Drodzy czytelnicy,
Zapraszam na całkiem nowy rozdział, jeszcze niepublikowany na poprzednim profilu!
Dziękuję za komentarze:
GinnyLFC: To ciekawa obserwacja, odnośnie powiązania historii z "Zielonych Oczu" z "Powolnym Spalaniem", bo faktycznie, niektóre wydarzenia tutaj są niewykorzystanymi pomysłami z tamtego opowiadania ;) Także tak, trochę się to przeplata, natomiast Lily i James są raczej innymi osobami, niż w "Zielonych Oczach" i mają inną przeszłość. Co do reszty domysłów, to mogę tylko zdradzić, że wątek z Markiem jeszcze nie jest zakończony!
M: Doskonale rozumiem, o co chodzi z Jamesem i cieszę się, że widzisz te zmiany i uznajesz za pozytywne. To był zamierzony efekt :) Mam nadzieję, że nowy rozdział też Ci się spodoba!
Zapraszam do lektury:
How does it feel?
To be without a home?
Like a complete unknown
Like a rolling stone?
(Bob Dylan, "Like a rolling stone")
Rozdział 7.
Ciemność.
Otaczała ją ciemność tak gęsta, że Lily nie widziała nawet swoich dłoni czy stóp. Miała wrażenie, jakby ktoś zatopił ją w smole, która oblepiała jej skórę w wyjątkowo nieprzyjemny sposób. Jej ruchy były spowolnione, jakby brnęła przez bagno. Gdyby nawet chciała uciekać, nie byłaby w stanie. Czuła strach, chociaż nie wiedziała do końca, czego się tak bała. Z rozpaczą zauważyła, że nie ma przy sobie różdżki. Była całkowicie bezbronna względem nieznajomego wroga, którego wyczuwała jedynie instynktownie. Zupełnie jakby jakiś drapieżnik czaił się na nią, gotowy do skoku.
I nagle ich zobaczyła. Uśmiechnięte twarze rodziców pojawiły się przed nią, w oddali. Chciała do nich podbiec, ale czarna smoła utrudniała jej ruchy. Za każdym razem, kiedy udało jej się nieco do nich przybliżyć, oddalali się nagle i gwałtownie. Machali do niej i wyciągali ramiona, a ona tak bardzo pragnęła teraz znaleźć się u ich boku. Kochali ją. Byli z niej dumni. Wspierali ją. Czuła to wszystko całą sobą, zupełnie jakby promienie słoneczne nagle zaczęły ogrzewać jej skórę. Już była blisko, coraz bliżej... Wyciągnęła rękę i niemal udało jej się dosięgnąć ojca, który uśmiechał się do niej ciepło...
Tak nagle, jak pojawili się w ciemności, tak szybko też się w niej rozpłynęli, a ona musiała przymknąć oczy, bo rozbłysk zielonego światła niemal jej nie oślepił. Poczuła panikę, rozglądając się w koło. Chciała krzyknąć, ale bała się, że smoła zaleje jej płuca, gdy tylko otworzy usta. Zaczęła rozpaczliwie machać rękami, szukając czegoś na oślep. Po chwili nie była już jednak pewna, czego szuka.
— Dziwadło!
Nagle u jej boku pojawiła się Petunia. Na rękach trzymała niemowlę, które płakało z całych sił. Chłopczyk zrobił się już cały purpurowy z histerii, która zawładnęła jego małym ciałkiem, lecz z oczu nie płynęły mu żadne łzy. Jej siostra patrzyła prosto na nią z taką nienawiścią, że Lily poczuła wręcz fizyczny ból - zupełnie, jakby ktoś ugodził ją nożem. Chciała uspokoić niemowlę! Nie mogła dłużej znieść jego płaczu, który rozrywał jej głowę, lecz nim udało jej się je dotknąć, także i oni rozpłynęli się w rozbłysku zielonego światła.
Znów zalała ją gęsta ciemność. Nagle w jej uszach zaczął narastać straszliwy, niski śmiech, aż cała zadrgała. Zdawał się przejmować kontrolę nad jej ciałem, wypełniać cały umysł...
— Lily!
Znajomy głos przebił się przez śmiech niczym koło ratunkowe, rzucone na pełnym morzu. Lily tonęła w smole. Znów zaczęła machać rękami, licząc na to, że usłyszy ponownie napełniający ją nadzieją głos i zdoła się utrzymać na powierzchni...
— Lily, obudź się!
Otwarła oczy, z trudem powstrzymując się od krzyku. Cała była zlana potem, a jej koszula nocna lepiła się nieprzyjemnie do ciała, powodując dreszcze. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że płacze. Zatroskany James pochylała się tuż nad nią, starając się ją dobudzić. Jej blada i spocona twarz odbijała się w jego okularach.
— James... — szepnęła, zamykając oczy. — Ja...
Nie potrafiła nic powiedzieć, bo głos grzązł jej w gardle, drżąc niebezpiecznie. Następnej nocy weźmie eliksir usypiający - pomyślała gorączkowo. Nie mogła znieść myśli o kolejnym koszmarze.
— Już dobrze — powiedział cicho. — To był tylko sen.
Lily podniosła się i wtuliła w niego, ukrywając swoją twarz w jego szacie. Nadal cała się trzęsła i nie potrafiła opanować swojego oddechu. Miała wrażenie, że serce za chwilę wyskoczy jej z piersi.
— Wszystko będzie dobrze — powtarzał jak mantrę swoim niskim, kojącym głosem. — Tutaj nic ci nie grozi.
Lily poczuła, jak powoli znów łapie oddech. Jego dłoń gładziła jej plecy, posyłając fale ciepła w dół kręgosłupa. Wzięła głęboki wdech, nie przestając go jednak obejmować.
— Już lepiej? — spytał, nachylając się i starając się jej spojrzeć w oczy.
Lily skinęła głową, również patrząc w jego oczy. Ciepło, które z nich biło zdawało się ogrzewać całą jej duszę. Wyglądał na zaniepokojonego, a jego czoło znów przecinała znajoma zmarszczka.
— James... — zaczęła raz jeszcze, jakby próbowała, czy głos znów zacznie się jej łamać. — Chyba jeszcze nie podziękowałam ci... za wszystko.
Odsunęła się lekko, ale zaraz tego pożałowała. Jego ramiona zdawały się teraz gwarantem jej istnienia.
— Nie musisz — odparł prostolinijnie. — Robię to też dla siebie. — Uśmiechnął się i znów był dawnym Jamesem Potterem. Potrafił ją rozbawić nawet wtedy, gdy nie chciała tego przyznać publicznie. — Zawsze chciałem cię tu przyprowadzić. — Puścił do niej oko. — Nastoletni James na pewno przybiłby mi piątkę.
Lily uśmiechnęła się, dalej patrząc mu w oczy. Nie mogła od nich oderwać wzroku. Chciała przybliżyć do niego twarz i poczuć znów jego usta. Była zdesperowana. Tak bardzo potrzebowała dotyku i ciepła drugiego człowieka!
— Muszę za chwile wyjść — powiedział cicho, jakby przepraszająco, a Lily zamrugała, czując, że płonie rumieńcem. — Pamiętasz? Remus tu z tobą dzisiaj będzie. Czeka już na dole, jakby coś.
— James, nie potrzebuję opieki... Remus na pewno ma lepsze rzeczy do roboty — żachnęła się, powoli dochodząc do ładu ze swoimi myślami.
Zawsze lubiła towarzystwo Lupina i uznawała go w czasie szkolnych lat za swojego dobrego kolegę, ale nie chciała go tu trzymać na siłę. Miała wrażenie, że wszędzie, gdzie się ostatnio pojawia, sieje tylko chaos i zniszczenie.
— I tak tu przesiaduje większość czasu. Przyjaźniliście się w Hogwarcie, co nie?
— James!
— Nie zostawię cię tu samej, okej?— powiedział stanowczo, a jego spojrzenie nagle całkowicie się zmieniło.— Mój dom, moje zasady. Przyszłaś tu, żebym cię chronił, sama się na to zgodziłaś.— Zirytował się.
Lily z trudem powstrzymała się od odpowiedzi, czując, że nie miała na tyle siły, bo wchodzić z nim w polemikę. Coś w jego oczach i całej posturze mówiło jej, że tej kłótni by nie mogła wygrać.
— Evans — dodał po chwili, a Lily lekko wzdrygnęła się na dźwięk swojego nazwiska. Wyglądał teraz znowu bardzo formalnie, jakby dzieliły ich kilometry. — Gdybyś potrzebowała wysłać jakiś list, możesz skorzystać z Uszatki. To moja sowa, taka wielka i siwa. Jest w wieży. Remus ci pokaże drogę, w razie potrzeby.
Lily przełknęła ślinkę, czując teraz mieszaninę złości i wstydu. Czy nie mógł czasami odpuścić? O co mu tak naprawdę chodziło? Chciał, żeby zerwała z Markiem, czy może próbował ratować jej związek?
W milczeniu obserwowała, jak James wychodzi z jej pokoju. Przynajmniej wszystko to skutecznie odwracało jej myśli od koszmarów.
xxx
Gdy jakiś czas potem Lily zeszła na dół, by zjeść śniadanie, w kuchni zastała Remusa Lupina pochylonego nad wielką i ciężką księgą z zaklęciami. Jej okładka była obita w spękaną już skórę, a pożółkłe karty zadrukowane drobną, kręconą czcionką i znakami runicznymi. Wyglądała na bardzo starą. Remus ostrożnie przewracał stronice za pomocą różdżki, jakby obawiał się, że inaczej może je uszkodzić. Ten widok wydał się Lily tak bardzo znajomy, że rozejrzała się szybko w koło, by upewnić się, że nie znajdują się jednak w wielkiej bibliotece Hogwartu, gdzie często przesiadywali razem nad lekcjami.
Dopiero teraz Lily miała chwilę, by przyjrzeć się Remusowi, który zdawał się postarzeć najbardziej z całej grupy Huncwotów. Jego blond włosy sterczały w nieładzie, lecz nie układały się tak malowniczo, jak Jamesa. Wyglądało to raczej tak, jakby szarpał je bezwiednie podczas czytania, w ramach tiku nerwowego. Młoda twarz mężczyzny miała nieco niezdrowy, szarawy odcień, przez co wydawał się starszy, niż był w rzeczywistości, a jego policzek przecinała teraz długa, widocznie świeża blizna. Nosił czarne, postrzępione szaty dokładnie w ten sam sposób, jaki Lily zapamiętała ze szkoły. Na małym talerzyku obok niego leżała nadgryziona tabliczka czekolady.
Gdy podniósł oczy na dźwięk jej kroków, Lily zobaczyła, że wyglądał na równie zmęczonego, co ona. Mimo to uśmiechnął się do niej, prostując nad stołem.
— Lily — powiedział. — Ciągle nie mogę się przyzwyczaić do tego, że tu jesteś.
Lily odpowiedziała na jego uśmiech, zajmując miejsce przy stole. Przynajmniej był z nią szczery.
— Ja też — odparła równie prawdomównie. — Chociaż, gdy zobaczyłam cię nad tym woluminem, musiałam się upewnić, że to nie Hogwart. Dokładnie takiego cię zapamiętałam ze szkolnych lat, Remusie.
Jego uśmiech jeszcze się pogłębił, tym razem dosięgając również oczu. Blizna na jego policzku rozciągnęła się nieco, wyglądając teraz na szerszą, niż w rzeczywistości.
— Co byś zjadła? — spytał troskliwie. — Musisz to tylko głośno powiedzieć, żeby Iskierka mogła cię usłyszeć.
— Poproszę o jajecznicę — powiedziała Lily. Momentalnie pojawił się przed nią talerzyk z jedzeniem, roznosząc przyjemny zapach po całej kuchni. — Black jest w domu? — spytała, rozglądając się.
Wolała, żeby odpowiedź na jej pytanie była przecząca. Nadal czuła się w jego towarzystwie nieco dziwnie, zwłaszcza, że wiedział doskonale o tym, co zaszło między nią a Potterem. Nie była pewna, czy tym razem z równym spokojem mogłaby znieść jego uszczypliwe komentarze.
— Nie, jest razem z Jamesem. Wrócą wieczorem, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem — odparł Remus, znów przenosząc wzrok na wielką księgę. Machnął delikatnie różdżką i zmienił stronę.
— Syriusz chyba niezbyt się cieszy z tego, że tu jestem — powiedziała, nie mogąc się powstrzymać. Może chciała tylko podtrzymać konwersację, a może liczyła na to, że Lupin podzieli się z nią swoimi przemyśleniami? Zawsze ceniła jego opinię. — Tobie to nie przeszkadza?
— To dom Jamesa. — Wzruszył ramionami, ale widząc jej spojrzenie, dodał szybko, już nieco łagodniej: — Zawsze lubiłem twoje towarzystwo, Lily, przecież wiesz. Ile godzin spędziliśmy razem w bibliotece albo na spotkaniach prefektów? Mam z tego okresu bardzo miłe wspomnienia.
Lily wyszczerzyła zęby, nabierając jajecznicę na widelec. Zabrzmiało to wystarczająco szczerze, by poczuła się trochę lepiej.
— To były jedyne momenty, kiedy nie towarzyszyli ci pozostali Huncwoci — zauważyła, nadal się uśmiechając.
— Tak, biblioteka za dnia zawsze była dla nich raczej nieciekawa — potwierdził Lupin, również szczerząc zęby. Za chwilę jednak spoważniał. — Jak się czujesz, Lily? Już to mówiłem, ale tak bardzo mi przykro...
— Nie wiem, Remusie. — Spuściła wzrok na swój talerz, nie pozwalając mu dokończyć zdania. Nie chciała tego ponownie słyszeć. Nagle jajecznica straciła swój smak. — Czasem mam wrażenie, że to wszystko się nie wydarzyło. Że moi rodzice dalej tam są i na mnie czekają... Że niedługo spotkam się z nimi i razem będziemy się bawić na moim weselu...
Remus zamilkł, przekręcając lekko głowę. Spojrzał na nią przeszywająco swoimi niebieskimi oczami. Z jego miny ciężko było odgadnąć, co tak naprawdę myśli. Może to była litość?
— Nikt nie wie, że tu jestem. Zostawiłam przyjaciół, pracę, Marka...
— I pojawiłaś się tutaj — skwitował, nadal przyglądając się jej badawczo. — W domu Jamesa.
Lily spojrzała mu w oczy, próbując coś z nich wyczytać, ale Remus Lupin miał lata doświadczeń w ukrywaniu tego, co tak naprawdę myślał.
— Nie wiem, czemu tu jestem. Może potrzebowałam miejsca, które w żaden sposób nie będzie mi przypominać o czymkolwiek związanym z... nimi...? — Urwała, znów słysząc narastający, przeraźliwy śmiech w uszach. Potrząsnęła głową, by go odgonić.
— Przepraszam — powiedział szybko, a jego mina podkreślała szczerość słów. — To nie jest dobry czas na takie pytania...
— Nie, nie... — szepnęła Lily, mrugając, by odpędzić łzy. Za często ostatnio płakała, zwłaszcza wtedy, kiedy zupełnie tego nie chciała. — Nic się nie stało. Mogę? — Wskazała na jego bliznę, podchodząc bliżej i sprawiając, że nerwowo przestąpił z nogi na nogę. Była zdeterminowana, by zając myśli czymś innym. — W końcu pracuję w szpitalu. Mogę cię opatrzyć. — Powoli skinął głową, patrząc nieufnie na końcówkę jej różdżki, którą teraz mierzyła w jego policzek. — Pełnia? — rzuciła mimochodem, bacznie obserwując jego reakcje.
Lupin zesztywniał, po czym znów lekko skinął głową, jakby przyznawał się do porażki.
— Niestety — odparł sucho, w zupełnie dla siebie nietypowy sposób.
Lily w milczenia zaczęła opatrywać jego ranę.
xxx
— To twoje notatki — powiedziała Lily, podając Remusowi długi zwój pergaminu. — Na następne zajęcia musimy napisać esej.
Chłopak siedział na podłodze, w salonie wspólnym Gryfonów, wpatrując się w ogień. Cała reszta uczniów dawno już spała. Jasne światło padało na jego twarz, tylko podkreślając cienie pod oczami i zmarszczki na jego młodym czole. Wyglądał tak, jakby nie spał od paru dni.
— Dziękuję — odparł z prawdziwą wdzięcznością. — Zawsze o mnie pamiętasz, Lily.
— To nic — odparła, po czym zawahała się, patrząc na niego z góry. Już dawno chciała z nim porozmawiać. Po chwili namysłu westchnęła i zajęła miejsce na podłodze u jego boku. — Remusie, mogę cię o coś zapytać?
— Oczywiście, Lily. — Uśmiechnął się do niej, jakby nieco zdziwiony jej zachowaniem i bliskością. — O co chodzi?
— Od jak dawna jesteś wilkołakiem? — szepnęła, patrząc na niego w napięciu.
To pytanie chodziło jej po głowie już od jakiegoś czasu, ale bała się go zadać. Bała się jego reakcji.
Remus odwrócił głowę tak gwałtownie, że Lily omal nie podskoczyła. Wyglądał teraz na przerażonego. W ułamku sekundy zerwał się na nogi i odsunął od niej z miną dzikiego zwierzęcia, które ktoś starał się zamknąć do klatki. Lily przez krótką chwilę poczuła strach. Nie wyglądał teraz jak ten miły, uroczy chłopak, którego tak bardzo lubiła. W jego spojrzeniu było coś dzikiego i niemal przerażającego.
— O czym ty mówisz? — wycedził przez zaciśnięte zęby.
— Remusie, pożyczam ci notatki już od dwóch lat — powiedziała, również wstając. Usilnie starała się go uspokoić. — Potrafię dodać dwa do dwóch...
Remus zaczął gorączkowo krążyć po pokoju, wplatając palce we włosy, jakby zamierzał je wyrwać kępami. Lily miała wielką ochotę złapać go za ramię i powstrzymać od tego.
— Lily, nie możesz nikomu powiedzieć...! — szepnął gorączkowo, jakby był bliski postradania zmysłów.
— Oczywiście! Za kogo ty mnie masz? — odparła, z trudem ukrywając irytację. — Jesteś moim przyjacielem. Naprawdę, nikomu nie powiem. I dla twojej informacji, to dla mnie nic nie zmienia.
Remus podniósł na nią wzrok tak pełen zwątpienia, że Lily poczuła przemożną chęć pocieszenia go. Zrobiła zatem jedyną rzecz, która tak naprawdę zdawała się mieć teraz sens - przytuliła go mocno, starając się przekazać mu całe współczucie i zrozumienie, a zarazem pokazać, że to, co powiedziała, było czystą prawdą.
Z ulgą poczuła, jak chłopak rozluźnia się i odwzajemnia uścisk.
xxx
Lupin westchnął, wyraźnie unikając teraz jej spojrzenia. Już po chwili znalazł sobie wymówkę, by opuścić kuchnię, a Lily nie mogła go za to winić. Wiedziała, że rozmowa o jego wilkołactwie kosztowała go sporo energii.
Dokończyła śniadanie i postanowiła skorzystać z rady Jamesa. Znalezienie schodów na wieżę zajęło jej więcej czasu, niż przypuszczała, ale błądzenie po niemal pustym domu Potterów było dla niej niezwykłą przyjemnością. Dworek wypełniały niesamowite książki, meble, które nagle zaczynały się ruszać, wirujące i gwiżdżące urządzenia oraz zegary, pokazujące fazy różnych planet z układu słonecznego. Gdyby tylko okoliczności były inne, totalnie zatraciłaby się w całej tej magii. Wspięła się wąskimi, krętymi schodami na samą górę wieży, gdzie - tak, jak James wspominał, znajdowały się klatki od sów. Stanęła na zasnutej piórami kamiennej posadzce, rozglądając się.
— Uszatka? — spytała niepewnie, a wielka, srebrna sowa podniosła swój łeb. Jej oczy wyrażały niemal ludzkie zdziwienie, jakby zastanawiała się, czego tym razem się od niej oczekuje. Lily zdała sobie sprawę, że nie miała ze sobą żadnego listu, który mogłaby wysłać. W kącie dostrzegła długie pióro, zatopione w kałamarzu i parę małych kawałków pergaminu.
Co takiego miała niby napisać? Całe poczucie winy, które spychała w kąt od kiedy tu przybyła, wróciło do niej z podwójną siłą. Ale teraz powinna się skupić na Marku, który naprawdę musiał się o nią martwić. Wyszła przecież z domu bez śladu, nikomu nic nie mówiąc i po prostu zniknęła, nie dając śladu życia od trzech dni. Co ona zrobiłaby w odwrotnej sytuacji? Nie mogła sobie tego wyobrazić, bo Mark Davies stanowczo nie należał do osób, które zawodziłyby czyjekolwiek zaufanie. Nigdy by jej tak nie zostawił bez słowa. Zawsze był dobry i lojalny.
Najgorsze było to, że Lily już absolutnie nie była pewna tego, czy z Jamesem łączy ją jedynie namiętność. Pragnęła jego dotyku, ale to dlatego, że pragnęła jego bliskości. Fizycznej i duchowej. Czy to właśnie jest ta słynna miłość? Jeśli tak, to czy zawsze musiała być tak skomplikowana? Z Markiem szło jej dużo łatwiej. Spodobali się sobie, dobrze się dogadywali, ich intymność była bardziej niż zadowalająca. Dla wszystkich, którzy ich znali, ich związek i ślub wydawał się zupełnie naturalne. Tak miało być - para niemal idealna. Mało się kłócili, bo Mark zawsze dążył do kompromisu. Był dobry! Uprzejmy, cierpliwy i łagodny. A James? James zawsze był dla niej wyzwaniem. Często się kłócili, nawet jak już się potajemnie spotykali i obydwoje czerpali z tego dziwną przyjemność, jakby nakręcając się nawzajem. Każde z nich miało mocny charakter i wyraziste opinie. James bywał arogancki, nawet jak już starał się nad tym pracować, bywał niemiły dla ludzi, którzy zachodzili mu za skórę, a na dodatek bywał porywczy, czasem nie do końca zdając sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów. Nie potrafił się powstrzymać, by nie łamać regulaminu. Bardzo starał się przed nią z tym ukrywać, zwłaszcza, kiedy już obydwoje byli prefektami naczelnymi, ale nigdy nie udało mu się jej tak naprawdę oszukać. Z czasem po prostu nauczyła się przymykać oko na jego wybryki, o ile nie robił nikomu krzywdy. No i sprawiał, że się śmiała. Szczerze, z głębi duszy, jak przy nikim innym. Był też bardzo oddany i miał wyrazisty kompas moralny.
Ale to był przecież James ze szkolnych lat. Jeszcze nie była do końca pewna, jak bardzo zmienił się na przestrzeni czasu. Zaczynała dopiero powoli odkrywać nowe, nieznane strony jego osobowości i jak narazie, była pod wielkim wrażeniem jego przemiany.
Sięgnęła po pergamin i pióro, zamyślając się. Nie widziała sensu w pisaniu długiego listu. Było już za późno na tłumaczenia. Wszystkie i tak brzmiałyby absurdalnie.
Jestem bezpieczna. Odezwę się, jak będę mogła.
Nie szukaj mnie.
Lily
Tylko na tyle było ją stać. Żałosne, ale ani jedno dodatkowe słowo nie miało teraz żadnego sensu. Nie chciała, by próbował ją odnaleźć. Nadal zależało jej na nim na tyle, by nie narażać go na niebezpieczeństwo, jakim teraz niewątpliwie było jej towarzystwo. Lepiej, żeby był na nią zły i żył w niewiedzy, niż żeby znalazł się na celowniku śmierciożerców.
Przypięła list do nogi Uszatki i stała na wieży tak długo, aż sowa zupełnie nie zniknęła za horyzontem.
xxx
Cienie na ścianie migały, odbijając poruszające się na wietrze gałęzie drzew. Jeszcze niedawno były oświetlone jasnym światłem, które powoli zaczęło przechodzić w pomarańczowy, aż w końcu różowy kolor.
— Lily?
Aż podskoczyła w fotelu, odrywając wzrok od ściany. Remus Lupin patrzył na nią niepewnie, opierając się o regał z książkami. Ile czasu już tak siedziała bezczynnie? Jak zwykle - nie potrafiła odpowiedzieć. Miała wrażenie, że jej mózg co chwilę zamyka się przed nadmiarem myśli.
— Remusie, wystraszyłeś mnie. — Mówienie mu prawdy stanowczo za bardzo weszło jej w nawyk.
Remus westchnął głęboko, wyglądając na skruszonego. Usiadł naprzeciwko niej i nachylił się, opierając łokcie na swoich kolanach.
— Chciałem tylko... — zawahał się, nawet nie mrugając. — Chciałem cię przeprosić.
— Nie musisz...
— Nie, muszę. To, co dzieje się między tobą a Jamesem, to absolutnie nie jest moja sprawa — zaczął cicho. — Nie chciałem sugerować, że musisz się przede mną tłumaczyć z pobytu tutaj. Rogacz nic mi na ten temat nie powiedział, więc widocznie jest tego samego zdania. — Tym razem w jego głosie zabrzmiało ledwo słyszalne rozdrażnienie. Nawet on nie mógł konkurować z tym, co łączyło Jamesa i Syriusza. — No i... dziękuję, że tak normalnie zachowujesz się przy mnie nawet, jeśli wiesz, czym tak naprawdę jestem...
Lily zamrugała, również się do niego nachylając.
— Lupin, pracuję w św. Mungu. Widziałam gorsze rzeczy — odparła, uśmiechając się lekko. — Poza tym, jesteś jedną z najmilszych i najrozsądniejszych osób, jakie znam. Naprawdę, nic nie zmieni mojego zdania na twój temat.
— Nawet to, że przyjaźnię się z tymi idiotami? — Tym razem to on lekko się uśmiechnął.
Lily udała zastanowienie, po czym zachichotała.
— Nawet to. Gdyby nie ty, to pewnie byliby jeszcze gorsi! Zawsze byłeś ich hamulcem awaryjnym.
— James się zmienił — powiedział szybko Lupin, stając w obronie przyjaciela. — Od kiedy zginęli jego rodzice, nie jest już taki sam.
— Zauważyłam — stwierdziła Lily, zastanawiając się, ilu rzeczy jeszcze nie wie o Jamesie Potterze. — I dla twojej informacji, nie chcę go zranić. To wszystko po prostu potoczyło się tak szybko... — urwała niepewna, czy Remus miał ochotę na słuchanie tej opowieści.
Tak bardzo różnił się od Syriusza, który zdawał się mieć przemożną potrzebę sprawowania kontroli.
— Jak mówiłem, to sprawa między wami — przerwał jej. — Ja osobiście bardzo się cieszę, że tu jesteś.
Lily skinęła głową, uśmiechnęła się i zamilkła. Atmosfera między nimi wyraźnie się rozluźniła.
— To co, wszystko między nami okej? — spytał Remus, wyciągając dłoń w jej stronę.
Lily podniosła się z krzesła i uścisnęła go, niespodziewanie nawet dla samej siebie. Remus napiął się jak struna i w wyjątkowo sztywny sposób poklepał ją po plecach, jakby nie był przyzwyczajony do takiej wylewności. Gdy Lily odsunęła się od niego, zauważyła, że teraz to on zupełnie spąsowiał na twarzy. Z trudem powstrzymała się od śmiechu. Rzadko kiedy był aż tak zaskoczony. Wyglądał jednak na zadowolonego.
— James i Syriusz pewnie wrócą dopiero za jakiś czas. Może pogramy w szachy? — zaoferował, starając się znów brzmieć neutralnie.
— Zgoda — odparła Lily.
Cieszyła się, że będzie miała towarzystwo i zajęcie na resztę wieczoru. Bardzo tego teraz potrzebowała.
xxx
Mimo że gra w szachy zajęła im dobrych parę godzin, James i Syriusz nie wrócili do domu o czasie. To, że Lupin coraz to częściej zerkał nerwowo na zegarek utwierdzało Lily w przekonaniu, że nie był to do końca typowy scenariusz. Powoli zaczynała czuć nieprzyjemne mrowienie w żołądku i parę razy ostatkiem sił powstrzymała się przed tym, by nie zasypać go nękającymi ją pytaniami. Zawsze musiał świecić oczami za pozostałą dwójkę Huncwotów już od najwcześniejszych lat ich przyjaźni.
— Chyba pójdę się położyć — westchnęła w końcu, zauważając, że Lupin z minuty na minutę wygląda na coraz to bardziej zmęczonego. Co prawda dobrze się bawili w swoim towarzystwie, ale Lily doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Remus spędzał z nią czas, ponieważ wypełniał przyjacielską przysługę względem Jamesa. — Kiepsko ostatnio sypiam...
— No cóż, mogę powiedzieć to samo, tylko z innych powodów — odparł Lupin, nieudolnie ukrywając szerokie ziewnięcie. — Każda pełnia to jak przechodzenie wyczerpującej choroby...
— Bardzo mi przykro, Remusie, że musisz się z tym mierzyć. — Lily złapała go za rękę, pragnąc raz jeszcze okazać mu swoje wsparcie.
— Mi też jest przykro, Lily, z powodu twoich rodziców... — Ścisnął jej dłoń w swojej. — Położę się tu na kanapie i poczekam na nich... Powinni już wrócić dwie godziny temu... — mruknął bardziej do siebie, raz jeszcze zerkając na zegarek.
Lily miała do niego tyle pytań, że nie była pewna, od którego powinna zacząć. Zamiast tego, zdecydowała się zostawić to na inny wieczór. Nie chciała psuć atmosfery między nimi i stawiać Remusa w niekomfortowej sytuacji.
— Dobranoc — powiedziała, wstając i kierując się w stronę swojej sypialni.
Co Syriusz i James w ogóle robili przez wszystkie te godziny? Czy chodziło o to słynne stowarzyszenie, które powołał do życia Dumbledore? Miała nadzieję, że gdy nadejdzie czas, James opowie jej na ten temat coś więcej. Czy aż tak mało jej ufał? Może jednak zgadzał się z opinią Syriusza?
Ledwo zaczęła przebierać się do snu, ignorując strach przed zamknięciem oczu i zapadnięciem w sen tak straszny, jak ten z poprzedniej nocy, gdy usłyszała nerwowe głosy z dołu. Wychyliła głowę z pokoju, nasłuchując przez chwilę, po czym pobiegła w stronę schodów, z różdżką wyciągniętą przed siebie. Sama nie była pewna, czego się spodziewać.
Dobiegła do kuchni - źródła hałasu i zastała tam całą czwórkę Huncwotów. Syriusz Black leżał na kuchennym stole, skręcając się z bólu, a James, Remus i Peter Pettigrew pochylali się nad nim, nieudolnie starając się mu pomóc. Żaden z nich nie zwrócił na nią uwagi.
— ... zastawili na nas pułapkę — powiedział gorączkowo James, rozrywając Syriuszowi nogawkę od spodni. — Mieliśmy już wracać do domu, kiedy zaczęli nas atakować... Dobrze, że przyszły posiłki, bo nie wiem, jak by się to skończyło...
— Bellatriks tam była — dodał nerwowo Peter, natarczywie pocierając dłonią czoło. Lily dawno go nie widziała, ale nadal był najniższy z całej czwórki przyjaciół. — Syriusz skoczył za nią w pogoń, jak zwykle...
— Pokaż to — powiedział Lupin, podchodząc do Jamesa i pochylając się nad nogą Syriusza.
— Co mu jest? — spytała głośno Lily.
Cała trójka, oprócz Syriusza spojrzała teraz w jej stronę. Wszyscy wydawali się jednakowo zaskoczeni. Dziewczyna podeszła szybko do stołu, stanowczo odsuwając Jamesa i Remusa na bok. Łydka Syriusza była cała spuchnięta i wyglądała tak, jakby ktoś oblał ją żrącym kwasem. Miejscami jego poczerniała skóra odkrywała czerwone kawałki mięsa. Cała rana lekko migotała, jak żarzące się węgle.
— Macie tu jakiś eliksir przeciwbólowy? — spytała rzeczowo, podwijając rękawy.
Położyła jedną dłoń na spoconym i umazanym błotem czole Syriusza, mrucząc pod nosem zaklęcia, mające chociaż na chwilę załagodzić jego ból.
— Peter, w gabinecie ojca powinno być jeszcze parę fiolek — powiedział James, a Pettigrew momentalnie rzucił się w stronę drzwi i zniknął na schodach, prowadzących w stronę lochów. — Dasz radę mu pomóc?
— Nie jestem pewna — odparła, rozrywając głębiej nogawkę Syriusza, po czym związała ją ciasno na jego udzie. — Musiałabym mieć właściwe lekarstwo...
— Mój ojciec produkował eliksiry. W jego pracowni powinno być wszystko, czego będziesz potrzebowała — poinformował ją James.
Lily przejechała różdżką nad łydką Syriusza, który krzyknął z bólu, rzucając wiązankę najgorszych przekleństw, jakie przychodziły mu teraz na myśl.
— Gdzie ten Glizdogon? — zirytował się Remus, wyglądając na korytarz.
— Jestem! Mam... — wydyszał Peter, wspinając się po stromych schodach i przeskakując po dwa stopnie na raz. — Masz...
Spoconą dłonią podał Lily fiolkę, a ona momentalnie wlała Syriuszowi do ust parę kropel eliksiru. Black uspokoił się, oddychając teraz głęboko. Zamknął oczy i przez chwilę wydawało się, że zasnął.
— Syriuszu, opisz mi, co czujesz. Może będę mogła zgadnąć zaklęcie, które cię ugodziło — powiedziała cicho Lily.
— Piecze... — wydusił z siebie Black. — Jakby ktoś mnie przypalał żywcem...
— Flammacis — mruknęła Lily. — Będę potrzebowała skóry węża, sproszkowanego rumianku, esencji z aloesu... — Zaczęła wyliczać składniki. — Masz. — Wręczyła Remusowi fiolkę. — Pięć kropli, gdyby znów zaczął krzyczeć. To mocne zaklęcie. Nie wiem, jak długo uda się stłumić ból... Te płomienie, o których mówi Syriusz, są schowane we wnętrzu jego nogi. — Cała trójka Huncwotów łowiła teraz każde jej słowo. — Potter, zaprowadź mnie do tej pracowni.
James skinął głową i bez słowa ruszył w stronę lochów. Dopiero teraz Lily zauważyła jego rozerwaną szatę i podbite oko.
— James... Jak często to się dzieje? — rzuciła do jego pleców. Musiała niemal biec, by dotrzymać mu kroku. — Już drugi raz ratuję któregoś z was. Gdyby zaklęcie trafiło w jego serce, spłonąłby od środka.
— Zawsze miał więcej szczęścia, niż rozumu — warknął James. Jego szczęka była napięta niczym struna. Nadal ściskał różdżkę w dłoni. — Tyle razy mówiłem temu kretynowi, że nie powinien się oddzielać od grupy...! Ale on nigdy nie słucha!
Lily zatrzymała się w końcu u jego boku, z trudem łapiąc oddech. Jeszcze nigdy nie widziała go aż tak zdenerwowanego. Samym spojrzeniem mógł sprawić, że ściana za nimi runęłaby, rozpadając się na kawałki.
Uchylił drzwi, przed którymi się znajdowali i przepuścił Lily do środka.
— Lumos — mruknął, a jego różdżka momentalnie rzuciła światło na całe pomieszczenie.
Przez chwilę Lily zdawało się, że znalazła się w szkolnej pracowni i musiała ukryć rozczarowanie, gdy nie dostrzegła nigdzie profesora Slughorna. Mimo jego powierzchowności, miała z nim bardzo dobre wspomnienia. To zaskakujące, jak często ostatnio myślała o Hogwarcie...
Wzięła wdech i momentalnie zaniosła się kaszlem. Pomieszczenie wyglądało tak, jakby od dawna już nikt z niego nie korzystał, a jego właściciel nagle wyszedł w trakcie pracy i już nie powrócił. W powietrzu unosiły się drobinki pyłu, mieniąc się w świetle różdżki, a długie półki, na których stały rozmaite słoje i pudła z różnorodnymi składnikami były gęsto pokryte pajęczynami. Pośrodku pokoju znajdował się duży, pozłacany kocioł, a zwęglone drewno pod nim wydzielało intensywny zapach stęchlizny. Obok niego stał drewniany stół z mosiężną wagą do odmierzania składników, deską, nóżem i innymi, niezbędnymi sprzętami.
James przez chwilę się nie poruszał, rozglądając się w milczeniu po pracowni. Potarł dłonią podbródek w charakterystyczny dla siebie sposób, oznaczający głębokie zamyślenie, po czym przejechał delikatnie palcem po zakurzonym regale, uginającym się od grubych woluminów z niezliczonymi przepisami na magiczne mikstury. Machnął różdżką raz jeszcze, a wszystkie świece w całym pomieszczeniu zapłonęły ogniem.
— Nie byłem tu, od kiedy mój tata... — urwał, zerkając na Lily, jakby niepewny, czy ma ochotę kontynuować opowieść. Zaraz jednak się zreflektował i przybrał bardziej formalny wyraz twarzy. — Czego potrzebujesz?
Lily zanotowała w myślach, żeby potem wrócić do tematu rodziców Jamesa. Musiała jednak znaleźć ku temu bardziej stosowną chwilę.
Chwyciła na wpół zapisany pergamin, leżący na stole i zaczęła wynotowywać z myśli niezbędne składniki. Przekazała Jamesowi listę, a kiedy on zajął się przeglądaniem regałów ze słojami, ona wzięła się za przygotowywaniem kociołka. Najwyraźniej ojciec Jamesa był bardzo zaawansowany w temacie eliksirów - o to też zamierzała później zapytać. Tak mało wiedziała o jego przeszłości.
— Jak długo to potrwa? — spytał James, nadal przeglądając słoje w poszukiwaniu potrzebnych składników.
Lily rozpaliła ogień pod kociołkiem, z którego buchnął pomarańczowy dym, osnuwając jej twarz pyłem. Zakaszlała, machając dłonią.
— Potrzebuję godziny — powiedziała.
Odwróciła się szybko i zaczęła szatkować ogon węża na równe kawałki. James skinął głową, kładąc dwa dodatkowe słoje na stole. Przez chwilę patrzył na nią tak, jakby chciał coś powiedzieć, po czym odwrócił się i Lily usłyszała już tylko skrzypienie stopni pod jego stopami.
xxx
James, Remus i Peter obserwowali w ciszy, jak Lily powoli wsmarowuje w nogę Syriusza klejącą maź, którą niedawno skończyła warzyć. Przyjaciele przenieśli go do łóżka jego sypialni i zdjęli z niego ubrudzone i przypalone ubrania. Jego ulubiona skórzana kurtka wisiała na oparciu krzesła i miała wielkie, świeże nacięcie na plecach. Sam Black był blady i wyraźnie ledwo rejestrował, co się wokół niego dzieje, zarówno z bólu, jak i zmęczenia.
— Myślę, że po drugiej aplikacji jego skóra powinna już zacząć się regenerować — powiedziała Lily. — Teraz najważniejsze, to zgasić ogień, który ciągle go parzy od środka. Remusie, daj mu teraz siedem kropli eliksiru. To powinno sprawić, że zaśnie.
Remus potulnie zrobił to, co rozkazała. Syriusz momentalnie zamknął oczy, a jego głowa opadła swobodnie na bok.
— Lily, gdyby nie ty...! — zaczął Peter, patrząc na nią z podziwem. Jego twarz nadal była pobladła ze strachu. — Dobrze cię widzieć!
Lily uśmiechnęła się do niego i skinęła mu głową.
— Ciebie też, Peter. Kopę lat.
— Chodź, napijemy się czegoś mocniejszego — mruknął Lupin, obejmując go ramieniem. — Rogaczu?
— Idźcie, dołączę do was — mruknął James, wpatrując się w Syriusza z tym samym niepokojem, którym ten obdarzał go podczas niedawnego pobytu w szpitalu.
Lily milczała, siedząc na łóżku i pokrywając ranę na nodze kolejnymi warstwami mazi. James stał za jej plecami. Gdy drzwi zamknęły się za dwójką Huncwotów, Lily poczuła, jak przeszywa ją lekki dreszcz. Byli teraz niemal całkiem sami. Miała do niego milion pytań. Była zła, mimo że wiedziała, że nie ma prawa do tych emocji. Kim tak naprawdę była dla niego, by cokolwiek mu nakazywać lub zakazywać? Tak czy siak, znając Jamesa Pottera, na pewno by jej nie posłuchał.
— Nie odpowiedziałeś na moje pytanie — rzuciła w końcu zdawkowo, ocierając dłonie ręcznikiem. Podniosła się i stanęła twarzą w twarz z Jamesem, który przeniósł teraz na nią spojrzenie i uniósł pytająco brew. Zdawał się nie pamiętać, o czym mówiła. A przynajmniej skutecznie udawał niewiedzę. — Jak często któryś z was zostaje ranny?
Westchnął. Zdjął brudne okulary z nosa i zaczął je pocierać o róg szaty. Pokiwał głową, jakby nie potrafił zebrać myśli.
Lily zrobiła krok w jego stronę i sięgnęła dłonią do pulsującego siniaka pod jego okiem, rozlewającego się teraz też na jego policzek. Wyjęła różdżkę z kieszeni, po czym machnęła mu nią przed twarzą. Siniec momentalnie zbladł.
— Co takiego robicie, co jest aż tak niebezpieczne? — ponowiła pytanie, sięgając po ręcznik i zaczęła delikatnie ocierać jego twarz z brudu.
— A czy w tych czasach jest cokolwiek do roboty, co uznałabyś za bezpieczne? — odparł nieco wyzywająco. Założył z powrotem okulary i spojrzał jej prosto w oczy. Westchnął ponownie, widocznie mięknąc, gdy zauważył jej zmartwienie. — Opowiem ci, obiecuję. Tylko... nie dzisiaj. — Nagle wydał jej się bardzo zmęczony.
Lily skinęła głową. Podniosła znów dłoń do jego twarzy, po czym pogładziła go po policzku.
— Martwiłam się o ciebie — szepnęła, po czym przytuliła go z całych sił. Nie widziała wyrazu jego twarzy, ale z ulgą poczuła, jak odwzajemnia jej uścisk.
Komentarze karmią wenę! Jeśli lubisz czytać to opowiadanie, to zostaw po sobie ślad :)
