Kolejne dni upłynęły w atmosferze cudownego spokoju – tak było tuż po każdym większym uczniowskim wybryku. Gwardia Pottera została chwilowo zneutralizowana, i dobrze. Severus nie wątpił, że McGonagall sumienie wywiąże się ze swojego zadania. Nawet nie z powodu umiłowania sprawiedliwości (choć i tego nie sposób jej było odmówić) ani przez wzgląd na sympatię dla niego. Po prostu bała się o bezpieczeństwo uczniów, którzy zawsze jeszcze mogli trafić w łapy Carrowów, co dyrektor wyraźnie dał jej do zrozumienia. A co do samego piekielnego rodzeństwa…
Następnego dnia po pamiętnej Nocy Duchów Alecto nie pojawiła się na śniadaniu, tak samo jak Bella Brae. Najwyraźniej obie kobiety z zaskakującą w ich wypadku zgodnością postanowiły unikać Snape'a jak zarazy. Przy stole towarzyszył mu wyłącznie skacowany Amycus.
– Dopadły ją jakieś babskie sprawy – usprawiedliwił siostrę. – Wiesz, jak to jest. A co do wczorajszej nocy… Wszyscy byliśmy zalani w trupa, Snape. Nie ma co tego maglować do urzygu.
– Oczywiście – zgodził się niezwłocznie dyrektor. – Wszystko zostało zapomniane, nie było tematu.
Na nic więcej nie mógł sobie pozwolić, przynajmniej nie na głos i nie wprost. Po śniadaniu zszedł jednak do biblioteki, by zgodnie z obietnicą obłożyć pomieszczenie dodatkowymi zabezpieczeniami. Na jego widok panna Buchanan upuściła wszystko, co akurat trzymała w rękach, po czym skryła się w dziale Ksiąg Zakazanych. Nie wyściubiła stamtąd nosa, dopóki nie wyszedł godzinę później.
– Czy coś się stało? – zapytała zdziwiona osobliwą reakcją swojej podwładnej pani Pince, obserwując go spod zmarszczonych brwi.
– Wiem tyle, co pani – rzucił chłodno Severus, dzięki czemu uciął w zarodku wszelkie spekulacje.
Jego również dziwiło zachowanie Belli Brae. Nie spodziewał się, że zrobi z tamtego wypadku aż tak wielki dramat – prościej byłoby udawać, że nic się nie wydarzyło. Co w zasadzie było prawdą. Panna Buchanan robiła już w jego obecności o wiele bardziej szalone rzeczy, których w najmniejszym stopniu się nie wstydziła. Może jednak wcale nie chodziło o… TO, tylko o jego bliskie stosunki z Carrowami – wandalami niszczącymi książki? Kto wie? Zawsze mógł zapytać o szczegóły podczas kolejnej lekcji…
Niestety, lekcja się nie odbyła. W odpowiedzi na jego wiadomość panna Buchanan wysłała za pomocą sieci Fiuu krótki list, w którym tłumaczyła, że jest niedysponowana. Urocze. Gdy poprosił o wskazanie innego dogodnego terminu, podała najdalszy, na jaki pozwalała przyzwoitość. To był zaiste nieoczekiwany obrót wydarzeń. Severus uznał, że najlepszym sposobem oczyszczenia atmosfery byłaby rozmowa twarzą w twarz, ale ponieważ sam nie miał na nią specjalnej ochoty, bez wyrzutów sumienia odłożył ją w czasie. Bella Brae nie była aż taka istotna, mogła poczekać na swoją kolej.
Jako że obecnie unikali go już absolutnie wszyscy w zamku, Severus spędził przyjemny, relaksujący tydzień wyłącznie w swoim towarzystwie, nadrabiając administracyjne zaległości, których w międzyczasie nazbierał. Po wszystkich tych atrakcjach był to zdecydowanie potrzebny odpoczynek.
Na piątkowy wieczór zaplanował posiedzenie w pracowni eliksirów. Niespodziewanie zacieśniona znajomość z duchem profesora Binnsa poddała mu pewien kreatywny pomysł, który bardzo chciał przetestować. Nie wszystko poszło po jego myśli. Mrowienie w lewym przedramieniu nie pozostawiało wątpliwości, że najbliższe kilka godzin nie będzie należeć do niego.
Nie wiedział, dlaczego nielitościwe niebiosa pokarały go akurat towarzystwem Yaxleya. Czarny Pan z sobie tylko znanych powodów coraz częściej łączył ich w funkcyjną parę, co było wprost nie do zniesienia. Yaxley bez przerwy gadał, głównie o swoich wydumanych osiągnięciach. Pysznił się wszystkim, choć rzadko miał ku temu powody. Czuł się wyróżniony tym, że powierzono mu pieczę nad sprawami dotyczącymi nadal chwiejnej kontroli nad Ministerstwem Magii, i nikomu nie pozwalał o tym zapomnieć.
– Wytłumacz mi jeszcze raz, co my tu właściwie robimy – poprosił znudzonym tonem Severus.
Yaxley nader chętnie to uczynił, uwielbiał brzmienie swojego głosu.
– Tych dwóch aurorów trzeba będzie zdjąć. Za bardzo węszą wokół Thicknesse'a, niewiele brakuje, żeby połączyli kropki i połapali się, że od dawna jest pod działaniem Imperiusa.
– Być może coś przegapiłem, ale czy ministerstwo nie jest od dawna nasze? Chyba że była to tylko bajeczka dla grzecznych dzieci, co, Yaxley?
– Powściągnij wodze, Snape. Nie wszystko na raz – mruknął niezadowolony Śmierciożerca. Robił dobrą minę do złej gry, jednak nadmiernie się przy tym pocił. – Nie wymienimy całego ministerstwa jednocześnie, skąd wziąć tylu ludzi? Musimy działać powoli, nie od razu Rzym zbudowano. Poza tym to byłaby zasadnicza różnica, gdyby wyszło na jaw, że poglądy głoszone przez nowego ministra nie są jego własne, tylko wtłoczone mu do głowy przez Czarnego Pana. Czarodziejski świat mógłby się poczuć cokolwiek oszukany.
– Prawdziwa pijarowa klęska – rzucił Severus z ironią, której zdenerwowany Yaxley nie wyczuł.
– No właśnie. Dlatego należy załatwić sprawę gładko i pozbyć się potencjalnego kłopotu, zanim tak naprawdę wystąpi. Obserwuję obu typów od pewnego czasu, więc wiem, że skurczybyki są w stanie się obronić.
– To w końcu aurorzy, za coś im płacą.
– Z tego powodu poprosiłem o wsparcie. Dzisiaj musimy się pozbyć przynajmniej jednego. Uznałem, że z tym pójdzie łatwiej. Drugi utrzymuje prawdopodobnie kontakty z cholernym Zakonem starego Dumbla. Tfu! Może okazać się niebezpieczny, nie wiadomo co zastalibyśmy na miejscu.
Yaxley wciąż mówił i mówił, i mówił. Ględził o nocach pełnych osobistego poświęcenia oraz o swoim niezwykłym oddaniu wobec Czarnego Pana. Jak większość Śmierciożerców uważał, że Snape cieszy się u niego specjalnymi względami, a zatem chciał się jak najlepiej zareklamować na wypadek, gdyby dyrektor miał fantazję szepnąć o nim dobre słowo. Severus tylko wzdychał w duchu, tłumiąc ziewanie. Tęsknił za czasami, gdy wyruszał na misje z Lucjuszem. Niestety, w obliczu tak wielu widowiskowych klęsk Malfoyowie stali się w zasadzie zakładnikami we własnym domu i powyższa sytuacja nie miała zbyt szybko ulec zmianie.
Od Yaxleya Severus wolałby już chociaż Rookwooda, który był czarodziejem niepozbawionym osobliwego poczucia humoru, albo nawet – niechby stracił! – Bellatrix Lestrange słynącą z tego, że załatwia zlecenia błyskawicznie, choć nie bez hałasu. Co za niefart, że Bellatrix również została w ostatnim czasie odsunięta od czynnej służby z powodów określanych ogólnikowo jako „problemy zdrowotne". Severus ani trochę w to nie wierzył, jednak nie miał pomysłu na alternatywne wyjaśnienie, co też mogłoby stanowić pierwotną przyczynę owego stanu. Z początku sądził, że jest to pokłosie ogólnych problemów Malfoyów, którzy pociągnęli ją za sobą na dno. Wkrótce jednak zaczęły do niego docierać coraz dziwaczniejsze pogłoski o „stanie" Bellatrix. Wypowiadano się o niej w słowach, które aż za bardzo przypominały te, jakimi odnoszono się w dawnych czasach do panienek z dobrych domów, którym zdarzyło się zbyt bardzo i znacznie przed czasem „zaprzyjaźnić" ze swoimi adoratorami, co następnie prowadziło do niespodziewanego „owocowania".
To jednak było niemożliwe, prawda?
Bellatrix Lestrange miała swoje lata i nawet nie mogła pocieszyć się wymuszonym komplementem, że nieźle się trzyma. Pobyt w Azkabanie zrobił swoje i niegdyś piękna panna Black stała się smętnym cieniem samej siebie.
– Dlaczego my? – narzekał w dalszym ciągu Severus, marznąć w siąpiącym niemrawo, jesiennym deszczu. – Czy to nie jest idealne zadanie dla Bluebella?
– O Bluebella się nie martw, on też jest dzisiaj w terenie – prychnął Yaxley. – Jak to w śmierciożerczy piąteczek. Przybyłem na spotkanie przed czasem i zdążyłem posłuchać wytycznych dla pierwszej zmiany.
– Widziałeś go?
– Oczywiście, że nie! Słyszałem tylko, co mówił Czarny Pan. I uwierz mi, Snape, nie chciałbyś dostać żadnej z dwunastu prac Bluebella. Nie wiem, jak skurwysyn może później spokojnie spać w nocy.
Jeszcze Bluebell, psia jego mać!
Severus nie miał czasu kontynuować swojego śledztwa, a sprawa asasyna nie interesowała go ani trochę mniej, wręcz przeciwnie. Im więcej się o nim dowiadywał, tym gorsze miał przeczucia.
– No więc, Snape… Czytałeś już?
Uświadomił sobie, że rozgadany Yaxley w międzyczasie zmienił temat, ale za nic nie mógł odgadnąć na jaki.
– Co takiego? – zapytał, kapitulując.
– Biografię Dumbledore'a. Prawdziwy hit, powinno ci się spodobać.
– Jeżeli chodzi o grafomanię Rity Skeeter, to daruję ją sobie bez cienia żalu. Nie mam czasu na głupoty.
– Nie, tym razem to coś innego. Powinniśmy się zrzucić i wysłać jej kwiaty! – Yaxley niespodziewanie wybuchł śmiechem. – Obsmarowała starego, aż miło! Sami nigdy nie wymyślilibyśmy tego, co ta ropucha wygrzebała mu z życiorysu. Wiesz, że on i ten cały Grindelwald byli kumplami? Albo i… No wiesz. Ten teges. – Śmierciożerca mrugnął do niego znacząco. – Coś więcej. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby Dumbel nie wysłał go do żadnej twierdzy, tylko przez te wszystkie lata trzymał gdzieś w Hogwarcie jako boy-toya. Nie natknąłeś się nigdy na nic ciekawego w tych swoich lochach, Snape? Może jakaś przemyślnie ukryta komnata rozkoszy? Na twoim miejscu uważnie bym je przetrząsnął, przecież to twoje naturalne środowisko.
– No proszę, Yaxley. Nigdy bym cię nie podejrzewał o podobne fantazje.
– Przeczytaj, wtedy pogadamy. Słowo daję, po tej książce nikt nie spojrzy tak samo na kryształowego Dumbledore'a. Aż trudno uwierzyć, że nie napisała tego na zlecenia Czarnego Pana. Pytałem. Skeeter wyświadczyła nam olbrzymią przysługę.
W domu na samym końcu cichej uliczki, którą obserwowali od dobrych trzech godzin, dostrzegli w końcu jakiś ruch. Auror zakończył służbę i w błogiej nieświadomości oddawał się pewnie swoim zwykłym, codziennym czynnościom. Biedny człowiek. Zresztą… kolejny z wielu.
Bo nigdy się nie kończyli.
Dobrze, że nikt nie widział tego, jak Severus aportował się w Zakazanym Lesie, bo nie było to lądowanie za dziesięć punktów. Czuł się zmęczony – zarówno fizycznie, jak i psychicznie – rozbity i zniechęcony do życia. W związku z tym źle wymierzył skok i znalazł się znacznie dalej, niż powinien, w dodatku trafił w krzaki. Zaklął, otrzepując się z kurzu, igliwia i połamanych gałązek.
Co za noc! Co za przeklęta, długa, cholernie chujowa noc!
Był tak zirytowany, że dłuższą chwilę zajęło mu zorientowanie się, że las wcale nie jest tak cichy i opustoszały, jak zazwyczaj. Usłyszał śpiew – z początku cichy, ale rosnący w siłę z każdym kolejnym wersem piosenki. Dźwięczny głos niósł się daleko w czystym, chłodnym powietrzu nocy.
Kuszący i zagadkowy.
Magiczny i liryczny.
Syreni śpiew.
Are you going to Scarborough Fair?
Parsley, sage, rosemary, and thyme
Remember me to one who lives there
He once was a true love of mine
Severus, jak tyle razy wcześniej, podążył za znajomym głosem, z góry wiedząc, że tego pożałuje. Jednak jeśli to naprawdę była ona (a była!), to nie powinna szlajać się sama w ciemnościach. Zaczął przedzierać się przez gęste chaszcze, aż dotarł do wąskiej ścieżki skąpanej w świetle górującej nad nią połówki księżyca.
Była tam – oczywiście, że tak.
Panna Buchanan stąpała lekko w fantastycznym oświetleniu, jakby nie za każdym razem musiała dotykać stopą ziemi. Z włosami swobodnie rozpuszczonymi na wietrze, w powiewającej za nią zielonej pelerynie i z koszykiem pełnym magicznej zieleniny przewieszonym przez ramię wyglądała jak baśniowe leśne stworzenie i właśnie tak brzmiała.
Severus bez ostrzeżenia zastąpił jej drogę. Bella Brae miała na tyle zdrowego rozsądku, żeby nie krzyknąć (choć wcześniej swobodnie zakłócała nocną ciszę swoim śpiewem), ale z wrażenia upuściła koszyk, rozsypując zioła po leśnej ścieżce. Z kolei gdy zrozumiała, kogo ma przed sobą, spłonęła ceglastym rumieńcem, dobrze widocznym nawet we wszechogarniającej szarości.
– Panno Buchanan – powiedział cicho. – Nikt pani nie uprzedził, że nie jest bezpiecznie wędrować nocą po tym lesie? Za dnia zresztą też.
Nie odezwała się. Spuściła wzrok, unikając jego spojrzenia. To był chyba pierwszy raz, kiedy świadomie wybrała milczenie. Należało to zanotować gdzieś dla potomności.
Severus westchnął.
– Obawiam się, że musimy poważnie porozmawiać.
– Nie. – Cofnęła się przed nim. – Nie ma takiej potrzeby.
– Nalegam.
– Ja… Nie, to dla mnie zbyt żenujące.
Odwróciła się i z charakterystyczną dla siebie owczą bezmyślnością ruszyła w przeciwnym kierunku, w głąb Zakazanego Lasu.
– Panno Buchanan! – zawołał za nią.
Postąpił krok do przodu i prawie potknął się o porzucony koszyk. Zirytowany machnął różdżką, zbierając zioła, a następnie chwycił rączkę koszyka. Starał się nie myśleć o tym, jak idiotycznie będzie z nim wyglądać. Trudno, w życiu bywa i tak.
– Panno Buchanan!
Maszerowała przed siebie zgarbiona, z nisko pochyloną głową i dłońmi zaciśniętymi w pięści. Uciekała przed nim z uporem godnym lepszej sprawy, ani myślała się zatrzymać czy choćby na niego obejrzeć.
– Proszę się zatrzymać! – polecił profesorskim tonem.
– Nie.
– Czy pani w ogóle widzi, gdzie idzie?
– Nie.
– Panno Buchanan, apeluję o rozsądek.
Biorąc pod uwagę ciemność i nieznany teren, poruszała się z zaskakującą zwinnością. Może rzeczywiście była jakąś szkocką dziwożoną, co zdecydowanie tłumaczyłoby wszystkie jej dziwactwa.
– Stój, do cholery!
Severus stracił cierpliwość. Prawie ją dogonił i spróbował złapać za łokieć, ale wywinęła się z łatwością. Osiągnął jednak tyle, że wreszcie się zatrzymała i zwróciła ku niemu.
– Zrobiłam z siebie idiotkę! – wykrzyknęła, chowając płonącą czerwienią twarz w dłoniach. – To był koszmarny wieczór, a poza tym ja… Również trochę wypiłam, choć wiem, że nie powinnam, bo pan tego nie pochwala – wyrzuciła z siebie na jednym oddechu. – Ale po tym, co się wydarzyło na uczcie… po tym okropnym uczniowskim wybryku… To było po prostu potworne! Wtedy Poppy… pani Pomfrey stwierdziła, że potrzebujemy odrobiny brandy… Jest mi tak strasznie wstyd!
– Rozumiem – odezwał się w głębokiej ciszy, która zapadła po jej słowach. – I myślę, że w takim wypadku najzdrowiej będzie zapomnieć o całej sprawie, panno Buchanan.
Bella Brae odsłoniła twarz i spojrzała na niego niepewnie.
– N-naprawdę?
– Alkohol nie jest najlepszym doradcą, ale za to znakomitym usprawiedliwieniem. Jeżeli zatem doszło do pewnego rodzaju pomyłki…
Bella Brae gorliwie pokiwała głową.
– Stanowi to wytłumaczenie, które mogę przyjąć. Nie wracajmy do tego więcej, dobrze?
– Zgoda – powiedziała ze słyszalną ulgą.
– Cieszę się, że mamy to za sobą, panno Buchanan. Nie należy tracić czasu na rzeczy bez znaczenia, skoro pani i ja mamy znacznie ważniejsze sprawy. Na przykład pani lekcje.
– Zamierza mnie pan nadal uczyć?
– A dlaczego nie? Przecież taka była umowa. No chyba że to pani chce zrezygnować… i zmierzyć się z konsekwencjami.
– Nie – zaprzeczyła. – Naturalnie, że nie!
Przestała przed nim uciekać, a zamiast tego zbliżyła się z uśmiechem. Wszystko zostało przedyskutowane, po czym szczęśliwie puszczone w niepamięć… Więc dlaczego Severus poczuł nagłą potrzebę, aby zerknąć na jej usta pomalowane tą samą ciemną pomadką? Gdy tamtej pechowej nocy wrócił do kwatery, ze złością zauważył, że pobrudziła go szminką. Pamiętał, że miała jakiś owocowy smak… o którym nie powinien teraz myśleć.
– Dyrektorze? – zaniepokoiła się Bella Brae, patrząc na niego szarymi oczami celtyckiej wróżki.
Ocknął się z niechcianych myśli.
– Chodźmy, panno Buchanan. Ten las jest niebezpieczny, to nie żarty ani straszak na uczniów.
– Normalnie nie mam nic przeciwko spacerom na łonie natury i nie przeszkadza mi późna pora, ale tutaj rzeczywiście jest ponuro. Zaledwie przed chwilą coś słyszałam… Gdyby nie fakt, że księżyc nie znajduje się dzisiaj w pełni, pomyślałabym, że to wilkołak.
– Na szczęście nie mamy już w Hogwarcie wilkołaków, panno Buchanan.
– Już?! To znaczy, że kiedyś były?
– Owszem, jeden. I o ile dobrze zrozumiałem, jego metody nauczania zbierały pozytywne opinie.
– N-nauczania? – powtórzyła zszokowana. – Chyba nie chce pan powiedzieć, że wilkołak był tutaj profesorem? W moich rodzinnych stronach regularnie urządzamy na nie polowania.
Severus tylko wykrzywił się w typowej dla siebie parodii uśmiechu, jednak to wystarczyło, żeby jeszcze bardziej ją zaintrygować. Dlatego gdy odwracał się na ścieżce, zawracając po własnych śladach, Bella Brae bez dyskusji ruszyła za nim. Dopiero teraz zauważyła, że dyrektor niesie jej koszyk i zakłopotana spróbowała go odebrać. Odmówił pod wpływem szarmanckiego impulsu. Następnie wyciągnął przed siebie rękę, chcąc wskazać jej drogę i jednocześnie przepuścić ją przodem. Panna Buchanan oczywiście tragicznie źle zrozumiała ten gest i z ochotą chwyciła go pod zaoferowane ramię. Była taka szczęśliwa, że udało im się wyjaśnić nieporozumienia, że nawet nie zauważyła, że znowu robi coś niestosownego.
Severus nie mógł jej teraz odepchnąć, to ponownie wprowadziłoby zbędne napięcie. Wygodniej było po prostu zignorować kolejny zamach na jego przestrzeń osobistą. Bella Brae tym razem roztaczała wokół siebie przyjemne ciepło, rozgrzana po spacerze na świeżym powietrzu, i dla odmiany pachniała wodą różaną. Gdy chciał dostosować tempo do jej możliwości, z zadowoleniem odkrył, że porusza się całkiem żwawo – może dlatego, że wyjątkowo miała na nogach buty.
– Chciałabym dla pana coś ugotować, panie dyrektorze – oświadczyła nieoczekiwanie, gdy zostawili za sobą Zakazany Las i wyszli na rozległe, bardziej przyjazne błonia. Ciemna sylwetka zamku rysowała się daleko przed nimi.
Severus omal się nie potknął – i to nie ciemność ponosiła odpowiedzialność za to, że zmylił kroki.
– Co pani powiedziała?
– Hm – zawahała się, ale zaledwie na moment. – Podobno przygotowanie posiłku lepiej niż cokolwiek innego wyraża uczucia, a ja czuję się w tej chwili bardzo głupio i źle, w związku z tym chciałabym coś dla pana zrobić. Odwdzięczyć się za wszystkie przysługi, które mi pan wyświadczył, a nazbierało się tego całkiem sporo.
– Panno Buchanan – spróbował jej przerwać, ale było za późno. Bella Brae podjęła decyzję.
– Nic więcej nie mogę zrobić, ale zapewniam, że gotuję bardzo dobrze – pochwaliła się. – Poza tym podczas szkolnych posiłków zwróciłam uwagę, że nie ma pan apetytu. Znam ten przypadek. – Gdy chciał z oburzeniem zaprotestować, uniosła dłoń, nie dopuszczając go do głosu. – To nie będzie nic wielkiego – zastrzegła. – Ale z doświadczenia wiem, że gdy przygotuję coś specjalnie dla pana, poczuje się pan zobligowany, żeby to zjeść, dyrektorze. Nie będzie pan miał wyboru.
– Nawet jeśli będzie paskudne? – zdołał wtrącić.
– Nie będzie – zaśmiała się. – Obiecuję.
Bella Brae była wesoła i miła. Severus chciał się nadal przekonywać, że jej sympatia zwiastuje tylko kłopoty, ale przecież wcale tak nie było. Czuła się po prostu zagubiona i potrzebowała towarzystwa. Fakt, że wybrała w tym celu jego, a nie jedną z wielu dostępnych w Hogwarcie kobiet, stanowił zapewne czysty przypadek.
Znaleźli się już w szkole, a on wciąż unikał jasnej odpowiedzi.
– Mam nadzieję, że trafi pani do siebie, panno Buchanan – rzucił nieco sarkastycznie, podając jej koszyk.
– Naturalnie! – Uśmiechnęła się. – A co z moją propozycją?
– Przedyskutujemy ją podczas kolejnej lekcji. Proszę czekać na wiadomość.
Życząc mu dobrej nocy, naprawdę przed nim dygnęła, po czym ruszyła do swoich kwater tym samym lekkim, sprężystym krokiem, wymachując radośnie koszykiem.
„Malinowa", przypomniał sobie Snape. „Szminka była malinowa".
Po wypełnionym przygodami piątku Severus mógł liczyć na spokojny, leniwy weekend. W sobotę odespał nocne spacery, a wieczór spędził pożytecznie w pracowni. Niedzielę przeznaczył na nadrobienie zaległych lektur, co wprawiło go w dobry humor – w sam raz na kolejny poniedziałek. Udręczona szlabanami Gwardia Pottera zeszła do podziemia, więc jeszcze przez pewien czas miał prawo nie spodziewać się z tej strony żadnych wyskoków. Na jego nieszczęście istniały jednak także inne strony, gdzie katastrofy już ustawiały się w kolejce.
W poniedziałek późnym popołudniem pił w swoim gabinecie kawę – niezbyt rozsądnie, ale nie planował się wcześnie kłaść – i myślał o whiskey, gdy coś z impetem wyrżnęło w jego drzwi.
– Kto tam? – zapytał surowo, oburzony bezczelnym zachowaniem.
Pchnięte gwałtownie drzwi otworzyły się i stanęła w nich blada jak śmierć Alecto. Choć „stanęła" to zbyt mocne słowo, raczej ciężko oparła się o futrynę, nie mogąc ustać na nogach. Jęknęła boleśnie, przyciskając zakrwawione dłonie do lewego boku. Spomiędzy jej palców wystawał jakiś metalowy przedmiot.
– Severusie… Severusie… – szepnęła słabo.
Zerwał się z krzesła, omal nie przewracając biurka.
– Na Salazara, co ci się stało?!
– Ktoś mnie dźgnął. Na korytarzu.
– Uczeń?!
– Nie wiem, nie widziałam.
Gdy dotarł do wejścia, Carrow praktycznie na niego upadła, więc musiał ją przytrzymać. Palcami wyczuł, że jej szata jest przesiąknięta krwią. Ktokolwiek ją zaatakował, wiedział, gdzie celować. Alecto krwawiła jak zarzynane prosię.
– Zabiorę cię do skrzydła szpitalnego – zadecydował Severus.
– Nie! – zawyła, wczepiając się w niego nerwowo. – Nie dam… się… dotknąć… tej zaszlamionej szmacie! Ona tylko… wbije mi… nóż głębiej. Aż do samej dupy! Nienawidzi mnie. Oni… wszyscy… nas… nienawidzą.
Snape musiał się z nią zgodzić, a tym samym przyznać do bezradności.
– Więc co mam robić? – zapytał.
– Ty to wyjmij – wydyszała Alecto.
– Zwariowałaś?! Nie będę cię operować w moim biurze. Nie jestem uzdrowicielem.
Osłabioną czarownicę zawiodły kolana. Mimo że Severusowi wcale się to nie podobało, musiał ją niemal nieść, holując w stronę biurka. Za pomocą zaklęcia oczyścił je z papierów, przy okazji pochwycił zaciekawione spojrzenie portretu Dumbledore'a, który już nie udawał, że drzemie.
– Paskudna rana – ocenił. – Trzeba zatamować krwotok.
– Wiem – mruknął Severus.
– Spierdalaj! – zawyła dziko Carrow. – Zrób coś, Snape!
– Co?
– Mój brat… Wezwij go – prosiła coraz słabszym głosem.
– Tego rzeźnika? – prychnął.
Później przypomniał sobie te kilka przypadków, gdy widział Amycusa w akcji. Obrzydliwe rzeczy, które wyczyniał na misjach w terenie wymagały pewnego chirurgicznego doświadczenia, nie wspominając nawet o patroszeniu upolowanej zwierzyny.
– Mój brat – naciskała Alecto. – On… Szybko…
Powoli odpływała, więc Snape musiał działać – pomimo obojętności przechylającej się na szalę niechęci. Ułożył ranną Śmierciożerczynię na swoim biurku i ruszył do kominka. Na szczęście Amycus był w pokoju, błyskawicznie zjawił się na wezwanie.
– O kurwa – mruknął. – Co tu się odjebało?
– Nie mam pojęcia. Nie zdążyła zbyt wiele powiedzieć.
– Wyjmij to ze mnie! – Alecto ocknęła się i zaczęła wyć jeszcze bardziej rozpaczliwie. – WYJMIJ TO!
Carrow zabrał się do dzieła z niepokojącą sprawnością. Rozciął szatę siostry i oczom obu mężczyzn ukazała się paskudna, poszarpana rana, a także zaskakujący przedmiot użytku codziennego, który ją spowodował i nadal tkwił w samym środku powodzi krwi i poszarpanego mięsa. Amycus porwał ze stolika najlepszą whiskey Severusa, otrzymaną w prezencie od profesora Binnsa, po czym zmarnował połowę na zdezynfekowanie rany.
„Co za strata", pomyślał dyrektor przelotnie.
– Hej, Snape – wyrwał go z zamyślenia Amycus, uważnie przyglądając się ranie i całkiem poważnie szykując do przeprowadzenia operacji. – Daj mi coś, do cholery!
– Słucham? – nie zrozumiał.
Carrow sprawiał wrażenie, jakby miał ochotę mu przywalić, ale zabrakło mu możliwości – musiał zajmować się siostrą.
– Jesteś mistrzem eliksirów czy nie? Chyba masz jakieś zapasy?
Severus sam był zdziwiony tym, jak leniwie płyną jego myśli. Jakim cudem sam o tym zapomniał? Czy to dlatego, że los Carrowów nie obchodził go w najmniejszym stopniu? Pewnie tak. Ostatecznie jednak podszedł do pancernej szafki i zaczął wyjmować z niej fiolki. Eliksir przeciwbólowy, przeciwkrwotoczny, środek odkażający… Anestetyki oraz mikstury usypiające wepchnął na sam tył półki. Na aż tak wyjątkowe względy Alecto nie zasłużyła, niech trochę pocierpi. Resztę specyfików dostarczył na biurko.
– A coś na znieczulenie? – syknął Amycus.
Rzeczywiście znał się na rzeczy, trzeba mu to przyznać.
– Przykro mi. – Severus bezradnie rozłożył ręce. – Skończyły się. Mogę uwarzyć coś nowego.
– Nie ma czasu. Niech to szlag, muszę to zrobić na żywca. W porządku, Alecto?
Zbladła jeszcze bardziej, ale dzielnie skinęła głową.
– Wszystko... jedno…
Severus asystował Śmierciożercy z wyrazem niesmaku na twarzy i był tylko na tyle pomocny, na ile zdołał się do tego zmusić. Wezwał skrzaty, które dostarczyły im czyste prześcieradła, świeże opatrunki, zapas gorącej wody i spirytusu. Dwa kolejne grzecznie i bez zbędnych pytań zostały, żeby na bieżąco sprzątać w trakcie zabiegu. Alecto wrzeszczała wniebogłosy, Amycus jeszcze głośniej, próbując ją uspokoić. Snape zauważył z satysfakcją, że ani jedno, ani drugie nie jest biegłe w zaklęciach leczniczych, które mogłyby sprawę ułatwić albo chociaż uśmierzyć ból. On sam powtarzał wszystkie formuły w pamięci, tak dla treningu. Krew lała się z biurka aż na podłogę, gdzie ścierały ją skrzaty. Carrow, jak zawsze w formie, kopnął jednego z nich z rozmachem, nieuleczalny idiota. W końcu posoka trysnęła również na ściany, gdy Amycus zdołał usunąć wbite bardzo głęboko narzędzie zbrodni. Owinął go w ścierkę i podał Severusowi.
– Masz. Dowód w sprawie. Zbadaj go, Snape, i znajdź tego chujka. Ja muszę ją zaszyć. Trzymaj się, Alecto, będzie bolało.
Pacjentka już go nie usłyszała, szczęśliwie straciła przytomność.
Severus odwinął poplamiony krwią materiał i z ciekawością obejrzał śmiercionośną broń. Piękne, bogato zdobione, eleganckie wiktoriańskie nożyczki – bardzo stare i miejscami pokryte rdzą.
Idealne do cięcia wstążek na zakładki.
