Niebetowany.
Serdecznie dziękuję za wszystkie komentarze! Nakurishi, umknął mi gdzieś ostatnio Twój komentarz, dlatego dziękuję za niego dopiero teraz. Cieszę się, że rozdział Ci się podobał. I oczywiście, że Tom się do Harry'ego przywiązał - kto by się nie przywiązał! Na temat przepowiedni się nie wypowiem, natomiast przyznam, że ja sama doczekać się nie mogę momentu, gdy któryś z nich zda sobie sprawę, że Harry jest horkruksem ;) AnnaLotta, to się niesamowicie cieszę, że moje tłumaczenie jeszcze bardziej zwiększa Twoją przyjemność z czytania tego tekstu :) Przyznam, że mnie też urzekło w tym ficu dokładnie to, co napisałaś - że podchodzi do tematu inaczej niż wiele innych opowiadań, że inaczej przedstawia różne postaci.
Bardzo przepraszam za to opóźnienie (korekta rozdziału zajęła dłużej niż przewidywałam - a i tak nie jestem z niego zupełnie zadowolona), w przyszłym tygodniu rozdział powinien być już o czasie. Także spóźnionego miłego czytania! :)
pociągnij mnie za sobą (pobiegnijmy)
Rozdział ósmy
— Lucjuszu – wita mężczyznę Voldemort, gdy ten opada przed nim na kolano. Po plecach przebiega mu dreszcz, wywołany samą świadomością tego, że oto Lord Szlachetnego i Starożytnego Rodu płaszczy się u stóp półkrwistego czarodzieja. Nie sądzi, by kiedykolwiek mu się to znudziło. – Cieszę się, że cię widzę.
— Mój Panie. – Lucjusz jeszcze niżej pochyla głowę.
— Powstań. – Voldemort macha ręką i, kiedy Lucjusz podnosi się na nogi, gestem przybliża go do siebie. – Jakie masz wieści?
— Syriusz Black został oczyszczony ze wszystkich zarzutów, mój Panie – informuje krótko i beznamiętnie Lucjusz. – Wizengamot podjął tę decyzję jednogłośnie, po tym jak przeprowadzono śledztwo w sprawie nagłego… pojawienia się Pettigrewa w Ministerstwie.
— Jakie było stanowisko aurorów?
— Szaleństwo – oznajmia Lucjusz. – Gadał głupoty, ale samo to, że żyje, wystarczyło, by Bones otworzyła ponownie starą sprawę. Gdy sprowadzono na przesłuchanie Syriusza Blacka i poddano go działaniu Veritaserum, potwierdziło się, że nie był Strażnikiem Tajemnicy. Pettigrew został skazany na dożywocie na oddziale Janusa Thickeya w Mungu.
— Dobra robota, Lucjuszu. – Voldemort kiwa głową i przechodzi do wielkiego okna na tyłach sali balowej.
Od czasu swojego powrotu przeprowadził w niej wiele spotkań. Wie, że Lucjusz niepokoi się, ilekroć żąda, aby mu ją udostępnił, i samo to zwykle wystarcza, by nie zanudził się na śmierć.
Spoglądając na ogrody rezydencji Malfoyów, próbuje przypomnieć sobie, kiedy ostatnio odczuwał tu coś innego niż apatię – dając rozkazy swoim poplecznikom; karząc tych, którzy nie zgadzają się z jego nowym podejściem; uczęszczając na gale, podczas których ukrywa swoją prawdziwą naturę pod zaklęciem glamour; próbując ugruntować na nowo swoją pozycję w czarodziejskim świecie. Bez zaskoczenia przypomina sobie wkradającego się tutaj Harry'ego Pottera, przemykającego pośród tłumu i po raz kolejny wymykającego mu się przez palce.
Tak. To właśnie wtedy po raz ostatni cokolwiek go w tym miejscu zainteresowało.
— Mój Panie? – Lucjusz odchrząka, jak zwykle niepewnie. Jego ojciec nigdy nie był równie bojaźliwy, choć zdecydowanie nie brakowało mu lojalności. – Jeśli mogę o coś zapytać.
— Pytaj, Lucjuszu. – Voldemort macha ręką, nie odwracając nawet wzroku od trzepoczącego w ogrodzie skrzydłami pawia-albinosa.
— Wielu zastanawia się… wielu jest ciekawych, mój Panie, dlaczego oddałeś Pettigrewa Ministerstwu – wykrztusza z siebie w końcu Lucjusz, niemal się jąkając. – Syriusz Black to znany członek Zakonu…
Sam pogardliwy grymas Czarnego Pana, gdy ten obraca się do Lucjusza, wystarcza, aby go uciszyć. Musiałby zadziać się chyba jakiś cud, myśli Voldemort, by Lucjusz choć trochę w końcu zmężniał.
— Powiedzmy tylko… – mówi Voldemort, czując nagle lekkie szarpnięcie w głębinach umysłu, dziwną mieszaninę nienależącej do niego euforii i żalu. Czyli Harry też usłyszał już te nowe wieści. – …że Glizdogon nie miał już więcej nic do zaoferowania. Nie było dla niego miejsca w naszym nowym planie.
Groźba jest rażąco oczywista: ci, którzy go nie zaakceptują, gorzko tego pożałują.
Lucjusz to rozumie i pochyla głowę.
— Oczywiście, mój Panie. Poinformuję o tym wszystkich, którzy zapytają.
— Zrób tak, Lucjuszu – zgadza się Voldemort, kierując już ku wielkim schodom prowadzącym do wyjścia z tej przeogromnej, nudnej sali. – Wyjeżdżam na kilka dni. Dopilnuj, by wszystko poszło zgodnie z planem.
— Oczywiście, mój Panie.
Voldemort w żaden sposób go nie żegna. Wie, że Lucjusz nie zawiedzie – choćby ze zwykłej dumy czy strachu.
A on ma przed sobą o wiele ciekawsze zadanie.
Wiadomość jest świetna. Harry uśmiecha się bezwiednie do widniejącej w kominku twarzy Syriusza, klęcząc w salonie, z włosami wciąż mokrymi od kąpieli. W tle słyszy krzątającego się po kuchni Billa. Zatrzymuje się u niego, odkąd zawarł z Voldemortem umowę.
Przywołanie Czarnego Pana przez sieć Fiuu do pokoju pełnego jego największych wrogów było, delikatnie mówiąc, niezręczne. Już abstrahując od Syriusza i Billa, którzy są członkami Zakonu, Harry był właściwie pod cichym wrażeniem, że Voldemort nie odrzucił z miejsca jego zaproszenia, gdy tylko dowiedział się, że na spotkaniu obecny będzie również Dumbledore.
Szczególnie że wyłącznie przysięga – a przynajmniej tak mu się wydaje – powstrzymała Voldemorta przed zgładzeniem Dumbledore'a, gdy ten uśmiechnął się do niego i przywitał go słowami:
— Dobrze widzieć cię w tych niesprzyjających okolicznościach, Tom.
Harry'emu niemal wybuchło naczynko, gdy próbował powstrzymać grymas, jaki chciał zakwitnąć na jego twarzy pod wpływem irytacji Voldemorta.
Rozpocząwszy w taki sposób to pełne napięcia spotkanie, Harry nie miał zbyt dużych nadziei na udane negocjacje, ale i tak spróbował się ich podjąć. Stłumił zdenerwowanie, odsunął od siebie wszelkie pożerające go od środka wątpliwości i wyciągnął na wierzch gryfońską odwagę. Może i nie była to walka na śmierć i życie, ale stawienie Voldemortowi czoła w jakiejkolwiek potyczce zawsze wymagało odrobiny brawury.
— Podjąłeś już decyzję, Harry? – zapytał Voldemort.
Harry zignorował przyglądającego się im obu Dumbledore'a. Zignorował najeżonego i niemal warczącego pod nosem Syriusza. Zignorował napinającego się z niepokojem Billa.
Zamiast tego skinął głową i zrobił kilka kroków do przodu, wyciągając rękę.
— Jeśli zgodzisz się na moje warunki, ja zgodzę się na twoje.
— Jakie warunki?
— Zaproponowałeś mi kiedyś Pettigrewa. Chciałbym w końcu przyjąć twoją ofertę.
Harry zignorował zachłystującego się Syriusza, skupiony całkowicie na zachwycie, który rozkwitł mu nagle pod skórą i na nikczemnym uśmieszku, który pojawił się na twarzy Voldemorta. Nie wahał się on, by chwycić dłoń Harry'ego.
Dalej poszło już z górki. Ściskając swoje przedramiona, złożyli sobie Przysięgę Wieczystą, której Gwarantem został sam Dumbledore.
Koniec końców Harry uważa, że właściwie udało mu się postawić na swoim: Lord Voldemort nie tylko obiecał nie skrzywdzić ani jego, ani jego bliskich (o ile nie będą stanowić dla niego zagrożenia), ale jeszcze Harry wynegocjował Syriuszowi wolność, a także obietnicę zaprzestania wszelkiej agresji wobec mugolaków i mugoli – a przynajmniej do czasu, aż zrealizuje swoją misję lub z niej zrezygnuje i wróci do Wielkiej Brytanii. Harry musiał tylko przyrzec, że posiadane przez niego obecnie i w przyszłości horkruksy nie spotka żadna krzywda oraz że nie podniesie przeciwko Voldemortowi w niecnym celu różdżki, no chyba że po to, aby samemu się przed nim bronić. Na to ostatnie gorąco upierał się Syriusz.
Tak naprawdę jedynym poświeceniem, jakiego musiał się podjąć, było trzymanie z daleka od Wielkiej Brytanii. Gdy tylko postawi na niej ponownie swoją stopę, Przysięga zostanie anulowana.
Bolało go, że musi się na to zgadzać, zaakceptować swoje w gruncie rzeczy wygnanie, ale doszedł do wniosku, że warte będzie świeczki. Nic też nie powstrzymywało jego przyjaciół czy rodziny przed złożeniem mu wizyty.
I teraz, nieco ponad tydzień później, klęcząc przed kominkiem i słysząc przekazującego mu dobre wieści Syriusza, wie, że podjął słuszną decyzję.
— Teraz, gdy jestem już wolnym człowiekiem, muszę załatwić sprawy związane ze skrytką bankową Blacków – oznajmia mu Syriusz i Harry mruga kilkakrotnie, skupiając na nim ponownie uwagę. – Ministerstwo podarowało mi też rekompensatę, którą muszę się zająć. Gdy tylko jednak będę miał to z głowy, szczeniaku, jestem cały twój.
Harry uśmiecha się tak szeroko, że aż boli go twarz.
— Nie ma pośpiechu, Łapo. To twoja chwila. Ja się nigdzie nie wybieram.
I mówi prawdę. Bill wziął go dzień wolny od pracy do Aleksandrii i pokazał ukrytą przed mugolskimi oczami bibliotekę. Wielką, schowaną pod ziemią salę przepełnioną papierami, atramentem i oprawionymi w skórę zużytymi tomiskami.
Harry'ego oszołomiła i przytłoczyła jej przeogromna skala – witrażowe kopuły rozświetlające niczym żywym, zielonkawym płomieniem wielkie szeregi przepełnionych półkami pięter; wypełniające każdą kondygnację filary, posągi i niewyobrażalne mozaiki; złoty, lśniący, obracający się powoli w centrum głównego piętra globus, udekorowany nie morzami i lądami, a gwiezdnymi konstelacjami. Obezwładniająca wiedza, która znalazła się nagle na wyciagnięcie jego ręki. Hermiona by chyba oszalała.
Harry wie, że spędzi tu, w Egipcie, co najmniej miesiące.
— Tęsknię już za tobą, szczeniaku – mówi z zaciśniętym gardłem Syriusz i Harry chciałby móc sięgnąć do niego i zatopić się w przynoszącym komfort cieple, którym się dla niego ostatnimi laty stał.
— Też za tobą tęsknię, Łapo. Muszę niestety iść. Wkrótce znów porozmawiamy.
— Trzymaj przy sobie lusterko.
Harry uśmiecha się szeroko.
— Zawsze.
Zamyka sieć Fiuu akurat w momencie, gdy Fleur, jak zwykle piękna, wkracza do pokoju. Po tym, jak Bill zaproponował mu swoją kanapę, Harry z miłym zaskoczeniem dowiedział się, że się ze sobą zeszli. Fleur powitała go z entuzjazmem i szczebiotała radośnie o prowadzonych badaniach, że przybyła do Egiptu, by zdobyć Mistrzostwo z Łamania Klątw i że tym właśnie sposobem spotkała znowu Billa. Z chęcią powitała Harry'ego w swoim domu.
Zauważając jej uśmiech, Harry odwzajemnia go i zaczyna zbierać rzeczy, które będą mu dzisiaj potrzebne. Musi odwiedzić bibliotekę, a nie ma wiele czasu.
— Znów pewnie wrócę późno – przyznaje, gdy Bill wychodzi z kuchni z dwoma kubkami w dłoni; czymś ostro-słodkim, sądząc po zapachu. Harry aż czuje napływającą do ust ślinę.
— Nie martw się, Harry – odpowiada Bill. – Wychodzimy wieczorem na kolację, więc gdy wrócisz, powinniśmy jeszcze nie spać.
— Tak, miligo dnia, 'Arry – mówi Fleur, przechodząc przez pokój i całując go w policzki, zanim jest w stanie ją powstrzymać, rozmazując mu na skórze bladą, różową szminkę, a on śmieje się i wzrusza ramionami. – Nie pracuj zbyt ciżko.
— Postaram się – obiecuje Harry, uśmiecha się ostrożnie, po czym kieruje do drzwi. – Miłego dnia.
Wypada z mieszkania i schodzi po schodach w rekordowym tempie. Pocierając policzki, wychodzi na ciche, poranne ulice czarodziejskiego dystryktu, w którym mieszka Bill, zaledwie kilka kroków od banku. Nie jest tego w stanie do końca wyjaśnić, ale wydaje mu się, że lata spędzone w, jakby nie było, izolacji, w towarzystwie wyłącznie Syriusza, sprawiły, że przestał być dla niego komfortowy dotyk innych osób.
Jednym z powodów, dla których wychodzi zawsze tak wcześnie i wraca tak późno, jest fakt, że wie, iż o tych godzinach napotka na chodniku mniej przechodniów. A odkąd Bill powiedział mu, że lepiej będzie, jeśli spróbuje się na razie nie wychylać, póki nie ucichnie ta cała sprawa z niezidentyfikowanymi teleportacjami, Harry unika rzucania się w oczy – przechodzi tylko z mieszkania do biblioteki i z powrotem.
Kierując się do punktu aportacyjnego, próbuje trzymać wzrok przy ziemi, aby zarzucony na głowę kaptur ukrył rysy jego twarzy. Nie poświęca jednak otoczeniu wystarczającej uwagi, bo rozmyśla o uśmiechu, który zagościł na twarzy Syriusza, gdy ten podzielił się z nim dobrymi nowinami. I Harry cieszy się z jego powodu – jest naprawdę wniebowzięty – ale zarazem jakaś mała część jego umysłu ubolewa nad tym, że Syriusz jest teraz tak daleko, że jest w domu, mimo że był to przecież jego własny pomysł. Próbuje stłumić żal i zazdrość.
Tylko dlatego nie zauważa włosów stających mu na rękach dęba. Tego, jak skóra nagle informuje go o obecności.
Refleks go jednak nie zawodzi.
Gdy tylko palce chwytają go za ramię i zaciągają w przestrzeń między budynkami, Harry ma w dłoniach różdżkę i wciska ją prosto w miękkie ciało pod brodą Toma Riddle'a. Chwilę później zamiera i mruga kilkakrotnie w odpowiedzi na uniesione brwi Voldemorta oraz jego eleganckie, niewzruszone rysy twarzy.
— Co…? – spluwa, mrużąc oczy, strząsając z siebie uścisk Voldemorta i cofając się o kilka kroków, podczas gdy wargi jego towarzysza drgają w rozbawieniu, które przepływa głośno przez ich połączenie.
— Witaj, Harry.
Harry spogląda na niego ostro.
— Czy ty mnie, kurwa, śledzisz? Nie przypominam sobie, by nagabywanie mnie przypadkowymi odwiedzinami było częścią naszej umowy.
Rozbawienie nie znika. Harry wciąż czuje, jak wibruje mu w zębach.
— A już myślałem, Harry Potterze, że będziesz zachwycony moim widokiem. Szczególnie dzisiaj – mówi Voldemort. – Nie zasługuję na choćby szczyptę wdzięczności?
Harry niemal przewraca oczami.
— Och tak, ogromnie dziękuję, że wypełniłeś swoją część Przysięgi Wieczystej. Jestem tak ogromnie wdzięczny.
Tym razem dochodzi go też nutka irytacji. Harry zawsze lepiej wyczuwa Voldemorta i niuanse jego reakcji, gdy stoją blisko.
Tak jest lepiej. To zna. Harry nie do końca wie, co powinien zrobić z rozbawionym Czarnym Panem.
— Miałem na myśli Pettigrewa – oznajmia z ostrym uśmiechem Voldemort. – A może ojciec chrzestny ci o tym nie powiedział?
Harry bierze ostro oddech i czuje się, jakby ktoś go oblał zimną wodą. Wzdryga się – ale nie z powodu Voldemorta lub sączących się z niego niczym jad implikacji. Nie, Harry wzdryga się, bo od razu przypomina sobie satysfakcję, jaką poczuł, gdy Syriusz powiedział mu jak dokładnie oczyszczone zostało jego imię.
— Słyszałem – oświadcza, krzyżując ręce na piersi, wiedząc, że nie powinno podobać mu się to, co zrobił Voldemort, choć gdzieś w głębi duszy jest z tego zadowolony. – Oczekujesz, że będę wdzięczny, bo torturowałeś kogoś, aż stracił rozum?
— Nie aprobujesz moich metod?
Aprobuję, myśli Harry i ponownie czuje ściskający go w piersi wstyd.
— Nie – mówi jednak.
Voldemort zwęża oczy, przechyla głowę i robi krok do przodu. Harry cofa się, kiedy uśmieszek Voldemorta zamienia się w coś okropnie, przerażająco zachwyconego.
— Och, Harry – wzdycha Voldemort i kręgosłupem Harry'ego wstrząsa dreszcz, tak wiele w tym emocji. – Nie musisz mnie okłamywać.
Coś rozpala Harry'ego w piersi i prostuje on ramiona, napinając je. Nie jest to przyjemne uczucie, te nagłe zażenowanie dołączające do ogarniającego go poczucia winy, więc zaciska mocno szczękę.
Voldemort cmoka z niezadowoleniem.
— O nie, nie, nie. Nie rób tak. Poprosiłeś mnie, więc spełniłem twoją prośbę. Zdradził twoich rodziców, masz pełne prawo do cieszenia się z jego cierpienia. Chciałeś, by cierpiał. Nie ma powodu do wstydu.
Harry czuje, że krew odpływa mu z twarzy. Serce ściska mu się w piersi.
Chce się z tym nie zgodzić. Chce temu zaprzeczyć. Chce warknąć, że owszem, Pettigrew zdradził jego rodziców, ale to Voldemort ich zabił.
Ale tego nie robi, nie może, bo Voldemort mówi prawdę.
Bez słowa, bez jakiegokolwiek zaprzeczenia, Harry odwraca się więc na pięcie i szybko odchodzi. Ucieka, z towarzyszącym mu upiornie śmiechem Voldemorta.
— Nie podziękujesz mi więc, Harry? – woła za nim Czarny Pan i Harry musi dać z siebie wszystko, by nie wybuchnąć, gdy wraca na ulicę. – Może następnym razem!
Ściskając mocno oczy, skręca za rogiem, pozostawiając za sobą Voldemorta i jego drwiny.
Cały dzień absolutnie ignoruje to, co wydarzyło się rano i zatapia w starożytnych tekstach, szukając czegokolwiek, co choć słowem wspominałoby o magii dusz.
Tak samo spędza też kolejny dzień. I jeszcze kolejny. I następny. I… no cóż, ukryta biblioteka Aleksandryjska ma w sobie tonę informacji na niemal każdy możliwy magiczny temat, w niemal każdym możliwym języku i Harry zaczyna myśleć, że chyba spędzi z nosem w książce całą resztę swojego życia.
Nie pomaga też to, że trzy dni po usłyszeniu od Syriusza dobrych wiadomości i spotkaniu z Voldemortem, jest w wyjątkowo paskudnym humorze, jako że zeszłej nocy Bill i Fleur podzielili się z nim uroczymi, bardzo ekscytującymi wieściami, że Fleur jest w ciąży, więc niedługo udają się do Francji, a potem Nory, by poinformować o tym swoje rodziny.
Harry próbuje być w ich imieniu szczęśliwy – i właściwie jest – po prostu, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Syriusza, mimowolne czuje gdzieś w głębi siebie tlącą się lekko nutkę zazdrości. Zaistniałej sytuacji nie polepsza też fakt, że Fleur z uporem przy każdej możliwej okazji dusi go czułościami… i Harry naprawdę musi popracować nad tym swoim problemem z dotykaniem innych ludzi.
To właśnie dlatego godziny spędzone w bibliotece stawały się coraz dłuższe i dłuższe. To dlatego wciąż siedzi w niej i teraz, przy jednym z ciemnych stolików, choć większość ludzi dawno już wyszła, wpatrując się w masło maślane napisane przez jakiegoś piętnastowiecznego czarodzieja. Dawno nie miał aż takiej ochoty na dobrą filiżankę herbaty i może jakąś kanapkę.
Niestety nie znajduje w tej lekturze, podobnie jak w większości poprzednich, niczego na temat połamanej duszy. Żadnych, nawet krótkich napomknięć o nieśmiertelności. Słowa zaczynają rozmazywać mu się przed oczami, a jedyne, na co natrafił po przeczytaniu dwudziestu zapomnianych przez Boga rozdziałów, to krótka wzmianka o czymś, co autor nazywa „rezonansem dusz", który może mieć miejsce między czarodziejem, a jego towarzyszem – lub, ewentualnie, w nielicznych przypadkach, między dwoma szczególnie potężnymi czarodziejami i czarownicami.
Jest to bardzo ciekawe, ale to nie tego szuka. Choć zapisał sobie tekst, do którego odnosi się autor, aby go później przejrzeć.
Gdy w głowie zaczyna pulsować mu migrena, Harry w końcu zbiera swoje rzeczy. Krótkim machnięciem różdżki odsyła książki z powrotem na półki. Wychodzi z biblioteki, machając na pożegnanie młodemu, ciemnoskóremu, jasnookiemu bibliotekarzowi, który zawsze siedzi z nosem w książce i którego Harry coraz częściej tu spotyka. To miły koleś, który pomógł mu ogarnąć system organizacji półek i pożyczył zmyślne, szklane urządzenie, które, trzymane nad tekstem, potrafi przetłumaczyć większość obcych języków.
Turlając się ociężale po starych, marmurowych schodach wiodących do wyjścia z podziemi, Harry nie po raz pierwszy marzy, by byli tu z nim jego przyjaciele. Szczególnie Hermiona zdecydowanie by mu się teraz przydała.
Zastanawia się, czy po skończeniu Hogwartu odwiedzą go na jakąś dłuższą chwilę. Wie, że Ron już tu kiedyś był, jest też pewien, że zdołałby nakłonić Hermionę samą biblioteką.
Targająca nim niepewność jest jednak okropna. Przez ostatnie dwa lata łączyły ich ze sobą tylko listy, więc gdzieś głęboko kotłuje się w nim niepokój, że być może jest już dla nich tylko przeszłością.
— Czyżbyś był zmęczony, Harry?
Harry niemal wyskakuje ze skóry.
Tuż pod ukrytym wejściem – mieszczącym się w ślepej uliczce na tyłach uroczej kawiarni, mającym postać wapiennej ściany przyozdobionej przedstawiającym oazę muralem – stoi Tom Riddle, opierający się o tylne drzwi kafejki. Nonszalancki i lekko owiewany wiatrem, ubrany jak zwykle elegancko, i choć nie ma na sobie swoich szkolnych szat czy nawet ślizgońskich kolorów, wygląda dokładnie tak, jak jego szesnastoletnie wcielenie, jeśli nie liczyć lekkich zmarszczek przy oczach oraz nuty siwizny przy skroniach.
Harry niemal obraca się na pięcie, by wrócić do biblioteki.
Zamiast tego jednak bierze powoli kilka głębokich oddechów, poprawia wiszącą na ramieniu torbę i rusza przed siebie. Ignoruje wzrok Voldemorta i kieruje się do drzwi.
— Idź sobie – mówi, otwierając je stanowczo i wkraczając do kawiarni; w powietrzu unosi się zapach herbaty i słodkiego dymu, roznosi się muzyka i ciche rozmowy, a on przechodzi przez nią z depczącym mu po piętach Czarnym Panem, aż wychodzą na ulicę.
— To niezbyt miłe, Harry – karci go Voldemort, bez trudu dotrzymując mu kroku, gdy Harry kieruje się do punktu aportacyjnego. – Pytałem tylko, jak minął ci dzień.
— Ty jesteś niezbyt miły – warczy Harry, czując tępe dudnienie w głowie. – Dlaczego więc ja miałbym być?
Voldemort wzdycha.
— Maniery czynią człowieka. Wiele byś zyskał, gdybyś się ich nauczył.
— Niepotrzebne mi lekcje etykiety, szczególnie od takiego hipokryty – mówi Harry. – Tylko drzemka i butelka Ognistej Whisky.
— Czyżby poszukiwania nie szły zbyt dobrze? – pyta Voldemort, w którego głosie pobrzmiewa oczywiste zadowolenie.
— Minęły dwa tygodnie, nie lata. Wiedziałem, że to zajmie trochę czasu – warczy Harry, obracając się stanowczo, by spojrzeć morderczo na krzywy uśmieszek Voldemorta. – Co tu tak w ogóle robisz? Dlaczego zaprzątasz mi znów głowę? Bo jeśli wciąż czekasz na podziękowania za to, co zrobiłeś Pettigrewowi, od razu ci mówię, że ich nie otrzymasz.
— Och, nie są mi potrzebne, Harry – mówi nisko Voldemort, kilkoma pewnymi krokami likwidując dzielącą ich odległość, wciskając dłonie do kieszeni spodni. – Wiem, co naprawdę czujesz… tę brudną satysfakcję, którą próbujesz zakopać pod fałdami poczucia winy. Wcale nie jesteś takim Złotym Chłopcem Dumbledore'a, co?
— Pierdol się – spluwa Harry i odwraca się na pięcie, by szybko od niego odejść.
Voldemort jest jednak niezaskakująco nieustępliwy. Rusza za Harrym, z łatwością dotrzymując mu kroku, co jeszcze tylko wzmaga ściskający i palący Harry'ego w piersi gniew.
— Twoja wściekłość to prawdziwie boska siła, Harry – mówi mu Voldemort. – Znacznie ciekawsza od tego nieustannego znużenia, które od kilku dni brzęczy mi na tyłach głowy. Zacząłem wręcz myśleć, że przyprawisz mnie o migrenę.
— No jasne, bo twoje przypływy czystego szaleństwa są przecież dla mnie tak niesamowicie przyjemne – burczy Harry. – Zresztą to twoja wina, że próbowałeś mnie zabić. Staw teraz czoła konsekwencjom.
Voldemort milczy przez chwilę.
— I to jeszcze jakim konsekwencjom. Ciekawym. Bezprecedensowym. Choć chylę się jednak ku temu, że to twoja wina, że przeżyłeś.
Harry zatrzymuje się. Spogląda na Voldemorta wielkimi oczami, unosząc brwi i ten odwzajemnia jego spojrzenie, absolutnie niespeszony.
— Jesteś najbardziej odrażającą osobą na świecie – oświadcza Harry.
Przykładając dłoń do piersi, Voldemort uśmiecha się.
— Ranisz mnie, Harry.
Wykrzywiając usta w nagłym obrzydzeniu, Harry ściska w dłoni ramiączko swojej torby tak mocno, że aż bolą go knykcie.
— Przestań mnie śledzić albo koniec z naszymi umowami.
— Złamałbyś Przysięgę Wieczystą?
— Złamałbym ci nos, gdybyś go w ogóle miał – ostrzega Harry. – Nie będziesz sobie żartował z tamtej nocy.
— Oczywiście, Harry. – Voldemort unosi ręce, absolutnie i wkurzająco nieskruszony, choć odrobinę się od niego odsuwa. – Mój błąd.
— Taaa, co za nowość – mówi sucho. – Żegnaj, Tom.
— Do następnego razu, Harry.
Lecz Harry już odchodzi, czując wrzącą w żyłach krew. Czuje też jednak ukłucie nienależącego do niego zirytowania i czerpie z tego wszelką możliwą przyjemność, nim w końcu dochodzi do punktu aportacyjnego i pozwala, by powiodła go magia.
Jeden raz to przypadek. Dwa razy to zbieg okoliczności. Trzy razy, uświadamia sobie Harry, to wzór. Którego nie chce kontynuować.
A jednak.
Minęły już niemal kolejne dwa tygodnie, odkąd ostatnio widział Voldemorta. Pojawia się on jednak w dzień wyjazdu Billa i Fleur, siadając naprzeciwko Harry'ego, jedzącego przy małym stoliku śniadanie, ubrany w czarne spodnie, jeszcze czarniejszą koszulę i ładniutką, pieprzoną twarz Toma Riddle'a.
Harry szybko traci apetyt.
— O Merlinie, ty rzeczywiście mnie śledzisz – mówi.
Voldemort zadaje się tego nie zauważać, zbyt zajęty marszczeniem swojego nazbyt ekspresyjnego nosa na ich mugolskie otoczenie.
— Są lepsze miejsca, w których się możesz żywić.
Harry prycha, ustępuje i wraca do swojego tostu.
— Bill mi je polecił.
Nie kłamie. Harry wciąż nie czuje się zbyt dobrze, jedząc w magicznych placówkach, bojąc się, że ktoś rozpozna go po bliźnie – lub jako czarodzieja, który teleportował się na oczach tuzina mugoli – ale z drugiej strony musi jakoś przywyknąć do innych ludzi. To miejsce jest do tego idealne – bliskie mieszkaniu Billa i wolne od turystów, w przeciwieństwie do większości lokali umieszczonych bliżej piramid. A na dodatek serwują tu dobrej jakości herbatę.
— I mają dobrą herbatę – dodaje Harry, wzruszając nonszalancko ramionami, podczas gdy Voldemort w końcu na niego spogląda.
Zakładając nogę na nogę, Voldemort opiera się o swoje krzesło i prycha z irytacją.
— No cóż, wygląda na to, że twojemu wyczuciu smaku pozostaje wiele do życzenia.
— Jeśli chcesz, możesz wyjść – odpowiada słodko Harry. – Nic cię tu nie zatrzymuje.
Voldemort obserwuje przez chwilę, jak przebiera w swoim śniadaniu. Siedzi, gapi się jak psychol, podczas gdy Harry sączy swoją herbatę.
A potem mówi:
— A skoro już mowa o twoim łamaczu klątw, doszły mnie słuchy, że wybrał się do Anglii.
— Ach, więc śledzisz nie tylko mnie, ale też wszystkich moich przyjaciół – mamrocze sucho Harry. – Co za ulga.
Harry zawsze zapomina, jak szybko Voldemort potrafi się poruszać. To chyba przez tę twarz – wysokie kości policzkowe, ciemne oczy i kręcone włosy. Nie wygląda jak bezwzględny morderca. Raczej jak ekstrawagancki kujon, zbytnio zapatrzony w siebie, by ubrudzić sobie ręce.
Ale tak nie jest. To wciąż Voldemort, przypomina sobie Harry, podczas gdy Voldemort też mu o tym przypomina, sięgając w mgnieniu oka ponad stołem, by złapać go za nadgarstek. Ściska palce tak mocno, że ból promieniuje Harry'emu na całe ramię, podobnie jak wyładowanie elektryczne, które pojawia się zawsze, gdy dotykają nawzajem swojej skóry.
Harry krzywi się.
— Mam szczerą nadzieję, że nie zniknął z czymś, co do niego nie należy – oznajmia Voldemort, pochylając się.
Ściska też jeszcze mocniej swoją dłoń. Kości w nadgarstku Harry'ego protestują. W zębach wibrują mu nienależące do niego emocje i uczucia.
Harry chwyta leżący przy talerzu nóż, przewraca go sprawnie między palcami i, robiąc mały zamach, błyskawicznie wbija ostrze z tępym stuknięciem tuż obok nadgarstka Voldemorta.
Voldemort zamiera, rozszerzając oczy. Nóż rozdarł i przypiął do drewnianego stołu czarną bawełnę jego koszuli. Drasnął też lekko wnętrze nadgarstka, który powoli krwawi.
Harry szczerzy zęby.
— Bill wrócił do domu, bo jego żona jest w ciąży, ty kompletny palancie. A twoja własność jest tam, gdzie zawsze: przy mnie.
Voldemort przesuwa wzrok z noża na pasek woreczka ze wsiąkiewki, jak zwykle wiszącej mu u boku. Następnie napotyka oczy Harry'ego.
— Zrozumiałem – mówi, rozluźniając palce.
— I dobrze – warczy Harry, szarpnięciem wyciągając nóż, po czym wyrywa się z uścisku Voldemorta, wstaje na równe nogi i rzuca na stół zapłatę za swój niedokończony posiłek. – Następnym razem, gdy spróbujesz zastraszyć mnie bólem, nie zawaham się cię dźgnąć. Zrozumiałeś?
Voldemort mruży oczy.
— Tak.
— Dobrze.
I Harry bez słowa okrąża stolik, po czym wychodzi z ogródka przy knajpce, czując pulsującą mu pod skórą irytację oraz wściekłość. Boli go nadgarstek – będzie miał pewnie siniaki.
Przez chwilę, idąc ulicą z powrotem w kierunku ukrytej magicznej dzielnicy, myśli, że to koniec. Że Voldemort znowu zniknął i że Harry zobaczy go dopiero wtedy, gdy postanowi wpaść, aby jeszcze raz zaleźć mu za skórę.
Nie spodziewa się, że Voldemort po chwili do niego dołączy.
— Gdzie się tego nauczyłeś? – pyta Czarny Pan.
Harry wydaje z siebie głębokie, głośne westchnięcie.
— Czego?
— Używać tak noża.
— Czy to naprawdę twój interes?
Voldemort wydaje z siebie krótki, zniecierpliwiony dźwięk i gdy Harry na niego zerka, zauważa wykrzywioną w grymasie twarz i naprawioną koszulę.
— Uznaj to za ciekawość zawodową.
— Ciekawość zawodową – prycha Harry. – Że niby pod którym kątem naszą relację można nazwać „zawodową"?
— Wpływasz obecnie na politykę fundamentów magicznego świata – komentuje Voldemort i Harry ze zdumieniem zdaje sobie sprawę, że to prawda. – Jeśli już wcześniej nie były zawodowe, to stały się takie choćby z uwagi na samą rolę, jaką pełnisz w ograniczaniu mojej zdolności do wcielania w życie niektórych poglądów politycznych, mających szansę wpłynąć znacząco na resztę czarodziejskiej społeczności.
— Łał – prycha Harry, kręcąc w niedowierzaniu głową. – Jakie to z twojej strony… niesłychanie egocentryczne. „Fundamentów magicznego świata". Serio?
— Jeśli brytyjskie Ministerstwo podejmie jakieś kroki, reszta świata najpewniej za nim podąży.
— Jesteś niepokojąco egocentryczny.
Voldemort wydaje z siebie dziwny dźwięk.
— Sztuczka z nożem, Harry. Gdzie się jej nauczyłeś?
— Ostatnie dwa lata spędziłem w towarzystwie jednego z najlepszych europejskich aurorów, nawet jeśli niesłusznie skazanego – mówi Harry. – Nauczył mnie, co robić, jeśli kiedykolwiek stracę różdżkę.
— Ach tak? – pyta powoli Voldemort, którego głos intonuje wręcz bewstydne zainteresowanie. – I czego jeszcze cię nauczył, Harry?
— Och, wielu rzeczy – odpowiada słodko i niewinnie, a uśmiech rozświetla jego twarz, gdy unosi wzrok, by zobaczyć, czy Voldemort zauważył, że zdecydowanie nie zamierza rozwijać swojej wypowiedzi.
Między jego brwiami widnieje zmarszczka, gdy idzie obok Harry'ego, niemal wbijając w niego wzrok, zaciskając mocno usta. Harry jeszcze raz uśmiecha się słodko i niewinnie.
— Nie powiesz mi nic więcej, mam rację?
— A dlaczego miałbym powiedzieć? – pyta Harry.
— Mówiłeś, że muszę tylko poprosić o odpowiedź…
— Co nie znaczy, że ja muszę ci jej udzielić – odpiera Harry. – Nie dałeś mi żadnego powodu.
— Nie zdawałem sobie sprawy, że muszę – informuje Voldemort, a zmarszczka między jego brwiami jeszcze bardziej się pogłębia.
— Nie jestem twoim sojusznikiem. Nie jestem twoim przyjacielem. Nie jestem nawet twoim poplecznikiem – mówi Harry i zatrzymuje się na chodniku, by spojrzeć mu prosto w twarz, utrzymując jego spojrzenie. – Nie jestem ci winien niczego, prócz ochrony tego, co już obiecałem chronić. Kiedy ostatnio rozmawialiśmy, powiedziałeś, że nie jestem zbyt miły. Jeśli czegoś ode mnie chcesz, jakiejś informacji lub czegokolwiek innego, może powinieneś posłuchać własnej rady.
Grymas znika nieznacznie z twarzy Voldemorta. Jego wzrok, ciemny, ale zarazem pod płaszczykiem magii płonący i czerwony, przesuwa się po twarzy Harry'ego.
Chwilę później przybliża się on odrobinę, aż w końcu Harry musi odchylić do tyłu głowę, by patrzeć mu w oczy.
Voldemort wykrzywia wargi i gdyby Harry nie wiedział, kim jest, taki uśmiech zwaliłby go z nóg.
— Mówisz, że chcesz, abym był względem ciebie miły, Harry? – mruczy nisko Voldemort, niebezpiecznie kusząco.
Harry'emu nagle zasycha kompletnie w ustach.
— Tak – wydycha.
— Zrozumiałem – mówi Voldemort i po łączącej ich więzi przebiega coś mruczącego, czego Harry nie potrafi nazwać. – Do następnego razu, Harry Potterze.
I Voldemort odchodzi, a Harry czuje, jak wypuszcza ostro powietrze. Nie zdawał sobie nawet sprawy, że wstrzymał oddech.
Harry rzuca Prorokiem o stół.
Wykrzywia twarz, czytając jeszcze raz nagłówek, przesuwając wzrokiem po gazecie. Ściąga okulary, wzdycha i pociera twarz, przechodząc do kuchni Billa.
Mieszkanie jest bez Billa i Fleur ciche oraz przeraźliwie puste. Zanim zniknęli, Billowi udało się na szczęście uzyskać pozwolenie, by je poszerzyć, więc otworzył dla niego nową sypialnię. Jest mała, ale lepsze to niż spanie na przetransmutowanej kanapie – już nie mówiąc o łóżku polowym w namiocie pośrodku lasu. Harry nieźle się w nim czuje i, jeśli ma być absolutnie szczery, to dlatego właśnie coraz później zaczyna każdy kolejny dzień.
Byłby to więc uroczy poranek, rozpoczęty cudną filiżanką herbaty, gdyby nie gazeta, która leży obecnie na kuchennym stole.
Postanowiwszy ją chwilową zignorować, Harry kończy przygotowywanie herbaty. Wtedy słyszy rozpalającą się sieć Fiuu.
— Szczeniaku?
Uśmiech rozświetla jego twarz.
— Łapo! Jestem w kuchni, przechodź.
Gdy dom wypełnia dźwięk uruchamianego Fiuu oraz lekki zapach dymu, Harry chwyta dwa kubki herbaty. Do swojej wrzuca pewnie nieco zbyt wiele cukru i śmietanki, ale drugą pozostawia czarną, tak jak lubi Syriusz.
Wychodzi z kuchni i staje w drzwiach, zauważając Syriusza, który stoi przy stole z grymasem na twarzy i z gazetą w dłoni. Z jeszcze większym zdziwieniem spostrzega stojącego tuż za nim Remusa, ściskającego w rękach coś dużego.
— Widzę, że doszła już do ciebie ta wiadomość. – Syriusz wzdycha, a jego zwykle ekspresyjna twarz przytłumiona jest czymś przypominającym rezygnację.
— Niestety – przyznaje Harry, a potem posyła Remusowi lekki uśmiech. – Gdybym wiedział, że też przyjdziesz, zrobiłbym ci herbatę.
— Nic nie szkodzi, Harry – mówi Remus, przesuwając po nim wzrokiem i uśmiechając się jeszcze szczerzej. – Wyglądasz dobrze. Zdrowo.
— To niesamowite, jaką różnicę może wywołać dostęp do regularnego prysznica – żartuje Harry, podchodząc do nich i stawiając na stole kubki, nim wskazuje na trzymany przedmiot. – Uściskałbym cię, ale…
— Ach! No tak, cóż… — Remus przesuwa ciężar z nogi na nogę i z lekkim uśmieszkiem stawia pakunek na stole. – Pomyślałem, że chciałbyś ją znów spotkać.
Nim unosi zasłonę, Harry już wie, co się pod nią znajduje. Bez dwóch zdań zdradza to też lekki szelest i gruchot.
— Hedwiga! – sapie i podbiega do klatki, walcząc drżącymi palcami z zasuwką, podczas gdy sowa stroszy wewnątrz piórka. – Och, spójrz na siebie, dziewczynko! Jesteś taka piękna.
Ta szczypie go lekko w palce z podekscytowaną czułością, nim jeszcze Harry daje w ogóle radę sięgnąć całkowicie do klatki. Jego uśmiech jest tak wielki, że boli go twarz, gdy ją uwalnia, śmieje się też, gdy sowa przeskakuje mu po ręce i huka. Gdy z lekkim trzepotem skrzydeł opada na jego ramię, pochyla się i dziobie go we włosy.
— Tak, tak, wiem, muszę je obciąć – prycha Harry, przesuwając palcem po miękkich piórkach na jej piersi i odwraca się z promiennym uśmiechem do Remusa. – Dziękuję.
— Myślę, że straszliwie za tobą tęskniła – mówi z czułością Remus. – Jak my wszyscy.
— No tak. – Harry odchrząka i czuje, jak płoną mu policzki, kiedy Remus ściska go za ramię. Harry wskazuje na trzymaną przez Syriusza gazetę. – Jeśli zamierza odwalać takie rzeczy, skończy się to tak, że wrócę do Anglii szybciej niż się spodziewaliśmy.
Syriusz rzuca z burknięciem Proroka z powrotem na stół. Jego nagłówek – „Głosy Wizengamotu wracają do rąk dziedzica Gauntów!" – jest dość niepokojący. Nie pomaga też, że na pierwszej stronie widnieje zdjęcie ściskającego z Knotem dłonie Toma Riddle'a, ubranego w eleganckie szaty i posyłającego dobroczynny uśmiech.
— Jak mu się to w ogóle udało? – pyta Harry.
Remus wzdycha.
— Albus twierdzi, że żyje obecnie bardzo niewielu czarodziejów, którzy by go rozpoznali. A nawet jeśli ktoś go pamięta, to Voldemort wiele wysiłku włożył w to, by ukryć wszystko, co go łączyło z Tomem Riddle'em.
— Jakiego używa imienia?
— Thomas Gaunt – prycha Syriusz, opada na krzesło, bierze do rąk herbatę i popija ją z pełnym zachwytu mruknięciem. – Och, szczeniaku. Jest cudna.
— Z cynamonem. – Harry wzrusza ramionami, też siada i wskazuje Remusowi, by do nich dołączył. – Więc naprawdę może coś takiego zrobić? Odzyskać tytuł?
— Nie jest to coś niespotykanego dla bękartów wymarłych, szlachetnych rodów – mówi Remus. – Na przykład Selwyni od samego początku istnienia Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki na zmianę pojawiali się i znikali. Nazwisko rodowe można przyjąć dopiero po pięćdziesięciu latach od ogłoszonego wymarcia rodu, czy to przez śmierć, czy skazanie, i to wyłącznie poprzez dowiedzenie więzów krwi. Ostatni Gaunt wylądował w Azkabanie w latach czterdziestych i umarł kilka lat temu.
— Morfin. – Harry kiwa głową, przypominając sobie notatki Dumbledore'a. – Jego wuj.
— Dokładnie – potwierdza Remus i, pomimo poruszanego tematu, uśmiecha się, gdy widzi jak Harry bezmyślnie gładzi piórka Hedwigi. – Udowodnił swoje roszczenie więzami krwi. Jest od teraz Lordem Gauntem. I ma całą władzę, jaka się z tym wiąże.
Syriusz krzywi się i odstawia kubek.
— Co niestety oznacza, że nie mogę do ciebie dołączyć, jak to wcześniej planowaliśmy, szczeniaku.
Harry czuje ściskające go mocno w piersi głębokie rozczarowanie. Bierze łyk herbaty, kiwa głową i jeszcze raz przesuwa wzrokiem po nagłówku.
— Rozumiem – mówi po chwili. – Jesteś Lordem Blackiem. Twoje głosy w Wizengamocie mogą być jedynym, co stanie mu na drodze przepchania niekorzystnych dla nas praw.
— Och, szczeniaku – wzdycha ponownie Syriusz i gdy Harry unosi wzrok, wygląda na tak smutnego, że Harry ma ochotę go przytulić. – Naprawdę mi przykro.
— Nic nie szkodzi, Syriuszu. – Harry posyła mu miękki uśmiech. – Poza tym, nie jest tu źle. A gdy wrócą Bill i Fleur, będę miał ich towarzystwo.
Hedwiga szczypie go w ucho.
Harry śmieje się i gładzi ją między oczami.
— No i oczywiście twoje, dziewczynko.
Dłoń zaciska się na jego palcach. Harry drga i spogląda na Remusa, którego czuły uśmiech zamienił się w nieco smutny grymas.
— Wyrosłeś na wspaniałego młodzieńca, Harry – komentuje. – Rodzice byliby z ciebie bardzo dumni.
Harry'emu zaciska się gardło.
— Och, Lunatyku, nie mów takich rzeczy! – jęczy Syriusz, odchylając głowę, odrzucając z twarzy potargane włosy. – Myślisz, że już mu tego z milion razy przez te dwa ostatnia lata nie powiedziałem!?
— I tak warto – sprzecza się Remus, wydymając usta, choć Harry widzi, że walczy z cisnącym się na usta uśmiechem.
— Już wystarczająco ckliwe było, jak musiałem mu powiedzieć, że nie mogę do niego dołączyć. – Syriusz macha rękami, jak zwykle dramatyczny. – Musiałeś mieszać w to jeszcze Jamesa i Lily?
Remus spogląda znów na Harry'ego.
— Naprawdę szczerze współczuję, że w czasie ucieczki twoim jedynym towarzyszem był właśnie Łapa.
Wybuchając śmiechem, Harry opiera ręce o brzuch i pochyla się. Skonsternowana Hedwiga odlatuje z jego ramienia na krzesło, hukając karcąco.
To tylko wzmaga jego śmiech.
Nim się orientuje, rechoczą wspólnie nad herbatą i dziwnymi wieściami, a Harry opowiada Remusowi o wszystkich głupotach, które wyczynił Syriusz w czasie ich podróży. Remus słucha go uważnie z rozjaśnionymi oczami, niemal nie odrywając od niego wzroku. Syriusz zachowuje się podobnie, choć zarazem kłóci się, że Harry wcale nie był lepszy i do tego równie winny skończonemu w lodowato zimnej rzece incydentu sprzed pięciu miesięcy.
Gdy znów siadają przy stole z kolejnymi kubkami gorącej herbaty, a Hedwiga drzemie na oparciu krzesła, Harry ponownie przyciąga do siebie gazetę. Remus beszta za coś jego ojca chrzestnego – najpewniej za wspomniane przez Harry'ego pomijanie przez Syriusza „nudnych rozdziałów" wysłanych im książek – a Harry spogląda jeszcze raz na zdjęcie.
Voldemort wygląda na absolutnie z siebie zadowolonego, ściskając dłoń Knota. Jakby wszystko szło po jego myśli. Jakby nic nie stało mu na drodze.
Harry zastanawia się przelotnie, jakim w ogóle cudem Knot został znów Ministrem.
— Jestem dziedzicem Potterów, co nie? – pyta cicho, ale i Remus, i Syriusz go słyszą.
— Dziedzicem Potterów i dziedzicem Blacków – przytakuje Syriusz.
— I w Wizengamocie jest sto głosów, tak? – Harry unosi wzrok i spostrzega kiwnięcia ich głów. – Jak wiele posiadają Potterowie?
— Wydaje mi się, że trzy – odpowiada Remus. – Potterowie to stara i szlachetna rodzina, podobnie jak większość rodów z Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki. Te, z niewielkimi wyjątkami, posiadają trzy głosy. Choć, póki nie przejmie ich Lord, pozostają in absentia – nie są liczone.
— Czyli jeśli wszyscy są obecni, dostępnych jest w sumie sto głosów. Wygrywa większość – dodaje Syriusz, pochylając się i opierając łokcie o stół. – Co kombinujesz, dzieciaku?
— Czy byłoby możliwe, abym… zdobył tytuł Lorda i oddał moje głosy pod opiekę komuś, komu ufam, aby w moim imieniu głosował? – pyta Harry, łypiąc wnikliwie na poważne twarze Syriusza i Remusa.
— Wielu Lordów i Lady już tak kiedyś robiło, załatwiwszy odpowiednią dokumentację bankową – mówi powoli i z zastanowieniem Remus, ale Syriusz już szczerzy zęby.
— Co więc za szczęście, że mieszkam obok banku, co?
Oczy Syriusza lśnią.
— Jesteś absolutnie szalony.
