ROZDZIAŁ X
PANNY I KAWALEROWIE
Czarodzieje nigdy jakoś nie zdołali przyswoić sobie mugolskiej idei szkolnictwa wyższego. Po łuku ściany w komnacie nauczycielskiej Hogwartu biegła wypisana złotymi zgłoskami sentencja – Est rerum omnium magister usus. Ni mniej, ni więcej. Jeśli podczas siedmiu lat nauki nie dałeś się zabić czarnoksiężnikom, krwiożerczym roślinom, magicznym stworzeniom oraz rykoszetującym zaklęciom – to powinieneś dać sobie radę w życiu. I znaleźć porządną pracę, w Ministerstwie Magii na przykład. Albo przynajmniej w sklepie z zabawnymi artykułami dla frywolnych czarodziejów.
Albo w szkole, skoro już o tym mowa.
Nie chodzi o to, że dodatkowe umiejętności były źle widziane. Kilkuletnie kursy, podejmowane za granicą szczegółowe studia nad wybranym zagadnieniem, terminowanie u uznanych specjalistów – czemu nie. Jednakże nie było to ani konieczne, ani wymagane.
Droga do kariery nauczycielskiej w największym skrócie? Sumy, owutemy, potem machnij się gdzieś w świat, na parę lat. Nabierz ogłady i wyglądu osoby mniej więcej dorosłej. Kiedy już zniknie ze szkoły ostatnie pokolenie uczniów, pamiętających cię, jak szlochając, umykasz korytarzem przed samobieżną miotłą bijącą Apolyona Pringle'a – wracaj i ucz, skoro taką czujesz potrzebę.
A, tak. Złamane serce, odrażająca powierzchowność, nadmierna pryncypialność, homoseksualizm albo niezdefiniowana przynależność gatunkowa też mogły stanowić atut.
Lub powód, jeśli spojrzeć na to z drugiej strony.
Ponieważ Hogwart nie był miejscem dla ludzi mających życie rodzinne. Ojcowie kupujący dzieciakom miotły na gwiazdkę, matki piekące fruwające ciasta z niespodzianką, czuli mężowie i zapobiegliwe żony – po prostu tu nie trafiali.
Albo-albo. Albo kończysz naukę i zakładasz przykładną rodzinę, by przysporzyć szkole nowych uczniów, albo wracasz i zostajesz... cóż, nauczycielem. Istotą bez życia osobistego. Przystępujesz do elitarnego grona Panien i Kawalerów.
Stan wolny nie był w Hogwarcie warunkiem wymaganym.
Był faktem.
Może właśnie dlatego na święta zostało ich tu całkiem sporo.
xxx
Filius Flitwick westchnął i z niejakim trudem podciągnął się na kolejny stopień. Cóż, bycie małym ma wiele zalet, ale niekoniecznie wtedy, gdy trzeba wchodzić po schodach. A lewitowanie samego siebie zawsze wydawało mu się czynnością mocno w kiepskim guście. Z drugiej strony, odrobina ćwiczeń nie zaszkodzi. Zwłaszcza że święta za pasem.
Drobne światełka mrugały na nauczyciela zaklęć z każdego kąta – porozwieszane pod sufitem, girlandami oplatające marmurowe posągi, pulsujące w głębi scen wymalowanych na starych obrazach, cienką nitką wplecione w niematerialną fakturę szat duchów. Filius sam je rozmieszczał, podobnie jak dostarczoną przez Pomonę jemiołę i przywleczone przez Hagrida świerki. Przygotowania, dekorowanie, okołoświąteczne zabiegi… Robili to co roku, zgodnie z niepisaną umową powtarzając, że „to dla dzieciaków". Prawdopodobnie bardziej było to jednak dla nich samych. Pomijając kilka smutnych przypadków (dzieci, na które nikt nie czekał, lub te, które nie chciały znaleźć się tam, gdzie na nie czekano) – większość uczniów spędzała jednak Boże Narodzenie z rodzinami. Gdy tylko korytarze zaczynały lśnić od światełek, a po zamku rozchodził się zapach goździków, mandarynek i żywicy, Hogwart wyludniał się i pustoszał, niemal tak samo jak w wakacje. Tylko stół nauczycielski wciąż pozostawał solidnie obsadzony.
Jasne, kilkoro z nich wyjechało. Młody nauczyciel OPCM, Gaius Blythe, machnął się do rodziców do Cardiff. Rolanda spędzała wolne dni z Rosmertą w Hogsmeade, Horacy z kolei został w tym roku zaproszony na święta przez jednego z wdzięcznych byłych uczniów, zamożnego producenta kociołków.
Co do pozostałych – byli na posterunku, jak co roku o tej porze. Im mniej zostawało w szkole młodzieży, tym chętniej spędzali wieczory wspólnie, pod złoconym napisem o nawyku, nauczycielu rzeczy wszystkich.
Zasiadali w wysłużonych fotelach, każde z kieliszeczkiem sherry albo filiżanką herbaty. Dzwoniły druty w robótkach, szeleściły kartki woluminów, skrzypiały pióra. Czasem łyżeczka brzęknęła o talerzyk z ciastem.
Niby – poza krótką wymianą uwag o pogodzie lub uczniach – nie zwracali na siebie szczególnej uwagi, każde zajęte własnymi sprawami. Ale jednak… przebywali w swoim towarzystwie. Wydawało się to w jakiś sposób właściwe, tym bardziej w tak szczególnym czasie. Ostatecznie Boże Narodzenie to święta rodzinne, a oni – na swój skomplikowany i zapewne nieco dysfunkcyjny sposób – stanowili coś na kształt rodziny. Zwłaszcza od czasu ostatniej wojny, która znacznej części z nich zabrała tych nielicznych bliskich, którzy im jeszcze pozostali. A także zaufanie do większości ludzi.
Zaufanie – towar, który mocno podrożał ostatnimi czasy. Filius wcale się nie dziwił Severusowi Snape'owi, że nie rozdaje go na prawo i lewo. W przeciwieństwie do nieco urażonej Mozilli, zatroskanej Minerwy czy jowialnego Slughorna – nie oczekiwał wiele od młodego kolegi. Nie dziwiło go, że chłopak chyłkiem przemyka pod ścianami, patrzy na nich wszystkich spode łba, a kontakty ogranicza do posiłków oraz spraw ściśle zawodowych. Filius nie próbował przełamywać lodów, nie miał też zamiaru – jak inni – zmuszać nieszczęsnego chłopca, by mówił mu po imieniu. Nie żeby zależało mu na tytułach. Po prostu widział, że Severus czuje się z tym bardzo niezręcznie. A Filiusowi było przykro, kiedy widział ludzi czujących się niezręcznie. Sam zaczynał się wówczas tak czuć.
Empatia i takt stanowią czasem niewiarygodnie ciasny gorset.
xxx
Filius wspiął się na palce i sięgnął do klamki. Ciężkie drzwi komnaty nauczycielskiej uchyliły się na tyle, że mógł wślizgnąć się do środka niezauważenie. Albo prawie.
– Jesteś wreszcie! – Stara jak węgiel Batsheba Babbling była może nieco przygłucha, ale wzrok miała sokoli. – Gdzie byłeś?
Nauczyciel zaklęć uśmiechnął się łagodnie, słysząc przyganę w głosie koleżanki. Staruszka lubiła wiedzieć, co w trawie piszczy, a z wiekiem coraz o to trudniej.
– U Hagrida. Dołączy do nas wkrótce, musi jeszcze nakarmić zwierzęta.
Batsheba przez chwilę poruszała ustami, jakby na próbę lub jakby usiłowała wprowadzić na miejsce niezbyt dobrze trzymającą się protezę.
Rok temu o tej samej porze przybyła po nią gromada młodych ludzi – jakichś, zdaje się, wujecznych prawnuków i ciotecznych prawnuczek – i zabrała na zjazd rodzinny. W tym roku nie pojawił się nikt. Filius nie miał pojęcia, czy coś im się stało, czy może stracili już nadzieję na spadek, czy też po prostu w tym roku nie organizowali zjazdu. Sama Batsheba zdawała się niespecjalnie dostrzegać ich nieobecność. Miała inne troski.
– Gdzie Cuthbert? – zainteresowała się dla odmiany.
– Nie żyje – odpowiedział nieuważnie Lawrence Kettleburn, nie unosząc wzroku znad bogato ilustrowanego leksykonu magicznych stworzeń Arktyki.
– Bzdura. Widziałam go nie dalej jak przedwczoraj – zaprotestowała kłótliwie Batsheba.
– Jedno drugiego nie wyklucza – rzucił Lawrence, śliniąc palec (jeden z siedmiu, jakie mu jeszcze pozostały) i przewracając kartkę. – Ale odkąd umarł, tu u nas raczej nie bywa.
Faktycznie, jedynemu starszemu od Batsheby członkowi kadry własna kondycja ducha wprawdzie nie przeszkadzała w nauczaniu, ale miał przynajmniej na tyle przyzwoitości, by nie brać czynnego udziału w… no, w życiu. Filius osobiście miał nadzieję, że – gdy na niego przyjdzie pora – sam wyczuje, że nadszedł moment, by się wycofać, odejść na zasłużoną emeryturę. Żeby nie skończyć jak Cuthbert Binns. Albo, skoro już o tym mowa, jak sama Batsheba. Zdaje się, że właśnie postanowiła sporządzić coś na kształt listy obecności.
– Gdzie dyrektor? I ta panna?
– Dyrektor – oświadczyła Mozilla Firefox – pracuje u siebie w gabinecie. A jeśli przez „pannę" rozumiesz wicedyrektorkę, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że mu pomaga.
– Czy oni się mają ku sobie?
Filius zakrztusił się z wrażenia. Samo pytanie nie stanowiło novum, pojawiało się na ustach Batsheby stosunkowo często. Faktem było jednak, że umysł starej nauczycielki run nigdy jeszcze nie zawędrował z owym pytaniem w tak przedziwne rejony.
– Nie, nie sądzę, Batshebo, naprawdę.
Przez chwilę słychać było tylko szelest kartek i trzask węgli w kominku. Nie na długo jednak. Wkrótce Batsheba znów postanowiła przerwać ciszę.
– A ten młody człowiek? – zapytała. – Gdzie jest?
– W Cardiff – poinformował znad swego leksykonu Kettleburn.
Batsheba nerwowo poruszyła szczęką.
– Nie, nie ten. Ten drugi. Ten brzydki.
Siedzące w niszy koło okna Aurora Sinistra i Septima Vector rzuciły sobie porozumiewawcze spojrzenie i niemal równocześnie odwróciły głowy, by ukryć uśmiech. Pewne rzeczy kobiety dostrzegają niezależnie od wieku.
– Snape? – huknęła tymczasem Mozilla Firefox. – Prawdopodobnie w swoich kwaterach. A gdzie niby miałby być? To jest socjopata, mówię wam. – Widząc puste spojrzenia kolegów nieobeznanych z mugolską terminologią, wyjaśniła litościwie: – Zwykły czubek.
Filius żachnął się, ale nim zdążył zaprotestować, odezwała się Pomona Sprout, dotąd zajęta filiżanką herbaty, ukryta w swoim kątku za donicą z palmą.
– Nie przesadzasz, Mozillo?
Nauczycielka mugoloznawstwa fuknęła jak zirytowany borsuk.
– Znam się na tym – oświadczyła, nie do końca zgodnie z prawdą.
– Moim zdaniem – zauważyła Septima Vector – on po prostu zadziera nosa.
– Może jest nieśmiały – zaoponowała Aurora Sinistra. Vector skrzywiła się sceptycznie.
– Bardzo wątpię.
– Ci ze Slytherinu już tak mają – ze znawstwem pokiwał głową Lawrence.
– Mówisz, jakbyś nie pijał tu koniaku z Horacym co sobotę – wytknęła mu Sinistra.
– Horacy to co innego.
Tymczasem zirytowana Batsheba Babbling, nie do końca nadążając za tempem dyskusji, podjęła próbę zwrócenia na siebie uwagi, zrzucając na podłogę filiżankę pełną melisy. Wprawdzie Filius zatrzymał naczynie o włos od ziemi, ale cel został osiągnięty – oczy obecnych zwróciły się w stronę nauczycielki run.
– Tak czy owak – zaczęła Batsheba gniewnie i straciła wątek. Przez chwilę rozglądała się wokół siebie, jakby zdumiona, intensywnie poruszając szczęką. – Tak czy owak – podjęła po chwili z nowym animuszem – to nie w porządku.
– Ale co, Batshebo? – dopytał się łagodnym tonem Filius.
– Że go tu nie ma.
– Severusa?
– Nie wiem, jak mu tam na imię – wyznała Batsheba uczciwie. – Ale tak czy owak. Powinien tu być. Są święta.
– Dopiero Wigilia – westchnęła spod okna Aurora.
– Co? – nie dosłyszała Batsheba.
– Wigilia! – powtórzyła za przyjaciółką Septima.
– I co z tego? Przyprowadźcie go.
Popatrzyli po sobie, skonsternowani. Żadne z nich nie miało ochoty na wyprawę do lochu i zaczepianie nowego. Ale żadne nie chciało również wchodzić w spór z Batshebą, osiągającą dziś niezrównane, magiczne wręcz szczyty demencji. Cisza robiła się ciężkawa i nieco niezręczna.
– Ja pójdę – skapitulował w końcu Filius. Odpowiedziały mu pełne wdzięczności spojrzenia kolegów.
Wyszedł z komnaty i, stawiając drobne, lecz zdecydowane kroki, ruszył wprost przed siebie. Po kilkunastu metrach zwolnił, po kilku kolejnych zatrzymał się w cieniu posągu, przedstawiającego zadumaną wiedźmę w binoklach. W porządku. Tu nikt go nie dostrzeże. Jak już wspomniano – bycie małym ma swoje zalety. Machnął różdżką i z unoszących się w powietrzu drobin jasnego pyłu odczytał dokładną godzinę.
Potrzebuje piętnastu… nie, raczej dwudziestu minut. Tyle zajęłaby mu wyprawa do lochów i z powrotem. Po dwudziestu minutach wróci do komnaty nauczycielskiej i oświadczy, że nie zastał chłopaka w jego kwaterach.
Każdy czasem potrzebuje samotności. Niektórzy bardziej niż inni. Filius do owych niektórych nie należał, ale co to zmieniało? Warto ułatwiać sobie nawzajem życie (z definicji niezbyt proste). Ostatecznie są święta. A przynajmniej wigilia.
xxxXXXxxx
O, Święta Rito od Rzeczy Niemożliwych, spraw, abym w walce, którą toczę ze światem, była zawsze po stronie świata. Swojego.
Kiedy miała osiem lat, wdrapała się po metalowych klamrach na dach przetwórni ryb. A potem rozpostarła ramiona, rozpędziła się i pobiegła. Zatrzymała się tuż nad krawędzią i popatrzyła cztery piętra w dół. Stała tam kupa ludzi, a wszyscy machali rękami, krzyczeli i – nie wiedzieć czemu – wyglądali na bardzo zdenerwowanych.
A Rita miała na nogach czerwone tenisówki z dziurą na palcu i kiwała się na nich do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, i przy każdym „do przodu", ludzie na dole wrzeszczeli głośniej. Tak ją to bawiło – ta możliwość podkręcania ich wrzasków i ściszania ich niczym telewizora, ta kontrola, ta władza – że zupełnie nie umiała przestać. Była królową. Królową całego miasteczka, ośmioletnią królową w dziurawych czerwonych tenisówkach i z cienkim jasnym warkoczykiem. A oni wszyscy robili to, czego ona chciała. I wrzeszczeli, kiedy sobie tego zażyczyła.
Najgłośniej darła się matka. Ale to nic nowego.
Rita, po brzegi wypełniona euforią, miała wrażenie, że jeśli teraz wystarczająco mocno odbije się od dachu, poleci nad głowami sąsiadów niczym balonik z helem.
I prawdopodobnie tak właśnie by się stało. Ale nie spróbowała. Kołysanie się na piętach nad krawędzią to jedno, robienie „tych rzeczy" – coś zupełnie innego.
Kiedy już zlazła z dachu przetwórni, matka spuściła jej taki łomot, że Rita przez trzy dni nie mogła usiąść na tyłku.
Ale było warto.
Od dziecka nie bała się prawie niczego. Przebiegała przez jezdnię na czerwonym świetle i śmiała się, słysząc pisk hamulców. Brała do ręki żywe pająki i zdechłe ptaki z robakami w brzuchach. Podglądała Doris Felton i Jeremiaha O'Toole'a z ostatniej klasy, jak za składzikiem na boisku wsadzali sobie nawzajem ręce do majtek. A potem powiedziała Jeremiahowi, że ich sekret będzie u niej bezpieczny, jeśli tylko… Zanim zdążyła podać warunki, chłopak jednym ruchem złamał jej rękę. Bolało, ale tym też się specjalnie nie przejęła. Nosiła gips dumnie, niczym koronę. A sekret puściła dalej. Żadnym tam koleżankom, po co mnożyć plotki. Od razu dyrektorce.
Bawiła się prądem i zapałkami, skakała na blachę z mostu wprost do lodowatej wody. Zwisała głową w dół z najwyższych gałęzi drzewa. Jak z trzepaka. Przednie mleczaki straciła na długo przedtem, zanim zaczęli je tracić jej rówieśnicy.
Tylko wtedy, gdy adrenalina buzowała w jej krwiobiegu, pieniąc się jak różowa oranżada, kiedy wszystkie włoski na karku i na przedramionach stawały dęba, a serce zaczynało bić kilka razy szybciej – tylko wtedy czuła się naprawdę żywa.
Od zawsze śniła o lataniu. I o skrzydłach. O własnych, mocnych, twardych skrzydełkach.
Jednak gdyby wtedy, na dachu, spróbowała polecieć, na łomocie by się nie skończyło. Matka znów wezwałaby księdza. Nie tego od niedzielnych mszy, innego. A tego innego księdza Rita się bała. Jak niczego na świecie. Miał dziwne oczy. Matka zawsze wzywała innego księdza, kiedy „to" się działo. „Te rzeczy".
„Te rzeczy, które masz po ojcu, w którym mieszka diabeł."
Gówno tam diabeł. Johnny „Skeet" Skeeter był drobnym cwaniaczkiem, szulerem niemal bez przerwy poszukiwanym przez aurorów z obyczajówki. Głównie za niesportowe, magiczne kantowanie mugoli w karty. Oraz za uwodzenie mugolskich dewotek i porzucanie ich niedługo później. Niekiedy z brzuchem.
Rita odnalazła ojca, gdy miała trzynaście lat (odnalezienie poprzedził kipisz w kartotekach Apolyona Pringle'a, przypłacony biegnącą przez całe plecy czerwoną pręgą – woźny nie zwykł się obcyndalać). Spędzili razem bardzo przyjemne wakacje, jeżdżąc od miasta do miasta dwunastoletnim morrisem Oxford, kręcąc kołami ruletek i rzucając magicznymi kośćmi w niemagicznych kasynach. Skeet nauczył ją rżnąć w pokera i blefować, zaciągać się dymem i robić z niego kółka (a czasem nawet kwadraty), a także miotać naprawdę dobrze podkręconego confundusa. Jako ojciec był raczej do niczego, ale całkiem nieźle się razem bawili. A że swego czasu zostawił matkę… Rita nie miała mu tego specjalnie za złe. Sama, odkąd sięgała pamięcią, miała ochotę zrobić to samo.
xxx
Święta Rito od Rzeczy Niemożliwych, uwolnij mnie od przeszłości, bo każdy ma prawo do tajemnicy.
– Amen – mruknęła Rita, delikatnie podważając klepkę. Przelotnie zerknęła w stronę łóżka, na śpiącego mężczyznę. Chrapał i nawet przez sen sprawiał wrażenie prostodusznie zadowolonego z siebie i z własnych poczynań. Tymczasem jedynym, co mogło usprawiedliwić i jako tako wynagrodzić jego obecność w łóżku Rity, był fakt, że po seksie zrobił się bardzo gadatliwy. A potem, chwała Merlinowi, zasnął.
Usiadła na wytartych deskach podłogi i szczelniej owinęła się kraciastym kocem. Zimno było jak w psiarni. Bladawe poranne słońce wpadające przez okna dawało dużo światła, ale zero ciepła. Pokoik na poddaszu – dwa żelazne łóżka, toaletka za parawanem, trzy skrzypiące krzesła i jedno biurko ze zdartym fornirem – był nie tylko obskurny, ale i źle ogrzany. Na misce z wodą pojawiła się cienka warstewka lodu, ręcznik sprawiał wrażenie sztywnego od mrozu. Rita syknęła z irytacji. Czary ogrzewające zawsze wychodziły jej zaledwie letnie, a czuła pilną potrzebę umycia się. Trudno, później.
Rozłożyła na kolanach wyjęty ze skrytki notes. Przypaliła papierosa, zaciągnęła się i zaczęła pisać. Miała całkiem niezłą pamięć, ale z pamięcią można zrobić różne rzeczy. Zresztą wolała mieć to wszystko zapisane dokładnie tymi słowami, których użył.
Kończyła już, kiedy mężczyzna zaczął zdradzać pierwsze oznaki życia. Spokojnie zamknęła notes i odłożyła go na miejsce, dla pewności muskając okładkę różdżką. Nie śpieszyła się zanadto. Jej gość nie grzeszył bystrością. Nie był nawet w stanie rozpoznać, że wyciąga się z niego informacje. Cóż, ktoś, kto dał się wrobić Rookwoodowi, musi być głupi jak wiadro.
Nie wpadł nawet na to, żeby zabrać ją do hotelu. Szczęśliwie (dajmy na to) jej współlokatorka, Silver (w teorii tancerka egzotyczna, w praktyce… no, w jakimś sensie może to i przypominało taniec), wyjechała już na święta do rodziny. Rita pokręciła głową i zaciągnęła się po raz kolejny.
– To cię zabije – odezwał się poważny, choć nieco zaspany głos od strony łóżka.
– Hmm?
– Palenie. Okropny nałóg. Tracisz przez niego zdrowie i pieniądze.
Pieprzony sportsmen, zwolennik, psia mać, higienicznego trybu życia. Rita starannie ułożyła na miejscu obluzowaną klepkę.
– Odwal się, Ludo – zaproponowała uprzejmie, a potem podniosła się z klęczek i ruszyła w stronę zawalonego ciuchami krzesła. (Ubrania Bagmana wisiały schludnie przewieszone przez ramę łóżka. Pieprzony pedant, dorzuciła w myślach kolejną obelgę).
Aż usiadł w pościeli z wrażenia. Spojrzał na nią z wyrzutem, tymi błękitnymi, wielkimi oczami szczenięcia. Rita zerknęła na jego pięknie wyrzeźbiony tors, napięte bicepsy, ładnie zarysowaną linię szczęki. No, miał chłopak urodę, nie da się ukryć. Gdybyż jeszcze potrafił z niej zrobić użytek… I gdybyż dłużej niż cztery minuty. Zresztą może lepiej nie.
Zbudowany jak Adonis, prawy jak kapitan America, naiwny i niewinny jak nieobesrana łąka. Poza tym hardkorowy hazardzista, gotów w jedną noc przeputać całą gażę za mecze. Cóż, nikt nie jest bez wad.
Kontemplowanie ciała Bagmana przypomniało jej o zdjęciu, aktualnie spoczywającym w skrytce obok notesu. Gdy już pozbędzie się gościa, będzie musiała przyjrzeć się fotografii jeszcze raz i może spróbować paru zaklęć. Wciąż miała wrażenie, że widzi tylko część, że jest tam coś jeszcze. Prawdopodobnie Snape byłby w stanie zobaczyć więcej, ale chciała mu przynieść już rozwiązaną zagadkę. Kwestia ambicji.
Grzebała w kłębowisku ubrań z całego tygodnia, usiłując znaleźć coś plus-minus czystego, podczas gdy jej myśli podryfowały w stronę nowego wspólnika.
Czuła się przy nim trochę tak, jakby znów kołysała się na piętach nad przepaścią. Tyle że on nie był jednym z ludzi wrzeszczących w dole, cztery piętra niżej. On stał tuż za jej plecami. Gotów w każdej chwili pchnąć. I nawet nie pomachać na do widzenia.
W jakimś sensie ją to fascynowało. Zwykle to ona stała za czyimiś plecami.
– Jest śniadanie? – zainteresował się tymczasem Bagman.
– Nie – odparła Rita zwięźle, wciągając pończochy.
– A będzie? – Najwyraźniej nie tracił nadziei.
– Jak kupisz i zrobisz, to tak.
– Potrzebuję białka…
– A ja samotności. Może już idź sobie, Ludovicu, co?
Znów się nadął.
– Są święta – wytknął jej z wyrzutem.
Rita wzruszyła ramionami. Jakby to cokolwiek zmieniało. Jakby miało jakiekolwiek znaczenie.
– Dopiero Wigilia – sprostowała.
Bagman, widząc, że ma do czynienia z kobietą ewidentnie bez serca, ostatecznie spuścił nogi z łóżka, podkurczając palce przy zetknięciu z lodowatą podłogą. A potem sięgnął po skarpetki. Rita westchnęła i odwróciła wzrok. Niektórzy nigdy się nie nauczą.
To nie tak, że przehandlowywała się za informacje. Zasadniczo nie, chociaż nie zamierzała przysięgać, że jest szczególnie cnotliwą damą. Za dużo miała lat na ceregiele. Ludo w miarę jej się podobał, miała nadzieję na połączenie przyjemnego z pożytecznym. Cóż, przyjemne to nie było wcale, a pożyteczne – umiarkowanie. A może po prostu historia o Rookwoodzie nie była aż tak ekscytująca jak ta sprawa z przeszłości?
Gdy za nadąsanym (i głodnym) Ludovikiem Bagmanem wreszcie zamknęły się drzwi, Rita znów sięgnęła po zdjęcie. Sepiowe, z wystrzyżonymi w ząbki brzegami – musiało mieć co najmniej siedemdziesiąt lat, może więcej. Oglądała je już wiele razy, próbując rozmaitych zaklęć i nawet jednego eliksiru, i jak na razie udało jej się osiągnąć tylko tyle, że chłopak z fotografii leniwym ruchem zsunął z bioder ręcznik. Leżał teraz na wznak na trawie, golusieńki jak go Pan Bóg stworzył, i bezczelnie patrzył wprost przed siebie. Co, swoją drogą, robiło wrażenie piorunujące, zważywszy, że był obłędnie piękny. Nie przystojny – tą zdrową, amerykańską urodą Bagmana – ale właśnie piękny. Jasny, złoty i smukły jak figura ze szkła. Przyglądał się Ricie z uśmiechem na ustach, zupełnie nieskrępowany własną nagością. I zapewne miał dziś, lekko licząc, z dziewięćdziesiąt lat. To trochę studziło emocje. Ale tylko trochę.
– Kim jesteś i dlaczego mam wrażenie, że to ważne? – spytała Rita retorycznie.
Chłopak uśmiechał się jak sfinks. Milczał.
.
[Modlitwa do świętej Rity autorstwa Marty Fox]
