Kochane osoby, jeśli zazwyczaj sprawdzacie trigger warnings przed przeczytaniem ficzka/rozdziału, to proszę, zerknijcie na notatki na końcu rozdziału (ctrl+f albo inne przywołanie lupki i szukajcie frazy „dodatkowe ostrzeżenia"), gdzie są dokładniejsze informacje i trochę spoilerów. Generalnie ten rozdział ma trochę większą szansę zrobić komuś kuku, bo ma bardziej nieprzyjemną zawartość, a nikt nikomu nie życzy napadu paniki. Czujcie się ostrzeżone i jeśli nie chcecie czytać, a chcecie streszczenie, dajcie mi proszę znać.

Z tym napisanym - enjoy!

W samotności, otoczony przez ciemności statku, których był spragniony, Snoke snuł rozważania na temat przyszłości.

Wiele się dowiedział w momencie własnej śmierci. W trakcie jego pierwszego życia zwano go Darth Plagueisem, mistrzem człowieka, który później stał się Imperatorem. Pod koniec tamtej egzystencji był podłączony do respiratora i kiedy ten przestał działać, a Plagueis wydał swój ostatni oddech, Sidious oskarżył go o porzucenie ich wspólnego wielkiego planu w poszukiwaniu nieśmiertelności. Cóż. Sidious pozostawał obecnie martwy, a Snoke się odrodził. Nie zapomniał o wielkim planie, a był teraz mądrzejszy i to o wiele bardziej niż niegdyś jego obdarzony przerośniętym ego uczeń.

Sidious stał się potworem. Plagueis uważał, że nie ma to znaczenia, szczególnie, że barbarzyńskie zachowanie i błyskotliwy umysł mogły zostać wykorzystane na użytek wielkiego planu. Snoke widział teraz z całkowitą jasnością, że droga obrana przez Sithów była błędna i przyczyniała się do utrzymywania galaktyki w stanie zachwianej równowagi. Sam Sidious przekonał go o porażce poniesionej przez Sithów, kiedy napawał się tryumfem z powodu niedługiej, bardzo powolnej śmierci swojego mistrza przez uduszenie.

– Ufałeś zdecydowanie za bardzo, Plagueisie. Żaden prawdziwy Sith nie może się szczerze troszczyć o los innego. Wszyscy to zawsze wiedzieli. Nie ma innej drogi niż moja własna.

Sithowie nigdy nie potrafili dzielić się władzą, ponieważ w ich przypadku nie istniało coś takiego jak troska o drugą osobę. Każdy uczeń trzymał metaforyczne ostrze miecza świetlnego na gardle swojego mistrza. Nie musiało tak być. Kiedy Snoke leżał o włos od śmierci przez trzydzieści długich lat, śnił o tym, jak rozwiązać problem powstały przez drogę objętą przez Sithów. Jego droid, 11-4D, postąpił zgodnie z rozkazami i zabrał go do komnaty głęboko pod Coruscant City, miejsca odciętego od świata zewnętrznego.

Śmierć uległa odroczeniu. Ale życie także. To również był problem, który Snoke planował rozwiązać. Czas stracił dla niego wszelkie znaczenie, gdy jego umysł podróżował poprzez Moc, obserwując bieg historii bez choćby strzępka siły, by go zmienić. A potem coś rozkwitło pośród Mocy. Wygłodniały, pozbawiony celu przez oczekiwanie Snoke nie zorientował się od razu, co to takiego.

A było to dziecko, niewyszkolone i cudowne. Moc gromadziła się wokół niego, kłębiła, przepływała i wzburzała falami. Przeznaczeniem Snoke'a było je odnaleźć. Nikt inny nie mógł wyczuć wątłego ducha, jakim stał się Snoke, nikt poza Benem Organą. Był darem. Światłem w ciemnościach sprowadzonych na niego przez drogę Sithów.

Snoke zebrał to, co pozostało z jego siły, po czym nawiedził świadomość Bena. Ben śnił wtedy, że znajduje się w senackim biurze swojej matki. Bawił się, czekając, aż ta na niego spojrzy i się przyłączy, ale ciągle siedziała tyłem do niego i rozmawiała z kimś innym.

Dziecko podniosło wzrok na Snoke'a.

– Kim jesteś?

– Podróżnikiem – odparł. Ben podekscytował się, widząc kogoś nowego, chociaż Snoke wyglądał na zbyt osłabionego, żeby się z nim bawić. – Czy mogę tutaj zostać? Jestem taki zmęczony.

– Jasne – powiedział Ben, po czym wrócił do zabawy.

– Czy możesz pokazać mi miejsce, w którym mogę zostać? To ważne.

Ben wskazał ręką w stronę drzwi.

– Tam. Możesz zostać na korytarzu. Na ławce.

– Dziękuję. – Snoke spróbował przypomnieć sobie, jak zachowywali się ludzie, których obserwował, kiedy rozmawiali z dziećmi. Skinął głową i dodał: – Dobry z ciebie chłopak, Ben.

– Ta, jasne, staruszku – odparł Ben, przewracając oczami.

Nie zdając sobie z tego sprawy, chłopiec zrobił w swoim umyśle miejsce dla Snoke'a. Ten przeszedł na korytarz, nie znajdując tam niczego poza poruszającymi się myślami i starymi snami Bena. Jego połączenie z Mocą było tak silne, że Snoke prawie poczuł się znowu sobą, mimo że nadal stanowił niewiele więcej niż impuls w umyśle dziecka, wysłany przez umierającą skorupę ciała. Snoke przyjrzał się każdemu ze snów Bena, jego dziecięcym fantazjom o mocach i przynależności. Poznał chłopca lepiej, niż on sam znał siebie, nie wspominając już o jego rodzicach. Nigdy nie znajdowali się na tyle blisko Bena, żeby ten czuł się szczęśliwy. Jako dziecko był bardzo spragniony ich obecności, a jego emocje wybuchały przez to, jak łatwo wyczuwał emocje innych. I właśnie dlatego Ben zaczął szukać towarzystwa Snoke'a.

Ben potrzebował, żeby go ktoś pocieszył. Chciał wiedzieć, że nie jest sam. Snoke wynurzał się z ukrycia, gładził go po włosach i mówił, że jego rodzice nie powinni go zostawiać samego, że nie kochają go dostatecznie mocno, ale on i owszem. Ben pozostawał nieufny, niełatwo go było przekonać.

– Są po prostu bardzo zajęci – powtarzał, nawet jeśli nie wierzył do końca w swoje słowa. Był wciąż dzieckiem i miał dziecięce zrozumienie rzeczy, które dorośli muszą robić.

W czasie, kiedy moce Bena rosły, wzrastała też fascynacja, jaką Snoke czuł na jego punkcie. To było oddanie, bo chłopiec był wszystkim, co miał. Stanowił jego oczy na świat, a jeśli Snoke sięgał po coś przy użyciu Mocy razem z Benem, ich wspólna siła wzrastała. Kiedy Snoke odkrył wpływ, jaki miał na chłopca, jego radość była tak wielka, że poczuł, jak jego odległe ciało zaciska dłoń w pięść. Teraz, kiedy Ben korzystał z Mocy, żeby wykonać prostą sztuczkę, sprawić, żeby coś unosiło się w powietrzu, Snoke mógł zamiast tego zmusić ją do lotu w którąkolwiek stronę. Ben niczego nie podejrzewał, ale zaczął się bać samego siebie. Obawiał się Mocy i tego, jak wymyka mu się spod kontroli i krzywdzi innych. Poprzez swój strach zaczął przyciągać ciemną stronę. Karmiła się nim z zadowoleniem. Leia czasami spoglądała na dziecko, które kochała, z myślą, że obawia się, na kogo wyrośnie.

Zatajała rzeczy przed Benem. Snoke poczuł, jak Anakin Skywalker wybiera ciemną stronę; ostatecznie jego pojawienie się na świecie wynikało przynajmniej częściowo z manipulacji Mocą przez niego właśnie, kiedy jeszcze nosił miano Plagueisa. Anakin, Darth Vader, był dziadkiem Bena. Zamiast powiedzieć mu to bezpośrednio, Snoke robił aluzje. Ben, mój najdroższy, nie powinieneś okazywać takiego braku zaufania ciemnej stronie. Stanowi część ciebie, część, której nie możesz się wyprzeć. Nie potrafisz kontrolować swoich mocy, ponieważ narodziły się z ciemności. Zaakceptuj ciemną stronę, a nigdy już nie będziesz czuł strachu.

Treningi Bena z Lukiem Skywalkerem były nieregularne. Skywalker nie chciał na stałe odbierać dzieci rodzicom, a Leia i Han pragnęli nie spędzać za dużo czasu bez Bena. Snoke ukrywał swoją obecność, gdy Skywalker znajdował się w pobliżu; samo to, że Leia podejrzewała, że coś przebywa wewnątrz Bena, było aż nazbyt kłopotliwe. W obecności Skywalkera chłopiec stawał się bardziej pewny siebie. Rozmawiał ze Snokiem rzadziej i rzadziej, aż ten znajdował się blisko zapomnienia.

Ale potem Ben wracał na jakiś czas do rodziców. Wpływ Snoke'a powracał i objawiał się mocniej za każdym razem, kiedy Leia i Han się kłócili. Co robili wyjątkowo często i bez większych powodów, bo moce Bena ponownie stawały się nieprzewidywalne. Wystarczyło tylko, żeby któreś z nich podniosło głos ten jeden raz za dużo, a strach Bena wpuszczał do środka wszystko z powrotem: Snoke'a, ciemną stronę, to, czego przeznaczenie od niego pragnęło. Na samym końcu tej konkretnej kłótni Han Solo trzymał ścierkę przy głowie, żeby zatamować krwawienie. Jego własny syn przypadkowo uderzył go hydrokluczem.

– W porządku, młody. To tylko wybuch emocji, wszyscy Jedi tak mają. Ile ty masz w sumie lat, czternaście? – zapytał Han.

– Dwanaście – odparł Ben, a Han puścił do niego oczko, przerywając nerwowe łzy i powodując wybuch śmiechu.

Ben domagał się powrotu do Skywalkera, żeby nauczyć się lepiej panować nad swoimi mocami. Snoke stał się teraz całkowicie częścią niego i mógł nagiąć jego rzeczywistość do własnych życzeń. Ben zapamięta ten rok jako ten, kiedy rodzice wysłali go z dala od siebie, bo zaczęli się go za bardzo bać. Ja cię nigdy nie opuszczę. Wierzę w ciebie, we wszystko, do czego jesteś zdolny. Twoi rodzice mają za słabe umysły, a Skywalker będzie próbował uczynić cię bezsilnym. Kocham cię tak mocno, jak nikt nigdy nie będzie w stanie, bo ja się ciebie nie boję. Pozwól mi się poprowadzić. Wpuść mnie do środka.

A mimo to Ben mu się opierał. Jasna strona zatopiła w nim swoje pazury, kierując go na niewłaściwą dla niego drogę, nieważne, jak Snoke by nie wypaczył jego wspomnień. Pamiętał, jak na samym początku dostrzegł Bena, ten piękny rozkwit w Mocy, nienależący ani do jasności, ani do ciemności. Chłopiec musiał trzymać się pomiędzy nimi albo wielki plan będzie zagrożony. Jeśli się wypełni, galaktyka będzie należeć do nich obu, historia skieruje się tam, gdzie się jej nakaże, daleko poza drogę Sithów czy zakon Jedi. To mistrzowie Mocy będą rządzić wszystkim, zamiast polegać na swoich marionetkach. Koniec linii przeznaczenia spoczywał na drobnych ramionach Bena.

Nic nie działo się tak, jak chłopiec sobie tego życzył. Jego moce nie dawały się kontrolować, pozornie wyglądały na destrukcyjne. Ciemna strona go uwielbiała, tak wygłodniała jego uwagi jak Snoke. Na całe nieszczęście Ben nadal miał kilku przyjaciół. Niektórych uczniów nie odstraszał jego brak kontroli; nawet ten, któremu przypadkiem złamał rękę, nadal uśmiechał się na jego widok, zbyt dobrze wyuczony współczucia charakterystycznego dla Jedi, pełen zaufania, że Ben nie chciał zrobić mu krzywdy.

Snoke odizolował już chłopca od rodziców, teraz musiał odebrać go przyjaciołom. Dla jego własnego dobra. Ben musiał należeć wyłącznie do Snoke'a: nie do swojej rodziny, nie do żadnej innej istoty, nie do ciemnej ani jasnej strony. Do Snoke'a i nikogo innego.

Okazja pojawiła się, jak to się często zdarzało, kiedy Ben śnił. Chłopiec znajdował się nierozsądnie daleko od Skywalkera, wybrał się na wycieczkę ze swoją najbliższą przyjaciółką, nocowali pod gołym niebem. Snoke sięgnął, używając do tego mocy Bena, posyłając Moc w kierunku śpiącej obok dziewczyny. Z łatwością zamknął właściwą tętnicę w jej mózgu, kończąc jej życie w ciszy. Jedną z imponujących właściwości umysłów, o jakiej Snoke dowiedział się w czasie któregoś z wielu eksperymentów Plagueisa, była możliwość przekonania mózgu, że jego ciało jeszcze żyje. Ben obudził się z urojeniem, że to on przejął kontrolę nad dziewczyną, a potem ją zabił.

Stanowiło to drugi najznakomitszy krok wykonany przez Snoke'a w celu stworzenia Kylo Rena. Ben popadł w histerię, jego panika wyrywała drzewa z korzeniami i dotarła aż do Skywalkera, setki kilometrów dalej. Snoke znajdował się przy nim cały czas, mówiąc mu, że to jego prawdziwa natura i zawsze tak już będzie, póki Ben upiera się słuchać bezużytecznych lekcji swojego obecnego mistrza. Skywalker nie mógł nauczyć go kontrolowania swoich mocy.

I nie było to kłamstwo. Tak długo, jak Snoke żył wewnątrz umysłu Bena, ten nigdy nie mógł osiągnąć kontroli. Snoke planował zaoferować mu ją jako największy dar.

Ben Organa żył później żałosną namiastką życia. Leia przybyła spotkać się z nim jeden ostatni raz i Snoke nie musiał nawet zniekształcać jego wspomnień po fakcie: myśl, że matka go opuściła, była zbyt silna. Ben trzymał się z dala od wszystkich poza Skywalkerem, który zajmował się poszukiwaniem zaginionych tekstów Jedi w nadziei wyjaśnienia dziwnych, niebezpiecznych umiejętności jego ucznia. Snoke stawał się coraz bardziej i bardziej głosem, którego Ben słuchał.

Tym, co ostatecznie posłało Bena w jego objęcia, wprost do dusznego grobu na Coruscant, była transmisja na HoloNecie, pokazująca, jak jego matka zostaje ujawniona w Senacie jako córka Vadera. Cóż za idealna zdrada zaufania wobec własnego syna i to ze strony kobiety, która porzucała go raz za razem we wspomnieniach sięgających daleko wstecz. Teraz Ben miał wyjaśnienie dla każdej krzywdy, którą wyrządził innym, i tego, jak ciemna strona nawiedzała jego sny i zatruwała mu dni. Zawsze byłeś przeznaczony ciemnej stronie, moje dziecko. Przybądź do mnie na Coruscant. Upomnij się o to, co należy do ciebie. Będę twoim przewodnikiem, nie mistrzem. To już przeżytek należący do dawnych czasów. Nasze będą inne.

Po raz pierwszy od bardzo dawna zdrętwiała twarz Snoke'a poczuła na sobie podmuch powietrza, kiedy Ben otworzył jego grób. Snoke wciąż był niemożliwie słaby; nie widział niczego, gdy chłopak trzymał go w ramionach.

– Proszę, nie opuszczaj mnie jak pozostali – wyszlochał Ben. – Proszę. Potrzebuję cię. Weź ode mnie, czegokolwiek tylko pragniesz.

Z głową przytuloną do szyi Bena Snoke przekierował jego niezwykłe siły życiowe na siebie samego. Opróżnił chłopaka niemal do dna; czuł przyjemność, siłę, jakiej nigdy wcześniej nie zaznał, i tylko miłość do tego dziecka powstrzymała go przed doprowadzeniem go do stanu kompletnie pustych zwłok, jak kończyły jego następne posiłki. Pole widzenia Snoke'a powoli się wyostrzało, pozwalając mu zobaczyć Bena tak, jak inni go widzieli. Nie wiedział, co ma myśleć o jego twarzy, o policzkach poznaczonych łzami ani o ciemnych oczach. Ale wiedział, że Ben jest w jakimś sensie idealny. Więc wyciągnął dłoń, żeby pogładzić go po włosach, tak jak wtedy, kiedy ten był jeszcze dzieckiem, a potem przesunął lekko palcami po jego policzku.

Dotyk Snoke'a poruszył coś w Benie, coś, bo posłało go ponownie w objęcia paniki. Jasna strona próbowała ponownie popchnąć go do Skywalkera. Snoke czuł się pogrążony w głębokim smutku, kiedy Ben go zostawił, ale nie zniknął. Biorąc pod uwagę wydarte z układu chłopaka midi-chloriany, stanowił on chodzącą bombę. A Moc zawsze znajdowała sposób, żeby przywrócić równowagę.

Ben poleciał z powrotem do szkoły Skywalkera, przygotowany, żeby rzucić się wujkowi do stóp. Krew powoli kapała mu z ust, brudząc bluzkę i znacząc kroplami konsolę. Ben nie mógł zrozumieć tego, co się wydarzyło, ale udało mu się utrzymać statek na wyznaczonym kursie. Miał nadzieję, że nie wystraszy dzieci. Kiedy dotarł na miejsce, z nieba padał deszcz pełen goryczy, ale niektórzy z uczniów nadal znajdowali się na zewnątrz, ćwicząc władanie Mocą. Ben zrobił kilka kroków w ich stronę, zwracając się do nich po imieniu i prosząc o zawołanie Luke'a.

A potem potknął się, opadając na kolana. Ciemność wymknęła się z niego, wygłodniała pustka ciemnej strony wypełzająca z Bena, przybierająca kształt jakiejś wielkiej bestii z dawnego Imperium Sithów. Osunął się na ziemię, nie zdając sobie zupełnie sprawy z chaosu, jaki rozpętał się wokół niego. Był narzędziem, przez jakie skupiała się Moc, a Snoke nie widział jeszcze tak silnego jej wybuchu. Bestia skoczyła za uciekającymi dziećmi, pochłaniając kryjącą się w nich Moc i miażdżąc przy tym ich ciała. Chroniła Bena przed tym, co zrobił mu Snoke, utrzymując go przy życiu. Snoke'a poruszyła zgroza tego widoku, przyglądanie się, jak ciemna strona przybiera kształt i przemierza fizyczny wymiar. Być może to także stanowiło rezultat butnej manipulacji Mocy, jakiej podjęli się Plagueis i Sidious, tego, jak przesunęli równowagę na stronę ciemności, zamiast pozostawić ją w balansie. Snoke żałował tego teraz, widząc, jak Ben jęczy z bólu i zgrzyta zębami, zwijając się w kłębek, gdy ciemna strona się na nim pożywiała.

A jednak kryła się w tym pewna sposobność. Snoke z powrotem użył swojego połączenia z Benem, budując od nowa jego wspomnienie tego wydarzenia. To nie ciemna strona zabiła uczniów Skywalkera; to Ben we własnej osobie przyszedł po ich życia, działając z rozkazu Snoke'a. To był test jego lojalności, krwi Vadera w jego żyłach. Łatwo dało się posłużyć się wspomnieniami Anakina z masakry w świątyni. Snoke musiał zmienić tylko kilka szczegółów. Ben patrzył, jak uczniowie Skywalkera giną z jego rąk, czując przy tym wściekłość i smutek należące do Anakina. Szepty Snoke'a zmieniły się w skandowanie powtarzające bez końca, kim Ben musiał się stać.

tym właśnie jesteś zupełnie jak twój dziadek przed tobą tym właśnie jesteś zupełnie jak twój dziadek przed tobą

Tylko Skywalkerowi udało się umknąć. Szkoda. Kiedy Ben odzyskał świadomość, Snoke był przy nim, żeby go pocieszyć, mówiąc do niego wewnątrz umysłu.

– To musiało się wydarzyć – powiedział mu. – Jedi zagrażają wielkiemu planowi. Poświęciłeś już zbyt wiele, aby go porzucić, skoro zakończy wszelkie walki i cierpienia.

– Tak, mistrzu – odparł Ben.

– Nie; przewodniku. Ojcze.

Ben przytaknął.

– Czy mogę poddać ich kremacji? Tak jak prawdziwych Jedi. To miejsce jest teraz przeklęte. Nie powinni musieć zgnić w miejscu, w którym polegli.

– Zrób, co uważasz za słuszne.

Ben podniósł się powoli na nogi, zupełnie jakby był już starcem, i zaczął pracować, aby pozbyć się ciał. Uczniowie mieli od sześciu do dwudziestu lat. Ben pracował niestrudzenie, układając ich ciała na stosie pogrzebowym. Deszcz litościwie przestał padać. Drewno szybko zajęło się ogniem, wypełniając powietrze zapachem palących się włosów i topiącego się tłuszczu. Ben patrzył.

– Czuję się, jakbym umierał – powiedział.

Myślał o tym, co zrobił, o tym, jak zabił ich wszystkich. Ben nie mógł wrócić do swojej rodziny ani żadnej części swojego dawnego życia.

– Bo tak jest. Zakończ to. Zabij Bena Organę. Był słaby i naiwny. Ty jesteś silny.

Nowonarodzony włączył swój miecz świetlny, a potem odciął swój warkoczyk padawana i posłał go w kierunku płomieni. Sam również chciał się rzucić na stos pogrzebowy, ale powstrzymał się, czekając, aż Snoke przemówi.

– Kylo Ren – oznajmił Snoke. – Jesteś moim Kylo Renem.

Bieg przeznaczenia zmienił się, obrał nowy kierunek. Taki, jaki wyznaczył mu Snoke. Wyszkolił Kylo w polityce, znajdując w nim bardziej błyskotliwego i posłusznego ucznia niż Sidious. Wszystko działo się tak, jak powinno, przez następne sześć lat. Kylo znajdował się na idealnej pozycji, żeby stać się Pierwszym Senatorem, a Snoke czuł, jak wojna ponownie zaczyna wrzeć w gwiazdach. Spotkanie z generałem Huxem miało być kolejnym łutem szczęścia, który dostarczyłby wiedzę na temat nowej broni, Starkillera, wprost w ręce Snoke'a, zanim ktokolwiek w Republice by o niej usłyszał. Jako że jego połączenie z Kylo nadwyrężał dzielący ich dystans, Snoke nie wyczuł niebezpieczeństwa kryjącego się w tamtej nocy, nie póki Kylo nie zaczął śnić, a wtedy było już za późno. Próbował zabić Huxa we śnie, tak jak tamtą dziewczynę wiele lat temu, ale Kylo nieświadomie go powstrzymał. Hux obudził się z mglistym wspomnieniem koszmaru, niczym więcej.

Snoke żałował niektórych rzeczy. Widział jasno wartość Huxa i Najwyższego Porządku. Gdyby Snoke wybrał inną drogę, gdyby zdecydował się zinfiltrować ugrupowanie i zmusić je do słuchania jego rozkazów, miałby Starkillera dla siebie. Kylo i Hux spotkaliby się jako rywale, zabiegający o jego aprobatę. I wszystkie z licznych zbiegów okoliczności, które doprowadziły ich do trzymania się siebie nawzajem tak kurczowo, nigdy by się nie wydarzyły. Mogliby nienawidzić się z tak wielką pasją.

To, jak całkowicie i zupełnie Hux pokrzyżował plany Snoke'a, okazało się wręcz niesamowite. W wyniku przypadku i okrucieństwa generał okazał się jedyną osobą, która była w stanie odciągnąć Kylo od strony swojego mistrza i zasiać w jego sercu wątpliwości. Hux nie mógł dostać dla siebie żadnej, nawet najmniejszej części z tego, co Snoke stworzył, ukształtował i co kochał przez długie lata. I planował to pokazać generałowi. Wiedza Snoke'a na temat ludzi nadal pozostawała niekompletna, ale poczucie własności, jakie biło z umysłu Huxa? To rozumiał doskonale.

Snoke wezwał Kylo na swój statek zaledwie kilka dni po jego powrocie z Rattataku. Nie powstał, aby powitać swojego ucznia, kiedy ten wszedł do komnaty w szatach zabójcy Jedi. Kylo wreszcie przyprowadził mu użytkownika Mocy, dzięki któremu Snoke będzie mógł odzyskać część sił. Mimo że midi-chloriany utrzymywały go przy życiu, jego dawna moc nigdy do niego nie powróciła. Stanie na nogach niemal zupełnie wykraczało poza jego możliwości i mógł manipulować Mocą tylko poprzez Kylo.

Kiedy jego uczeń zaczął klękać, Snoke machnął ręką.

– Nie mam dzisiaj cierpliwości na twoje wymówki.

– Najwyższy Przywódco… – zaczął Kylo, rozglądając się gorączkowo po pomieszczeniu.

– Spotkałeś się z Poe Dameronem.

Kylo skrzywił się.

– Muszę się zobaczyć z generałą Organą, to sprawa najwyższej wagi – odparł.

– Nie dla nas. Nie dla wielkiego planu. – Snoke podniósł głos, coś, co rzadko zdarzało mu się zrobić. Organa była niebezpieczna, ponieważ prawdopodobnie wiedziała coś, z czego Kylo nie zdawał sobie sprawy: prawdę o tym, co wydarzyło się w szkole Skywalkera. – Wyraźnie rozkazałem ci nie kontaktować się z Organą, a mimo to planujesz to zrobić na życzenie Huxa, nie prosząc nawet wcześniej o moje pozwolenie.

– Przyprowadziłem ci pokarm – powiedział Kylo, wbijając wzrok w podłogę.

– Popatrz na mnie i powiedz, dlaczego jesteś mi nieposłuszny.

Kylo podniósł głowę.

– Hux nie może nam pomóc, póki jest rozproszony przez sabotaż Organy.

– Jesteś instrumentem, Kylo Renie, i to takim, jakiego galaktyka jeszcze nie widziała. I to ja się tobą posługuję, nie Armitage Hux.

– Robię tylko to, co uważam, że najlepiej posłuży wielkiemu planowi.

– Kłamiesz! – krzyknął Snoke, uderzając pięścią o naramiennik krzesła. Kylo zgarbił ramiona, odwracając głowę. – Robisz to, co najlepiej przysłuży się tobie i nikomu innemu. Tak się odwdzięczasz za moje nauki, za całą miłość, jaką ci okazałem: nielojalnością. Czy temu zaprzeczasz?

– Podążałem w kierunku, jaki pokazała mi Moc, Najwyższy Przywódco.

W tej kwestii, jak sądził Snoke, Kylo mówił prawdę. Moc zawsze ingerowała w jego plany. Nie odpowiedział Kylo, jedynie czekał w milczeniu.

– Nie jestem nielojalny – wyrzucił z siebie Kylo w końcu, a jego głos przypominał brzmieniem droida. – Jak mogę ci to udowodnić?

Jak wspaniale; Kylo wszedł dokładnie w pułapkę, jaką Snoke na niego zastawił, wprost w objęcia dyscyplinowania go.

– Rozbierz się.

– Snoke? – wyszeptał, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami.

– Ofiaruj mi siebie.

Strach opanował Kylo i to taki strach, jakiego dawno już nie czuł. Snoke nie musiał nawet wykorzystywać połączenia z jego umysłem, żeby poczuć szybko bijące serce.

– Ofiaruj. Mi. Siebie – powtórzył. – Jeśli zmusisz mnie do powtórzenia tego polecenia jeszcze raz, nie będę miał innego wyboru, jak wyrzucić cię z mojego statku.

Umysł Kylo znajdował się w stanie takiej udręki, że Snoke niemal ustąpił. Ale wiedział, że musi zmusić go do zrobienia tego kroku naprzód albo jego uczeń będzie dla niego stracony. Cierpiałby tak bardzo, gdyby Huxowi udało się odebrać go spod wpływu Snoke'a. Dłonie Kylo trzęsły się, kiedy zdejmował rękawiczki i rzucał je na ziemię. Później nadeszła kolej na jego pelerynę i szatę wierzchnią. Zawahał się, kiedy dotarł do tuniki; podniósł ręce do ust, oddychając coraz szybciej. W jego oczach pojawiły się łzy.

– Nie marnuj mojego czasu – nakazał Snoke. – I nie hiperwentyluj. Wiesz, jak zapanować nad oddechem.

Kylo przytaknął i opuścił z powrotem ręce na zapięcia tuniki. Snoke zanurzył się na chwilę w jego myślach, odkrywając, że skażenie sięga głębiej, niż się tego obawiał. Hux nigdy mi nie wybaczy. Tylko on powinien mnie dotykać… Chcę jego, tylko jego… Snoke mi go odbiera, bo jestem za słaby, to moja wina, że będzie się czuł zdradzony… Wolałbym już umrzeć.

Jak Hux śmiał sprowadzić Kylo do czegoś takiego. Jego uczeń ociągał się, a cały proces pozbywania się odzienia trwał dłużej, niż powinien. Snoke żywił wyłącznie czysto praktyczne zainteresowanie ciałem Kylo jak mechanik sprawdzający stan aparatury, ale doceniał możliwość upewnienia się, że mimo ostatnich pochłaniających uwagę wydarzeń Kylo nadal utrzymuje siebie w formie. Snoke sprawi, że znowu rozkwitnie.

– Uklęknij przede mną – polecił, kiedy Kylo był już zupełnie nagi. Uczeń postąpił zgodnie z jego słowami, ale wzdrygnął się przy tym, jakby Snoke go zranił. Snoke ujął jego twarz w dłonie, czując się nieskończenie urażony tym, że Kylo płacze. Huxowi niemal udało się ich rozdzielić. Ohydny czyn. – Gdybym zapytał – powiedział, czyniąc swój ton na powrót miękkim i czułym, przesuwając kciukiem po dolnej wardze Kylo – pozwoliłbyś mi siebie posiąść?

– Tak – wyszeptał jego uczeń.

Jeszcze delikatniej Snoke zapytał:

– Czy przyniósłbyś mi głowę Huxa?

– Tak. – Kylo schował twarz, opierając ją o nogę Snoke'a, ręce miał zaciśnięte na jego kolanach. – Ale proszę, nie zmuszaj mnie do tego. Proszę, wykaż cierpliwość w stosunku do mnie, w stosunku do moich słabości. Obiecuję już nigdy więcej go nie dotknąć.

– Nie możesz go kochać, Kylo Renie.

Kylo załkał.

– Nie wiem, jak mam przestać.

– W takim razie pomogę ci. Tak jak zawsze ci pomagałem. Powstań i zostaw mnie samego, żebym mógł naprawić moje błędy i ponownie nadać sprawom właściwy bieg.

– Dziękuję – wyszeptał Kylo. Snoke wyczuł znowu jego absolutne posłuszeństwo, desperację, aby zrobić wszystko, czego zażądał jego mistrz. Co nawet lepsze, bardziej bał się tego, co może się stać Huxowi, niż pragnął zobaczyć go ponownie. – Czy wolno mi się ubrać?

Snoke odprawił go machnięciem dłoni. Mimo że chciał teraz zatroszczyć się o Kylo i okazać mu swoją wspaniałomyślność, żeby poprawić własny nastrój, miał coś niezmiernie ważnego do zrobienia. Kiedy jego uczeń opuścił pomieszczenie, Snoke obejrzał pobieżnie holonagranie z ich rozmowy. Zadecydował, że zostawi początek w całości, ale uciął wszystko, co wydarzyło się po drugim „tak" wypowiedzianym przez Kylo. Wysłał to nagranie w Niezbadane Rejony, na adres opatrzony wieloma zabezpieczeniami. Ten sam adres, z którego Kylo korzystał za każdym razem, kiedy chciał skontaktować się z Huxem.

Snoke załączył zwięzłą wiadomość, aby upewnić się, że jego przesłanie będzie łatwe do zrozumienia.

Generale Hux,

Zaprzestań angażowania się w cokolwiek poważnego z Kylo Renem. Uznałem wszelkie takie działania za rozpraszające i bezproduktywne. Jak doskonale widać, Kylo Ren ofiarowałby mi wszystko włącznie z twoim życiem. Rozumiem dobrze, że ta informacja może zranić twoją dumę, ale ufam, że zareagujesz na nią z całym profesjonalizmem, jaki przystoi komuś twojego wieku i stopnia.

S.

DODATKOWE OSTRZEŻENIA DO ROZDZIAŁU: zawiera jednoznacznie przedstawiony gaslighting, wzmianki o dysocjacji, groźbę gwałtu ze strony kogoś, kto jest postrzegany jako figura ojcowska (przy czym Snoke nie planuje tej groźby spełnić).

PS Tak, tak, wiemy, że Snoke to nie Plagueis, jako rzekł Pablo Hidalgo, ale ćśśśśśśś. Słowa o tym, że żaden prawdziwy Sith nie może się szczerze troszczyć o los innego, pochodzą z książki James Lucena Darth Plagueis.