Paul szybkim krokiem zagłębił się w trzewiach domostwa, z którego dało się słyszeć oszalałego łowcę.
„Dwóch tropicieli w zaledwie 2 dni... niedobrze..." - pomyślał.
Gdy mężczyzna wszedł do budynku, wpierw znalazł się w małym korytarzyku, na którego końcu znajdowały się połamane i zwisające na jednym zawiasie drewniane drzwi.
Szybkim krokiem pokonał ciemne pomieszczenie i odepchnął resztki ciemnobrązowyego skrzydła, wchodząc do sporego, pogrążonego w chaosie salonu.
Kanapa była wywrócona do góry nogami, stolik kawowy znajdował się w różnych częściach pomieszczenia, a dwa fotele o szkarłatnym obiciu były przepołowione w pionie, podobnie jak zwłoki kobiety, która najwyraźniej próbowała skupić na sobie uwagę agresora, gdy ten wtargnął do środka.
Jak widać - udało się jej to.
Paul nie starał się nawet zachować ciszy. W tym przypadku lepiej będzie, gdy jak najszybciej skupi na sobie uwagę bestii.
Tak… bestii…
Bo tego czegoś, co właśnie wdarło się do tej chaty, zabijając tamtego mężczyznę, potem kobietę, a także próbującego teraz dotrzeć do małej dziewczynki, której krzyk słychać było aż na zewnątrz, nie można było już nazwać człowiekiem.
Ten łowca stracił miano człowieka w momencie, gdy utracił kontrolę nad swym szaleństwem, które od początku łowów cały czas czaiło się w ciemności jego umysłu, na granicy światła, czekając na dogodna okazję by przejąć kontrolę i zabijać.
Zabijać, zabijać i zabijać.
Aż cały świat spłynie krwią, a on będzie mógł napchać swój brzuch ciałami tych, których już zdoła zamordować.
Dziecięce piski oraz uderzenia czegoś ciężkiego o drewno, dobiegały od strony schodów, na lewo od salonu.
Paul szybko wbiegł na górę, przeskakując po 2 stopnie, wyciągając w biegu malutką buteleczkę z błękitnym płynem, który szybkim ruchem wlał sobie do ust i połknął. Pistolet wskoczył do jego ręki, w tym samym momencie, gdy pół-przezroczysty tropiciel stanął na piętrze, zaledwie 4 metry od rozszalałej bestii.
Topór raz za razem uderzał o ciężkie, dębowe drzwi, zza których dobiegał jazgot przerażenia.
- Hej ty! – Paul nie czekał aż tamten zwróci na niego uwagę, co mogło w ogóle się nie wydarzyć.
Od razu po swoim okrzyku wypalił w stronę oszalałego łowcy.
Agresor zachwiał się i przestał uderzać toporem w drzwi.
Powoli odwrócił się w stronę Paula z szerokim uśmiechem i obłędem w oczach. Tropiciel Wron widział ten wyraz twarzy już wielokrotnie, a mimo to wciąż napawał on go niepokojem.
Nienaturalnie wygięte w górę usta, odsłaniające ostre zęby, najczęściej pokryte krwią, a także oczy. Zamglone, zamieniające się powoli w zgniłozieloną papkę, gdzie nie można było odróżnić tęczówki od białek ani białek od źrenicy.
Z piersi łowcy dobył się cichy chichot, który z sekundy na sekundę stawał się coraz głośniejszy i głośniejszy. Od tego dźwięku Paula przeszedł nieprzyjemny dreszcz, ale nie pozwolił sobie na żadną reakcję. W grę wchodziło życie dziecka.
Oszalały tropiciel uniósł w górę obie ręce, jakby wznosząc modły.
- Bogowie są dzisiaj dla mnie nieprawdopodobnie łaskawi! Tyle zwierzyny, która w dodatku sama pcha się pod moje ostrze!
Szaleniec przyłożył dłonie do twarzy, bujając się to w prawo, to w lewo, nadal zanosząc się śmiechem i bełkocząc coś sam do siebie.
Paul uświadomił sobie, że nadal stoi w bezruchu, wpatrując się w swój cel. Zaklął pod nosem, oddając przy tym drugi strzał w stronę tropiciela. Ten jednak wykonał błyskawiczny unik i kula wbiła się w ścianę na końcu korytarza.
- Twój kamuflaż cię nie uratuje!
Topór poszedł w ruch i z impetem wbił się w ścianę, gdzie jeszcze chwilę temu był korpus Paula.
Ten wyprowadził błyskawiczną kontrę w nogi przeciwnika, lecz oszalały łowca zdążył uskoczyć i ostrze rozpruwacza jedynie delikatnie go drasnęło, lecz topór nadal tkwił w ścianie.
Pozbawiony głównej broni cel Tropiciela Wron uniósł pistolet, lecz gdy nacisnął spust, rozległ się tylko metaliczny trzask.
„Przynajmniej tyle" - pomyślał Paul.
Z tej odległości Tropiciel Tropicieli nie mógł chybić, lecz nie trafił dokładnie tam gdzie chciał. Gdy naciskał język spustowy, łowca rzucił się na niego i zamiast w głowę, kula przeszyła jego bark.
Paul stracił oddech, gdy pięść tropiciela uderzyła go prosto w brzuch. Zachwiał się i cofnął o krok, poczuł również jak jego but trafia na absolutną pustkę.
„Kurwa! Schody!" - syknął.
Odruchowo obrócił ciało i wykonał długi skok, jednocześnie wystawiając się na kolejne ciosy swojego celu.
Tropiciel w czerni skrzywił się, gdy wylądował u dołu schodów. Dostał jeszcze jeden cios w bok, jednak - na szczęście - jedynie go to musnęło. W innym przypadku miałby najpewniej połamane kilka par żeber. Szybko obrócił się w stronę piętra, na którym oszalały łowca wyciągnął właśnie swój topór ze ściany.
„Zmarnowana okazja… Niech to szlag!" - skomentował w myślach.
- Wspaniała zwierzyna… będziesz zwieńczeniem mojego polowania… - z barku, w który postrzelił go Paul ciekła krew, jednak on w ogóle tego nie zauważał. Jedynie naprawdę ciężkie obrażenia, takie jak odcięcie kończyny, byłyby odczuwane przez tak odurzoną krwią kreaturę.
Mężczyzna powoli wycofywał się w stronę wyjścia, wciąż będąc zwróconym przodem do swojego celu. Nieważne jak bardzo ktoś by się nie bał, pod żadnym pozorem nie wolno w takiej sytuacji odwracać się plecami do czegoś takiego. Nie widzisz wtedy, co się dzieje i wręcz prosisz się o natychmiastową śmierć. W sytuacji, gdy dostrzegasz wszystkie wydarzenia, masz przynajmniej nikłe szanse na przeżycie takiego spotkania.
Gdy w końcu Paul wyszedł na zewnątrz, lekko odetchnął. Tutaj miał o wiele więcej możliwości. W zamkniętych przestrzeniach nie mógł w całości wykorzystać arsenału swoich umiejętności. Co prawda, na zewnątrz był o wiele bardziej widoczny, mimo działania eliksiru, lecz wolał walczyć na otwartej przestrzeni. W ciasnych pomieszczeniach topór miał zdecydowaną przewagę nad rozpruwaczem, zarówno ze względu na zasięg, jak i kolec na trzonku, dzięki któremu można było wykonywać pchnięcia. Rozpruwacz był bronią jedynie sieczną, w dodatku, nawet po rozłożeniu, miał mniejszy zasięg od topora.
W drzwiach domostwa pojawił się oszalały łowca. Szeroki uśmiech wciąż gościł na jego twarzy, a ociekająca juchą broń znów znajdowała się w rękach swego właściciela.
- Wspaniała… piękna… soczysta... silna… - tropiciel oblizał usta wpatrując się wygłodniałym wzrokiem w Paula – Kiedy cię zabiję… pożywię się twoim truchłem… pochłonę je całe, a to uczyni mnie jeszcze potężniejszym. Dzięki tej mocy wybiję bestie w Yharnam... co do nogi!
Tropiciel Wron nie odpowiedział.
Topór wzniósł się w górę, a Bestia rzuciła się na Paula, wznosząc gardłowy ryk. Szaleństwo krwi zaczęło coraz silniej na niego oddziaływać. Jeśli Wroni Łowca szybko się z nim nie rozprawi, może dojść do tragedii.
Ostrze siekiery wbiło się w brukowaną ulicę, w miejsce gdzie jeszcze chwilę temu stał Paul.
Kostki brukowe podskoczyły lekko pod wpływem ciosu, a w powietrze uniosła się chmurka pyłu z rozbitej zaprawy.
Tropiciel Tropicieli zamachnął się poziomo Rozpruwaczem, naciskając jednocześnie małą dźwigienkę. Gdyby nie to, zęby Rozpruwacza natrafiłyby na pustkę, a w ten sposób wbiły się w nogę, nieco ponad kolanem.
Oszalały łowca jedynie warknął rozwścieczony tą raną. Wyrwał topór z ulicy i próbował - podobnie jak Paul - poziomym cięciem trafić swą ofiarę.
Lecz Paul był już poza jego zasięgiem. Zaraz po zadaniu rany, wyszarpnął broń z ciała swego celu, co spowodowało jeszcze większy krwotok.
Paul, niestety, nie zdołał dosięgnąć tętnicy udowej, ale i tak był to jakiś postęp.
Teraz jego cel będzie stopniowo słabł z powodu utraty krwi, a sama rana nieco ograniczy jego ruchliwość.
Szaleństwo krwi zapewniało jednak oszalałemu przeciwnikowi praktycznie zerowe odczuwanie bólu oraz spotęgowanie szału, przez co był on jeszcze bardziej niebezpieczny, pomimo odniesionych ran.
Od teraz Paul musiał celować albo w głowę, albo nadal atakować już poharataną kończynę, aby w końcu ją odrąbać.
A przy tym wszystkim musiał jeszcze przeżyć.
Ze strony oszalałego tropiciela zaczęły na niego lecieć potężne ciosy, od których siły aż świszczało powietrze wokół ostrza topora.
Paul unikał, odskakiwał, a w rzadkich przypadkach parował ciosy, które jednak kosztowały go sporo energii. Udało mu się od tej pory jedynie zahaczyć zranioną nogę, lecz nie dało to żadnego zauważalnego skutku. Ponadto musiał przez cały czas manewrować między rozczłonkowanymi ciałami na ulicy, żeby nie poślizgnąć się na plamie krwi, nie potknąć o czyjś tułów lub czyjąś odrąbaną nogę bądź łapę.
Tymczasem jego cel zaczynał coraz bardziej szaleć, a jego gardłowe warczenie z każdą chwilą zyskiwało na sile i przybierało coraz niższy ton.
Gdy łowca próbował dźgnąć go szpikulcem na trzonku, Paul jedynie obrócił tułów, dzięki czemu dźgnięcie zamiast wbić się głęboko w brzuch, rozpruło mu płaszcz oraz kaftan i zraniło go w bok.
Wroni tropiciel zacisnął zęby z bólu, czując jak ciepła krew spływa mu po skórze i wsiąka w ubranie.
Nie zmarnował jednak tej okazji.
Bowiem, gdy szalony łowca wyprowadził dźgnięcie, musiał się dość mocno wychylić, a impet ciosu jeszcze pogłębił tę pozycję.
Paul natomiast tym drobnym manewrem, znalazł się nieco ponad metr od swego celu. Błyskawicznie zamachnął się rozpruwaczem, który pomknął ze świstem w stronę głowy rozszalałego łowcy. Był coraz bliżej, a Paul niemal czuł jak ostrze zagłębia się w czasze, a kolce wrażając się w mózg, niszcząc go i zabijając ofiarę.
Tak się jednak nie stało.
W ostatniej chwili, Łowca zasłonił się lewą ręką, która przyjęła na siebie całą siłę ciosu Wroniego Tropiciela. Odrąbana kończyna plasnęła o pokryty zakrzepłą krwią bruk, na który zaczęła skapywać świeża posoka.
Paul został brutalnie odepchnięty i zatoczył się, próbując odzyskać równowagę.
- Wspaniała zwierzyna… wspaniała... wspaniała… wsparghuaghhh!
Twarz Oszalałego tropiciela nagle wydłużyła się w wąski pysk, przypominający ten wilczy. Oczy zaczęły lśnić bladym, białym blaskiem, w którym nie było już ani iskry człowieka.
Kończyny wyskoczyły ze stawów, a ich kości zaczęły błyskawicznie rosnąć i zmieniając nieco swój kształt. Ocalała ręka porosła szarym futrem, a paznokcie przemieniły się w zakrzywione, na oko sześciocentymetrowe szpony. Cała sylwetka tropiciela stała się o wiele większa, bardziej umięśniona i masywniejsza.
Stało się to, czego Paul obawiał się najbardziej.
Szaleństwo Krwi dopełniło przemiany w monstrum.
