Rose weszła do biblioteki. Tutaj wszystko było zawsze takie samo, nawet pani Pince, która co roku przebąkiwała coś o emeryturze i „,wypaleniu zawodowym" ciągle siedziała za swoim biurkiem i sprawdzała książki pod kątem ich stanu rozkładu – niektóre naprawdę wymagały solidnej konserwacji. Rose przywitała się z bibliotekarką i skierowała się w stronę swojego ulubionego stolika, mając nadzieję, że nikt go jeszcze nie zajął. Była trochę zła na Greenie, bo od kilku dni usiłowała ją nakłonić do wspólnej nauki eliksirów, jednak Greenie wymyślała coraz to nowe (i zwykle raczej słabe) usprawiedliwienia. Rose przekonywała ją, że nauka eliksirów nie jest straszna i można to nawet polubić, ale Greenie stanowczo wolała skupić się na wróżbiarstwie, na co Rose reagowała raczej mało entuzjastycznie.

Rose podeszła do swojego ulubionego stołu i z zadowoleniem stwierdziła, że jak zwykle czekał na nią. Usiadła i otworzyła podręcznik, żeby móc napisać dodatkowo punktowane wypracowanie dla profesora Slughorna, kiedy na jej książkę padł cień. Rose, niezbyt zadowolona z jego pojawienia się (bo cień oznaczał, że ktoś właśnie nad nią stanął i zapewne będzie jej chciał trochę poprzeszkadzać), podniosła głowę. Rzeczywiście, ktoś nad nią stanął i był to Scorpius Malfoy we własnej osobie. Nieco zaskoczona tym Rose, wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami – Scorpius zazwyczaj owszem, przychodził za nią do biblioteki, ale zawsze siadał przy innym stoliku i to stamtąd ją obserwował. Tym razem zmienił scenariusz i to zastanowiło Rose.

- Cześć Rose – odezwał się Scorpius, a jego głos zabrzmiał zupełnie inaczej, niż gdy odpowiadał nauczycielom na pytania, gdy rozmawiał z nią przy łazience prefektów, a nawet inaczej niż wtedy, gdy Scorpius zazwyczaj odzywał się do Rose, próbując gdzieś zaprosić czy mówiąc jakiś komplement. Nie, ten ton był o wiele bardziej śmiały, nie był w ogóle przyjacielski i uprzejmy. To był niższy, barytonowy dźwięk, raczej uwodzicielski i sprawiający, że Rose mimowolnie się zarumieniła. Scorpius również wyglądał inaczej – mimo iż przecież nic nie zrobił ze swoim wyglądem. Rose obejrzała go od stóp do głów i nie zauważyła jakichś większych zmian w jego wyglądzie. Wyglądał dokładnie tak samo, jak podczas śniadania, obiadu, wszystkich lekcji, które mieli dzisiaj razem. Jednak jakaś inność biła od jego postaci, inność, której Rose nie potrafiła w ogóle zdefiniować, chociaż zdawała sobie sprawę z jej istnienia.

- Cześć, Malfoy – powiedziała szeptem. Scorpius ją onieśmielał i Rose właśnie zdała sobie z tego sprawę.

- Nie chciałbym ci przeszkadzać, dlatego sobie tylko usiądę naprzeciwko ciebie i będę robił prace domowe, w porządku? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, usiadł naprzeciwko Rose i rozłożył swoje książki na stole. Rose nie miała pojęcia co się stało, że Scorpius zerwał z dotychczasowymi zwyczajami i postanowił do niej się dosiąść. Nie miała również pojęcia dlaczego zamiast się na niego wkurzyć i wygonić gdzie pieprz rośnie, wydała z siebie tylko jedno słowo:

- Okej.

...

Po ponad godzinie pisania, Rose miała gotową niemal całą pracę domową z eliksirów za dodatkowe punkty. Kątem oka zerknęła na to, co pisał Scorpius. Zauważyła taki sam temat u szczytu rolki pergaminu, jaki gościł na jej pracy. „Czyli też pisze zadanie dla Slughorna...?" Scorpius zdawał się dostrzegać spojrzenie Rose, jednak uśmiechnął się pod nosem i kontynuował pisanie pracy. Wyglądał przy tym dość... zachęcająco, jakby chciał dać znać, że nauka z nim jest jakimś niesamowitym, mistycznym przeżyciem. Rose dopisała swoje zakończenie i zwinęła pergamin w rolkę. Zamknęła kałamarz i schowała go do torby. Scorpius jakby wyczuł, że po za chwilę Rose go opuści, zaczął pisać po pergaminie tak ekspresowo, że ciężko byłoby za nim nadążyć. Postawił ostatnią kropkę na końcu swojego wypracowania i szybko zwinął pergamin w rulon. Rose obserwowała go jak zahipnotyzowana, a mimo iż wszystkie te czynności Scorpius wykonywał raczej śpiesznie, Rose miała wrażenie, że siedzi i wpatruje się w niego od kilkudziesięciu minut. Może faktycznie ją zahipnotyzował?

- Rose – szepnął Scorpius. Rose niemal podskoczyła na dźwięk jego głosu. Wpatrywała się w niego uważnym, ale jakby zamglonym wzrokiem. Scorpius wahał się. Wyglądał jakby chciał powiedzieć jej coś bardzo ważnego, ale zarazem dość kontrowersyjnego, co mogłoby spowodować nieprzyjemne konsekwencje. Rose cierpliwie patrzyła mu w oczy. Jakkolwiek to, co Scorpius chciał jej właśnie powiedzieć, było dla niej nieistotne na dłuższą metę, w tym momencie chciała to usłyszeć. A przede wszystkim chciała usłyszeć ten jego nowy głos, który był bardzo przyjemny i przywodził na myśl już nie chłopca, a mężczyznę, który w dodatku jest godny zainteresowania. Scorpius odchrząknął.

- Cieszę się, że założyłaś bransoletkę – powiedział i uśmiechnął się. Był to jednak uśmiech bardzo trudny do zdefiniowania. Nie był to ani radosny, szczery uśmiech, który gości na twarzy człowieka, który cieszy się ze sprawienia radości drugiej osobie miłym prezentem. To znaczy – uśmiech na pewno był szczery, wyrażał autentyczne uczucia Scorpiusa, ale była w nim jakaś bladość, nieokreślony smutek, uśmiech pozbawiony nadziei i szczęścia. Nie był wymuszony, był całkowicie naturalny, ale paradoksalnie nie był radosny. Rose mimowolnie położyła rękę na stole i spojrzała na bransoletkę. Goniące się piłki błyszczały delikatnie.

- Och – wydusiła z siebie Rose. „Och? OCH?! Chociaż mu podziękuj, głupia", zganiła się w myślach. Scorpius spojrzał na nią pytająco, w kącik jego ust drgnął w powstrzymywanym uśmiechu. Rose miała ochotę sama się kopnąć za to, jak dużą uwagę zwróciła na usta Scorpiusa.

- Podoba ci się? – zapytał Scorpius i nachylił się w kierunku Rose. Przez chwilę myślała, że ją pocałuje, jednak on tylko szerzej się uśmiechnął i złapał ją za dłoń. Rose sparaliżowało.

- Tak, jest śliczna, dziękuję ci bardzo. I wybacz, że ja nie dałam ci żadnego prezentu – wysapała. Scorpius roześmiał się cicho.

- Pomyślałbym, że jest z tobą coś nie tak, gdybyś mi jakiś wysłała – szepnął.

- Puść moją rękę – powiedziała Rose. Scorpius natychmiast spełnił jej prośbę. Rose nie miała pojęcia, dlaczego w ogóle siedzi i rozmawia ze Scorpiusem, skoro mogłaby już od kwadransa siedzieć przy kominku w pokoju wspólnym Gryfonów i grzać sobie plecy, jednak czuła gdzieś w środku, że jest mu winna chociażby taką właśnie krótką, nieco bezsensowną wymianę zdań.

- Dlaczego przysłałeś mi prezent? Chciałeś mnie kupić? – zapytała i natychmiast poczuła się raczej beznadziejnie. Miała nadzieję, że chociaż ton, jakim zadała to pytanie nie był zbyt ofensywny. Zdecydowanie to pytanie nie należało do uprzejmych. Scorpius jednak cicho się zaśmiał.

- Gdybym wiedział, że mogę cię kupić za bransoletkę, dałbym ci ją już pięć lat temu. Ale wiem, że nawet gdybym posiadł całe bogactwo tego świata, nie byłbym w stanie cię kupić – odparł Scorpius. Rose spojrzała na niego ostrożnie, mrużąc oczy. Nie była pewna, czy jest to tani tekst na podryw, czy szczere, lecz dość banalne wyznanie.

- Dlaczego? – spytała.

- Bo jesteś bezcenna. Nikt nie byłby w stanie za nic cię kupić.

Rose zastanowiła się na moment. Scorpius zdawał się podnosić z krzesła, więc szybko wyszeptała na jednym oddechu:

- Dlaczego zakochałeś się we mnie?

Scorpiusa jakby zamurowało i wlepił w Rose zaskoczone spojrzenie.

- Czemu sądzisz, że to zrobiłem? – zapytał Scorpius. Rose poczuła się zbita z tropu.

- Tak myślę, po prostu – odparła rzeczowym i niecierpliwym tonem.

- Pytałaś kiedykolwiek rodziców, dlaczego się w sobie zakochali?

Rose spojrzała na niego z oburzeniem.

- Oczywiście, że tak i nie myśl sobie, że będziesz mógł ich obrażać – wysyczała. Scorpius uśmiechnął się przebiegle.

- Absolutnie nie mam takiego zamiaru, jestem im wręcz dozgonnie wdzięczny za twoje pojawienie się na świecie. Raczej jestem ciekaw co ci odpowiedzieli – rzekł Scorpius. Rose rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie, próbując doszukać się w jego wypowiedzi sarkazmu, ale wiedziała, że jest ona w stu procentach szczera.

- Że jakoś tak, po prostu to się stało, poczuli to – odparła.

- Dokładnie – powiedział Scorpius. – Naprawdę bardzo się cieszę, że założyłaś tę bransoletkę, niech ci długo służy – dodał i wstał od stołu, przy którym siedziała skołowana Rose. Bez pożegnania odszedł w kierunku wyjścia z biblioteki, a Rose nadal dźwięczał w uszach jego głos. Tej nocy chyba nie zaśnie spokojnie.