w topie, a jej lekku drgnęło z niezrozumieniem.

Na korytarzu było cicho, a po drugiej stronie drzwi wyczuwał zaledwie kilka osób. Większość z nich myślała w huttańskim, ale znalazł się też ktoś znający język Kaleeshów i jakiś inny, którego nie rozpoznał. Kylo zapukał do drzwi. Kom obok niego zatrzeszczał, po czym czyjś głęboki głos wypluł z siebie:

– Hasło albo weź się odpierdol.

Creespa emperiolo.

Drzwi rozsunęły się przed nim. Qathik wyciągała się na kanapie, powoli wciągając dym z fajki hookah. Jej kaleeshański ochroniarz trzymał w pogotowiu pikę energetyczną, a trzy humanoidalne istoty podniosły się na nogi, ale żadne z nich nie wyglądało na zaniepokojone.

– Nie znam cię – stwierdziła Qathik, wdychając dym przez nozdrza – ale mam nadzieję, że przyniosłeś mi trandoshańską pieczeń z nerfów, którą zamawiałam dwie godziny temu.

Kaleeshanin wydał z siebie bulgoczący śmiech.

– Odwzajemniam się za wizytę w biurze. – Kylo nacisnął zapadki na hełmie, po czym go ściągnął.

Na widok twarzy Kylo Qathik warknęła, a humanoidy podniosły broń. Użył Mocy, żeby wyrwać im blastery z dłoni i posłać szarżującego na niego Kaleeshanina wprost na ścianę.

– Starczy! – nakazała Qathik. – Pokazałeś nam, co chciałeś.

– Nie chcesz sama się ze mną spróbować? – zapytał Kylo.

Qathik odsłoniła zębiska.

– Nie przyszedłeś tu, żeby ze mną walczyć. Czego chcesz?

– Mam propozycję biznesową.

Poklepała ogonem miejsce na kanapie obok siebie.

– W takim razie ją złóż.

Kaleeshanin nasyczał na Kylo, kiedy ten przechodził koło niego. Usiadł obok Qathik.

– Potrzebuję przemycić coś do Niezbadanych Rejonów – oznajmił Kylo, opierając jedną dłoń na masce.

– To niebezpieczne. Najwyższy Porządek strzela do szmuglerów bez ostrzeżenia, chyba że brakuje im niewolników do obsady kopalni. Żadne z powyższych do mnie nie przemawia.

– Ale masz przecież kontakty w Porządku, czyż nie? – Zaciągnęła się dymem z hookah, ale nie odpowiedziała. – Holokostka, którą od ciebie dostałem, pochodziła od Arasu Fairhand – powiedział Kylo. – Była Ministrą Ochrony Rodzin. Z pewnością możesz coś przemycić na ich teren, skoro już udało ci się kogoś przeszmuglować w drugą stronę.

– Zastanawiam się, senatorze, po co ci moje koneksje w Najwyższym Porządku – odparła, mrugając swoją jaszczurzą powieką migawkową – skoro widać jak na dłoni, że masz przecież swoje.

– Zapłaciłbym ci też za przekazanie mi informacji o miejscu pobytu Fairhand. Najwyższy Porządek jej szuka. Śmierć będzie najmniej bolesną rzeczą, jaką jej zrobią, jeśli ją znajdą. Nadal jest w ciąży?

– Gdybym rzeczywiście załatwiała jakieś interesy z Fairhand, nie sprzedałabym ci informacji na jej temat. Za żadną ilość kredytów. Honor jest czymś zbyt drogim do kupienia nawet dla ciebie, dziecko Klanu Bankowego.

Stawy Kylo strzeliły, kiedy zacisnął dłoń w pięść.

– Fairhand nie ma honoru.

– Wiem. – Hookah zabulgotała, gdy Qathik ponownie się zaciągnęła. – Ale ja tak. Ile mi zapłacisz za przemycenie tej rzeczy? I to do twojego generała Huxa. Chyba że masz innych przyjaciół w Najwyższym Porządku?

– Zapłacę ci dwa razy tyle, co za holokostkę.

– A więc jednak, dla niego, dla generała Huxa. Czy dałabym radę wytargować więcej? – Qathik zacmokała. – Niemożliwość użycia na mnie tych twoich sztuczek musi być naprawdę frustrująca.

– Zawsze mogę cię zabić.

– Wiem. Ale moje zwłoki nie przydadzą ci się na za wiele. Cóż. Jak duże jest to coś?

Kylo wyciągnął komlink. Był większy niż zazwyczaj urządzenia tego typu, wyposażony w kosztujące fortunę części wzmacniające sygnał.

– To bardzo łatwe czterdzieści tysięcy kredytów – stwierdził Kylo.

Warknęła znowu, po czym sięgnęła po komlink, trzymając go delikatnie w dłoniach z długimi pazurami.

– Łatwe? Wcale nie, ale zrobię to. Zapłać mi teraz. – Rzucił jej chip z kredytami. Qathik pobieżnie mu się przyjrzała, żeby się upewnić, że jest na nim uzgodniona suma, po czym upchnęła go do kieszeni kurtki. – Chcesz mi zapłacić za coś jeszcze? – zapytała.

– Nie.

– W takim razie skończyliśmy nasze interesy. Jeśli miniesz w drodze powrotnej Trandoshiana z pieczenią z nerfów, powiedz mu, że zajmuje mu to o wiele za dużo czasu.

– Nie jestem chłopcem na posyłki – odparł Kylo, wstając. – Mam nadzieję, że ten honor, nad którym tak się rozwodzisz, jest wart tego zachwalania, Qathik. Bo jeśli nie, to wiem, jak cię znaleźć.

– Kłamanie szkodzi w moim zawodzie. W przeciwieństwie do twojego.

Kiedy tylko Kylo wyszedł z kantyny, dostał wiadomość od swojego agenta, slicera. W czasie rozmowy z Qathik ten włamał się do systemu jej komów i przechwycił transmisję z pokoju. Yinchorrianka ostrzegła Fairhand, zdradzając tym samym jej kryjówkę.

– Wygląda na to, że twój cel znajduje się tuż przy powierzchni ziemi, ale po drugiej stronie planety – oznajmił slicer. – Qathik ukryła ją w jakimś naprawdę paskudnym miejscu.

– Dasz radę zdobyć jej dokładne namiary?

– Jestem w trakcie.

– Dobrze. Wyślij po nią najemników i nie zmarnuj ani sekundy. Prawdopodobnie właśnie przygotowuje się do ucieczki.

– Tajest, proszę pana. Proszę przekazać moje wyrazy miłości i oddania Klanu Bankowemu, dobra?

– Zasłużyłeś sobie na to. Przewieźcie ją do mojej kryjówki.

Kylo zakończył połączenie i wdrapał się na śmigacza. Jego wygląd został zmodyfikowany tak, żeby przypominał śmieć uratowany ze złomowiska, co pozwalało mu zaparkować go dosłownie wszędzie i nie przejmować się tym, że ktoś spróbuje go ukraść. Kylo doszedł do wniosku, że będzie musiał przejechać przez trzy sektory, żeby dotrzeć do opuszczonego budynku, w którym kiedyś znajdowały się biura, a obecnie mieściło się centrum jego bardziej nielegalnych działań. Rzadko musiał z niego korzystać, ale było stosownie oddalone od wszystkiego. Wnikanie siłą do czyjegoś umysłu zawsze wiązało się z głośnymi dźwiękami, a senator Ren musiał dbać o pozory.

Najemnicy mieli do pokonania krótszą odległość, w związku z czym dotarli do kryjówki przed Kylo i umieścili Fairhand w jednym z biur. Wyglądało to nieco jak rozmowa o pracę, z tą różnicą, że Fairhand była przykuta do krzesła. Długie czarne loki opadały jej na twarz, przysłaniając ją częściowo, ale Kylo dostrzegł siniaka na jej policzku i kolejnego tuż przy szczęce. Podobnie jak w przypadku Huxa, jej umysł składał się z doprowadzonej do perfekcji wściekłości, a drwiący uśmiech, jaki mu rzuciła, upodabniał ich do siebie jeszcze bardziej.

– Nie chciałem jej przywalić – powiedział jeden z najemników, ten, który miał w poprzek twarzy cztery długie zadrapania – ale się wyrywała. I to naprawdę energicznie, jak jakaś ciężarna Loth-kotka czy coś.

Kiedy popatrzyło się na jej wyprostowane jak struna plecy i sztywnie trzymane ramiona, wydawało się, że to ona tutaj wydaje rozkazy, a na pewno bardziej niż trójka najemników, którzy patrzyli na Kylo pełni skruchy.

– Traktowanie kogoś inaczej ze względu na bycie w ciąży to w Najwyższym Porządku wykroczenie karalne – prychnęła Fairhand. – Można za to komuś odebrać przyznane karty na racjonowane towary. Podwoić godziny pracy na rzecz społeczności. Mogłabym zafundować wam coś nawet gorszego, gdybym zauważyła, że to powtarzające się zachowanie. Załatwić transfer do kolonii kopalnianej.

– Nie jest jeszcze za późno, żebym ci przywalił kilka razy, chochliku – stwierdził najemnik.

– Nie ma niczego takiego, co mógłbyś mi zrobić, czego nie widziałam już wcześniej, kochany. – Fairhand używała swojego precyzyjnego coruskanckiego akcentu jak bata. Kolejna rzecz, w której przypominała Huxa. Najwyższy Porządek musiał lubić kształtować swoich ludzi w ten sposób.

Kylo usiadł naprzeciwko niej, rozpierając się na krześle i kładąc buty z wysokimi cholewami na biurku.

– Zdejmijcie jej kajdanki, a potem wyjdźcie.

– Spróbuje uciec – odparł jeden z najemników.

– Nie, nie spróbuje – oznajmił Kylo. – Zakładam, że wiesz, kim jestem, Ministro Fairhand?

– To nie jest już mój tytuł. – Potarła nadgarstki, kiedy najemnik ją uwolnił, ale nie wyglądało na to, jakby miała się zerwać z krzesła i pobiec do drzwi. – A ty jesteś tym zdeprawowanym Republikaninem konspirującym z generałem Huxem. Czy tylko razem konspirujecie, czy łączy was może coś więcej?

Drzwi zasunęły się za najemnikami; zostali sami w pomieszczeniu.

– Ukrywanie się w republikańskich slumsach nie może być tym, co pragnęłaś osiągnąć w życiu. Dlaczego opuściłaś Najwyższy Porządek?

– Dlaczego niby miałabym ci cokolwiek powiedzieć? Oddasz mnie temu przeklętemu potworowi, nieważne, czy będę współpracować, czy też nie. – Chociaż Fairhand ukrywała swój strach bardzo dobrze, to jednak się bała. – Nie wiem, czy wiesz, ale to ja napisałam jego profil psychologiczny. Hux zdradzi cię w tej samej sekundzie, w której zobaczy w tym jakąś korzyść dla siebie.

– Mylisz się – odparł Kylo, nie potrafiąc się powstrzymać.

Fairhand wybuchła śmiechem.

– Czyżby się zachowywał, jakby darzył cię sympatią? – Kiedy Kylo nie chwycił przynęty, dodała: – Mogłabym ci opowiedzieć o jego ojcu, Brendolu. Jego prawdziwą pasję stanowiło warunkowanie psychiczne dzieci tak, żeby stały się idealnymi, pozbawionymi serca żołnierzami.

Kylo pochłaniała intensywna ciekawość na temat Brendola. Widział go już oczami Morag: mężczyznę z umysłem mieszczącym w sobie tylko poczucie wyższości i pragnienie kontroli. A jednak Hux niemal go wielbił.

– Nie jesteśmy tutaj, żeby rozmawiać o Huxie – stwierdził Kylo. – Ani jednym, ani drugim. Znalazłaś się tutaj, żeby odpowiedzieć na moje pytania, a jeśli nie zamierzasz tego zrobić, to wyrwę ci te informacje z głowy. Będzie to ból nieprzypominający niczego, co wcześniej przeżyłaś, i możesz stracić dziecko.

– Nie wierzę, że masz w sobie ten rodzaj mocy.

Kylo podniósł rękę i nachylił się na krześle w stronę Fairhand, wyciągając ku jej umysłowi najlżejszy z możliwych mentalnych dotyków, szukając jakiegoś niedawnego wspomnienia. Fairhand zapinał guziki munduru, słuchając, jak jego mąż przygotowuje śniadanie w kuchni. Jego tunika napinała się do granicy możliwości; być może zaledwie tydzień dzielił go od dostarczenia państwu kolejnego obywatela. Nie mogę sprowadzić na ten świat kolejnej osoby, pomyślał. Co, jeśli będzie taka sama jak ja? Jak miałbym spojrzeć jej w oczy i powiedzieć, że ma ukrywać prawdę o sobie tak samo jak ja? Nie mogę. Nie mogę. Nie mogę.

Fairhand wzdrygnął się, próbując wcisnąć się w oparcie krzesła.

– Przestań – wydusił z siebie. – Wynoś się.

– To wyjaśnia, dlaczego uciekłeś – powiedział Kylo – co było moim pierwszym pytaniem.

– Myślisz pewnie, że jestem tchórzem.

– Jeszcze nie wiem, co o tobie myśleć. – Jednak Kylo nie wyczuwał od Fairhanda tchórzostwa. Poczucie winy i paranoja obejmowały go najciaśniej. – Ale skłaniam się ku temu, żeby dowiedzieć się na twój temat więcej.

– Bo muszę być taki fascynujący – stwierdził Fairhand, a jego ton był pełen wzgardy. – Ta ironia, że przez cały ten czas byłem dokładnie tym, za co prześladowałem innych. – Fairhand wziął głęboki oddech i złożył ręce na kolanach. – Na początku próbowałem tylko znaleźć dla siebie bezpieczne miejsce. A potem pomyślałem, że jeśli wespnę się odpowiednio wysoko, będę mógł zrobić tyle dobrego, że całe to cierpienie, jakie spowodowałem, żeby tam dotrzeć, nie będzie nic znaczyło. Zakończyłem kastrację chemiczną, przymusowe sztuczne zapłodnienia, terapie wzmocnione środkami wymiotnymi. Ale to nigdy nie było dość. Albo być może sam tak sobie wmówiłem, żebym mógł się poddać. – Fairhand przetarł oczy ręką. – Łatwo płaczę. Nigdy nie udało mi się pozbyć tego nawyku.

– Cóż, podejrzewam, że powinienem uzupełnić wyposażenie budynku w chusteczki na przyszłe przesłuchania – odparł Kylo, czym wywołał u Fairhanda kolejny suchy śmiech. – Po czyjej jesteś stronie?

– Jestem zdrajcą. Nikt nie chce mnie po swojej stronie – powiedział Fairhand.

– Ja mógłbym.

– Nie wierzę w wasz rząd, senatorze Ren, ani w to, co próbujesz stworzyć z Huxem. On jest jak trucizna.

– Powiedziałby o tobie dokładnie to samo – odparł Kylo. – Mam dla ciebie ofertę. Mogę uczynić cię obywatelem Republiki. Nikt inny nie zechce ci tego zaproponować, nie z rangą, jaką miałeś w Najwyższym Porządku. Republika zapewni ci korektę płci w takim zakresie, w jakim sobie tego życzysz, a ja wyposażę cię w wystarczającą ilość kredytów, żebyś nie musiał mieszkać w slumsach. W zamian będziesz się ze mną dzielił informacjami na temat Porządku, kiedy tylko będę tego potrzebował. Jeśli mnie zdradzisz, postaram się, żebyś trafił do republikańskiego więzienia.

Fairhand milczał przez długi czas. Wyjął z kieszeni gumkę i zaczął wiązać włosy w wysoki kucyk powolnymi, dokładnymi ruchami. Kylo znał dobrze paskudne uczucie posiadania wyboru, gdzie jedyne możliwości były takie, w rezultacie których traciło się kontrolę. Ale Fairhand myślał głównie o tym, że wreszcie mógłby mieć to, czego najbardziej pragnął, a jego osobista duma czy zasady, jakimi się kierował, w porównaniu do tego niewiele znaczyły. Był teraz agentem Kylo.

– W porządku – oznajmił, kiedy skończył z włosami. – Ale potrzebuję, żebyś zrobił dla mnie coś jeszcze. Nie chcę tego dziecka. Zaszedłem w ciążę tylko dlatego, że źle by to wyglądało, gdybym tego nie zrobił.

– Mogę zaaranżować korzystną dla dziecka adopcję.

– W takim wypadku umowa stoi. – Po chwili Fairhand się uśmiechnął. – Chcę też, żebyś nagrał wiadomość ode mnie do generała Huxa, ale najpierw potrzebuję kilku dni dla siebie, żeby się pozbierać. Jest coś, co powinien wiedzieć o programie Rodzina Najpierw.

Za każdym razem, kiedy Fairhand myślał o Huxie, robił to z czystą niechęcią. Sposoby stawiania oporu wobec dyktatury Porządku, jakie wybrali, sprawiły, że stali się wobec siebie wrogami, niemal gotowi się zagryźć, kiedy powinni byli być sprzymierzeńcami. Snoke mówił wiele o tym, jak łatwo rozbić siły każdego ruchu oporu: wystarczyło dać im powód, aby walczyli między sobą.

Póki nie uda mu się przepchnąć obywatelstwa dla Fairhanda, najlepiej będzie go zostawić z Garrotą. Fairhand wsiadł na śmigacz Kylo bez ani jednej skargi. Jego nastrój zmienił się w coś przypominającego ostrożny optymizm, a światła Republic City go fascynowały, chociaż w przeciwieństwie do Huxa nie próbował tego ukryć. Kiedy dotarli do mieszkania Garroty, było już na tyle późno, że otworzyła drzwi ubrana w t-shirt z napisem „WOLNY RYLOTH" i szorty.

– Jest u ciebie ktoś jeszcze? – zapytał Kylo.

– Nie.

Garrota machnięciem ręki zaprosiła ich do środka. Fairhand wszedł z ociąganiem, trzymając się za Kylo.

– To Arasu Fairhand – oznajmił Kylo. – Jest uciekinierem z Najwyższego Porządku. Fairhand, to moja osobista asystentka, Garrota Terza. Zostaniesz u niej, póki nie znajdę ci jakiegoś lepszego lokum.

– Nigdy wcześniej tak naprawdę nie rozmawiałem z kimś twojej rasy – powiedział Fairhand.

Garrota wywróciła oczami.

– Wspaniale. Ja z kolei rozmawiałam ze sporą ilością ksenofobów, więc jakoś sobie poradzimy. – Spojrzała na Kylo i dodała: – Czy faktycznie jestem bezpieczna w towarzystwie tego kolesia, czy powinnam spać z blasterem pod ręką?

– Fairhand chce ode mnie zbyt wielu rzeczy – odparł.

– Pani Terza – powiedział Fairhand – dzisiaj walczyłem z kimś po raz pierwszy i, jak dobitnie widać, przegrałem.

– Przyślę wam mojego droida – rzucił jeszcze Kylo. – Niedługo znajdziemy mu jakieś lepsze miejsce.

– Mam taką nadzieję – odparła Garrota. – Nie chcę widzieć tego imperialnego atawizmu w moim domu przez ani chwilę dłużej, niż jest to absolutnie konieczne.

Na datapadzie Kylo pojawiło się powiadomienie o nowej wiadomości. Intwing przesłał mu współrzędne odległej planety na Zachodnim Krańcu.

– Muszę iść. Zabierz Fairhanda do szpitala, jeśli zacznie rodzić.

– Wiem, jak działa bycie w ciąży! – wysyczała Garrota, kiedy Kylo zaczął zbierać się do wyjścia.

– W Najwyższym Porządku porody mają miejsce na niedziałających ze starości myśliwcach TIE, zamiast w szpitalach – powiedział Fairhand, drocząc się – i musimy do tego nucić hymn państwowy, a po wszystkim pocałować portret Imperatora.

– Już nie mogę z tobą wytrzymać – odparła.

Poe Dameron był na Jakku, planecie będącej galaktycznym odpowiednikiem złomowiska, którą zamieszkiwały istoty poszukujące w odpadkach czegoś cennego oraz wszyscy na tyle nieszczęśliwi, żeby się na niej urodzić. To, co popchnęło Organę do wysłania Damerona na Jakku, wymagało dalszego dochodzenia, którym Kylo zajmie się później. Na razie po prostu musiał spotkać się z Dameronem. Rozparł się w fotelu pilota na swoim promie, gdy ramiona zaczęły go znowu boleć. Obrażenia na nodze po strzale z blastera nie zaleczyły się jeszcze dostatecznie i ból irytował Kylo na tyle, że zdecydował się użyć spreju znieczulającego.

Prom wypadł z hipernapędu wprost w orbitę Jakku. Według informacji Intwinga Dameron zazwyczaj odwiedzał jedyną kantynę Placówki Niimy po południu. Zamawiał dwa piwa i nie odzywał się do nikogo przed wyjściem. Jako że na Placówce Niimy było już południe, Kylo skierował prom w stronę pustyni. Jakku znajdowało się na tyle daleko Rdzenia, że było całkowicie odcięte od HoloNetu, więc raczej nikt nie rozpoznałby jego twarzy. Ale Dameron musiał. Na tym opierał się plan.

Kylo miał właśnie poprosić o pozwolenie na lądowanie, kiedy jego nowy komlink zasygnalizował, że jego bliźniaczy sprzęt został aktywowany. Qathik dotrzymała swojej części umowy. Starał się ostatnio nie myśleć o Huxie – żeby oszczędzić im obu wszechobecnego spojrzenia Snoke'a i nie karmić swoich obaw na temat tego, co kryło się w zamkniętym dla niego umyśle Huxa – ale nacisnął przycisk, żeby poprosić o połączenie na żywo, nie licząc za bardzo na odpowiedź.

Kom zaczął połączenie. Chociaż nie pojawił się żaden obraz, Kylo usłyszał głos Huxa bez zakłóceń, kiedy ten powiedział:

– Przy komie.

– Dobrze cię słyszeć – odparł Kylo.

– Słyszysz mnie w ogóle? – zapytał Hux. Sygnał audio zaczął się zacinać, zakłócenia w tle robiły się coraz głośniejsze; istniało zagrożenie, że zagłuszą wszystko inne. – Po mojej stronie brzmi koszmarnie.

– Po mojej też.

– Nie mam za wiele czasu – powiedział Hux, a frustracja wyostrzyła jego ton głosu.

Kylo podejrzewał, że oczekiwanie ciepła ze strony generała przez audio komlinka było przecenianiem jego możliwości.

– Pojmałem Fairhand. – Powody, jakie Fairhand miał, żeby zbiec z Porządku, stanowiły temat na późniejszą rozmowę. – Na razie współpracuje. Wyślę ci wkrótce raport.

Sygnał audio zaczął się załamywać, pojawiać się i znikać, przez co docierała do niego jakaś połowa słów Huxa.

– …tak szybko, jak to możliwe… sygnał słabnie… czegoś spróbuję…

Przez chwilę komlink wychwytywał sygnał wizualny, Huxa marszczącego brwi, po czym znowu zgasł. Kylo bardzo pragnął go zapytać, co się dzieje. Przynajmniej zakłócenia były teraz mniejsze.

– Czy atakujecie obecnie jakąś planetę zamieszkałą przez rasę zdolną do podróży kosmicznych? – zapytał Kylo. – Pytam konkretnie o sektor 39.

– Nie. Ktoś zgłosił obecność Gwiezdnego Niszczyciela?

– Razem z kilkoma szwadronami TIE. Czasami z machinami naziemnymi.

Hux milczał przez chwilę.

– Najwyraźniej ten diabeł wrócił. Zgaduję, że to statek kapitana Forli. Jest zdrajcą.

– W takim razie nie będzie ci przeszkadzać, jeśli przekażę jego lokalizację Ruchowi Oporu?

– Przeszkadzać? …mi. – Odpowiedź Huxa zagłuszyło głośne trzeszczenie. – … tę pieprzoną maszynę… tak, rzuć Forlę Organie na pożarcie. Ale muszę kończyć. – Kylo nie usłyszał jego kolejnych słów ze względu na zakłócenia, a potem połączenie zostało zerwane.

Kosmita mieli rację na temat zysku. Kylo miał teraz coś konkretnego do zaoferowania Organie jako dowód, że naprawdę chciał jej pomóc, a usunięcie Forli z równania osłabi Ruch Oporu, jednocześnie nie kosztując przy tym Huxa absolutnie niczego. Jeśli nie liczyć tego, że generał nie miał dla niego czasu, Kylo napotkał wyłącznie sukces.

Wylądował na nagiej ziemi, która na Posterunku Niima uchodziła za port kosmiczny. Jakku było jeszcze bardziej opuszczonym miejscem niż Tatooine, ale miało w sobie dziwny ciężar. Moc wykazywała pewien rodzaj zainteresowania tą planetą; kryła się tu jakaś rana. Kylo nagle zaczęło brakować swojej maski, musiał zasłonić rękawem nos i usta, żeby powstrzymać wirujący w powietrzu piasek przed dostaniem się wszędzie.

Kantyna nie miała nawet nazwy, tylko migoczący neon przedstawiający pijącego Kyuzo. W środku znajdowało się kilku pijaków różnych ras oraz Dameron, który siedział przy stole naprzeciwko drzwi. Był już w połowie swojego piwa i czytał coś na datapadzie. Miał na sobie tę samą kurtkę, którą w ciągu ostatnich trzech lat nosił zawsze, kiedy znajdował się na widoku publicznym.

Wzrok Damerona podniósł się na chwilę, kiedy Kylo usiadł naprzeciwko niego.

– Schlebiasz mi, ale masz wiele innych miejsc, które mógłbyś zająć, nieznajomy – powiedział.

– Nie jesteś tutaj po to, żeby poznać nowych przyjaciół?

W jego oczach mignęło coś, co sugerowało, że poznał Kylo po głosie.

– Hej. Czy ja… hm. Senator Ren. – Dameron nie wiedział, co o tym myśleć, ale uśmiechnął się szeroko. – Zgubiłeś się? Budynek Senatu jest gdzieś tam. – Wskazał kciukiem za siebie.

– A ty nie powinieneś być przypadkiem w bazie Ruchu Oporu? Która znajduje się… no właśnie, gdzie? W tamtą stronę? – Kylo wskazał na zachód, a potem na północ. – A może w tamtą?

– Czego ode mnie chcesz?

– Nie pogardziłbym możliwością przesłuchania cię na temat tego, co sprowadza cię na Jakku, ale mam coś dla mojej matki. – Miał tylko nadzieję, że powiedział „matki", nie krzywiąc się przy tym za bardzo.

Dameron uniósł brwi.

– Tego nie spodziewałem się usłyszeć.

Kylon przesunął holokostkę otrzymaną od tamtych kosmity w stronę Damerona.

– Pewna istota czekała dwa dni przed moim biurem, żeby móc porozmawiać ze mną na temat ich planety. Atakuje ją Najwyższy Porządek. Senat, rzecz jasna, już odprawił ich z kwitkiem.

Poe aktywował holokostkę i patrzył, jak Gwiezdny Niszczyciel ostrzeliwuje statki kosmitów próbujących bronić swojej planety. Dameron był dokładnie tak pełen heroizmu, jak sugerowała reputacja, którą się cieszył; Kylo wyczuł, że pragnie od razu polecieć w tamtą stronę. Wyłączył holokostkę.

– Czego dokładnie od nas chcesz? – zapytał.

– Pamiętaj, że mówię to jako polityk. Mogę powiedzieć tylko tyle, że chcę, aby Ruch Oporu miał tę informację. To, co zrobicie, zależy wyłącznie od Organy.

– Czy sprzeciwiasz się Ruchowi Oporu dlatego, że rzeczywiście uważasz jego metody za nieodpowiednie do walczenia z Najwyższym Porządkiem, czy też dlatego, że kieruje nim twoja matka?

Kylo poczuł falę wściekłości i zacisnął szczękę. Ciemna strona pragnęła się pożywić na tym, jak wyciąga rękę nad stołem i dusi Damerona, aż opadnie z niego część tego cholernego tupetu.

– Dla ciebie Leia Organa stanowi bohaterkę wojenną. Dla mnie jest oszustką. A przy tym na tyle tchórzliwą, że nie potrafiła nawet powiedzieć swojemu synowi, kim tak naprawdę jest. Ale nie ma to nic wspólnego z tym, dlaczego się tutaj znajdujemy.

Dameron wypił piwo do końca.

– Racja – odparł. – Wybacz, że o tym wspomniałem. Przekażę to generale Organie. Być może damy radę coś z tym zrobić, ale Gwiezdny Niszczyciel nie jest łatwym celem, mimo że pod względem technologicznym to staroć nadająca się na złomowisko od jakichś trzydziestu lat.

Dlaczego jesteś na Jakku, Dameron?

– Wiesz pewnie dobrze, jak to jest, kiedy wszyscy znają twoją twarz. Nie da się znaleźć miejsca, w którym można by przez chwilę odpocząć – skłamał Dameron. Wzdrygnął się, kiedy przed oczami rozbłysnął im flesz holoaparatu, po czym obrócił szybko głowę, ale ujrzał tylko niski, brązowy kształt wymykający się pędem przez drzwi. – Co, do jasnej cholery?

– Poznałeś właśnie bardzo rozplotkowanego reportera, który dał mi cynk, gdzie cię znaleźć. Za kilka dni możesz przejrzeć HoloNet, żeby dowiedzieć się więcej o naszym namiętnym romansie. Albo i nie. Do widzenia, Poe.

– Zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce w Ruchu Oporu, senatorze.

Kylo podniósł się na nogi.

– Wiem – odparł.

Mało subtelne uwagi Damerona rozproszyły go na tyle, że wychodząc z kantyny, zderzył się z ubraną w wysłużone szmaty dziewczyną, która najprawdopodobniej zajmowała się wyszukiwaniem w śmieciach rzeczy na sprzedaż. Moc kłębiła się wokół niej i to na tyle gęsto, że Kylo obrócił się i zaczął się jej przyglądać. Była młoda, włosy miała spięte w trzy dziecinnie wyglądające koczki.

– Przepraszam – powiedziała, po czym umknęła.

Dziewczyna stanowiłaby cenną zdobycz dla Snoke'a. Ale Moc odciągała go od niej, zupełnie jakby próbowała ostrzec przed dalszym kontaktem z nią oraz przed dłuższym pozostawaniem na planecie. Kylo mógł cierpliwie poczekać i wrócić po nią później. Nie było łatwo opuścić Jakku, a on miał z całą pewnością ważniejsze rzeczy do zrobienia.

Rozdział zawiera wspomnienie dysforii i wzmiankę o trans mężczyźnie w ciąży.

Dudliczki do serii tutaj: post/149939123731/assorted-twitter-doodles-click-for-captions-im