1966
Dwudziestoletni Assuarin Zenaidov siedział nieruchomo pod ścianą sali narad. Obojętna mina miała maskować ekscytację i niepokój. W oczach siedzącego obok mężczyzny dominowało to drugie. Lęk był wywołany brakiem różdżek oraz nałożonymi na ich nadgarstki kajdanami. Assaurin nawet nie znał imienia towarzysza – podsłuchał natomiast, że mag miał na sumieniu pięć spiżobrzuchów ukraińskich. Smoki były w Rosji gatunkiem ściśle chronionym – mężczyzna miał zatem prawo się bać.
Assuarin uniósł obie skute ręce, by odgarnąć z twarzy długie, ciemne włosy. Gdy już ciemna kurtyna nie przysłaniała mu pola widzenia, rozejrzał się po sali narad. Chociaż całe dzieciństwo spędził przemykając pomiędzy pałacami a dzielnicami biedy Petersburga, ta sala wciąż robiła na nim wrażenie.
Złoto i szkarłat królowały wszędzie – na złoty kolor pomalowano sztukaterie oraz roślinne kłącza pnące się po czerwonych kolumnach. Ciemnoczerwony marmur tworzył posadzkę. Owalny stół nakryto obrusem w kolorze krwi. Złote były obicia wygodnych, zabytkowych krzeseł. W pomieszczeniu nie było okien – jedynie lustra, w ciężkich, złocistych ramach. Źródłem światła był nowoczesny żyrandol, przypominający kaskadę złotych sopli. Od przepychu i ostentacyjnego bogactwa Assuarina bolały oczy.
Dwaj skuci czarodzieje unieśli głowy, gdy ogromne, wysokie na cztery metry drzwi zaczęły się otwierać. Z tym że morderca smoków spuścił wzrok na widok orszaku wiedźm, a Assuarin wytężył wzrok. Całe życie czekał na tą chwilę.
Dwanaście wiedźm. Każda w sukni innego koloru. Każda z kokosznikiem wysadzanym drogocennymi kamieniami na głowie. W różnym wieku, o odmiennych typach urody. Lecz bez wyjątku, każda z mocą.
Rada Elektorska Petersburga stanowiła szczyt petersburskiej piramidy władzy. Od czasów carycy Katarzyny złożona wyłącznie z kobiet, sterowała połową rosyjskiej społeczności czarodziejów. Miejsce w niej miały wyłącznie najpotężniejsze, zazwyczaj wychowane i wyszkolone na petersburskich ulicach wiedźmy.
Piękne stroje, świecąca bajecznie biżuteria, gracja, z jaką zajmowały swoje miejsce – ktoś mało uważny mógłby założyć, że to delikatne damy, uczone manier w pałacach. Lecz wystarczyło przyjrzeć się dzikości lśniącej w ich oczach, by wywnioskować, że te kobiety były wojowniczkami, twardymi, bezwzględnymi, które zahartowało środowisko ulic, gdzie trzeba było nieustannie oglądać się za siebie, by nie dostać Avadą w plecy.
Zasiadły przy stole, zostawiając jedno puste miejsce u szczytu stołu. Assuarin nie widział ich najlepiej ze swojej siedzącej pozycji – najbliżej niego siedziały czarownice w szatach błękitnej, kobaltowej, fioletowej, seledynowej, szmaragdowej i szarej – jednak zwrócone plecami. Tych siedzących naprzeciwko nich Assuarin nie był w stanie sięgnąć wzrokiem.
- Pierwsze grudniowe posiedzenie Rady Magiielektoratu Petersburga. – odezwała się któraś z kobiet, głosem zmęczonym i obojętnym.
Rozległ się szelest pergaminów. Assuarin widział, jak czarownica w seledynowej szacie poprawia swój kokosznik, wyrastający z włosów o bladym blond kolorze.
- Czekamy na Imperatorową? – spytała prawdopodobnie brunetka w kobaltowej sukni. Było jakieś szyderstwo w jej tonie.
- Nie, możemy zaczynać. – zdecydowała chyba najstarsza, siwowłosa czarownica odziana w szmaragd. Assuarin podejrzewał, że chociaż mogła być najbardziej wiekowa, jej aura sugerowała moc przewyższającą wiedźmy młodsze, siedzące po jej obu stronach.
- Sprawa pierwsza – sąd ponad Siergiejem Szostakowiczem, winnym zamordowania dorosłej samicy i czterech młodych spiżobrzucha ukraińskiego. – odezwała się jakaś młoda czarownica po drugiej stronie stołu, o przyjaznym głosie.
- Sądzony przez stronę barw ciepłych. – odezwała się czarownica o rudych włosach, ubrana w szarą szatę – miała niezwykle głęboki, niski głos.
Assuarin drgnął, bo jego towarzysz został postawiony na nogi – niewerbalnym zaklęciem. Wyprostowany, mógł teraz widzieć twarze czarownic w odzianych w ciepłobarwne suknie. A jednak Siergiej wciąż wbijał wzrok w ziemię.
Assuarin teraz już rozumiał, dlaczego ludzie nienawidzili być przesłuchiwani przez to gremium. Pytania były precyzyjne, bezlitosne, a jednocześnie zmanipulowane tak, by sądzony nie miał żadnej szansy obrony. A przy tym w powietrzu wyczuwało się wręcz sadystyczną przyjemność, jaką wiedźmy czerpały z gnębienia czarodzieja.
Czemu więc Assuarin chciał się tu znaleźć? Odpowiedź była prosta – wierzył, że wśród siedzących wokół stołu czarownic znajduje się jego biologiczna matka.
Rosyjska społeczność czarodziejów była uznawana za najbardziej specyficzną na świecie. Rozproszeni po ogromnym państwie czarodzieje i czarownice żyli w zgodzie z mugolami, na pół w sekrecie, na pół bez ukrycia, używając mocy bez nadzoru żadnego prawa, bez regulacji. Wyjątek stanowiły większe skupiska czarodziejów, podlegające albo pod okręg moskiewski, petersburski albo też pod półokręg kamczacki. Władza w okręgach należała do kobiet.
Kluczem do zrozumienia tego systemu była edukacja. W Rosji nie było żadnej szkoły magii – czarodzieje i czarownice uczyli się zaklęć od starszych. Im lepszego ktoś miał mistrza, tym bardziej mógł się rozwijać. W samym Petersburgu, najlepsi mistrzowie, a raczej mistrzynie, tworzyli grupę szkolącą. Ich córki oraz córki członkiń Rady Elektorskiej rotacyjnie pobierały nauki u najlepszych. Ich synowie nie mieli dostępu do takiej edukacji. Magiczna moc chłopców nie była rozwijana – bo matriarchat musiał zostać utrzymany.
- Skąd miałeś różdżkę z włóknem ze smoczego serca? – spytała Siergieja z pogardą jedna z wiedźm. Assuarin skrzywił się - Szostakowicz naprawdę był w tarapatach, jeśli nie miał jakiejś dobrej odpowiedzi na to pytanie.
Zniewolenie magów odbywało się również poprzez kontrolowanie różdżkarstwa. W Rosji smocze serca, włosy jednorożca lub pióra feniksów były towarem deficytowym. Różdżki z takimi rdzeniami przekazywano tylko kobietom z dużym potencjałem. Mężczyźni musieli używać różdżek z mniej potężnymi rdzeniami, które nie nadawały się do walki albo skomplikowanych transmutacji.
- Moja matka i siostry zginęły na wojnie. Babka nie miała komu przekazać różdżki. – wymamrotał Siergiej. Ze swojego miejsca na ziemi Assuarin widział, że niektóre z czarownic prostują się na wspomnienie wojny. To był jeden z tematów tabu, od którego Assuarin odbijał się już wiele razy.
Wojna była powodem, dla którego Assuarin pobierał szkolenie u najlepszych, chociaż ze słabą, wiotką różdżką z rdzeniem ze skrzydła wróżki, nie mógł równać się z córkami najpotężniejszych. Nie żeby on sam w sobie nie miał mocy – w innej społeczności już byłby gotowy do sięgnięcia po władzę. Lecz wojna też sprawiła, że ocalałe jeszcze mocniej przywarły do starego, znanego porządku.
Z Europy wróciło niewiele wiedźm. Pierwsze lata były oznaczone siostrobójczymi walkami o władzę i rozlewem krwi. Kiedy wreszcie zapanował jakiś porządek, odkryto, że urodzone na fali przyrostu naturalnego dziewczynki nie są tak potężne jak ich matki. To była hipokryzja, ale do szkolenia włączono chłopców z dużym potencjałem magicznym, by zwrócili oni na siebie uwagę, a potem zostali ojcami czarownic tak potężnych jak legendarne wiedźmy, urodzone jeszcze w carskim imperium. Mówiąc wprost, czarodzieje tacy jak Assuarin mieli być tylko dawcami dobrych genów, mocną, świeżą krwią.
- Winny. Jaka jest proponowana kara? – obojętny głos poniósł się echem po ogromnej sali narad. Assuarin wzdrygnął się na myśl, że to mógł być głos kobiety, która go urodziła i porzuciła, w pogoni za własnymi ambicjami.
Był zbyt potężny – to szeptały między sobą wszystkie szkolące go wiedźmy. Jasne wydawało się, że przy ograniczanym w Rosji potencjale, to geny matki Assuarina odpowiadały za jego moc. Urodził się po wojnie, zatem mało prawdopodobne, by jego matka nie żyła. Wniosek – może naciągany i wymyślony – że jego matką była któraś z obecnych tu wiedźm.
Naiwnie wierzył, że wystarczy mu spojrzenie na ich twarze, by rozpoznać w którejś z nich tą, która przez dziewięć miesięcy nosiła go w sobie.
- …roboty na Syberii. Odebranie różdżki. – stwierdziła chłodno kobieta o nieprzyjaznym głosie. Assuarin patrzył jak Siergiej kłania się nisko i wychodzi, ze spuszczoną głową, wciąż skuty.
- Sprawa druga. Sąd na Assuarinem Zenaidovem, winnym podżegania do buntu wśród czarodziejów biorących udział w szkoleniu. – odezwała się czarownica w fioletowych szatach. Jej głos wibrował gniewem – Assuarin dobrze zakładał, że tylko coś tego rodzaju pozwoli mu zobaczyć dobrze twarze tych kobiet – nawet jeśli będą to twarze wykrzywione złością. Zauważył, że chociaż sąd dopiero miał się odbyć, domniemania niewinności nie było.
- Sądzony przez stronę barw zimnych. – oznajmiła rudowłosa. Assuarin poczuł szarpnięcie, gdy magia pociągnęła jego ciało w górę. Serce czarodzieja wywinęło młynka, gdy lewitowano go na drugą stronę, by widział oblicza kobiet ubranych w szaty w odcieniach niebieskiego lub zielonego.
Przez tą chwilę, kiedy go przenoszono, zdążył przyjrzeć się kobietom odzianym na żółto, pomarańczowo, czerwono, różowo, brązowo i brzoskwiniowo. Żadna nie była do niego podobna. Tylko ta w czerwonej szacie miała ciemne włosy, ale kształt jej twarzy był inny. Żółta i różowa miały ciemne oczy, ale i je Assuarin wykluczył. Jego kajdany zabrzęczały, gdy stanął pod ścianą, za plecami czerwonej.
Bezpardonowo wodził wzrokiem po twarzach fioletowej, zielonej, niebieskiej i szarej. One też nie były do niego podobne. Do tego poczuł bolesne plaśnięcie na policzku, gdyż za długo przyglądał się siwowłosej, w szmaragdowej szacie. Szmaragdy w jej kokoszniku zamigotały, gdy pokręciła głową z niezadowoleniem.
- Czy ty jesteś Assuarin Zenaidov? – spytała kobieta w seledynowym stroju.
- Tak. – odpowiedział.
Zanim zadano mu kolejne pytanie, wielkie drzwi zaskrzypiały ponownie. Odwrócił się i wstrzymał oddech.
Do środka wmaszerowała imponująca pod każdym względem wiedźma. Ubrana była w czarną, obcisłą u góry, a rozkloszowaną u dołu suknię. Na jej głowie lśnił kokosznik z rzędów diamentów poprzeplatanych z czarnymi granatami. Kroczyła z dumą charakteryzującą generała prowadzącego zwycięską armię.
Nie można było nie dostrzec, że była to czarownica w kwiecie wieku, atrakcyjna w bardzo sensualny sposób. Suknia doskonale podkreślała kobiecą figurę, dramatyczny makijaż tuszował doświadczenie wyryte na bladej twarzy. Jeśli dodać do tego promieniującą z wiedźmy moc i pewność siebie, nie było wątpliwości, że do pomieszczenia weszła kobieta, słusznie tytułowana ,,Imperatorową".
Lecz co odebrało mowę Assuarinowi to ciemny brąz jej włosów i oczu oraz rysy twarzy znane mu dobrze – bo niewiele różniące się od tego, co widział spoglądając w lustro. Lodowate zimno rozlało się po jego piersi.
Wyminęła stół z drugiej strony, nie zaszczycając Assuarina ani spojrzeniem. Usiadła u szczytu. Na stole położyła długą, powykręcaną różdżkę. Wszyscy jak zahipnotyzowani obserwowali, jak czarownica odłamuje od leżącego na stole pióra stalówkę i bez użycia różdżki transmutuje ją w srebrny puchar. Spod stołu wyciągnęła butelkę – Assuarin rozpoznał najdroższe z magicznych, rosyjskich win – ciemne Anuren.
- Wasze zdrowie, towarzyszki! – wzniosła kielich i wypiła łyk.
- Jak Międzynarodowa Konferencja Czarodziejów? – spytała wiedźma w szmaragdowych szatach. Assuarin jednocześnie chciał krzyczeć i bał się drgnąć – czyżby zapomniano o nim?
- Nudno. Nie pojawił się nikt ciekawy. – przywódczyni Rady Elektorskiej wzruszyła ramionami.
- Dumbledore znów zaszył się w swoim zamku? – chyba tylko siwowłosa kobieta nie czuła się onieśmielona przez wiedźmę w czarnej sukni.
- On gardzi zabawami, jakim można się oddawać na tych konferencjach. – dumna wiedźma teatralnie przewróciła ciemnymi oczami.
- Raport z poprzedniego sądu. – rudowłosa wiedźma w szarych szatach podsunęła ,,Imperatorowej" pergamin zapisany cyrylicą.
- Co mamy teraz? – spytała domniemana matka Assuarina, skanując wzrokiem podsunięty jej tekst.
- Dwudziestoletni Assuarin Zenaidov, podżegający do buntu wśród czarodziejów na szkoleniu. – wyjaśniła kobieta w pomarańczowej szacie.
Assuarin liczył na jakąkolwiek reakcję – uniesienie głowy, drgnięcie powieki, zaciśnięcie pięści – ale nie, przywódczyni jak gdyby nigdy nic czytała raport z poprzedniego przesłuchania.
- A więc, nie podoba ci się nasz system polityczny, Zenaidov? – spytała fioletowa, mrużąc drapieżnie oczy. Assuarin przełknął ślinę i odpowiedział:
- To chory, niesprawiedliwy system, którego jedynym celem jest skupienie całej władzy w rękach kobiet. Nasza społeczność mogłaby rozwijać się szybciej, gdybyśmy wszyscy mieli równe szanse. – to było pełne pasji oświadczenie, ale wywołało tylko parsknięcie ze strony blondynki w seledynowej szacie.
- Winny. Jaka jest proponowana kara? – powiedziała zwrócona plecami do Assuarina kobieta w czerwonej sukni.
Nie mógł uwierzyć, że one nawet nie podjęły dyskusji z nim. Zamierzały potraktować go jak śmiecia, jakby nie był wart ich czasu, uwagi? Czy ich przywódczyni nawet nie zamierzała skierować na niego jednego spojrzenia tych swoich ciemnych oczu? Czy nie rozpoznała jego nazwiska?
- Przerwanie szkolenia, rok na Syberii? – zaproponowała czarownica w błękitnych szatach.
,,Imperatorowa" skrobała piórem po pergaminie, co chwilę biorąc łyk ciemnego wina. Assuarin wyczuł, że oto ma przed sobą ostatnią szansę zwrócenia na siebie jej uwagi…
- Tak postępujecie z każdym mężczyzną, który rzuca wam wyzwanie? Wysyłacie go na Syberię? Jeśli tak, to uważajcie, bo pewnego dnia nie znajdziecie żadnego maga w swoich łóżkach, a odkryjecie armię maszerującą na was z odwetem za lata ciemiężenia! – zawołał Assuarin, potrząsając swoimi kajdanami dla efektu.
- Dodaj do wyroku brak możliwości powrotu na szkolenie. – stwierdziła wiedźma w kobaltowej sukni, marszcząc czoło. Czarownica w czarnej sukni wciąż nie zaszczyciła Assuarina spojrzeniem.
- Zatwierdzone. – odezwała się starsza dama w szmaragdowych szatach.
- Banda aroganckich zdzir! Pokonałbym każdą z was, gdybym tylko miał różdżkę! – to była czysta desperacja, ale Assuarin i tak już stracił wiele – nie mógł zmarnować tego momentu.
- Do diabła! – to blondynka w seledynowej sukni sięgnęła po różdżkę, jej twarz wykrzywiona dzikością, jak u pantery.
- Po szkoleniu powinien mieć lepsze maniery. Naucz tego młokosa nieco ogłady, Draceno. – czarownica w szmaragdowych szatach oblizała wargi, jak zadowolony kot.
Blondynka, Dracena, wstała i obeszła stół, zatrzymując się dwa metry przed Assuarinem. On patrzył jej prosto w oczy, z całą nienawiścią, jaką mógł w sobie wskrzesić. Połowa wiedźm wciąż siedziała do niego plecami – karanie przesłuchiwanych musiało być częstą praktyką. Tylko jak ta Dracena miała go ukarać?
- Mała klątwa bólu oduczy cię zwracania się do potężniejszych bez szacunku. – warknęła czarownica, unosząc różdżkę.
Assuarin otworzył szeroko oczy. Rosja nie miała żadnego zbioru magicznych praw, ale wszystkie międzynarodowe konwencje uznawały to zaklęcie za ,,niewybaczalne". Owszem, ono czasem latało po ulicach Petersburga, lecz Assuarin zawsze miał zbyt dobry refleks, by zdołało go dosięgnąć.
- Crucio! – wycedziła Dracena, jej różdżka świsnęła w powietrzu.
Wrzask, o jaki Assuarin nigdy by siebie nie podejrzewał, wydobył się głęboko z jego gardła, gdy gorąco zalało całe jego ciało, jakby ktoś podpalił krew w jego żyłach. Upadł na kolana, które zatrzeszczały przy gwałtownym zderzeniu z czerwonym marmurem posadzki. Głosy jego surowych nauczycielek odezwały się w jego głowie – powinien przestać wrzeszczeć, powinien wziąć na siebie ból z godnością. Czarodziej uniósł swoje skute ręce i zacisnął zęby na wierzchu dłoni. A ból się nie kończył, przeciwnie, wzmagał się, uderzając w niego falami, jak rozpędzone, wzburzone sztormem morze. Przez myśl mu przeszło, że to trwa już zbyt długo, że zaraz straci wszystkie zmysły, kiedy gdzieś ponad echem swojego krzyku usłyszał lodowaty rozkaz.
- Wystarczy. Niech on się zamknie.
Dracena przerwała zaklęcie. Assuarin skulił się na ziemi, dysząc ciężko. Wyczuwał wilgoć na policzku przyklejonym do podłogi – ze wstydem zrozumiał, że musiał płakać z bólu.
- Wylewitować? – spytała Dracena, z mściwą satysfakcją. Assuarin uniósł głowę – widział ,,Imperatorową", chociaż tylko dumny profil i z dziwnego kąta. Jej oczy były przymknięte, jakby zastanawiała się, albo coś wspominała.
- Masz coś do dodania, Tatiano? – spytała dziwnie czułym tonem starsza czarownica w szmaragdowej szacie. Assuarin pomyślał, że chyba było warto przecierpieć tego Cruciatusa. Przynajmniej poznał imię swojej matki. Tatiana. Aż miał ochotę wypowiedzieć je głośno.
Zaraz jednak zdał sobie sprawę, że jeśli większość Rady była na tyle ślepa by nie widzieć podobieństwa między nim a ,,Imperatorową", to owa kobieta w szmaragdowych szatach była bardziej uważna. Czy to stawiało jego matkę w niebezpieczeństwie? Czy teraz milczała, bo wyjawienie, że krnąbrny młodzian jest jej dzieckiem zagroziłoby jej politycznej pozycji?
- Nie. – Tatiana sięgnęła po kieliszek – knykcie palców zaciskających się na nóżce były całkiem białe – jedyna oznaka napięcia.
- Zorganizujcie świstoklilk na za tydzień dla niego i Szostakowicza. Jeśli się nie stawią, spuścimy za nimi wilki. – powiedziała kobieta w kobaltowej sukni. Szafiry w jej kokoszniku rozbłysły groźnie.
Czyjeś zaklęcie dźwignęło Assuarina na nogi. Był zbyt oszołomiony, by cokolwiek powiedzieć, więc niepewnie ruszył w kierunku otwierających się drzwi. Za nimi czekali pewnie strażnicy, mający wyprowadzić go z labiryntu bogatych salonów i pokoi. W samej sali narad rozbrzmiewało tylko skrobanie pióra czarownicy piszącej raport.
Na progu, Assuarin odwrócił się. Tatiana patrzyła mu prosto w oczy, jej mina obojętna. Jakaś wątła nadzieja, że ta obojętność wynikała z pokrętnej chęci chronienia go przed jej politycznymi przeciwniczkami wyparowała, gdy Assuarin napotkał twarde spojrzenie ciemnych oczu.
Czy jednym spojrzeniem można było przekazać ogrom pogardy i rozczarowania? Tatiana, przywódczyni Rady Elektorskiej Petersburga była do tego zdolna. Assuarin spuścił głowę – nie było sensu odpierać dłużej niewygodnej prawdy – matka porzuciła go, bo nie spełniał jej oczekiwań – jako chłopiec, nie mógł marzyć o byciu jej sukcesorem, jej dziedzicem. A teraz, żałośnie słaby, płaczliwie walczący o ułamek jej uwagi, tylko jeszcze bardziej ją rozczarowywał.
Drzwi zatrzasnęły się za nim, za łokcie chwyciło go dwóch potężnie zbudowanych strażników. Ale Assuarin wciąż tylko zastanawiał się, czy była jakakolwiek szansa, by matka go nie odrzuciła. Co miał jeszcze zrobić?
Musiał być taki jak ona. Musiał pokazać, że w jego żyłach płynie jej krew. To oznaczało, że powinien dowiedzieć się o Tatianie jak najwięcej.
Była władcza – gdzie się tego nauczyła? Była onieśmielająca – skąd to się u niej wzięło? Bezwzględna – co ją taką uczyniło? Assuarin zacisnął dłonie w pięści. Zamierzał odkryć całą prawdę, posiąść wiedzę, rozwijać moc… a potem wrócić do Petersburga, by rzucić wyzwanie radzie i udowodnić Tatianie, że popełniła błąd, skreślając go, nie tylko na starcie, ale i dziś.
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
1998
- A co sądzi o tym Dumbledore? – nie trzeba było patrzeć na ministra Shacklebolta, by wyczuć, jak jest znużony. Jego głos, zazwyczaj mocny i głęboki, teraz był cichy i zachrypnięty.
Minerwa powiodła wzrokiem po ministrze, siedzącym za swoim biurkiem. Kingsley schudł, bo bogato zdobione szaty o czarnym, orientalnym wzorze wisiały na niegdyś muskularnych ramionach. Jego twarz była poszarzała. Nie można było mieć wątpliwości jak wiele energii kosztuje go wyprowadzanie ich społeczności na prostą.
- Dumbledore nie do końca pojmuje całą sytuację. – powiedziała cicho Minerwa. Był to eufemizm – Albus nie rozumiał zupełnie jej pośpiechu.
- No cóż. Podejrzewam, że każdy, komu przedstawiłabyś to samo co mnie, zgodziłby się z słusznością twoich twardych argumentów, pani profesor. Lecz to wcale nie odpędza moich wątpliwości. Opinia publiczna potrzebuje emocjonalnych argumentów, nie logicznych. Jeśli ty nie zagrasz na ich emocjach, oni zagrają na twoich. – powiedział z powagą Kingsley. Minerwa pokiwała głową – były auror szybko się uczył, jeśli chodzi o politykę.
- Jednak ci sami ludzie jeszcze niedawno twierdzili, że ja nie mam emocji. – odparła cicho, mrużąc oczy za prostokątnymi okularami.
- Na pewno jesteś gotowa na taką konfrontację? Pewnie już zorientowałaś się, że ludzie, którzy się boją, nie przebierają w środkach. – minister zacisnął dłoń wokół małej filiżanki z czarną, mocną kawą.
- Tylko ja i Albus możemy wypracować tę ustawę. A jemu ufają jeszcze mniej. – stwierdziła Minerwa.
- Skoro tak uważasz. To jednak komplikuje nieco inne sprawy. – mruknął Kingsley. Minerwa uniosła pytająco brwi.
- Podobno obiecałaś Potterowi, że pomożesz mu w poprawie umiejętności niezbędnych dla aurora. – Kingsley wypił pół filiżanki kawy za jednym razem.
- To prawda. – przyznała. Nie mogła odmówić Harry'emu, gdy przyszedł do niej po pogrzebie ciotki, z tą jedną prośbą.
- Z nauczaniem, Hogwartem i jeszcze tą ustawą na głowie nie będziesz miała na to czasu.
- Potter i tak nie doszedł do siebie jeszcze na tyle, by przejść szkolenie. Liczę na przyjęcie ustawy do końca pierwszego semestru, w drugim będę uczyć go wiedzy, a w wakacje możemy zająć się praktyką. – wyjaśniła, jednocześnie zastanawiając się gorzko, czy aby na pewno dożyje do wakacji.
- Przypuszczam, że nakłanianie cię do zajęcia się szkoleniem Pottera zamiast tą ustawą jest pozbawione sensu. Pamiętaj jednak, Minerwo, że oprócz mnie jesteś obecnie jedyną osobą, która przeszła pełne aurorskie przeszkolenie. – Kingsley zmierzył ją wzrokiem, jakby usiłował sobie ją wyobrazić jako nowicjuszkę w szeregach aurorów.
- Potter powinien dokończyć edukację w Hogwarcie. I moje przeszkolenie było przyspieszone. – burknęła Minerwa, krzyżując ręce.
- Szalonookiego też, a mimo to był najlepszym magiem szkolącym aurorów. – westchnął Kingsley.
Minerwa przygryzła wargę. Tak, Moody uwielbiał testować nowych aurorów. Ile razy zjawiał się w jej gabinecie, z ożywieniem opowiadając o sukcesach Kingsley'a albo Nimfadory! Ból zalał jej serce. Postanowiła zakończyć rozmowę:
- Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. Liczę, że będziemy w kontakcie, ministrze. – powiedziała, wstając.
Kingsley mocno uścisnął jej wątłą dłoń.
- Do zobaczenia, profesor McGonagall. – nie po raz pierwszy w jego głosie dzisiaj wyczuła troskę.
Ignorując to, wyszła powoli z jego gabinetu, przelewając drobiny brudnej magii w obolałe kończyny.
Praca w ogromnym sekretariacie nagle ustała, gdy Minerwa zamknęła za sobą drzwi do gabinetu ministra. Kingsley zatrudniał około tuzina sekretarek, które przez ostatnie godziny pewnie nieustannie skrobały piórami nowe listy bądź stukały na maszynach wewnętrzne wiadomości ministerstwa. Teraz zarówno to skrobanie i klikanie ustało, a czarownice wpatrywały się w nią z nieukrywaną ciekawością.
W ciągu ostatnich miesięcy Minerwa za rzadko pojawiała się w ministerstwie. A wyolbrzymione plotki o jej rzekomym romansie z Voldemortem krążyły wszędzie.
- Profesor McGonagall! – pełen ciepła głos dobiegł z prawej strony pomieszczenia. Minerwa zmarszczyła czoło, rozpoznając zmierzającą w jej stronę kobietę:
- Pani Longbottom. – skinęła głową Auguście i dała się wyprowadzić na klatkę schodową – pustą, bo leniwi magowie woleli używać wind.
- To dlatego minister odwołał dzisiejsze spotkania i kazał sobie nie przeszkadzać. – mruknęła Augusta, upewniając się, czy nikt ich nie słyszy. Minerwa przewróciła oczami – powinna wcześniej umówić się z Kingsley'em, zamiast robić mu kłopot.
- Rozumiem, że nie ma szans, by prasa nie dowiedziała się o tym od twoich koleżanek? – Minerwa wskazała podbródkiem kierunek do sekretariatu.
- Nie mam wśród nich takiego posłuchu, żeby zniechęcić je do paplania. – przyznała zmartwiona Augusta.
- W listach nie wspominałaś nic o tym, że wróciłaś do pracy. – Minerwa zmieniła temat.
- Za długo grzałam się przy kominku, robiąc na drutach. Tutaj przydaje się każda para rąk, a przedwojenne doświadczenie jest cenniejsze niż wszystkie szkolenia, które przeszły moje koleżanki. – Augusta uśmiechnęła się słabo.
- Cieszę się. Jak ma się Neville? – Minerwa natychmiast zauważyła jak uśmiech gaśnie na twarzy przyjaciółki.
- Nie najlepiej znosi nagonkę prasy. Są bezczelni, wyczekują na niego przed szpitalem, jeszcze fakt, że nie złapali Lestrange'a… Neville zamyka się w sobie. Może mogłabyś z nim porozmawiać, zanim jeszcze przybędzie do Hogwartu? Bardzo cię ceni, odkąd opowiedziałaś mu o Lucasie i… całej reszcie. – Augusta skrzywiła się nieco. Minerwa wiedziała, ile kosztują ją te słowa.
- Spotkam się z nim. Twój wnuk jest silny, jak każdy Longbottom. Wróci do siebie. – Minerwa lekko uścisnęła ramię przyjaciółki.
- Dziękuję, Minerwo. Pusta sala z kominkiem jest piętro niżej, pierwsze drzwi w lewo. Muszę już wracać, zanim moje koleżanki wystrzępią sobie języki na plotkach. – rzekła Augusta.
- Trzymaj się, Augusto. – Minerwa poczuła się pokrzepiona świadomością, że nie będzie musiała przechodzić przez atrium pełne żądnych krwi dziennikarzy.
Za pomocą proszku Fiuu przeniosła się od razu do szpitala św. Munga. Gdy tylko płomienie w kominku w recepcji szpitala opadły, zmieniła się w kotkę i pomknęła ku schodom, przeklinając swoją słabość, która dawała jej się we znaki nawet w kociej formie. Na szczęście nikt jej nie rozpoznał, nawet jeśli ją zauważył.
Była zmuszona się zmienić z powrotem przed drzwiami na oddział, na którym leżeli Longbottomowie, ponieważ drzwi były zamknięte, a nie chciała używać brudnej magii do ich otwarcia. Już kilka razy zdarzyło jej się przesadzić z mocą – mogła to przypisywać jedynie znużeniu umysłu i braku koncentracji. Wysadzanie drzwi szpitala na pewno nie zostałoby niezauważone, nawet jeśli takie rzeczy zdarzały się tu codziennie.
Sala, w której leżał Frank i Alicja, jako chyba jedyna w szpitalu była pozbawiona tego okropnego, sterylnego zapachu. Minerwa nie lubiła być w św. Mungu, bo zbyt wiele strachu była zmuszona tu znieść, ale przy Longbottomach godziny leciały jak minuty.
Znad łóżka jednego z pacjentów podniosła się młoda pielęgniarka i widząc Minerwę, o mało nie upuściła tacy z lekami.
- Profesor McGonagall. – wyszeptała z nieskrywanym szacunkiem. Minerwa rozpoznała swoją dawną uczennicę, Krukonkę Evelinę Gregory.
- Witam, panno Gregory. Jak czują się dziś państwo Longbottom? – nauczycielka zerknęła w stronę parawanów na końcu sali.
- Bez zmian, madame. Minęła się pani z ich synem, był tu pół godziny temu. – powiedziała Evelina, a na jej twarzy zagościł smutek.
Minerwa kiwnęła głową i wolno wyminęła pielęgniarkę. Wzięła głęboki wdech, zanim weszła za parawan.
Ku jej zdumieniu, Frank siedział na brzegu łóżka śpiącej Alicji i obserwował ją, jak śpi. Wyglądał przy tym tak… zwyczajnie, że ktoś nie znający sytuacji mógłby go wziąć za zupełnie zdrowego.
Mężczyzna chyba zorientował się, że jest obserwowany, bo obrócił się. Zmarszczył brwi, jakby usiłował coś sobie przypomnieć. Minerwa ostrożnie zrobiła krok naprzód.
- Witaj Frank. To ja, ciocia Minnie. – rzekła czarownica, łamiącym się głosem.
Spodziewała się, że jej chrześniak odwróci się i położy na swoim łóżku, ignorując ją, jak często to robił. Lecz on niespodziewanie podszedł bliżej niej.
- Jak się dzisiaj czujesz, Frankie? – spytała, a potem wstrzymała oddech, bo Frank uniósł dłoń.
Przesunął palcem po zmarszczkach na jej czole, a na jego twarzy malował się nieopisany smutek.
Minerwa cofnęła się. Serce biło jej jak oszalałe. Frank patrzył na nią zupełnie jakby… jakby wyczuwał… jakby wiedział… jakby widział Śmierć zaciskającą kościste palce na ramieniu Minerwy.
A stara czarownica nie mogła znieść jego smutku, jego żalu, na tej pucołowatej, niewinnej twarzy.
Wybiegła z szpitalnej sali, a na korytarzu teleportowała się z trzaskiem.
Gdy otworzyła oczy, leżała na zimnej chodnikowej płycie. Próbowała dźwignąć się na łokciach, ale przez jej ciało przeszedł spazm bólu – za wiele fizycznej energii straciła na teleportację. Postanowiła się rozejrzeć, unosząc głowę z zakurzonych, betonowych płyt. Znajdowała się na cichej ulicy, pełnej identycznych, skromnych domków jednorodzinnych.
Tuż obok wznosiły się schodki prowadzące do jednego z nich. Minerwa skrzywiła się, rozpoznając mały dom Augusty, w którym mieszkała z Neville'm.
Przez chwilę wahała się. Neville prawdopodobnie był w domu, wystarczyło więc jedynie naprzeć magią na dzwonek do drzwi. Nie chciała jednak, by widział ją w takim stanie. Nie zdołałaby go odwieść od zaalarmowania Albusa.
Z rezygnacją sięgnęła po brudną magię. Nie cierpiała z niej korzystać, ale coraz częściej była zmuszona się do niej uciekać. Zgodnie z przewidywaniami zaczerpnęła jej zbyt dużo, zatem moc nie tylko postawiła ją na nogi, lecz też przelewitowała pod same drzwi domu Augusty. Zła na swoją nieostrożność, rozejrzała się czujnie, ale uliczka była pusta – całe szczęście, bo co pomyślałby sobie mugol, widzący starą kobietę w dziwnym kapeluszu, lewitującą nad schodami?
Uspokoiła oddech i nacisnęła dzwonek.
- Kto tam? – głos Neville'a był napięty. Minerwa zadrżała – pewnie spodziewał się albo śmierciożerców, którzy przeżyli bitwę, albo żądnych sensacji dziennikarzy.
- Profesor McGonagall. – powiedziała, nie ukrywając swojego szkockiego akcentu.
Drzwi otworzyły się.
- Proszę, niech pani wejdzie, madame. – Neville gestem zaprosił ją do środka, jednocześnie śledząc wzrokiem ulicę. Dopiero gdy zamknął za nią drzwi rozluźnił się nieco.
- Dobrze znów panią widzieć, pani profesor. – mruknął, prowadząc ją do salonu. Minerwa zdążyła zauważyć jego pełną rezygnacji postawę i ciemne cienie pod oczami.
- Postanowiłam zobaczyć co u was, zanim na dobre pochłoną mnie obowiązki związane z Hogwartem. – odpowiedziała, zatajając fakt spotkania Augusty.
- Babcia pracuje jako sekretarka w biurze Kingsley'a. – rzekł Neville, przywołując różdżką dzbanek z herbatą.
- Potrzebują pewnie każdej pary rąk. – odparła, opadając z ulgą na fotel w salonie.
- Tak. A babcia aż rwała się do pracy. Wojna uświadomiła jej, że za wcześnie wycofała się z udziału w życiu naszej społeczności. – mówił szczerze Neville, podając jej filiżankę.
- A ty co o tym sądzisz? – spytała Minerwa. Chłopak uniósł brwi, zdumiony, że interesuje ją jego opinia.
- Babcia jest silna, ale ma już swoje lata… nie chciałbym, by brała na siebie zbyt wiele. – powiedział.
- Twoja babcia jest tylko kilka lat starsza ode mnie. – mruknęła Minerwa, zanim zdążyła ugryźć się w język. Na twarzy Gryfona pojawił się rumieniec.
- Wybacz, to zrozumiałe, że się o nią martwisz. – dodała, skupiając wzrok na herbacie, by nie peszyć go swoim belferskim spojrzeniem.
- Podobno wszystkie zniszczenia już naprawiono. W Hogwarcie. – skierował rozmowę na inne tory.
- Zamek czeka na was z otwartymi ramionami, jak zawsze. Mam nadzieję, że ty dokończysz swoją edukację? – Minerwa uniosła brew.
- Rozmawiała już pani z Harrym. – westchnął Neville. Kiwnęła głową.
- Ja zamierzam wrócić do Hogwartu. – oznajmił chłopak po krótkiej chwili ciszy.
- Może moja nauczycielska intuicja się myli, ale nie wyczułam entuzjazmu w tym zdaniu. – powiedziała, patrząc na niego z uwagą.
- Cruciatus. Najczęściej używali w bitwie Cruciatusa. – wyszeptał Neville, a jego dłonie zadrżały.
- Neville…
- Bawiło ich zadawanie bólu. Ja… rodzice… - Neville ukrył twarz w dłoniach.
Minerwa poczuła panikę, gdy odkryła, że nie ma sił się podnieść i go pocieszyć.
- Neville…
- Ja wiem! Takie są prawidła wojny, tak?! Ludzie tracą wolną wolę, ludzie giną, ludzie cierpią! – zawołał Neville, zaciskając dłonie w pięści. Po jego policzkach ciekły łzy.
- Neville…
- Nie! Takie zaklęcia nie powinny istnieć! Magia powinna być dobra, zawsze dobra!
- NEVILLE.
- I co? Jestem słaby, tak?! Płaczę jak dziecko, nie jestem godny Gryffindoru, nie jestem taki odważny jak moi rodzice i dziadek, tak?! W końcu to tylko Cruciatus, tak?! Zaklęcie jak każde inne, które prawdziwy wojownik powinien znosić bez mrugnięcia okiem! – Neville wstał, a na jego mokrych od łez policzkach wykwitły purpurowe plamy.
Minerwa zamknęła oczy i zapadła się w fotelu. Dawno nie czuła się tak wyzuta z energii, tak wyprana z emocji, tak pusta. Jednocześnie też dawno nie czuła się tak zraniona. Mogła znosić tysiące nieprzychylnych komentarzy, setki niechętnych spojrzeń, codzienne okrutne nagłówki gazet, oskarżenia o najobrzydliwsze z relacji. Lecz nie mogła znosić bólu ludzi, których kochała. Nie także za dnia. Już samo oglądanie ich cierpienia w koszmarach ją zabijało.
- Neville, ja…
- Ależ oczywiście, nie powinienem się unosić, bo w końcu co ja wiem o bólu!?
- NIC! – wrzasnęła Minerwa, czując jak smutek zamienia się w gniew.
Tak, rodzice tego chłopaka byli torturowani Cruciatusem do pomieszania zmysłów. Tak, przez lata mierzył się z odrzuceniem rówieśników i cieniem Złotego Tria. Tak, wiele wycierpiał podczas reżimu Carrowów. Tak, bitwa go nie oszczędziła. Tak, był na celowniku prasy.
Ale jego rodzice nie zostali zamordowani w widowiskowy sposób. On nie stracił dziecka. On nie był dzień w dzień torturowany Cruciatusem i o wiele gorszą klątwą. On nie był związany sekretem ludobójstwa. On nie był obiektem pożądania najgorszego z czarnoksiężników. On nie rozrywał swojego ciała do krwi każdej nocy, budząc się z najokrutniejszego z koszmarów.
Neville wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami.
Minerwa wstała, nie bacząc na to, że czerpie potężną dawkę brudnej magii. Wyprostowała się, wiedząc jak ponure i przerażające wrażenie musi sprawiać. Palce prawej dłoni mocno zacisnęła na różdżce.
- Wszyscy ludzie, którzy mieliby jakiekolwiek prawo mnie oceniać, są dawno martwi, panie Longbottom. – rzekła lodowatym tonem. Przed oczami mignął jej obraz rozkładającej się góry zwłok. Tak, oni mogliby ją ocenić z pełną surowością.
- Pani profesor… ja przepraszam… - zaczął Neville, ale Minerwa nie miała już sił.
- Do zobaczenia w Hogwarcie, panie Longbottom. – powiedziała zimno, powoli zmierzając w kierunku kominka.
- Pani profesor! Błagam, ja nie chciałem pani urazić! – zawołał Neville.
Posunął się do tego, że złapał szeroki rękaw jej szaty. Minerwa wyszarpnęła rękę, ale w tym momencie w pokoju rozbłysnęło czerwone światło – Neville odruchowo postawił tarczę, lecz to był Albus, z Fawkesem. Na twarzy młodzieńczego dyrektora malował się niepokój.
- Moja droga? – zapytał, a potem przesunął wzrok na Neville'a, który zbladł zauważalnie.
- Właśnie miałam wracać do zamku. Coś się stało? – usiłowała uśmiechnąć się uspokajająco. Nie wyszło, ale też nie mogło, bo wyczuwała, że Albus ma do powiedzenia coś ważnego.
- Znaleziono martwego Lestrange'a. – oznajmił mag. Neville wypuścił ze świstem powietrze. Minerwa jednak wiedziała, że jest coś, co nie pozwalało jej czuć adekwatnej ulgi – mina Albusa.
- Kto go złapał? – to było okrętne pytanie, ale Minerwa nie była na tyle bezpośrednia, by zapytać kto zabił męża Bellatriks. Czyją zranioną duszę będzie trzeba poskładać? Tylko nie Harry'ego…
- Znaleziono go martwego na Śmiertelnym Nokturnie. Avadę rzucono jego różdżką, dlatego aurorzy zakładają samobójstwo. – wyjaśnił Albus.
- Czyli gnojek był takim tchórzem że wolał sam odebrać sobie życie niż czekać na aurorów. – powiedział ponuro Neville. Minerwa uniosła brew.
- Dlaczego nie wierzysz, że zabił się sam, Albusie? – spytała. Znała go dobrze, chociaż nie znosiła obserwować wyrazu kalkulacji, który psuł ogólny, przystojny obraz jego twarzy.
- Bo obok niego leżało puste pudełko po biżuterii, a pracujący w okolicy sprzedawcy potwierdzili, że Lestrange próbował sprzedać kolczyk z akwamarynowym kamieniem. – Albus westchnął, przeczesując palcami kasztanowe włosy.
Minerwa mrugała szybko, myślami błądząc do sejfu rezydencji, w którym spoczywał drugi kolczyk do pary. Jej ręce nieco zadrżały.
- Pewnie jakiś złodziejaszek ukradł kolczyk. – wtrącił niefrasobliwie Neville.
- Oby. – wymruczała Minerwa. Czuła niepokój, gdy napotkała pełne troski spojrzenie Albusa.
- To nie mógł być żaden horkruks albo coś w tym stylu, prawda? – teraz i Neville się zaniepokoił, jego kłótnia z Minerwą zupełnie zapomniana.
- Nie, drogi chłopcze. Pozwolisz, że zabiorę profesor McGonagall do zamku, dobrze? – Albus potrząsnął dłonią Neville'a.
- Pani profesor, ja przepraszam… - zaczął młody czarodziej, ale Minerwa machnęła ręką.
- Zapomnijmy o tym. Uważaj na siebie, Neville. – czarownica skinęła mu głową i uczepiła się ramienia Albusa.
Wylądowali w jego gabinecie. Dyrektor ostrożnie poprowadził Minerwę do jej zwyczajowego fotela. Zbyła jego propozycję filiżanki herbaty.
- Neville może mieć rację. Kolczyk ukradł jakiś złodziej, nie mając pojęcia, że Lestrange dostał go na przechowanie od Voldemorta. – powiedziała czarownica, wygładzając czarne szaty.
- Dlatego poprosiłem Mundungusa by miał oko na rynek jubilerski, da nam znać, jak kolczyk pojawi się w sprzedaży. Trudno mi jednak uwierzyć, że Lestrange postanowił odebrać sobie życie, bo nie mógł sprzedać kolczyka. – Albus usiadł naprzeciw. Z kieszeni wyciągnął pudełko z cytrynowymi dropsami. Minerwa odmówiła, ale on zjadł cukierek – niedawno jej zdradził, że wierzy iż mugolskie słodycze pozwalają mu myśleć jaśniej.
- Lestrange mógł mieć wrogów nie tylko po naszej stronie. Kolczyk nie został zamieniony w horkruks. Może nie powinniśmy martwić się na zapas? – Minerwa miała już dość zmartwień. Ustawa, Harry, koszmary…
- Minnie, oboje wiemy, jakie Voldemort miał plany względem kolczyków Roweny. Jak miałbym się nie martwić? – Albus spojrzał jej prosto w oczy, z uczuciem, którym się aż zachłysnęła.
- Chciał wykorzystać moją śmierć do wykonania najpotężniejszego horkruksa. Lecz to mu się nie udało. Ten etap jest już za nami, zamknięty. – powiedziała wreszcie, zagryzając wargę.
- Tak myślałem… ale komisja badająca moje zmartwychwstanie uparcie pragnęła powiązać mój powrót z horkruksami… zaczęli zadawać mi pytania… więc szukałem na nie odpowiedzi… i okazało się, że te same pytania zadawał sobie Tom Riddle… zanim udał się do Albanii po diadem Roweny. – wyznawał Albus, zwieszając głowę.
- Jakie pytania, Albusie? – Minerwa wyjęła różdżkę – chciała móc zaciskać na niej dłonie.
- Czy horkruksem można uczynić żywą osobę. – wymamrotał mag ze wstydem.
- Przecież Harry udowodnił, że jest to możliwe. – Minerwa wzruszyła ramionami, to nie było nic odkrywczego.
- Tak, ale Voldemort uczynił Harry'ego horkruksem nieświadomie. A wcześniej szukał sposobu na to, by celowo wszczepić komuś fragment swojej duszy.
- Voldemort nie żyje, więc nie znalazł tego sposobu. Komisja powinna dostrzec też, że to ma bardzo luźny związek z tobą.
- Dostrzegli, teraz skupiają się na wątku Insygniów. Co jednak chciałem powiedzieć, to że Tom traktował kolczyk jako drugą opcję. Pierwsza była taka, że zostałabyś… jego… horkruksem. – zdradził Albus.
Lodowate dreszcze przebiegły przez ciało Minerwy. To by się zgadzało. Voldemort zaproponował jej przyłączenie się do niego, bycie jego… królową. Takie wykorzystanie jej mocy miało więcej sensu. Tom wierzył, że zdoła ją przekonać, dlatego nie zabrał ze sobą kolczyka, dlatego nie próbował zabić jej od razu… Albus miał rację. Voldemort pragnął, by Minerwa McGonagall stała się jego gwarancją nieśmiertelności.
- Teraz to nie ma już znaczenia. – Minerwa podniosła się z fotela.
- Min… - Albus wstał również, jego oczy zamigotały smutno.
- Zostaw tą sprawę, Albusie. Jestem tu, gdzie powinnam być, w roli, jaką powinnam pełnić.
- Ze mną?
- Nie mogłabym być przeciw tobie.
