1946
Tatiana siedziała w wykuszu okna petersburskiej kamienicy, chłonąc widok za dwiema warstwami szyby. Okno było stare – rama skrzypiała, a na szybie pojawiały się kropelki od oddechu czarownicy – maj był w tym roku wyjątkowo gorący. Po ulicy przemykali biedni mugole – odziani w szare, bure łachmany, byli najdobitniejszym przykładem tego, jak wojna wyniszczyła miasto, które niegdyś stanowiło dumę i wizytówkę całego rosyjskiego imperium. Miasto - twierdza śmierci – pogorzelisko biedy?
Czarownica nerwowo obracała w palcach różdżkę. Na górze okna umieszczono kolorowe, secesyjne witraże – kiedy przenikało przez nie światło, rozświetlało całą poczekalnię feerią różnobarwnych rozbłysków. A mimo to, wewnątrz panowała duszna, ponura atmosfera, jak we wnętrzu jakiegoś starożytnego grobowca, chociaż było to tylko ostatnie piętro starej kamienicy.
- Teretiewa! – zawołał zmęczony, znudzony męski głos. Drobna kobieta, której pół twarzy kryło się za szerokim rondem kapelusza, podniosła się i przeszła przez drzwi, na które za sprawą witraży padało różowe światło. Tatiana wypuściła wstrzymywany oddech – dlaczego była tak zdenerwowana?
Zamknęła oczy, ale pod jej powiekami tańczyły płomienie Szatańskiej Pożogi. Jak zwykle, jej nastrój oscylował – od strachu do złości, od obojętności do odrazy, od smutku do gniewu. Nienawidziła świata, który rzucał jej kłody pod nogi na każdym kroku. Nienawidziła siebie, za swoją niezdolność do przeskakiwania tych problemów.
Dzisiaj, powinna wreszcie poczuć ulgę. Za chwilę ostatecznie uwolni się od wszystkiego, co wiązało się z jej żałosną, pocruciatusową egzystencją. Ivan, Vladimir, koszmar zależności od wszystkiego wokół zostanie pożegnany, pogrzebany, pochowany. Tą kamienicę miała opuścić sama. Bez balastu. Bez zapewnienia o tym, że przed traumą tortur nie da się uciec.
Uniosła powieki, wygładziła rdzawą sukienkę. Powróciła do obserwacji ulicy. Jej wzrok przykuła jedna plama koloru w morzu wszechobecnej szarości. Tatiana zamarła, bo był to niecodzienny, magiczny kolor – fiolet – pastelowy, jasnofiołkowy.
Kolor ten miały włosy kobiety, maszerującej środkiem ulicy i tulącej do siebie dziecko.
Tatiana nie potrafiła oderwać wzroku od tej postaci. Było coś porażająco znajomego w pewnym, marszowym kroku. Dopiero po minucie Tatiana zorientowała się co – to był generalski chód, ten, którego nauczono ich w pałacach tego miasta, którego niuanse zdradzały im wiedźmy starej gwardii, operujące tuż pod nosem rewolucyjnych mugoli…
- Elena. – wyszeptała Tatiana, przyciskając ciepłą dłoń do nagrzanej szyby.
Fioletowowłosa kobieta w szarej sukience, z dzieckiem na ręku… już znikała za zakrętem ulicy.
- Elena. – do Tatiany dotarło, że być może to nie była jedna z szalonych wizji. To mogła być jej zaginiona kuzynka… wyglądała na starszą… Dzikim, płynnym ruchem ciemnowłosa czarownica zerwała się na nogi. Siedzące w poczekalni kobiety obrzuciły ją zdumionymi spojrzeniami. Lecz Tatiana zignorowała to – już pędziła do drzwi, już zbiegała po schodach…
- Zenaidov! – zawołał zmęczony, męski głos, ale ciemnooka wiedźma nie usłyszała go. W uszach świszczało jej skrzypienie wiekowych schodów, a następnie szum ulicy.
Biegła, przepychając się przez tłum, podążając za kolorowym punktem w morzu pędzących ludzi. W dłoni mocno ściskała różdżkę – to było jak dziecięce zabawy w chowanego, gdy włóczyły się po całym mieście - kiedy jeszcze miasto nie przypominało grobowca. Tatiana na moment zapominała o wszystkim, prowadzona przez swój pierwotny, drapieżny instynkt. Była jak orzeł, nurkujący z nieba za swoją ofiarą.
Elena jednak była szybsza. Kaskada fioletowych włosów podskakiwała na jej plecach. Ponad prawym ramieniem kobiety Tatiana widziała zaciekawioną, dziecięcą twarzyczkę – to chyba była dziewczynka, o kędzierzawych, kasztanowych włoskach i zielonych oczach… wyostrzony wzrok rozpędzonej Tatiany zdołał wyłapać ten szczegół.
- ELENO! – zawołała. Gorsze niż cios w serce, jej kuzynka nie obejrzała się.
Ten pościg nie mógł trwać zbyt długo – Tatiana nie była w najlepszej fizycznej kondycji, a dodatkowo czuła mdłości, będące oczywistym przypomnieniem jej odmiennego stanu. Nie mogła jednak pozwolić Elenie zniknąć.
- Impedimenta! – wrzasnęła Tatiana. Z jej ust wyrwał się jęk wściekłości i rozpaczy, gdy Elena zniknęła, a przed wrotami majestatycznej cerkwi rozległ się charakterystyczny trzask teleportacji. Tatiana została sama, u stóp kopulastej, prawosławnej świątyni. Jej klatka piersiowa unosiła się szybko, gdy wiedźma usiłowała złapać oddech.
- Eleno… - wyjęczała Tatiana, a łzy płynęły ciurkiem po jej twarzy. Nie mogła uwierzyć… prawie ją miała… Elenę, niewidzianą i zaginioną od miesięcy… Tatiana zobaczyła ją, żywą!
Czy to mogła być prawda? Czy to było jedynie widmo, wytwór wyobraźni? Miraż, utkana szaleństwem iluzja? Tatiana osunęła się na kolana, usiłując uspokoić pędzące w każdym kierunku myśli. Powinna podejść do tego z zimną krwią, z żelazną logiką.
Dzisiaj miała umówioną aborcję. Planowała pozbyć się dziecka Ivana, korzystając z usług specjalizujących się w tego typu zabiegach czarownic. Teraz… kiedy wybiegła z poczekalni… goniąc za osobą dawno uznaną za martwą… jej wizyta przepadła…będzie musiała umówić kolejną… chyba że to był jakiś znak.
Elena miała w ramionach dziecko. Czy to był jakiś symbol, jakaś podświadoma wskazówka?
- Droga córko… wstań, proszę. – męski, przyjazny głos dotarł do uszu Tatiany. Kobieta uniosła głowę - nad nią pochylał się pop – poczciwie wyglądający mugolski starzec, z wielkim krzyżem na piersi.
Zerknęła na swoje dłonie – szare od chodnikowego pyłu. Podniosła się z ziemi, ledwie odnotowując brud na spódnicy rdzawej sukienki.
- Jakikolwiek jest powód twoich łez, Bóg da ci pociechę. – dodał kapłan, kojąco. Tatiana stłumiła chęć parsknięcia śmiechem – jakby ona, czarownica, mogła wierzyć w coś ponad magią! A potem uprzytomniła sobie, że być może ten stary mugol nie był całkiem bezużyteczny.
- Widział batiuszka ją? Kobietę o fioletowych włosach, z dzieckiem na ręku? – spytała, łapiąc mężczyznę za nadgarstki – za mocno, bo odsunął się ze zdumieniem.
Zanim jednak to zrobił, Tatiana dostrzegła strach w jego podkrążonych oczach. Potrząsnęła rękoma popa – on musiał rozstrzygnąć, czy Elena była prawdziwa.
- Widziałeś ją, czy nie? – warknęła ponownie, tym razem ostrzej.
- Niedobrze jest widzieć diabła, a ten jest wyjątkowo nieustępliwy… próbował naruszyć święty grunt prawie każdej cerkwi w mieście… ale do żadnej nie może wejść, bo ma o ździebełko duszy za dużo. – wyszeptał pop, a potem przeżegnał się. Tatiana zmarszczyła brwi – znała wiele z cerkiewnych rytuałów, bo szkolące ją czarownice upierały się, by znała mugolskie zabobony – oprócz wiedźm, jedynie cerkiew utrzymywała swoją władzę w mieście, podczas gdy rządy caratu upadły i było pewne, że podobnie będzie z rządami proletariatu.
Lecz każda czarownica, także najbardziej wiarołomna i okrutna, była w stanie wejść do cerkwi, a nawet napluć na znajdujące się tam ikony.
- Gdzie jeszcze batiuszka ją widywał? – spytała Tatiana, z nadzieją, że być może ten słaby trop jakoś doprowadzi ją do Eleny.
- Diabłów się nie widuje, diabły się przepędza. – wymamrotał starzec. Tatiana już sięgała po różdżkę, ale z cerkwi wylał się tłum wiernych - używanie magii wśród tylu mugoli było marnym pomysłem. Ciemnowłosa kobieta cofnęła się, pozwalając popowi odejść. Skupiła się na tłumieniu aktywowanego gniewu.
Na martwą Elenę nie mogłaby się gniewać. Martwa Elena była dla niej święta, wywyższona na piedestale wspomnień.
Ale żywa Elena?
Przecież jej kuzynka, ta, u której boku spędziła całe dzieciństwo, nie zostawiłaby jej na pastwę losu w niemieckim szpitalu! Nie zniknęłaby bez wieści, pogłębiając szaleństwo Tatiany! Nie uciekałaby teraz, tylko podbiegłaby, zamknęłaby ją w kojącym uścisku!
Ból brzucha zakuł Tatianę, przypominając jej jeszcze jeden dziwny fakt – czemu Elena trzymała w rękach dziecko? Czy to miało oznaczać, że Tatiana nie powinna pozbywać się swojego?
Kilka rzeczy było jasnych. Tatiana nie nadawała się na matkę. Nie chciała tego dziecka. Ono nie pasowało do jej planów. Zamierzała zawalczyć o to upadłe miasto, planowała sięgnąć po władzę, do której predysponowało ją nazwisko, wychowanie i moc. Wszystkie przeszkody, stojące na drodze do spełnienia tego marzenia, musiały zostać usunięte.
A co jeśli to dziecko nie było przeszkodą, było środkiem?
Wspomnienie popłynęło samo…
Nastolatka o fioletowych włosach zebranych w kucyk, obserwująca orlątko uczące się latać. Inna, ciemnowłosa dziewczyna, chichocząca z nieudanych podrygów małego orła.
- Jest żałosny. W ten sposób, nigdy nie nauczy się latać. – mruczała Tatiana, z jeszcze dziecięcą wyższością.
- Jest orłem. Ma wszystko, by kiedyś stanąć na szczycie piramidy władzy. Potrzeba go tylko obserwować… dać mu odpowiednie wskazówki. – Elena wymamrotała szybki czar, zanim orlątko wypadło z gniazda. Tatiana z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w swoją mądrą kuzynkę…
To dziecko mogło być potężne. Ivan nie był przeciętnym czarodziejem. Tatiana miała magicznej mocy w bród. A jeśli udałoby się jej włączyć cały Petersburg pod swoje panowanie, to sukcesor… mógłby okazać się potrzebny. Należało obserwować… przecież nie musiała go wychowywać. Urodzić… a potem tylko dawać odpowiednie wskazówki… by kiedyś przekazać mu władzę.
Może to będzie wymagało więcej pracy i cierpliwości, ale … to stanowiło interesującą myśl. Tatiana była zdolna do pociągania za sznurki z cienia. Mogła urodzić to dziecko i oddać je na wychowanie takie, jakie odebrała sama. Przecież znajdowała się w swojej Rosji, w swoim Petersburgu, to był jej dom. Może nie pamiętano o niej, ale czy trzeba było wiele, by wrócić na pierwszy plan tutejszej sceny politycznej? Dziecko będzie ukryte pod nazwiskiem ojca, by nikt nie próbował wykorzystać go przeciwko niej. A potem… kiedy nadejdzie odpowiedni moment, Tatiana będzie mogła uczynić go sukcesorem nowej dynastii.
I znów, jej emocje oscylowały – pomiędzy wdzięcznością a nienawiścią do Eleny. Wdzięcznością, bo nawet w ten pokrętny, szalony sposób, widmo kuzynki nie przestało jej inspirować. Nienawiścią, bo Elena wciąż stanowiła początek i klucz do upadku, jaki Tatiana zaliczyła.
Wciąż jednak miała skrzydła by wybić się w górę.
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
1998
Minerwa położyła na stosie zaklejonych już kopert ostatnią, tą z adresem ,,Harry James Potter, Nora."
Nie zamierzała tak po prostu się poddać. Zanim jutro osobiście spróbuje przekonać Harry'ego do powrotu, pośle mu listę podręczników do siódmego roku – niech się gotuje na niełatwe negocjacje.
Drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem w momencie, w którym Minerwa zamykała księgę imion.
- I jak? – Albus bez pytania zabrał ciężką pieczęć Hogwartu, widząc, że już skończyła.
- Około pięćdziesięciu uczniów ponad średnią. – mruknęła, chwytając listy.
- Dobrze. Daj, ja je wezmę. – zaoferował się. Pokręciła głową.
- To moje zdanie i chcę je zrobić od początku do końca. – powiedziała z mocą i wyminęła go, by zacząć powoli schodzić po schodach z naręczem listów. Wzmacniała się brudną magią, by nie widział jak bardzo bolały ją plecy od kilku godzin siedzenia przy biurku. Chyba mruknął coś o szkockim uporze- udała, że nie słyszy.
- Jak Zenaidov? – spytała, wspominając ciemnookiego czarodzieja.
- Za tydzień się wprowadza. Co o nim sądzisz? – spojrzał przez moment jej w oczy, jakby chciał podkreślić, że ceni sobie jej zdanie. Spuściła głowę, by patrzeć pod nogi – nie mogła się potknąć, nie przy nim.
- Coś czuję, że z początkiem roku szkolnego i wami dwoma moje włosy nie będą już siwe, tylko białe. – mruknęła pod nosem, a głośniej dodała:
- Podejrzewałeś, że posługuje się magią bez użycia różdżki.
- Pochodzi z Rosji. – odpowiedział, jakby stwierdzał najbardziej oczywistą rzecz pod słońcem.
- Nigdy tam nie byłam. – przyznała. Rosja była krajem o bardzo specyficznej magicznej społeczności, pełnej kontrastów i wewnętrznych niepokojów. Minerwa orientowała się w bieżącej sytuacji na tyle, by wiedzieć, że o władzę nieustannie ścierały się tam frakcje wiedźm z Moskwy i Petersburga, nie było tam porządnego prawodawstwa ani szkół.
- Byłem tam kilka razy jako obserwator Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów. To kraj pełen dzikiej, nieujarzmionej magii. Ja… wcześniej… - Albus urwał i potrząsnął głową.
Minerwa na moment dotknęła jego ramienia. Oczywiście szybko zrozumiała powód jego zawahania. Albus prowadził front wschodni podczas wojny z Grindenwaldem. Był zmuszony współpracować z rosyjskimi wiedźmami i choć nigdy o tym nie wspominał, Minerwa domyślała się, że musiał uciec się do nieczystych sztuczek, by przeciągnąć je na swoją stronę.
- Rozmawiałeś z nim na temat jakichś innych nietypowych umiejętności? – zmieniła temat, z ulgą witając koniec schodów i względnie prosty korytarz.
- Nie. Wiedziałem, że sama będziesz chciała go przepytać… w odpowiednim czasie. Kiedy już wszystko ucichnie na tyle, by zająć się … ,,dziećmi mocy" . – odpowiedział, lekko zniżając głos przy ostatnich słowach.
- Na pewno to zrobię. Może jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego. Jeśli pojutrze zabiorę się za projekt ustawy, to przed pierwszym września zacznę konsultacje, by móc jak najszybciej przedłożyć go Wizengamotowi. – mówiła, mocniej zaciskając dłonie na trzymanych listach. Albus otworzył szeroko oczy:
- Nie mówisz chyba poważnie?! Wiesz ile pracy wymaga przygotowanie takiej ustawy… zresztą, Min, to nie jest dobry moment. – powiedział, zszokowany.
- Przeciwnie, to jest coś, czym powinniśmy się zająć priorytetowo. Pojawienie się Alexandry nie było przypadkiem.
- Wierzysz, że dzieci z taką mocą będzie coraz więcej? – Albus lekko uniósł brwi.
- Oczywiście. Musimy wprowadzić jakieś sensowne prawo w tej kwestii, zanim pokolenie dzieci Złotego Tria pojawi się w Hogwarcie, inaczej będziemy mieli istne sądownicze pandemonium! Musimy opracować program, pozwalający tym dzieciom się rozwijać – bez strachu, bez surowych ograniczeń. Trzeba to zrobić jak najszybciej… tylko my możemy to zrobić. – Minerwa przyspieszyła, bo przypomniała sobie jeden samolubny powód tego pośpiechu – to ona nie miała czasu…
- Ale czy to jest dobry pomysł wprowadzać to w takim pośpiechu? Ludzie nadal nie doszli do siebie… publiczna debata o dzieciach obdarzonych mocą tak potężną jak twoja czy moja może potoczyć się w niepożądanym kierunku. – zauważył rozsądnie Albus.
- Chodzi o to, że nadal nam nie ufają, tak? Bo ty obaliłeś coś, co było najważniejszą stałą w ich życiu, a ja okłamywałam ich przez dekady? – nawet nie wiedziała, kiedy podniosła głos – odnotowała to dopiero, gdy jej klatka piersiowa zaczęła się unosić za szybko, powodując pulsujący ból. Chciała iść szybciej, ale musiała zwolnić, bo sowiarnia mieściła się w wieży, do której można było wejść jedynie po stromych schodach.
- Minnie. – w głosie Albusa rozbrzmiewała troska.
- Jest coś jeszcze, co chciałbyś ze mną omówić? – spytała wyzutym z emocji tonem.
- Powinnaś odpocząć. – rzekł.
- Wrócę do siebie, jak tylko wyślę te listy. – odpowiedziała, zupełnie obojętnie.
- W takim razie jutro porozmawiamy, moja droga. – Albus wycofał się.
Minerwa nie przerwała wspinaczki, choć teraz zastanawiała się, jak bardzo ten Albus różnił się od Albusa, którego znała.
Dawny Albus nie zostawiłby jej od tak, nie odsunąłby się, lecz zawzięcie dążyłby do podporządkowania sobie jej zdania. Perswazją i manipulacją próbowałby zmusić ją do przyjęcia jego racji, a ona uległaby, byle tylko nie oddalać się zbytnio od jego cienia.
Teraz potulnie wycofywał się, dając jej potrzebny dystans, nie naciskając i godząc się z jej decyzjami. Jakby zupełnie stracił wiarę w swój intelekt, w swoje dobre intencje i instynkt. Teoretycznie tak to miało wyglądać – mieli składać w całość kawałki zniszczonych dusz, próbować naprawić popełnione błędy.
Lecz po tylu latach niewzruszonego trwania w jego cieniu Minerwa po prostu nie była gotowa na ostre światło, którym prześwietlała ją surowa czarodziejska społeczność.
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Następnego ranka Albus zaprowadził ją na śniadanie do Wielkiej Sali. Przyszedł wcześniej, jakby spodziewając się, że zajmie im to więcej czasu. Minerwa zmuszała swoje nogi do szybszego marszu, ale one były takie ciężkie… trudno było skupić się na przelewaniu w nie brudnej magii i jednoczesnej niezobowiązującej rozmowie z dyrektorem.
Wielka Sala była prawie pusta. Minerwa posłała lekki uśmiech Alexandrze – cieszyła się, że dziewczynka została w zamku, gdzie nie można było się nudzić. Przy stole nauczycieli Hagrid powitał ją ciepłym spojrzeniem, Filius nerwowym ,,Dzień dobry", Rolanda skinieniem głowy. Poppy udała, że jej nie dostrzega.
Minerwa zajęła się jedzeniem. Zignorowała nowe egzemplarze ,,Proroka Codziennego", które przyniosła poranna poczta – zdążyła jedynie zauważyć skrzywioną ze złości buzię Ginny Weasley na okładce. Albus przeczytał gazetę, co na pewno nie poprawiło mu humoru, a potem odłożył ją z dala od siebie. Odwracając się do Minerwy, oznajmił:
- Pozwoliłem sobie przygotować nowy plan zajęć.
Uniosła brwi. Tego się nie spodziewała, bo to był jeden z jej wielu obowiązków.
- Mogę zobaczyć?
Machnął różdżką i przed nią pojawił się rulon pergaminu, przewiązany fioletową wstążką. Minerwa odwinęła go ostrożnie, a potem nałożyła okulary na nos. Musiała zmrużyć oczy, by widzieć zawartość ciasnych tabelek.
- Ten plan jest nie do przyjęcia. – powiedziała zimno, dwa razy upewniając się, czy wzrok nie płata jej figli.
- Dlaczego?
- Bo od ponad czterech dekad specjalnie tak ustawiałam swój plan, by pierwsze trzy dni tygodnia mieć pełne lekcji, czwartki na sprawdzanie wypracowań i sprawdzianów oraz mecze qudditcha, a piątki na szlabany. A ty wymyśliłeś mi lekcje w każdym dniu, co więcej, lekcje są oddzielone godzinnymi przerwami! – warknęła, co sprawiło, że Rolanda przygryzła wargę, a Poppy wykrzywiła usta.
- Nie możesz się przepracowywać. – mruknął Albus uspokajająco, co dodatkowo ją rozsierdziło.
- Nie powinieneś zabierać się za te plany. To moje zadanie. – wysyczała, odsuwając od siebie talerz. Zupełnie straciła apetyt – chociaż przedtem też nie był on za duży.
- Minerwo…
Nie odpowiedziała, podnosząc się. Czując, jak jej serce nie nadąża z pompowaniem krwi w zdrętwiałe kończyny, natychmiast pożałowała swojego gniewu. Odcięła umysł od buntującego się ciała i wysłała w kierunku nóg jeden, precyzyjny rozkaz: naprzód. Na szczęście usłuchały, udało jej się jakoś opuścić Wielką Salę z względną godnością, choć nie obyło się bez oceniających spojrzeń.
W sali wejściowej zatrzymała się na moment, by odnotować pot na skroniach, przyspieszony oddech i drżące dłonie. Zerknęła na majestatyczne schody i poczuła formującą się w gardle gulę. Przez chwilę jej szkocki upór i gryfońska niechęć do poddawania się walczyły ze zmęczeniem. Ono jednak wygrało i garbiąc się, Minerwa powlokła się do znajdującego się w roku sali wejściowej kominka.
Znalazłszy się w swoim salonie, Minerwa westchnęła ciężko. Jak długo uda jej się utrzymywać Albusa na dystans? Do czego będzie musiała się posunąć, by on nie odkrył jak słaba jest? I ile czasu minie, zanim Albus posłuży się Poppy do wybadania jej stanu zdrowia?
Przez kilka godzin siedziała w swoim ulubionym fotelu, rozmyślając nad ustawą o ,,cudownych dzieciach" . Było wiele kwestii, które trzeba było dokładnie przemyśleć, rozpatrzyć pod różnymi kątami, zebrać różniące się punkty widzenia. Nawet nie wiedziała, jak wiele czasu minęło, gdy rozległo się uprzejme pukanie do drzwi jej gabinetu.
- Proszę! – zawołała, zmuszając swój głos do wyższych dźwięków.
Po chwili w progu jej salonu stało Złote Trio.
Minęły trzy miesiące, a oni byli już zupełnie inni. Byli dorośli. Gotowi podejmować odpowiedzialne decyzje. Niewymagający nieustannej ochrony.
Byli też zmęczeni. Dostrzegła to w zielonych oczach Harry'ego, w zmarszczkach na czole Hermiony, w nerwowym drżeniu rąk Rona. Minęło tyle czasu, a oni wcale nie zaznali spokoju.
- Witam moich drogich uczniów. – rzekła, odpychając się magią od fotela. Hermiona bez zawahania wpadła w jej otwarte ramiona – Minerwa na moment zachłysnęła się lekkim, kwiatowym zapachem burzy jej włosów. Następnie podszedł do niej Ron i mocno uścisnął jej dłoń, choć na jego twarzy widziała cień dawnego, uczniowskiego respektu.
Harry podszedł i ucałował ją w oba zapadnięte policzki. Minerwa poczuła, że jej oczy wilgotnieją.
- Usiądźcie. – mruknęła, samej opadając z powrotem na fotel. Harry zajął miejsce tuż obok, zaś Hermiona i Ron usiedli na kanapie naprzeciw.
- Napijecie się czegoś? Herbaty? – spytała, by odciągnąć uwagę od głośnego skrzypienia jej kości, gdy usadawiała się w fotelu.
- Poprosimy. – odpowiedział Ron.
Minerwa machnęła różdżką. Ręce jednak jej drżały – filiżanki z brzękiem obijały się o talerzyki.
- Ja to zrobię, pani profesor. – Hermiona wstała i pewną ręką chwyciła lewitujący w powietrzu dzbanek.
- Udało się pani wypocząć, podczas wyjazdu, pani profesor? – zapytał uprzejmie Harry, przedtem jednak wymieniając z Ronem zaniepokojone spojrzenia. Minerwie nie umknął powrót do belferskiego tytułu.
- Tak, właśnie tego potrzebowałam. – odparła, z wdzięcznością przyjmując filiżankę z herbatą. Odstawiła ją na stolik, wyczuwając dodaną ukradkiem miksturę wzmacniającą.
- Pewnie ucieszył panią obraz Hogwartu w dawnej świetności? – Ron rozejrzał się po jej salonie z wyraźnym sentymentem.
- Magicznie daleko mu do dawnej świetności. Wyzwolona podczas bitwy magia była gromadzona latami. – rzekła Minerwa, ale zaraz pożałowała pouczającego tonu – Weasley lekko cofnął się w fotelu.
- Minie sporo czasu, zanim wszystko się ustabilizuje. – wtrąciła się Hermiona. Minerwa zauważyła dłoń dziewczyny na ramieniu Rona.
- Jak ministerstwo? Jeszcze nie zdążyłam umówić się z ministrem Shackleboltem. – nauczycielka zmieniła temat.
- Kingsley nadal kompletuje administrację. Nie jest łatwo, bo wszyscy rozsądni i potężni magowie zostali wcieleni do Wizengamotu. Najgorsza jest prasa, utrudnia i wypacza wszelkie działania. Ludzie nie wiedzą w co wierzyć. – wyjaśnił Harry.
- Nie dziwi mnie to. Zawsze tak było. – mruknęła Minerwa, mimowolnie wspominając nagonkę prasy na Albusa zaraz po upadku Grindelwalda.
- Teraz wszyscy są zaabsorbowani poszukiwaniem i niszczeniem czarnomagicznych artefaktów, wszędzie wietrząc horkruksy. Koniec końców wszystko i tak sprowadza się do kwestionowania nas. – powiedział Ronald z wyraźną złością.
- Zmienią obiekt zainteresowania z rozpoczęciem roku szkolnego. – stwierdziła Minerwa.
- Z powodu nowego nauczyciela obrony przed czarną magią? Podobno profesor Dumbledore znalazł kogoś na tę posadę. – spytała Hermiona.
- To nietuzinkowy mag, ale na razie ciężko coś więcej o nim powiedzieć. Miałam raczej na myśli problem ,,cudownych dzieci". – choć Minerwa wiele razy używała tej frazy w swoich myślowych rozważaniach, wypowiadanie jej na głos wciąż było dziwne.
- Takich jak Alexandra Zenaidov? Czarodziejów i czarownice o mocy takiej jak moc pani i profesora Dumbledore? – spytał Ronald.
- Moc Alexandry jest odmienna od mojej i Albusa. Dziewczynka nie jest tak potężna, ale ma zdolności w kierunku magii bez użycia różdżki.
- Czy jedno nie jest nierozerwalnie związane z drugim? – zapytał Harry.
Jak miała mu wytłumaczyć, że ludzie z mocą podobną do jej własnej przychodzili na świat z towarzyszeniem magicznego trzęsienia ziemi? Jak mogła wyjaśnić, że moc Alexandry prawdopodobnie podziela spora liczba osób, które jednak zatraciły ją po zakupie różdżki? Przecież sam Harry też mógłby unosić przedmioty bez Czarnej Różdżki, która teraz spoczywała w jego dłoni, gdyby tylko Minerwa zabrała się za jego odpowiednie szkolenie zaraz po jego przybyciu do Hogwartu.
- Tak. Ale to jest analogiczne do tego, co wcześniej wiedzieliśmy o mocy. Jedni rodzą się mając jej więcej, inni mniej. – spróbowała wytłumaczyć.
- Magia bez użycia różdżki nie była zakazana bez powodu. Dzielenie społeczeństwa na tych, którzy będą mogli się nią posługiwać i tych, którzy nie będą mieli odpowiednich predyspozycji doprowadzi do jeszcze większych niepokojów społecznych. – powiedział Harry twardo. Minerwa zastanawiała się, czy porównywał tę sytuację do dyskryminacji osób z mugolskich rodzin.
- Co jeśli twoje dziecko urodzi się z mocą, której nie będzie w stanie okiełznać za pomocą różdżki? Będziesz patrzył jak jego dłonie skrzą się niczym gwiazdy, jak ziemia drży pod jego stopami, jak moc przejmuje nad nim kontrolę? – Minerwa mówiła cicho, przez co jej słowa brzmiały groźnie. Harry zbladł.
- To możliwe? Gdyby tak było, słyszelibyśmy o tym… - rzekł niepewnie.
- Nie ma co ukrywać, że tak potężne dzieci są rzadkością, ale wasze pokolenie jest potężniejsze niż wiele, których uczyłam, zresztą życie zmusiło was do rozszerzania swoich granic. Pokolenie po was będzie jeszcze silniejsze. Chciałbyś od maleńkości uczyć swoje dziecko nieustannej kontroli, karząc je za każdy nieopatrznie zbity za pomocą magii kieliszek? – Minerwa natychmiast przypomniała sobie bolesne szczypanie matki i jej pełne niechęci spojrzenia.
- W ten sposób ukryto pani zdolności? Karano panią za każde użycie magii w dzieciństwie? – Hermiona otworzyła szeroko oczy.
- To wypracowuje odruch kontroli, który pozwolił mi przetrwać do momentu przybycia do Hogwartu. – przyznała Minerwa. Przez moment miała przed oczami twarz ojca, powtarzającego jej jak istotna jest kontrola.
- Jak…? – odważył się zapytać Ron. Minerwa nagle przypomniała sobie, że rudzielec nie bez powodu został przydzielony do domu lwa.
- To były inne czasy. Kontrola nie dotyczyła jedynie magii, lecz każdej sfery życia. Ubioru, emocji czy nawet wyprostowanej sylwetki, panie Weasley. – Minerwa z dezaprobatą zmierzyła wzrokiem zgarbioną pozę syna Molly.
- Samo podejście do dzieci było też inne, prawda? – Hermiona spojrzała na nią z współczuciem. To nieco zirytowało Minerwę.
- Jeśli chodzi o to, że jedynym celem stawianym przed dziewczynką było bycie piękną przyszłą żoną jakiegoś maga czystej krwi i urodzenie mu gromadki dzieci, to tak, panno Granger. Ale to było, minęło. – ucięła Minerwa.
- Nie ma pani żalu…?- spytał Harry, ukradkiem spoglądając na wiszący z boku portret niewzruszonej Theresy McGonagall.
- To była rozsądna cena na spokój. Moja rodzina miała pieniądze i wpływy, by chronić mą moc przed magami, którzy mogliby chcieć ją wykorzystać w zły sposób. Nie uważasz Potter, że znoszenie całej tej medialnej nagonki wokół ogromu posiadanej mocy jest łatwiejsze z perspektywy starej wiedźmy niż kilkuletniej dziewczynki?
- A znosi ją pani ? – to pytanie wyraźnie wyrwało się Harry'emu, zanim je przemyślał. Spojrzenie Minerwy stwardniało.
- Zniosę zakaz używania tej magii, nawet, jeśli będę zmuszona to zrobić bez waszego poparcia. – odparła z mocą.
- Poprzemy panią, madame. Harry chciał jedynie zwrócić pani uwagę na szereg przeszkód i wątpliwości. – Hermiona bez wahania wskoczyła w rolę mediatora, wyczuwając napiętą atmosferę.
- Mama prosiła, by przekazać pani pozdrowienia. – wypalił Ron, a zaraz potem pokrył się rumieńcem. To nie była subtelna zmiana tematu, ale lepsza taka niż żadna.
- Dziękuję, proszę ją również pozdrowić. A więc mieszkacie teraz wszyscy w Norze? – Minerwa z wysiłkiem zmusiła się do uprzejmego uśmiechu.
- Tak. Jest na tyle blisko do Londynu, by pomagać w Biurze Aurorów, ale na tyle daleko, by mieć względny spokój. – odpowiedział Harry.
- Biuro musi mieć dużo pracy.
- Potrzebują każdej pary rąk, teraz, gdy Kingsley został ministrem, a Moody i Tonks… - Ron urwał, jego oczy zabłyszczały.
- Kingsley zaproponował mi kierowanie biurem. – rzekł cicho Harry.
Minerwa uważnie patrzyła wprost w jego zielone oczy. Szukał u niej aprobaty. Czy ona jednak mogła mu ją dać?
- Nie masz ani doświadczenia, ani przeszkolenia. – stwierdziła ostrożnie.
- Doprawdy? – Harry otwarcie rzucał jej wyzwanie.
- Potrafisz podać jedenaście sposobów magicznego tamowania krwi? Umiesz przeprowadzić transmutację tesalacyjną? Na ile sposobów zabiłbyś przeciwnika uzbrojony jedynie w metalową łyżkę? Umiałbyś zabić wampira? Odróżniłbyś śmiertelną truciznę od eliksiru wzmacniającego, który panna Granger dodała do mojej herbaty? – Minerwa mówiła lodowatym tonem, a trójka jej uczniów bladła z każdym słowem. Hermiona zakryła dłonią usta, gdy Minerwa wypowiedziała jej nazwisko.
- Nauczę się. – odpowiedział hardo.
- Zatem nie zamierzasz wrócić do Hogwartu na ten rok szkolny. – rzekła.
- Nie. – widziała postanowienie w jego oczach.
Odwróciła głowę, by spojrzeć w okno. Serce tłukło się jej z bólem w piersi- widziała Albusa, przerażonego wizją jej aurorskiego szkolenia, obserwowała ludzi umierających na polach Francji, patrzyła w zimne oczy Spencer-Moona, spoglądała na Lily proszącą ją o zostanie matką chrzestną Harry'ego...
- Kiedyś powiedziała pani, że pomoże mi zostać aurorem, choćby była to ostatnia rzecz w pani życiu. – odezwał się cicho Harry.
Minerwa przeniosła na niego spojrzenie swoich szmaragdowych oczu.
- Weź sobie ciasteczko, Potter. – mruknęła, z zaskakującą miękkością. Harry otworzył szeroko oczy. Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby nie mógł się zdecydować między obrazą a chichotem. Potem jednak na jego twarzy pojawił się smutek.
- Nie mogę wrócić do Hogwartu, pani profesor. – powiedział, sięgając po piernikową traszkę.
- Dlaczego? – wyszeptała, obracając w palcach różdżkę, opuszkami palców gładząc ostre krawędzie oszlifowanych szmaragdów na rączce.
Zanim Harry odpowiedział, ktoś energicznie załomotał w drzwi. Minerwa zmarszczyła czoło i machnęła różdżką. Na progu jej komnat stał zdyszany Percy Weasley. Piegi wyróżniały się wyraźnie na jego twarzy – był bowiem bardzo blady. Starsza czarownica zacisnęła mocniej palce na różdżce, a Ronald z niepokojem zerwał się z kanapy.
- Percy? Co się stało? – spytał brata przyjaciel Harry'ego.
- Powiedziano mi, że was tu znajdę… chodzi o Harry'ego… - Percy urwał. Błądził wzrokiem po czterech wyczekujących twarzach. Minerwa skinęła głową zachęcająco.
- Jego ciotka… nie żyje. Zawał serca…- wykrztusił wreszcie Percy.
Harry wyglądał, jakby dostał obuchem w głowę. Ledwie mrugał, dopiero przetwarzając usłyszaną informację, wciąż tkwiąc w szoku.
W szoku byli wszyscy. Minerwa miała nikłe wspomnienie mugolskiej siostry Lily - oraz niekomfortowe wrażenie, że nigdy nie oceniała Petunii zbyt dobrze. Może Minerwa niesprawiedliwie uważała Petunię za najgorszą reprezentantkę mugolskiej klasy średniej, może zbyt surowo osądzała trudną relację Dursley'ów z Harrym, może Minerwa nie powinna była uważać, że poradziłaby sobie dużo lepiej. Harry wyrósł na porządnego, rozsądnego i skromnego mężczyznę. Jego dzieciństwo nie było sielankowe, ale Petunia przygarnęła go pod swój dach, zapewniała mu bezpieczeństwo. To wymagało chociaż uncji odwagi. Odwagi, której sama Minerwa McGonagall nie miała – bo nie potrafiła przyznać się przed Harrym, że jest jego matką chrzestną – nawet w takiej chwili jak ta.
- Harry? – Hermiona chyba chciała podejść do Harry'ego, ale chłopak potrząsnął głową.
- Zawał? Teraz, tak po prostu? Przecież ona nie była wcale taka stara. – wymamrotał Harry, z niedowierzaniem.
Ta myśl zakuła Minerwę mocno. Petunia Dursley była o całe dekady młodsza od samej Minerwy. Ale co więcej, teraz, kiedy siostra Lily zmarła, oprócz Harry'ego, pozostawał jedynie syn Petunii, Dudley, w którego żyłach płynęło jeszcze trochę krwi Evansów. Harry stracił kolejną część rodziny – nawet jeśli była to kobieta, która nie kochała go tak, jak powinna.
Co mógł sobie teraz myśleć Harry Potter? Młody czarodziej wstał i podszedł do okna. Minerwa widziała, że mocno chwyta parapet, jakby szukał połączenia z Hogwartem, ze szkołą, która była dla niego lepszą matką niż Petunia Dursley i niż Minerwa McGonagall.
- Potter… - Minerwa podniosła się, tłumiąc grymas bólu, jaki wywołał ten gwałtowny ruch. Ostrożnie ruszyła ku chłopcu, którego smutna twarz odbijała się w okiennej szybie.
- Myślałem… że będziemy mieli jeszcze mnóstwo czasu na … wzajemne przebaczenie… przecież nigdy nie życzyłem jej śmierci… - wyszeptał – tylko Minerwa mogła go usłyszeć.
Starsza wiedźma położyła dłoń na ramieniu swojego ucznia – to było zaledwie dotknięcie, ale Harry i tak drgnął. Jego oczy błyszczały bardziej niż zwykle.
- Ja nawet nie wiem, co czuję… gdyby ona została zamordowana przez śmierciożerców w jakimś odwecie za śmierć Voldemorta… miałbym chociaż to poczucie winy… ale tak? Myślałem, że po tym wszystkim, po wojnie, po bitwie… już będzie dobrze, nie będę musiał mierzyć się z …tym. – Harry pociągnął nosem. Minerwa mocniej ścisnęła jego ramię – rozumiała go aż za dobrze – ile razy jej udręczony umysł przywierał właśnie do poczucia winy, do przekonania, że wszystko co złe jest jej karą, jest zasłużonym przeznaczeniem?
- Byłeś taki dzielny… - Minerwa przymknęła oczy, wspominając tamten moment, w którym Harry stanął naprzeciw Voldemorta… bez lęku, bez zawahania.
Młody czarodziej odwrócił się do niej, ze zdziwieniem. Wodził wzrokiem po jej twarzy, jakby widział ją po raz pierwszy.
- Tacy właśnie jesteśmy. My, Gryfoni. Dzielni, mimo wszystko? – z oczu o kolorze sosnowych igieł spłynęło kilka łez.
- Dzielni, do końca. – powiedziała Minerwa, nie czując się jednak dość dzielną by zetrzeć łzy z jego policzków.
Obydwoje zadawali sobie pytanie, czy los naprawdę był tak okrutny, by przyjąć na siebie zadanie pomszczenia Voldemorta, zaczynając od rodziny tego, który go pokonał. Żadne z nich nie znało odpowiedzi. Bo czy Voldemort zasługiwał chociażby na zemstę? Nie, ale doświadczyli już wystarczającego okrucieństwa ze strony losu, by zakładać, że nie może być gorzej.
