Lucjusz stał pośród innych śmierciożerców, obserwując otoczenie przez maskę, którą miał na twarzy. Stali na jakiejś polanie nieopodal lasu. Pośrodku płonęło ognisko. Nagle z płomieni wyszedł on. Voldemort. Jego białe ciało odziane było w długą czarną szatę, szedł boso, a przy jego stopach pełzł wąż. Powolnym krokiem podszedł do Lucjusza.
- Nie szukałeś mnie, Lucjuszu. Zawiodłem się.
Lucjusz chciał coś powiedzieć, otworzył lekko usta, ale słowa ugrzęzły mu w gardle.
- Od dawna już jesteś taki nieprzydatny... - zagrzmiał głos Voldemorta.
- Panie mój... to nie moja wina... naprawię to...
- Nie będziesz miał już szans niczego naprawić — Voldemort odszedł na kilka kroków i odwrócił się do niego. — Avada Kedavra!
Błysnęło zielone światło i Lucjusz się obudził. Siedział na łóżku w swojej sypialni zlany potem.
- Krzyczałeś — powiedziała Narcyza sennym głosem.
- Nie chciałem cię obudzić. Znowu.
- Wiem, że nie chciałeś — pogłaskała go po plecach.
Na zewnątrz było pochmurno i blask księżyca całkowicie gdzieś się ukrył, a sypialnię spowijał mrok. Lucjusz próbował uspokoić bicie serca i oddech.
- Zawsze śni ci się to samo?
- Nie, ale ON tam jest ZAWSZE. I zabija. Mnie albo was na moich oczach.
Lucjusz namacał Mroczny Znak. Niczego nie zwiastował, nie piekł. Był tylko pozostałością po Czarnym Panu, pamiątką przypominającą o wszystkim, blizną.
- Jutro wyślę sowę do Severusa. Poproszę go o jakieś eliksiry. To się musi skończyć.
- Nie chcę eliksirów.
- Nie pytam, czy chcesz.
Lucjusz odpuścił. Sypiał fatalnie i Narcyza miała rację, to musi się skończyć. Poza tym nie wygrałby z nią, jeśli jego żona mówi, że tak ma być, to zawsze postawi na swoim.
Narcyza sięgnęła po różdżkę, machnęła nią delikatnie, a z jej końca wyleciały bańki podobne do baniek mydlanych, ale te wypełniało zielonkawe światło, które tańczyło w nich radośnie. Światełka różnej wielkości, jak zielone gwiazdy unosiły się nad łóżkiem. Lucjusz popatrzył na nie sennym spojrzeniem.
- Umm — mruknął zadowolony i się uśmiechnął. - Uwielbiam te twoje czary.
Od razu zapomniał o koszmarach sennych.
Snape chodził po szkole bardziej rozdrażniony i nieprzyjemny niż było to wpisane w jego charakter. Przez tydzień Gryffindor stracił dwadzieścia punktów i nikt nie wiedział, jaki był ku temu dokładny powód. Koncentracja samego Snape'a była osłabiona. Raz nawet rozlał trochę eliksiru, który warzył na prośbę Narcyzy, ale na szczęście nikt tego nie widział, bo był sam. Wszystko przez list z Ministerstwa. Myślał o nim bezustannie. Do samego końca wahał się co zrobić, co chwila zmieniał zdanie, aż w końcu dzień przed wyznaczoną datą poprosił McGonagall o dwa dni wolnego.
Wstał o świcie z mocnym bólem żołądka i opuścił Hogwart. Łatwo wyobrazić sobie radość uczniów na wieść o tym, że przez dwa dni nauczycielka Obrony przed Czarną Magią zastąpi Snape'a na eliksirach.
- Severus Tobias Snape — powiedział, podając dokument.
Oczekiwano go. Wszedł do obskurnego gabinetu, gdzie kazano mu usiąść, wypełnić plik papierów i odpowiedzieć na kilka pytań. Potem kazano mu wyjść i zaczekać na korytarzu, wzdłuż którego ciągnął się rząd kominków. Już za chwilę jednym z tych kominków wróci do domu. Usłyszał zbliżające się z oddali kroki. Mężczyzna w granatowym uniformie powoli prowadził przygarbioną kobietę. Była wychudzona, blada i miała długie siwiejącące już, potargane włosy. Snape niczym zahipnotyzowany patrzył, jak nadchodzą. Nie drgnął, nawet kiedy zatrzymali się przed nim. Eileen zniknęła z jego życia ponad dwadzieścia lat temu. Nie miał problemu, by ją rozpoznać, ale zapamiętał ją inaczej.
- Severus? - kobieta wyciągnęła rękę zakończoną brudnymi paznokciami, by go dotknąć.
Snape cofnął się o krok. Nie słuchał, co na pożegnanie mówi mężczyzna. Nie odrywając wzroku od kobiety, bez słowa wskazał jej, by pierwsza weszła do kominka. Chwilę potem pokryci kopciem wylądowali w mieszkaniu na Spinner's End.
- Nic się tu nie zmieniło — z niedowierzaniem powiedziała kobieta. - Przybyło tylko książek — podeszła do regałów, potem obeszła salon, dotykając wszystkiego po kolei.
Eileen Snape miała sześćdziesiąt dwa lata, ale wyglądała znacznie starzej. Warunki w Azkabanie wyniszczały ciało i umysł. Dementorzy pilnujący więźniów odciskali na nich swoje piętno. Snape wiedział o tym. Znał śmierciożerców, którzy uciekli z Azkabanu, widział Blacka, znał Lucjusza, który spędził tam zaledwie rok, a teraz Snape warzył dla niego eliksir Słodkiego Snu.
- Powiesz coś? - zapytała, nagle odwracając się do niego.
- Potrzebujesz czegoś?
Wciąż stał przy kominku, do tej pory wodząc za nią wzrokiem. Od czasu, kiedy dostał list, zastanawiał się, jak może wyglądać ich rozmowa. Teraz nie potrafił wydusić z siebie nic szczególnego.
- Napiłabym się herbaty. Tam nie dawali herbaty. Już nie pamiętam jej smaku.
Snape w milczeniu poszedł do kuchni zaparzyć wodę. Wyjął z szafki filiżankę, w której znalazł martwą muchę.
"No tak" pomyślał "taka bieda, że nawet muchy zdychają"
Wyjął świeżą wyszczerbioną filiżankę, zrobił herbatę i zaniósł ją do salonu.
- Nie mogę z tobą zostać. Jutro muszę wracać — powiedział, chcąc mieć to już za sobą.
Eileen usiadła w jego ulubionym fotelu i upiła łyk gorącego napoju, rozkoszując się nim.
- Wracać gdzie?
- Do Hogwartu. Uczę tam.
- Och, a czego?
- Eliksirów.
- Zawsze byłeś ambitny — powiedziała, przyglądając mu się zza filiżanki z dumą. — Szkoda, że nie zdążymy dłużej porozmawiać. Chciałabym cię o tyle zapytać...
- Pytaj teraz.
- Byłeś takim młodym chłopcem, kiedy... - urwała.
"Mnie zostawiłaś" pomyślał Snape.
- A teraz jesteś mężczyzną. I masz dobrą pracę. Wyrosłeś na dobrego człowieka.
Eileen uśmiechnęła się, po czym zapadła w głębokie zamyślenie wpatrzona w przestrzeń.
- Nie masz nikogo? - zapytała nagle, rozglądając się w poszukiwaniu kobiecych śladów.
Snape patrzył na nią pytającym wzrokiem.
- Dziewczyny? - wyjaśniła.
- Ja... nie. Nie mam.
Eileen pokiwała głową, jakby właśnie tego się spodziewała.
- Wasza... twoja sypialnia jest nieruszona. Odświeżyłem ją tylko prostym zaklęciem. Wiesz, gdybyś chciała...
- Och, dziękuję. Zawsze o mnie myślałeś.
Snape westchnął ciężko. Niewiele rozmawiali. Głównie to on słuchał jej opowieści o tym, jak było w Azkabanie. Wiedziała trochę o Czarnym Panu, uwięzieni śmierciożercy mówili o nim, a potem uciekli, o czym oczywiście wiedzieli wszyscy inni współwięźniowie. Odpowiadał cierpliwie na jej pytania, oszczędnie gospodarując prawdą. Nie chciał mówić o sobie. Jego matka była najwyraźniej zadowolona, że wyszedł na ludzi i nie zamierzał tego psuć opowieściami o tym, że sam dołączył do śmierciożerców. Że był przepełniony nienawiścią do Jamesa Pottera, wielu innych ludzi, pełen żalu i goryczy. Że zdradził przepowiednię Czarnemu Panu. Ani, że był najbardziej nielubianym nauczycielem. Nie śmiał psuć wyobrażeń matki. Pominął też to, co w nim dobre. Fakt, że chronił wybrańca, że się narażał i prawie umarł, że za to wszystko, co zrobił, został odznaczony Orderem Merlina, spoczywającym teraz gdzieś na dnie szuflady.
Sprawy dotyczące jego życia były dla niego intymne i nie czuł się zobowiązany zwierzać się osobie, która zniknęła z jego życia, kiedy miał osiemnaście lat. Nawet jeśli tą osobą była jego własna matka. Czuł, że jest mu obca.
Po tym wszystkim, kiedy Eileen zasnęła, Snape nie zmrużył oka w swoim dawnym pokoju piętro wyżej. Następnego ranka był gotowy do powrotu do Hogwartu. Miał dość czasu, by zostać jeszcze parę godzin, ale nie chciał wykorzystać tej okazji. Może z czasem przyzwyczai się do myśli, że matka znów jest w domu, że w ogóle wróciła do jego życia. Tymczasem nie był jeszcze na to gotowy.
- Tu masz pieniądze — powiedział, kładąc na stole sakiewkę, kiedy Eileen zjawiła się w salonie. - Starczą ci na miesiąc. Za miesiąc znów tu wpadnę. Lodówka jest pełna.
Eileen niechętnie patrzyła na sakiewkę.
- Oddam ci — powiedziała. - Pójdę do pracy...
Snape nie wierzył w to, by ktokolwiek zechciał ją przyjąć, ale przemilczał ten fakt. Czuł się źle z tym, że będzie miał ją na utrzymaniu, a jednocześnie wiedział, że jest do tego zobowiązany. Za te wszystkie lata, kiedy matka chroniła go przed ojcem, był jej winien choć tyle. Sama jednak nie była święta i to sprawiało, że targały nim mieszane uczucia i nie potrafił cieszyć się z faktu, że znów ją widzi.
- Muszę iść — skłamał. - Gdybyś czegoś potrzebowała, wyślij mi sowę.
- Dobrze.
Złapał za klamkę.
- Poradzisz sobie?
- Nie martw się synku — uśmiechnęła się.
Snape skinął głową. Wyszedł dokładnie w chwili, kiedy Eileen zrobiła krok do przodu, przestraszony tym, że może chciała go uściskać na pożegnanie.
Po powrocie miał mnóstwo wolnego czasu, którego nie wykorzystał z matką. Dręczyły go wyrzuty sumienia, że tak ją zostawił, ale zdławił je, skupiając się na pracy. Nazajutrz ku rozczarowaniu uczniów wrócił do prowadzenia zajęć, tylko Hermiona zdawała się obojętna. Wrócił mu humor, kiedy Ślizgoni wygrali mecz Quidditcha. W wyścigu o Puchar Domów na pierwszym miejscu plasował się Ravenclaw, a zaraz po nim Slytherin. Gryffindor nareszcie zajmował trzecie miejsce. Bez Pottera w szkole życie było łatwiejsze.
Nadszedł dzień wypadu do Hogsmeade. Snape musiał uczestniczyć w tej wycieczce jako opiekun domu Slytherin. Postanowił, że wykorzysta tę okazję na spotkanie z Lucjuszem. Niestety, kiedy młodzież rozpierzchła się po miasteczku, jak stadko karaluchów nie wiadomo skąd wyskoczyła Anastazja.
- Pójdziemy na pivom?
- Jesteśmy w pracy.
- Ne bud'te taki sztywny. Masz slaba golova? Jedno pivo.
- Nie zostałaś w szkole w taką pogodę? Nie jesteś opiekunką żadnego domu, nie musiałaś iść.
- Spotykam się dziś z moja sestroy. Nie chcesz iść so mnoy? Ona bylaby ucieszona.
- Też jestem z kimś umówiony... - powiedział, wchodząc do Gospody pod Świńskim Łbem.
- No popatrz, ya też tutaj!
"Błagam nie" przemknęło mu przez myśl.
Anastazja wpadła do środka, pomachała do kogoś ręką — dopiero po chwili dostrzegł Tatianę — po czym rzuciła się w podskokach w jej stronę i uwiesiła się na szyi starszej siostry. Snape znalazł Lucjusza i przysiadł się do niego naburmuszony, sam nie do końca wiedział dlaczego.
- Masz towar? - zapytał Lucjusz, popijając wino.
- Mówisz, jakbym handlował czymś nielegalnym.
Snape podał mu buteleczkę zawiniętą w pergamin. Lucjusz schował ją do wewnętrznej kieszeni szaty.
- Masz — położył na stoliku pieniądze.
- Nie musisz mi płacić. To przyjacielska pomoc, ok?
- Ale mogę. Nie marudź, tylko bierz. Wiem jakie macie pensje w Hogwarcie — prychnął.
Snape niechętnie, bardziej dla świętego spokoju schował pieniądze. Nigdy nie zapytał, dlaczego Lucjusz sam nie uwarzy sobie tego eliksiru, ale znał go i podejrzewał, iż po prostu mu się nie chce skoro może komuś zapłacić za wyręczenie go.
- Nie piłbym tego, ale Narcyza...
- Dobrze, że ją masz — szczerze powiedział Snape, urywając tłumaczenia Lucjusza.
Poczuł ukłucie zazdrości.
- Ty po tym wszystkim... - zaczął Lucjusz ściszonym konspiracyjnym tonem — nie masz żadnych problemów? No wiesz, ze dwadzieścia lat w służbie Czarnemu Panu. To trochę miesza w głowie.
- Oczywiście, że mam — Snape wzdrygnął ramionami. — Jesteśmy tylko ludźmi Lucjuszu.
W tym momencie do stolika podeszła Anastazja i Tatiana.
- Dobrze cię widzieć — powiedziała Tatiana, zwracając się do Snape'a.
- Wzajemnie.
Snape przedstawił im Lucjusza i mógł już pożegnać się z prywatną rozmową z przyjacielem, bo kobiety dosiadły się do nich, a każda miała po kuflu piwa. Lucjusz nie wyglądał na rozczarowanego, wręcz przeciwnie był zafascynowany, kiedy Tatiana zaczęła rozprawiać o tym, jak uratowała Snape'a eliksirami przywiezionymi z samej dzikiej Rosji. Snape pocierał nerwowo ręce na wspomnienia o własnej śmierci. Westchnął i przewrócił oczami, kiedy Lucjusz poprosił, by Tatiana załatwiła mu kilka nielegalnych w Anglii eliksirów, podkreślając, że cena nie gra dla niego roli i tak oczywiście potrafi dochować tajemnicy.
"Nie ma to, jak rozmowy byłych śmierciożerców przy alkoholu" pomyślał Snape, kiedy każdy z nich poza nim samym poprosiło o dolewkę. Zaczął zastanawiać się, czy Anastazja również ma wypalony na przedramieniu Mroczny Znak.
- Kiedy my byli det'mi ciągle sobie dokuczałyśmy — powiedziała Anastazja.
- Bo ciągle czytałaś mi w myślach! - burknęła Tatiana — To tak jakbyś mi zaglądała do pamiętnika. Ona ma taki głupi dar, urodziła się z nim — wyjaśniła zdziwionym mężczyznom.
Lucjusz i Snape popatrzyli po sobie.
- Ya już nad tym panować — usprawiedliwiła się młodsza z sióstr i kopnęła starszą pod stołem.
- O jakiej liczbie myślę? - zapytał Lucjusz.
Anastazja spojrzała na niego i się zarumieniła.
- Cztery — powiedziała.
- Tak! Kurdę... - Lucjusz wyglądał na zachwyconego i zmartwionego zarazem. - Nie wiedziałem, że można się z tym urodzić. Zwykle legilimencji trzeba się uczyć latami.
- Eto dar i przekleństwo v odnom — powiedziała Anastazja.
Po tej rozmowie zarówno Lucjusz, jak i Snape użyli na sobie oklumencji, by uchronić swoje umysły przed penetracją z zewnątrz. Zmieszana całą sytuacją Anastazja nagle przypomniała sobie, że musi iść z siostrą załatwić jeszcze jakieś babskie sprawy. Po wymianie uprzejmości pożegnali się i kobiety opuściły gospodę. Lucjusz i Snape znów zostali sami.
- Myślisz, że cały czas jak tu siedziała, czytała nasze myśli? - zapytał Lucjusz.
- Nie wiem. To byłoby bezczelne.
- Gdyby nie ten drobiazg, to jest całkiem sympatyczna — zauważył.
- Ta. Masz już żonę.
- Nie myślałem o sobie — uśmiechnął się Lucjusz.
- Zapomnij.
- Nie podoba ci się?
- W jakim sensie?
- Na Salazara! Severus... jesteś mężczyzną czy nie?
- Jest trochę... irytująca — powiedział po namyśle Snape.
- Jak każda kobieta. Na to nic nie poradzisz.
- Ale kto by chciał kobietę, która nieustannie czyta ci w myślach?
- Byłaby dla ciebie idealna, bo nie należysz do gadatliwych ludzi — Lucjusz uśmiechnął się serdecznie i dopił resztę swojego wina.
Kiedy wszyscy oprócz Tatiany i Lucjusza wrócili do zamku, Snape przyłapał się na tym, że podczas kolacji unika spojrzenia Anastazji. Czuł złość, kiedy myślał o tym, że tyle razy rozmawiali i nigdy nie przyznała się, jaki ma dar. Jakby ukrywała to celowo, by swobodnie wchodzić innym do głów i znać ich sekrety. Na pewno świetnie potrafiła dzięki temu manipulować ludźmi.
