IX Spadające gwiazdy

Gdy wyszła za Severusem z zebrania Zakonu, a na jej przedramieniu w akompaniamencie rwącego bólu pojawił się Mroczny Znak, Snape podwinął rękaw swojej koszuli i pokazał jej własny tatuaż. Jego główna część nie zmieniła się ‒ nadal była blada, nie zaś czarna niczym węgiel, jak wtedy, gdy Mroczny Pan wzywał do siebie Śmierciożercę. Tylko jedna z gwiazd, dodanych na ciele szpiega w nagrodę za jego wyjątkowe dokonania, jarzyła się czerwienią.

‒ Boli? ‒ zapytała, wyciągając odruchowo palec, by dotknąć niewidzianego dotąd zjawiska.

Snape szybko cofnął rękę i zakrył znak przed nadchodzącymi mieszkańcami kwatery.

‒ A jak myślisz? ‒ mruknął krzywiąc się lekko. Hermiona, zawstydzona swoim wścibstwem, masowała obolałe ramię. Teraz czuła pieczenie i mrowienie od koniuszków palców, aż po łopatkę.

‒ Przyjemniaczek z niego ‒ westchnęła, z trudem zdobywając się na spokój. W środku, jak morskie bałwany, uderzały w nią kolejne, gorące fale paniki, serce biło jak oszalałe, a nogi miała niczym z waty.

‒ Będziesz się miała zaraz okazję o tym przekonać ‒ odpowiedział zimno.

‒ Długo to potrwa? ‒ zapytała, wprawnie ignorując wstrętny ton mężczyzny.

Wzruszył ramionami. Widziała, że Snape automatycznie się izoluje, odcina od emocji, które mogłyby uchylić maskę obojętności i skończonego skurwsyństwa, którą nałożył nie wiadomo kiedy i od tego momentu już nigdy nie ściągał. Hermiona miała zawsze wrażenie, że gdyby próbowała ją zedrzeć, ta zeszłaby razem z ciałem, odsłaniając trupią bladość czaszki. Maska przyschła do tkanek, wrosła się w nie jak pasożyt. Stała się częścią jego tożsamości. Tak bardzo żałowała, że nigdy nie było jej dane poznać tego człowieka zanim świat rozjechał jego duszę, rozsmarował i pozostawił na pastwę palącego słońca bólu. Zdawała sobie sprawę, że to, co ogląda obecnie, jest jedynie smutną parodią mężczyzny, którym Severus Snape mógłby być, gdyby los okazał się dla niego łaskawszy. Już dawno zrozumiała, że Mistrz Eliksirów miał nie dwóch, lecz trzech okrutnych panów. Albus Dumbledore i Tom Riddle byli oczywistymi wyborami. Jednak trzeci przyszedł jej do głowy dopiero, gdy miała okazję lepiej go poznać i był on równie, jeśli nie bardziej nieludzki od pozostałych.

On sam.

Severus Snape był swoim najbezduszniejszym i najzacieklejszym wrogiem.

‒ Zwykle ból znika po kilku dniach.

Pokręciła głową.

‒ Nie o to pytam… Chodzi o to, kiedy wrócę.

‒ Czy ja ci wyglądam na Sybillę, Granger ‒ prychnął, gdy szli po schodach w dół.

‒ Jakby ci się bliżej przyjrzeć… ‒ zaczęła nerwowo, ale lodowate spojrzenie jego oczu skutecznie zamknęło jej usta.

‒ To nie pora na żarty dziewczyno ‒ wycedził cicho, kręcąc głową z niesmakiem. ‒ Nie jesteś nawet w połowie tak przygotowana, jak powinnaś być, nie masz wystarczającej wiedzy, umiejętności… Oby twoja wola przetrwania i życiowy fart nie zawiodły cię i tym razem, Granger.

Sięgnął do kieszeni i bez słowa, nie patrząc w jej stronę wcisnął jej w dłoń niewielka fiolkę. Nie musiała nawet patrzyć, żeby wiedzieć, co jest w środku. Ich dłonie zacisnęły się wokół szklanego naczynia, palce splotły się w najdziwaczniejszym uścisku, jaki potrafiła sobie wyobrazić.

Ona, on, a pomiędzy nimi płynna śmierć.

Mogę was nauczyć, jak uwięzić w butelce sławę, uwarzyć chwałę, a nawet powstrzymać śmierć..."*

A także ją wywołać ‒ pomyślała teraz i zabrzmiało to aż do nieprzyzwoitości realistycznie.

*sss*

Mroczny Znak poniósł ją bezbłędnie, tak jak Snape zapowiedział; stała przed czarną bramą ogromem ponurego żelastwa tkwiącą w wysokim, gładkim murze. Nie widziała sponad niego wiele więcej niż wierzchołki drzew odartych przez jesień z liści oraz iglastych szpiców wybujałych cisów. Po kamiennej ścianie zagradzającej wejście do rozległego parku, piął się cmentarny bluszcz; jego ciemnozielone liście i grube kłącza zwisały z pobliskiego drzewa by wczepić się w skały. Wokół panowała cisza ‒ grobowa, nienaturalna. Nie rozlegał się tu żaden szelest, szmer ani śpiew ptaków; nawet wiatr zdawał się wstrzymywać oddech. Hermiona również na moment zapomniała o oddychaniu: tkwiąc przez chwile jak zaczarowana tą przedziwną, mrożąca krew w żyłach atmosferą i scenerią rodem z gotyckich horrorów. Przez moment zawahała się, jednak szybko determinacja wzięła górę nad strachem i ‒ co Hermiona stwierdziła z niejakim niesmakiem ‒ nad jej rozumem; wyciągnęła przed siebie dłoń i drżącymi palcami pchnęła lodowate w dotyku pręty bramy.

Czarna Brama ‒ Czarny Pan ‒ pomyślała odruchowo.

Odetchnęła z ulgą, gdy kraty ustąpiły pod ciepłem jej dłoni: brama nie otworzyła się, lecz znikła zupełnie. Hermiona z bijącym szybko sercem przeszła pomiędzy kolumnami. Oczekiwała bólu, ataku magii, czegokolwiek, jednak nic takiego się nie wydarzyło. Z trudem powstrzymała łzy. Jeśli brama posiadłości Riddle'a nie rozpoznała w niej intruza, to była na dobrej drodze do tego, by przeżyć…

Po drugiej stronie ciągnęła się ścieżka pomiędzy dwoma szpalerami drzew. Potężne cisy górowały nad nią swoimi strzelistymi sylwetkami. Podążyła wzrokiem ku ich wskazującym stalowe niebo wierzchołkom; cisza przygniatała ją, pulsowała jej w skroniach tępym bólem.

Powoli ruszyła przed siebie.

Bellatrix Lestrange ‒ czuła się mała w jej skórze, kurczyła się wewnątrz tej cielesnej powłoki jednocześnie pilnując, wyprostowanej, swobodnej postawy, którą charakteryzowała się szalona wiedźma.

Na końcu dróżki, która niegdyś była zapewne szerokim podjazdem dla bryczek, majaczyły schody i dwuskrzydłowe drzwi z ciemnego drewna. Hermionie dosyć dziwnie się szło bo, jak zauważyła, Bella miała nieco krótsza lewą nogę. Musiała się do tego szybko przyzwyczaić. Cała ta zabawa z leczeniem Freda rzeczywiście niemożliwie uszczupliła ich czas na przygotowania i Hermiona szła teraz improwizować z wdrukowanym poczuciem porażki jeszcze zanim przystąpiła do rozgrywki.

Ściskała w dłoni różdżkę odebraną przez Snape'a Belli. Żałowała, że nie mogła mieć swojej. Z tym obcym kawałkiem zimnego drewna czuła się dziwnie i niepewnie. Droga dłużyła jej się, spróbowała więc podbiec, jednak na drżących nogach, w tym z jedną krótszą, nie był to najmądrzejszy pomysł i kobieta potknęła się, cudem unikając upadku. Gdy wreszcie wydostała się z dusznej i mrocznej alei na ponury dziedziniec, zauważyła, że z wysokich okien rezydencji bije blask świec. Ten widok v tak zwyczajny i domowy ‒ wydał jej się tu niestosowny. A przecież, choć trudno było w to uwierzyć, oni wszyscy byli ludźmi: jedli, pili, spali. Potrzebowali powietrza do oddychania i światła, by wyraźnie widzieć. Chociaż uznawali siebie za stworzenia ciemności, nie potrafili żyć w dosłownym mroku ‒ niezależnie od tego, co tkwiło w ich czarnych sercach i na dnie ich dziurawych jak sita dusz ‒ byli tak samo żywi, jak i ona. Krwawili. Umierali. Rodzili się.

Weszła po schodach, a drzwi same się przed nią rozstąpiły. Znalazła się w obszernych hallu: niegdyś zapewne strojnym, teraz surowo urządzonym. Pamiętała go ze wspomnień Snape'a. Po lewej znajdowała się zapewne sala jadalna, tam też skierowała swoje kroki. Po drodze minęła kilku czarodziejów, zapewne strażników, chodzących tam i sam w milczeniu.

Drzwi były uchylone: kolejne wielkie drzwi, które same otworzyły się przed nią w geście zaproszenia.

Blada, jak kość skóra. Bezwłosy czerep i wężowy pysk. Wyglądał raczej jak upiór, a nie żywy człowiek.

Patrzył się na nią z drugiego końca rozświetlonej świecami sali czerwone tęczówki odbijały chybotliwe światło świec. Niby zbyt daleko, żeby to dokładnie dostrzec, a jednak Hermiona widział to aż nazbyt wyraźnie. Wszystko w jej głowie krzyczało, by uciekała. Silą woli spięła mięśnie powstrzymując ciało przed odruchem obronnym.

Ucieczka.

Walka.

To wszystko było bardziej logiczne niż…

Weszła spokojnie, starając się imitować dziewczęcy chód Belli. Ukłoniła się teatralnie i obdarzyła go spojrzeniem, które w zamierzeniu miało być pełne uwielbienia. Nie wiedziała, czy było takim w istocie: nie miała okazji przećwiczyć mimiki.

Voldemort siedział na podwyższeniu, którego nie było we wspomnieniach Severusa. Albo więc Snape zapomniał ten szczegół, albo Riddle sprawił sobie takie udogodnienie stosunkowo niedawno.

Skinął jej ręką, co Hermiona uznała za przyzwolenie na zajęcie miejsca przy stole.

‒ Bella ‒ zagadnął Lord. ‒ Gdzie tys ie podziewałaś moja słodka Bello?

W jego głosie było tyleż słodyczy, co groźby. Hermiona potrząsnęła włosami, maskując wzdrygnięcie.

‒ Tu i tam ‒ zachichotała. Przez oblicze Lorda przeszedł cień, kobieta przez moment myślała, że przeklnie ją lub zabije, ale jej obawy okazały się być nieuzasadnione.

Pokiwał tylko głową: znudzony i zobojętniały.

Nalała sobie wina. Nie potrafiłaby nic przełknąć, choćby ktoś stał nad nią z wymierzoną różdżką ‒ miała sucho w ustach, a przełyk i żołądek kompletnie ściśnięte ze strachu.

Rozglądała się dyskretnie, żeby stwierdzić, kto spośród członków Kręgu pozostał przy życiu.

Rockwood. Mulciber, Avery…

Malfoy'owie ‒ i to dosłownie wszyscy, cała trójka. Draco bardzo się zmienił, musiała przyznać. Nie wyglądał już na hardego chłystka. W widoczny sposób ani jemu, ani jego ojcu nie służyła zażyła znajomość z czarnym panem. Narcyza jakoś się trzymała.

Przy końcu stołu siedział potężny Dołohow. Rudolf, oczywiście.

Dostrzegła Rossiera, Crabbów, młodszego Goyla.

Resztę stanowiły nowe twarze. Było ich tu wszystkich prawie dwadzieścioro. Przeważnie mężczyźni, ale były też trzy nieznane jej kobiety.

Starała się to wszystko zapamiętać.

Wypiła łyk wina.

Czy tylko po to ich tu wezwał? Na ucztę?

Jedzenie wyglądało przepysznie, ale dla Hermiony równie dobrze mogłyby tu leżeć odchody hipogryfa.

Po wszystkim skrzaty odprowadziły ja do jej komnat. Nie znała drogi, więc udawała nieco bardziej pijaną, niż w rzeczywistości była. Wiedziała, że jej zachowanie z pewnością odstaje od normy i że prędzej, czy później Voldemort weźmie ją na spytki. Musiała opracować jakiś plan, znaleźć sposób na to, żeby zrehabilitować się w jego oczach, a przede wszystkim ‒ nauczyć się być Bellą.

*sss*

Zimna, przenikająca chłodem noc zastała ją w tym strasznym zamczysku bezsenną, pogrążoną w transie własnych myśli: kawałku bezpiecznego świata, który dla siebie stworzyła. W tym świecie było ciepło obejmujących ją dłoni i dźwięk spokojnego, równomiernego oddechu. Wbrew sobie, wbrew wszelkiej wiedzy, którą o nim posiadała, zaczęła snuć najbardziej szalone wizje i obrazy.

Czy on rzeczywiście nigdy nie myślał o zostaniu ojcem? Przecież KAŻDY musi się liczyć z taką ewentualnością, czyż nie? Tym bardziej pięćdziesięcioletni mężczyzna… Nie był bezpłodny, jego reakcja na zniknięcie eliksiru była zbyt ewidentnie podszyta strachem… Więc co? Chodziło jedynie o tę beznadziejną sytuację, w której się znaleźli? O bark medyków, zagrożenie śmiercią z rąk Śmierciożerców i beznadzieję życia w wiecznej izolacji od świata? To nie były warunki do wychowywania dziecka, fakt, ale Hermiona miała poczucie, że owa złość i lęk, które objawiły się w tamtej chwili, miały znacznie bardziej osobisty powód.

Przypomniała jej się krótka wymiana zdań między nimi, jego natychmiastowe i okrutne założenie, które poczynił.

A czego niby oczekiwałaś?

No właśnie niczego Snape, sęk w tym, że zupełnie nie byłam sobie w stanie wyobrazić ciebie…

W roli ojca?

Dlaczego tak myślał? Kim był JEGO ojciec, skoro Snape miał tak niskie mniemanie o swoich kompetencjach rodzicielskich? Fakt, pedagogiem był okropnym, ale jednak własne dzieci to coś innego niż cudze… Ona, Hermiona również nie należała do osób rozczulających się nad niemowlętami, a jednak gdy teraz, z dala od domu, wyobraziła sobie trzymane przez siebie maleńkie ciałko, byt stworzony z niej i mężczyzny którego kochała…

Nawet mu tego nigdy nie powiedziała. Nie zdążyła, nie odważyła się?

Tam, na miejscu, mimo wciąż towarzyszącego im strachu, zupełna zagłada zdawała się na tyle odległą perspektywą, że decydowały bardziej prozaiczne emocje: w tym przypadku były to chyba wstyd i strach przed nieodwzajemnieniem.

A jeśli nie będzie już miała po temu okazji?

Teraz, gdy straciła z oczu Kwaterę Główną, jak nigdy miała świadomość kruchości życia ich wszystkich: zarówno swojego tutaj, jak i ich TAM. Przecież Czarny Pan mógł w każdej chwili odkryć jej tożsamość jej tożsamość… Mógł zdenerwować się na nią z najbłahszego powodu i zabić…

Mógł to słowo doskonale charakteryzowało Lorda Voldemorta. Był panem życia i śmierci większości ludzi na globie i jak zdążyła zauważyć podczas kilku godzin ta świadomość sprawiała mu niewyobrażalną… Szukała przez chwilę dobrego wyrażenia.

Ulgę.

To było uczucie, które towarzyszyło mu każdego dnia, gdy rano patrzył w lustro? Jak macocha Śnieżki czuła potrzebę posiadania bezkonkurencyjnej urody, on musiał mieć pewność, że nie ma ani jednego człowieka, który byłby zdolny go zabić?

Roześmiała się głosem Belli. Tuż przed zapadnięciem w krótki, niespokojny sen, Hermionę prześladowała kuriozalna wizja Kwatery Głównej w roli wioski Galów oraz Voldemorta stojącego w miejscu Juliusza Cezara. Tym, co przeraziło ją najbardziej była jednak adekwatność tego porównania.

Na granicy przytomności, wygrzebała z kieszeni małą fiolkę i otoczyła ją palcami, jak najdroższy skarb.

Akt troski, który tylko ona była w stanie zrozumieć.


Remus Lupin znikał na całe dnie. Hermiona również nie wiedziała, gdzie się podziać, gdy mężczyzna wracał wreszcie ze swoich całodziennych wypraw. Próbowała gotować, ale nie bardzo jej to wychodziło. Sprzątała więc: żeby zabić czymś czas, żeby nie myśleć z poczuciem winy o Ronie, żeby nie wspominać tego, co wydarzyło się między nią a Remusem kilka dni temu…

Kamper nagle skurczył się, miała wrażenie, do rozmiarów komórki na miotły; ilekroć znajdowali się w nim oboje, wiecznie na siebie wpadali, dotykali się niechcący, równocześnie wstawali, w tym samym czasie chcieli przejść przez wąskie przejście… Czuła się jak w wyjątkowo głupiej i wyjątkowo ponurej komedii romantycznej, w której właściwy pan młody został brutalnie zamordowany lub uwięziony i torturowany przez szaleńców z władającej światem popapranej sekty psycholi, a panna młoda w jego miejsce oswoiła sobie wilkołaka…

Słuchała mugolskiego radia, śpiewała tandetne piosenki i płakała ilekroć trafiła jej się bardziej romantyczna.

Czuła się tak źle z całą tą sytuacją: wobec Ronalda, wobec Remusa. I wobec siebie. Z jednej bowiem strony miała poczucie, że nie powinna nawet chcieć ułożyć sobie życia; nie w tych okolicznościach, nie gdy Ron być może gdzieś tam dogorywał uwięziony. Że powinna stanąć do z góry przegranej walki, raczej rzucić się pod pędzący po szynach losu skład śmierci i unicestwienia niż szukać swojej odrobiny szczęścia. To wydawało jej się okrutnie egoistyczne. Z drugiej, wiedziała aż za dobrze, że cokolwiek zrobi, nie jest w stanie wydostać hipotetycznego Ronalda z katakumb voldemotrowej fortecy. Snape aż za dobrze wytłumaczył im, jak wygląda więzienie jego dawnego pana: strzeżone lepiej niż Gringotta, zapełnione raczej szczątkami ludzi niż prawdziwie żyjącymi i myślącymi istotami. Gdy zapytała Mistrza Eliksirów, dlaczego w ogóle ich trzyma przy życiu, usłyszała jedno, wyplute przez niego słowo: trofea.

Nie potrafiła spojrzeć w oczy Remusowi z dwóch powodów: po pierwsze miała paskudne poczucie, że mężczyzna może uznać, że się nim bawi, że go skrzywdziła, że dawała mu fałszywą nadzieję; po drugie bała się, że dojrzy w nich jego własne wątpliwości i wstyd z powodu szargających nim emocji. To wszystko było tak szalenie sprzeczne i zagmatwane…

Przecież gdy ją całował, tak bardzo chciała mieć go blisko siebie już zawsze, tak bardzo pragnęła, żeby nigdy już jej nie opuszczał… A jeśli był to tylko wynik jej skrajnej desperacji i osamotnienia? Jeśli, mimo wszystko, nie chodziło w tamtym momencie o Remusa tylko o KOGOKOLWIEK?

Całość dodatkowo stała w sprzeczności z jej własnymi uczuciami, z emocjami, które ostatnio czuła ilekroć go widziała: zażenowanie, uderzenia gorąca, dziwne wrażenie grawitacji między nimi, przyciągania, które kazało im podświadomie dążyć do kontaktu. Pamiętała fakturę jego dłoni, aż za dobrze znała miraże barw w jego zielonych tęczówkach. Zdawała sobie sprawę jak fizycznie zareagowała na tamten pocałunek: gdy już Remus pocałował ją w usta, gdy otrząsnęła się z pierwszego zaskoczenia jego odpowiedzią na jej zaczepkę, całowali się przez chwilę w sposób, którego wcale a wcale nie potrafiłaby określić jako grzeczny lub niewinny. Przez ułamek sekundy przemknęło jej wtedy przez myśl, żeby zdjąć z niego tę cholerną kraciastą koszulę, dotknąć jego skóry, poczuć zapach jego ciała: prawdziwy, niezakłócony warstwami tkanin: zapach potu, feromonów, skóry i włosów… Pamiętała, że wtedy otworzyła oczy i dostrzegła w jego oczach odbicie swojej żądzy, pamiętała, że wtedy oboje odsunęli się nagle, uciekli mamrocząc niewyraźne przeprosiny.

Czy nie rozpamiętywała tego ilekroć zdarzyło jej się odpłynąć myślami? Czy to nie tam wędrowała: do tej krótkiej chwili, kiedy dłonie Remusa trzymały jej talię, kiedy kolano mężczyzny znalazło się pomiędzy jej udami, gdy pochylał się w jej stronę klęcząc na kanapie?

Merlinie…

Ile razy w myślach rozbierała go, ile razy on rozbierał ją?

To w sumie niezmiernie ją ciekawiło: co myśli sobie o tym wszystkim Lupin ‒ czy ucieka w przeświadczeniu, że Hermiona wzgardza jego uczuciami, czy wręcz odwrotnie ‒ będąc na zupełnie przeciwnym biegunie niż kobieta, stara się unikać tematu, który mógłby ją zranić? I skąd się u niej wziął ten idiotyczny pomysł, że ona, Hermiona jest akurat na tym konkretnym biegunie relacji?

Zaklęła głośno i aż podskoczyła, słysząc w odpowiedzi pytające chrząknięcie, dochodzące od strony wejścia.

‒ Długo tu stoisz? ‒ zapytała, siląc się na uśmiech.

‒ Wystarczająco ‒ powiedział spokojnie, jego oczy pociemniały dziwnie.

Pobladła.

‒ Mówiłam do siebie?

‒ Tylko troszkę ‒ lekki uśmieszek skrył się pod rudym wąsem.

‒ Och…

Miała ochotę krzyczeć. Nie dość, że teraz mówiła, jak potłuczona, to jeszcze Remus usłyszał Merlin wie ile z jej emocjonalnej paplaniny, której nawet nie była aż dotąd świadoma…

W radiu, jakby cały świat postanowił nagle ją zdradzić, zadźwięczały pierwsze akordy piosenki U2, a Hermiona poczuła, że ona naprawdę chce, żeby i ją ktoś uratował, uratował z tej patowej sytuacji… Patrzyła na niego w rozbrajająco bezradny sposób, a po jej policzkach pociekły łzy. Lupin podszedł do niej, wyciągnął dłoń i pogładził kobietę po policzku ‒ ich twarze znów znalazły się stanowczo zbyt blisko siebie. Trącił delikatnie nosem koniuszek jej nosa, a Hermiona zaśmiała się, wciąż jeszcze szlochając.

Był zaskakująco poważny, gdy obejmował ramieniem jej talię i przyciągał delikatnie do siebie ‒ ich czoła zetknęły się, Hermiona przymknęła oczy. Lupin nucił, czy raczej buczał pod nosem, a ona poczuła, że przesuwają się i obracają z wolna wokół wspólnej osi.

Tańczyli.

Wchłonęła ją ta chwila, Hermiona wsiąkła bez reszty w ciepło jego oddechu, w bezpieczną przestrzeń jego objęć, szeroką klatkę piersiową, na której spoczęły jej dłonie, stopniowo sunąc w stronę szyi czarodzieja. Muzyka zwolniła. Jej ramiona otoczyły kark Remusa, palce znalazły jego włosy.

Otworzyła oczy by napotkać ciepło jego spojrzenia, a ich usta spotkały się wraz z przebrzmiewaniem ostatniej zwrotki:

I've conquered my past
The future is here at last
I stand at the entrance
To a new world I can see
The ruins to the right of me
Will soon have lost sight of me
Love rescue me"**


Obudziła się, wyrwana przez powrotną transformację ‒ kiedy spała, Eliksir Wielosokowy przestał działać. Drżała. W komnacie panował lodowaty ziąb. Poprzedniego wieczora odwołała skrzaty domowe, żeby żaden nie zauważył, że Bellatrix Lestrange wcale nie jest tą, za którą się podaje. I tak była przerażona. To był dom Riddle'a, nie jej: mogła powiedzieć, że nie potrzebuje asysty, jednak te małe stworki mogły wejść tu mimo jej wyraźnego zakazu jeśli tylko Voldemort miał takie życzenie.

I ona śmiała narzekać na Kwaterę Główną? W porównaniu z tym ciemnym, zimnym pokojem, w którym wszystko zdawało się ją szpiegować, numer dwunasty jawił się Hermionie jak potężna forteca.

Z kołaczącym sercem wypiła obrzydliwy płyn. Jego smak szybko strząsnął z niej resztki snu i to zarówno uczucie zaspania, jak i dezorientację, która ostatnio towarzyszyła jej po przebudzeniu.

Ręce Remusa, usta Remusa...

Twierdza Czarnego Pana.

To było jak upadek na ten przeklęty, lodowaty kamień. Wstała, przeszła przez pokój do lustra. Chciało jej się krzyczeć, wyć, ale widząc tę znienawidzona twarz odbita w gładkiej tafli zwierciadła zaniosła się tylko histerycznym śmiechem. Łzy ciekły jej po policzkach, a ona śmiała się głosem Belli, ustami Belli w środku umierając.

Czy tak się czułeś? ‒ pomyślała. ‒ Czy tak właśnie było i z tobą?

Postanowiła, że zapyta o to Snape'a, gdy już wróci.

Jeśli wróci ‒ poprawiła się szybko.

Była roztrzęsiona. Część niej tak bardzo chciała pozostać w tamtym śnie na zawsze: Remus, nie Remus ‒ był tam ktoś, kto ja kochał, kto był blisko niej i sprawiał, że czuła się bezpieczna. W tamtym świecie, w którym uciekła od wojny, schroniła się przed kataklizmem z daleka od wszystkiego i wszystkich…

A jednak wiedziała, że uczucie rozwieje się stopniowo i za kilka godzin będzie jedynie bladym wspomnieniem, jakie zostaje po obejrzanym filmie lub przeczytanej książce.

Tamten świat, czymkolwiek był, nie był jej światem, jej rzeczywistością. Remus był wspaniałym przyjacielem: wiernym i oddanym, ale ona zaangażowała się w związek z tym mrocznym, zniszczonym człowiekiem i teraz, jak nigdy dotąd, zdawała sobie sprawę, że tylko on mógł ją zrozumieć i dać jej wsparcie, którego potrzebowała. Żadne ciepłe słowa, żadna czułość nie zmyje już nigdy z niej tego, co tu uczyniła i co jeszcze będzie zmuszona zrobić. Pierwszy raz dotarło do niej, dlaczego Snape tak bardzo wzdragał się przed bliskością: nie dlatego, że miał niskie poczucie własnej wartości, nie dlatego nawet, że nienawidził ludzi (choć oczywiście nie znosił ich dogłębnie). Główna przyczyną jego izolowania się było uczucie zbrukania. I to uczucie ‒ paradoksalnie ‒ sprawiło, że Mistrz Eliksirów stał się jej teraz jeszcze bliższy, a cała reszta świata jawiła się jako coś, co mogłaby zepsuć jednym zatrutym oddechem.

Rozległo się ciche pukanie do drzwi.

Hermiona wyprostowała się. W chwili, w której otworzyła drzwi, kolejny kawałek jej duszy obumarł bezpowrotnie.

Luna siedziała i karmiła Freda cienkim rosołem, który standardowo upichcił Remus. Zebranie z zeszłego wieczora zostało przerwane. Snape siedział w swojej pracowni i nic nie zwiastowało, by ten stan w najbliższym czasie uległ zmianie.

Lupin chodził do niego regularnie i pytał, czy może zrobić sobie przerwę i równie regularnie otrzymywał wycedzone przez zęby „Odpieprz się Lupin". W końcu wilkołak dał za wygraną i zajął się próbami odnalezienia Syriusza Blacka kolejne zadanie tyle bezsensowne, co nieskuteczne, jak stwierdziła Luna. Trochę się obawiała, co przydarzyło się mężczyźnie tamtej nocy, jednak jakiś głos w jej głowie krzyczał, że gdyby magia nie zareagowała instynktownie broniąc jej i nienarodzonego dziecka, teraz pewnie to ona byłaby celem ekspedycji urządzanych przez Lupina.

Ciekawiło ją niezmiernie, skąd wzięła się ta magia: czy była to reakcja jej, czy domu? I co stało się z Blackiem?

Nie było jej go jakoś nadmiernie żal: był żałosny, bezużyteczny i porywczy. Nie znała go dobrze i nigdy za nim nie przepadała, nawet w jego względnie dobrych czasach. Domyślała się sporo z powodów, które wpędziły go w alkoholizm, ale patrzyła na to wszystko chłodno, bez cienia rozczulenia: Luna niełatwo empatowała, niechętnie wchodziła w bliższe relacje, gdyż zawsze miała poczucie, że życie jest nietrwałe i kruche. I miała rację, czyż nie?

Wbrew zapowiedziom nie miała jeszcze dość odwagi, by poinformować Freda o ciąży. Zobaczywszy w jakim jest stanie, była zmuszona przyznać Snape'owi rację: jej mąż niekoniecznie znajdował się w kondycji odpowiedniej do otrzymywania takich wiadomości. Postanowiła, że pozwoli mu najpierw nabrać sił, zapoznać się ze wszystkimi pozostałymi zmianami: powodem swojej długiej śpiączki (gdy pytała go, czy pamięta, co wydarzyło się zanim stracił przytomność, za każdy razem kręcił głową), nieobecnością Hermiony, planami Remusa i Snape'a, Bellą ukrytą w kufrze…

Musiała przyznać, że to ostatnie w połączeniu z Granger paradującą w szatach Śmierciożercy zrobiło na niej samej spore wrażenie. Plan był szalony, a Hermiona musiała zupełnie postradać rozum skoro zgodziła się ryzykować życiem w tak beznadziejnej sprawie. Według Luny szanse na to, że jej koleżanka wróci cała i zdrowa były marne. Snape musiał myśleć tak samo, skoro odizolował się w laboratorium wściekły i zraniony, zamiast świecić swoim sarkazmem w oczy każdemu napotkanemu towarzyszowi niedoli, jak to miał w zwyczaju czynić na co dzień.

W zasadzie nie miała nawet z kim podzielić się tymi spostrzeżeniami: nawet jeśli Ginny i Hermiona oddaliły się od siebie ostatnio, ruda nadal żywiła do przyjaciółki niesamowity sentyment i odkąd ta zniknęła z numeru dwunastego, Weasley'ówna chodziła jeszcze bardziej struta i ponura niż zwykle. A może zadziałały tak na nią wyrzuty sumienia, które po wybudzeniu się Freda zyskały zupełnie nowy wymiar? Luna nie potrafiła tego zrozumieć: przecież chłopak sam ją przeklął, podstępnie zmusił do zrobienia sobie krzywdy, użył jej jak narzędzia… Gdyby to z nią tak ktoś postąpił, pewnie by go znienawidziła. I to dożywotnio. A może wybaczyłaby, bo zważywszy na szalone okoliczności, w jakich się znaleźli, granica między tym, co słuszne a bezzasadne zatarła się i stworzyła mnóstwo okazji do nadużyć i użalania się nad sobą z byle powodu…

Ginny była może bardziej smutna niż dotychczas, jednak ożywiała się w jej towarzystwie, a to Lunie odpowiadało: chociaż daleka była od powierzania Ginewrze swoich sekretów i przemyśleń na temat domowników, cieszyła się, że ma chociaż z kim zamienić kilka słów.

Tym, kto niepokoił ją najbardziej był James Potter. Właściwie od zawsze traktowała go z duża dozą podejrzliwości, gdyż jego życzliwość zdawała jej się wymuszona, sztuczna i niewiele z prawdziwym dobrem mająca wspólnego. Nie to, że widziała w nim czarny charakter, jednak było w nim sporo mroku, którego źródło nie do końca rozumiała. W pewnym sensie był zupełnym przeciwieństwem Snape'a: postaci tak owianej tajemnicą, chodzącego symbolu goryczy i nienawiści do samego siebie i świata. Potter pochodził z innego świata, ze świata luksusu i pieniędzy, iluzorycznej władzy nad własnym losem, którą: PACH! ot, tak odebrał mu Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Miała wrażenie, że o ile Mistrz Eliksirów nosi maskę, by chronić siebie i innych przed tym, co tkwiło wewnątrz jego duszy, to James zakłada ja tylko po to, by nikt nie dowiedział się, jak bardzo przegniłe wnętrze się za nią kryje.

Nie lubiła Snape'a. Jednak musiała przyznać, że było w nim coś szlachetnego, biła od niego siła, której większości z nich brakowało.

Zaśmiała się sama do siebie, ściągając na siebie pytające spojrzenie Freda. Nadal był zbyt słaby, żeby mówić.

Pokręciła głową.

‒ Tylko myślę dodała, uśmiechając się pogodnie.

Fred z wysiłkiem podniósł dłoń i pogładził ją po twarzy.

‒ Odpoczywaj powiedziała.

Skinął tylko i zaraz zamknął powieki.

*sss*

Ponoć zrobiła się małomówna ‒ tak twierdził Czarny Pan. Jej pan. Musiała więc się bardziej postarać.

Hermiona podczas pierwszych dwóch dni szybko zrozumiała, jak bardzo źle wybrała próbując swoich sił w roli Belli. Chciałaby móc powiedzieć, że to wszystko było warte wysiłku, ryzyka i wreszcie ‒ kompletnego zniszczenia samej siebie. Ale prawda była okrutna: nie było. Snape, choć wykonywał je znacznie dłużej, miał nieco łatwiejsze zadanie: mógł obrać własny styl, stworzyć wygodną maskę, pozę do odgrywania w doborowym gronie zwyrodnialców i psycholi pierwszej klasy. Ona musiała wejść w gotową już rolę, bodaj najtrudniejsza do zagrania. Zdarzało jej się nawet myśleć, że wolałaby już chodzić tu jako sam Lord, niż odgrywać jego najwierniejsza fankę i pupilka w jednym. Szalonego pupilka, pupilka uzależnionego od cierpienia innych, łaknącego śmierci, zniszczenia i wojny. Hermiona odnosiła wrażenie, że tę kobietę w jakiś sposób pobudzało to erotycznie. Pamiętała te jej na wpół histeryczne ‒ na wpół ekstatyczne jęki i okrzyki ze wspomnień Severusa. Samo stanie, przebywanie w jej ciele stanowiło dla Hermiony szok. Co dopiero imitowanie jej sposobu bycia, a przede wszystkim ‒ robienie tego, co ta kobieta miała w zwyczaju robić.

Pierwsze wskazówki przyszły bardzo szybko w postaci rozbawionych komentarzy, gdy wprowadzono tego ranka jakiegoś poturbowanego, wymęczonego człowieka i rzucono go na posadzkę tuż przy podwyższeniu, na którym w swoim podobnym tronowi fotelu, zasiadał Władca Ciemności.

Riddle patrzył na więźnia z beznamiętnym wyrazem wężowatej twarzy. Czekał. Hermiona zastanawiała się w panice, na co. Nie była w stanie nic zjeść. Talerz stojący przed nią był pusty, piła tylko wino, co raz więcej wina, w miarę jak upływał w ciszy dłużący się czas.

‒ Coś nie kwapisz się dzisiaj, Bellatrix ‒ zauważył znudzonym głosem Voldemort.

Cholera, kurwa mać… ‒ wbiła wzrok w talerz.

‒ Nic nie zjadłaś ‒ powiedział z niemal pieszczotliwą nutą.

Zmusiła się do uśmiechu ‒ szerokiego, idiotycznego grymasu, który czyniła Bella ilekroć kierowała wzrok w stronę Czarnego Pana.

‒ Jakoś czuję się dzisiaj… nieswojo, Mój Panie ‒ wydusiła z siebie z ekstatyczną estymą.

‒ Właśnie widzę ‒ uśmiech czarnoksiężnika sprawiał wrażenie, jakby kiepskie samopoczucie kobiety było spełnieniem jego oczekiwań. ‒ Tym lepiej ‒ dodał, już ostrzejszym tonem i potoczył wzrokiem po sali. Wreszcie jego czerwone oczy zatrzymały się i utkwiły w w Augustusie Rockwood. ‒ Dzisiaj honory miał pełnić nasz drogi ‒ zacmokał ‒ Gussie.

Szpakowaty mężczyzna o dziobatej twarzy wstał niechętnie, Hermiona dostrzegała w jego ruchach ociąganie. To ja zdumiało. Może nigdy dotąd tego nie dostrzegała, a może rzeczywiście ten mężczyzna był bardziej wyrachowany niż okrutny. Hermiona, udając ciekawość, śledziła go wzrokiem. Puściła nawet oko do mężczyzny. Improwizowała. Zauważyła już, że mało kto traktuje ją tutaj poważnie, a jednocześnie większość ludzi, nawet tych z Wewnętrznego Kręgu ‒ obawiała się jej. Wystarczyło, by zachowywała się dziwacznie i nieprzewidywalnie. To była prostsza część jej zadania. Ta druga… Cóż…

Chichocząc na widok przerażenia mężczyzny, do którego właśnie podszedł Rockwood, Hermiona przechyliła na bok głowę, a gdy rozległy się pierwsze krzyki torturowanego mężczyzny ‒ zaczęła klaskać.

Ile jeszcze razy uda jej się wykpić? Może raz. Może… Sława belli wyprzedzała ja sama i Hermiona miała świadomość, że notorycznie odmawiając udziału w riddle'owych przedstawieniach, ściągnie na siebie nie tylko złość Czarnego Pana, ale i jego podejrzenia.

Rockwood, wykonując powierzone mu zadanie złamania więźnia miał spokojną, pozbawiona emocji twarz. Patrzył się cały czas w oczy swemu pany, jakby czekał na znak, kiedy może przestać. Gdy na moment zdejmował klątwę Cruciatusa, beznamiętnym tonem zadawał wciąż te same pytania:

‒ Gdzie ona jest.

‒ Gdzie ukrywają się koledzy twojej córki.

‒ Czy masz kontakt z Zakonem Feniksa.

Mężczyzna szlochał i śmiał się na zmianę, a w Hermionie narastało bardzo nieprzyjemne uczucie: że skądś zna tę wychudzona twarz, że gdzieś już widziała…

‒ Starczy, Rockwood ‒ powiedział Voldemort, machając niedbale blada dłonią. ‒ Pan Lovegood z pewnością chętnie skorzysta z naszej gościny przez kolejny miesiąc… My jesteśmy bardzo gościnni, prawda Ksenofiliusie? Można by rzec, że… nie sposób jest się od naszej gościnności opędzić.

Śmierciożercy zaśmiali się chórem. Hermiona też się śmiała. Jednak wewnątrz wszystko w niej zamarło.

Ojciec Luny żył.

*sss*

Ostry ból przeszył ramię Hermiony dokładnie w momencie, w którym zabierała się do ćwiczenia Oklumencji. Syknęła, przymknęła oczy, starając się opanować fale lęku, która zalała ją automatycznie na myśl o kolejnym spotkaniu z Voldemortem: nie to, że liczyła na spędzenie długich przyjemnych wakacji w Riddle Manor, jednak na razie za każdym razem widok gadziego pyska Toma wywoływał u niej panikę. Pozbierała się do kupy. Musiała. Od tego zależało przecież jej przetrwanie.

Czy Snape też tak sobie powtarzał? Czy robił to wszystko ze szlachetniejszych niż ona pobudek? To znaczy… Ona naprawdę chciała ich wszystkich uratować, ale w tym momencie jedynym, o czym potrafiła myśleć, było jej własne bezpieczeństwo.

I Ksenofilius Lovegood zalegający na dnie gościnnego lochu Voldemorta.

Obiecała sobie, że go stamtąd wyciągnie, gdy tylko nadejdzie właściwy moment.

Wstała. Ręka paliła ją co raz mocniejszym bólem ‒ wprawdzie jej Mroczny Znak nie mógł reagować na osobiste wezwanie Belli, zachowywał się jednak bez zarzutu jako automatyczny środek teleportacji w pobliże Lorda i w sytuacjach, gdy ten chciał widzieć ich wszystkich obok siebie. Była w tym jakaś pociecha, ale Hermiona i tak cały czas obawiała się momentu, w którym nie odpowie na żądanie Voldemorta, o którym nie będzie mogła mieć pojęcia. Wszystko podziało się za szybko: nie zdążyli ze Snapem nic przygotować. Żywiła jedynie nadzieję, że gdy ten moment nastąpi, Mistrz Eliksirów zdoła ja w porę powiadomić.

Przeszła długim korytarzem do hallu, a tam już wystarczyło skierować się za gwarem wielu głosów. Było ich tutaj wielu: pięćdziesięciu, może więcej ‒ cały Wewnętrzny Krąg i mnóstwo postaci, których nie kojarzyła nawet z widzenia. Bo skąd by mogła? Modliła się w duchu do wszystkich znanych sobie bogów, by za chwile nikt nie zapytał jej o coś, nie zawołał lub nie podszedł z powitaniem. Jadnak wszyscy traktowali ja jak zadżumioną. Uśmiechała się więc tylko w ten charakterystyczny dla Bellatrix sposób. Kątem oka złowiła wściekłe spojrzenie Rudolfusa, ale zignorowała je zupełnie. Musiała tu jakoś przetrwać, dowiedzieć się czegoś przydatnego, czegoś, co mogłoby pomóc uratować jej bliskich i uciekać. Czy w ogóle istniała tak informacja? Jakiś wyłącznik horroru, w którym żyli? Jakich ofiar wymagało wciśnięcie go i włączenie światła? Podejrzewała, że niemałych.

Przepchnęła się przez tłum. Voldemorta jeszcze nie było. Zapewne miał zamiar wkroczyć: teatralnie, efektownie i ogłosić jakąś popieprzoną nowinę.

Nie pomyliła się.

Niebawem rozległ się szelest jego szaty, ludzie rozstąpili się, ona dygnęła w nonszalancki, choć pełen wdzięku sposób. Tak jej się przynajmniej wydawało. Musiało to przecież wyglądać komicznie.

Jeśli on mnie nie zabije jeszcze dziś, to będę miała konkretny powód do świętowania.

Stanął przed nimi, uniósł ramiona w ojcowskim geście, którego Hermiona szczerze nienawidziła po czym otworzył swoje bezwargie usta:

‒ Moi wierni słudzy. Mam dla was wiadomość, która z pewnością część z was ucieszy ‒ spojrzał z rozbawieniem na Hermionę, ‒ a dla części będzie wspaniałą lekcją, możliwością do sprawdzenia się w boju.

Hermiona wstrzymała oddech. Jednocześnie Bella podskakiwała jak mała dziewczynka, klaszcząc i rozglądając się na boki, jakby zagrzewała innych do podobnej reakcji. Kilku młodszych Śmierciożerców, spoza Kręgu, nieśmiało do niej dołączyło. Voldemort podniósł dłoń, by uciszyć owację, jednak widać było, że jest zadowolony.

‒ Na przedmieściach Londynu zebrały się pożałowania godne mugolskie wojska. Sądziłem, że te ograniczone umysłowo stworzenia zrozumiały już, gdzie znajduje się ich miejsce na tym świecie, który dla nich budujemy, ale najwidoczniej się myliłem v jego twarz wyrażała teraz głęboki smutek, zakrawający o żałobę, ból i poczucie zdrady…

‒ Tak. Nawet ja potrafię się mylić…

Hermionie było już niedobrze ‒ od gorąca i duchoty, jaka panowała w zatłoczonym pomieszczeniu, od maniery Lorda oraz ze strachu o to, co będzie się za chwile działo.

Kazał im zabrać pochodnie. Kazał włożyć maski, czarne szaty i wyjść za nim.

Założyli. Wzięli. Wyszli.

‒ To będzie spektakl ‒ uśmiechnął się szeroko. Nagini wiła się wokół jego torsu, szyi, ramienia.

Hermiona nie śmiała w to zwątpić ani na minutę. Starała się trzymać blisko niego, ale nie miała ani odwagi ani żołądka do tego, żeby kleić się i łasić tak, jak to robiła Bella ze wspomnień Severusa. Hermiona żałowała teraz, że nie podpytała Petera Pettegriew o cokolwiek. Glizdogon zapewne powiedziałby jej to samo, co zwykle: że on jest tylko księgowym, że nie wie o niczym poza numerkami. Rzeczywiście tylko tyle potrafił im, jak dotąd, powiedzieć:

Dostałem rachunek na trzysta trumien.

Czarny Pan chyba przejął kolejny duży majątek, bo kazano mi wpisać w księgi ponad siedemnaście tysięcy galeonów...

Westchnęła.

Lord aportował się i wszyscy wokół niej zrobili to samo. Hermiona stała przez kilka sekund walcząc z ogromną pokusą, by uciec stąd i nigdy nie wracać.

Ale nie mogła.

Spojrzała za siebie, na dwór. Namierzenie wejścia do lochów również pozostawało bardzo kuszącą opcją, jednak nie wchodziło w grę. Po dworze przechadzali się strażnicy, pełno też było tam skrzatów i innych donosicieli.

Nie mogła.

Wzięła więc tylko głęboki wdech i podążyła za resztą, niesiona palącą potrzebą Lorda Voldemorta

Czarny Pan stał na wzgórzu. Wylądowała i przepchnęła się przez szeregi zakapturzonych postaci. Stanęła u jego boku ‒ dumna, wyprostowana. Zdjęła maskę, odsłoniła głowę. Uśmiechnęła się.

Taką pamiętała Bellę z każdej potyczki. Voldemort skinął jej głową. Potrząsnęła włosami.

Czarnoksiężnik wyciągnął dłoń z różdżką przed swoje usta i dmuchnął, a z jej końca popłynął strumień siwej pary, czy dymu ‒ trudno było stwierdzić. Dość, że w miarę, jak Czarny Pan wydmuchiwał powietrze, przestrzeń w dół zbocza zalewała ta dziwna mgła. Hermiona podążyła za nią wzrokiem, i serce w niej zamarło na widok tych wszystkich ludzi w niekompletnych mundurach.

Wojsko ‒ pomyślała jeszcze bardziej zniesmaczona tym, co zaraz zrobi. ‒ Chyba partyzantka.

Starała się pilnować swojego umysłu, nie współodczuwać z nikim tam na dole, ale nie potrafiła. Chociaż wiedziała, że jest to kluczowe dla powodzenia misji, chociaż Voldemort mógł ja przez to rozszyfrować, nie umiała. Snape powtarzał jej po wielokroć, jakie to ważne, by się odcięła.

Zwariujesz…

Cicho! ‒ zbeształa się w myślach.

Ludzie na dole zaczęli się poruszać ‒ jedni cofać, inni iść naprzód.

Wtedy Czarny Pan dał im sygnał do ataku.

Więc zaatakowali.

Niektórzy pędzili z pochodniami w rękach: z wariackim chichotem, strzelając nad sobą promieniami z różdżek.

Inni schodzili powoli, ostrożnie: Avery, Rockwood, Rudolfus, Lucjusz, Narcyza…

Po chwili namysłu Hermiona wyprzedziła ich wszystkich, rozchichotana, szalona. Bella.

Gdy wydostała się z oparu i stanęła naprzeciw ich wszystkich zrozumiała, że to nawet nie była żadna zorganizowana akcja, żadne wyzwanie rzucone czarodziejom: ot, szli sobie zapewne z punktu A do punktu B. Bo co innego skłoniłoby ich do zajęcia pozycji w dolinie, jeśli nie przemarsz?

Stała, nagle znieruchomiała i patrzyła na mężczyzn i kobiety w rosnącym szoku.

Merlinie…

Trwało to tak naprawdę ułamki sekund. Otworzyła usta, chcąc im coś powiedzieć... Wtedy dogonili ją inni.

Zaklęcia sypnęły się jedno, za drugim. Rozległy się strzały. Płomienie i mgła wymieszały się, tworząc przedziwne tło dla tej masakry. Spojrzała na wzgórze, w kierunku szczupłej sylwetki Voldemorta i miała ochotę wrzeszczeć, rzucić się na niego z pazurami…

‒ Co ty wyrabiasz, Bella ‒ rozległ się obok niej głos Rudolfusa. ‒ Co się z tobą dzieje?

Spojrzała na niego swoimi wielkimi oczami. Odepchnęła go. Patrzył na nią, obserwował ją: czuła na sobie jego zimny wzrok. I nie, nie chodziło jej o Lestrange'a, ale o jej mrocznego Pana.

Zebrała się w sobie, przypomniała sobie wszystkie najgorsze momenty tej wojny, wszystkie krzywdy, których doznała ona oraz najbliżsi jej ludzie…

Nie mogła. To nic nie zmieniło.

Ale rzuciła je v niewybaczalne zaklęcie.

Crucio! ‒ krzyknęła, celując w lezącego już na ziemi mężczyznę.

Merlinie, spraw, by już tego nie czuł, żeby…

Wrzask mężczyzny niemal zmusił ją do przerwania tortur.

Ale nie mogła.

Był przy niej, czuła to. W jakiś sposób patrzył jej oczami, słyszał jej uszami: czuła w sobie jego obecność.

Crucio!

Ulubione zaklęcie Belli.

Avada Kedavra!

Drętwota!

Crucio!

Ziemia płonęła. Powietrze paliło w nozdrza dymem, gryzło w gardle. Kaszlała.

Ilu było tych ludzi?

Z pewnością mniej.

Serie z karabinów, które początkowo przelatywały koło niej, powoli cichły. Nie była ranna, nawet przez moment nie bała się, że umrze. Nikt tu nie był ranny. Pociski nie trafiały celu. Na własne oczy widziała, jak zmieniają tor lotu, gdy tylko zbliżały się do któregokolwiek z nich.

Rozpłakała się, udając, że to kolejny napad histerycznego chichotu.

Gdy poczuła, że wzrok i uwaga Voldemorta rozpraszają się, gdy zobaczyła, że rozmawia z kimś, odetchnęła z ulgą.

*sss*

Gdy Severus Snape wdrapał się na poddasze, z niejakim zaskoczeniem stwierdził, że za oknem pada śnieg. Zmarszczył brwi ‒ jego posągowa sylwetka majaczyła na tle nikłego światła ulicznych latarni jakiegoś miasteczka na końcu świata; jego ostre rysy oświetlone bladosinym światłem nocy zdawały się jeszcze bardziej groteskowe. Stał i patrzył, jak krajobraz stopniowo pobiela się cieniutką warstwą lodowego lukru. Zaklął pod nosem.

Został niespełna tydzień do najbardziej bezsensownego punku w roku: Bożego Narodzenia.

Lupin niebawem przytaszczy skądś przerośniętą choinkę i zawali nią większość przestrzeni salonu. Będzie ja ozdabiał mrucząc pod nosem wszystkie te bzdurne melodie i nagabując do tego idiotyzmu pozostałych domowników.

Może jednak się skusisz, Severusie?

...

Nie? Dobrze. Wiesz, że nie odpuszczę i spróbuję znowu za rok zaszczepić w tobie ducha świąt?

Jeśli dożyjesz, Lupin.

Celna uwaga.

Będzie wieszał jemiołę. Będzie śpiewał pozbawione logiki piosenki o złotych dzwoneczkach, zielonych drzewkach i skrzydlatych aniołkach ‒ o wszystkim, co w obecnych okolicznościach było dwakroć tak kuriozalne, jak zwykle.

W świecie Severusa Snape'a, świecie pełnym mroku rozświetlanego jedynie od czasu do czasu przez płomień liżący dno kociołka, wszystkie te symbole nieprzeżytych radości, obcych mu emocji stanowiły sól na jego jątrzące się rany. Znowu zamknie się na kilka dni w pracowni tak, jak zwykł to czynić rok w rok, będzie udawał, że nie słyszy zamieszania, śmiechów i pobrzękujących sreber pani Black.

Zrezygnowany, obserwował, jak po niebie sunie spadający kawałek kosmicznej skały. Znowu zaklął.

‒ Jeszcze ciebie mi tu brakowało ‒ mruknął i odwrócił się od okna.

Ale po paru sekundach, jego wzrok znów powędrował ku jasnemu ogonowi komety: jakby Mistrz Eliksirów zerkał, upewniając się, że spadająca gwiazda wciąż tam jest, że wciąż ma jeszcze szansę…

Zawahał się. Przez jego twarz przeszedł skurcz.

‒ Wróć Granger ‒ pomyślał.

Stał jeszcze kilka sekund, po czym chyłkiem, jak chłopak bojący się przyłapania na jakimś niecnym uczynku, zszedł po schodach na dół.

*sss*

Wiele mil dalej, Hermiona Granger, stojąc w ogrodzie Riddle Manor, patrzyła na tę samą gwiazdę.

Jej oczy były puste, matowe, pozbawione życia. Ciało miała obolałe, spięte; głowę ciężką, umysł niezdolny do wytężonej pracy. Nie mogła jednak spać ‒ chodziła więc po okolicy starając się odpędzić czarne myśli. Nocą dwór wyglądał niczym wyjęty z gotyckich historii, jednak to w jej umyśle odgrywały się wciąż od nowa i od nowa prawdziwe horrory, a działo się tak ilekroć odważyła się zmrużyć powieki.

Odliczała buteleczki z Eliksirem Wielosokowym wiedząc, że gdy się skończą, a miało się to stać już niebawem, będzie zmuszona udać się do Kwatery Głównej po nowe jeszcze przed Nowym Rokiem.

To przypomniało jej o czymś oczywistym, co umknęło jak dotąd jej uwadze: zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Cholerne święta.

Hermiona po raz pierwszy powoli zaczynała rozumieć snape'owy sceptycyzm do całego tego przesłodzonego syfu.

Prezenty? Błyskotki?

Poncz i pierniki?

Kobieta wiedziała już, że bez względu na to, czy świąteczny posiłek będzie zmuszona zjeść tu w czeluściach upiornego dworzyszcza, czy wróci na Grimmauld Place, pieczeń v nawet ta autorstwa Remusa Lupina, będzie jej pachniała krwią ofiar. Kolędy będą rozbrzmiewać wrzaskami torturowanych ludzi. Zaś prezenty…

Na co komu te pieprzone prezenty?!

Jaki w ogóle sens miało obdarowywanie kogoś takiego, jak ona lub bycie obdarowywanym przez osobę, która zrobiła te wszystkie… rzeczy.

Atmosfera świąteczna nie mogłaby być gorsza nawet, gdyby urządzili je nad otwartymi grobami swoich bliskich…

Wiedziała już, że nawet jeśli zmusi się do uczestnictwa w tej szopce, tylko popsuje wszystkim humor.

Lepiej było już z klasą zamknąć się w pokoju i przeczekać kataklizm całusów, słodkości i życzeń. Czego ona do cholery miałaby życzyć tym wszystkim imbecylom?

James, życzę ci, żebyś nie zginął jak ten mężczyzna, którego wczoraj wywlekali na moich oczach półnagiego z mieszkania…

A tobie, Fred żebyś nie musiał patrzyć, jak ktoś tnie Lunę na kawałki jakimś zaklęciem, którego nie znałam ale z pewnością niedługo sama użyję…

Idea świąt stała się obrzydliwa.

Ta wojna była przegrana ‒ przecież widziała to na własne oczy, sama pomagała to sobie udowodnić: Śmierciożercy, których nie imały się pociski wystrzeliwane seriami z karabinów mordowali nawet tych, którzy odrzuciwszy broń, zaczynali w panice uciekać.

Chciała przestać istnieć.

Tym czasem najbardziej przerażał ja fakt, że nie była sobie w stanie przypomnieć, co sama robiła przez ten cały czas: ilu ludzi zabiła, jak to zrobiła i jakie temu towarzyszyły emocje. Czy była przerażona? A może wpadła w bitewny trans? A może nie czuła zupełnie nic… tak, jak teraz.

Patrzyła na ciemne niebo. Cała walka była jak sen, jak mroczny i rozmazany sen, znacznie mniej wyraźny od jej dziwnych wizji. Mogłaby więc przyjąć, że wszystko rzeczywiście tylko jej się przyśniło.

Ale nie mogła. W swojej naiwności starała się odkopać wyparte wspomnienia, by choć w taki sposób oddać sprawiedliwość poległym z jej reki ludziom.

Spadająca gwiazda w końcu znikła z jej oczu, Hermiona ruszyła więc dalej pozbawiona nadziei, z z rozdartą na strzępy duszą.

* cytat z książki Harry Potter i Kamień Filozoficzny autorstwa J.K. Rowling

** fragment tekstu piosenki U2 Love rescue me