Witajcie!

Bardzo mnie cieszy, że opowiadanie ma tak wiele wyświetleń!

Dziękuję też jak zwykle za komentarze! Naprawdę sprawiają, że mam ochotę kontynuować to opowiadanie :)

M: Ja też bardzo lubię Remusa i z przyjemnością zawsze opisuje go w swoich opowiadaniach o Huncwotach. Prawdę mówiąc, często mówi moim wewnętrznym głosem - pewnie ja zareagowałabym często dokładnie tak, jak on! :D Akcja trochę przyspiesza od tego rozdziału: może znajdziesz trochę odpowiedzi na pytania, ale na pewno pojawią się też nowe wątki!

GinnyLFC: Tak, jak napisałam powyżej - opisywanie Remusa to dla mnie wielka przyjemność ;) Wcale nie mniejsza, niż Syriusza i Jamesa! Zawsze miałam taką wizję, że Lily trochę tak, jak Hermiona, była w stanie połączyć fakty - w końcu wiemy z wielu źródeł, że była wyjątkowo zdolna i utalentowana. Dodatkowo przecież przyjaźniła się ze Snapem, który wiedział o wilkołactwie Lupina już od dawna, miał na tym punkcie lekką obsesję i na pewno nie był do końca tak dyskretny w temacie, jak by tego oczekiwał Dumbledore. (Swoją drogą - w książce jedyne "żywe wspomnienia" Jamesa pochodzą od jego największego wroga - nic dziwnego, że wychodzi w nich niekorzystnie). Na pewno pojawi się też nieco więcej informacji na temat rodziców Jamesa w późniejszych rozdziałach, natomiast historia jest pisana oczami Lily - flashbacki pochodzą jedynie z jej głowy ;) Chodzą za mną natomiast łatki i wcześniejsze wydarzenia do tej historii, które działyby się z perspektywy Jamesa i dotyczyły wybranych przygód Huncwotów po zakończeniu Hogwartu, ale to by już było inne opowiadanie... zobaczymy, czy w ogóle powstanie! Najpierw zamierzam napisać "Powolne Spalanie" i tym razem dobrnąć do końca z historią :D

Zawsze bardzo chętnie czytam opinie, teorie czy polemikę z tym, co piszę, także zachęcam wszystkich do komentowania, a na pewno odpowiem na Wasz komentarz we wstępie do następnego rozdziału.

Zapraszam do czytania!


Feel like my soul has turned into steel

I've still got the scars that the sun didn't heal

There's not even room enough to be anywhere

It's not dark yet, but it's getting there

(Bob Dylan, „Not Dark Yet")


Syriusz Black zawsze stanowił dla Lily twardy orzech do zgryzienia. Był bardzo przystojny, a jego twarz miała niemal arystokratyczne rysy. Cieszył się niezwykłą popularnością wśród dziewcząt w Hogwarcie, lecz on sam rzadko której z nich okazywał zainteresowanie, a jeśli już, to była to raczej chwilowa igraszka, niż poważny związek. Gdy tylko w jego życie zakradała się rutyna, zdawał się niemal śmiertelnie znudzony, a jego niebezpieczne błyski w oku zdradzały niezaspokojoną żądzę przygody. Był równie błyskotliwy, co James, ale dużo bardziej nieprzewidywalny, dziki i leniwy. Ta ostatnia cecha pewnie wzięła się stąd, że wszystko przychodziło mu trochę zbyt łatwo.

Lily sama nie była pewna, co do niego czuła. Czasem zdawało jej się, że zaczyna go lubić, ponieważ potrafił być zabawny i na swój sposób czarujący, natomiast zawsze czuła się w jego towarzystwie dosyć niepewnie. Jego głośna i wybuchowa osobowość bywała dosyć przytłaczająca. Dodatkowo już w Hogwarcie miała wrażenie, że chłopak pilnie jej się przygląda, jakby ją oceniał. Wiedziała, że było to oczywiście spowodowane jego przyjaźnią z Jamesem, ale ani Remus, ani Peter nigdy nie podchodzili do niej z taką rezerwą. Często zdawało jej się, że Syriusza drażni zainteresowanie, jakie okazywał jej James. Byli najlepszymi przyjaciółmi, a ona stała im na przeszkodzie - przynajmniej z perspektywy Blacka.

Lily przystanęła w przejściu do jego sypialni, biorąc głęboki oddech. Twarz Syriusza odwrócona była teraz w stronę okna tak, że Lily nie widziała jej wyrazu. Dalej leżał na swoim łóżku, tak jak go ostatnio zostawiła, ale tym razem wyglądał już znacznie lepiej. Odwrócił się, gdy tylko usłyszał jej kroki i od razu podniósł się na łokciach, by wygodnie oprzeć o poduszki.

— Evans — wychrypiał, a jego czarne oczy błysnęły niemal z radością. — Wyjątkowo dobrze zobaczyć dzisiaj twoją rudą głowę.

— Twoją czarną też, wyjątkowo — odparła, uśmiechając się lekko. Podeszła do niego i odsunęła nieco koc, by zerknąć na jego nogę. — Pokaż, co tam masz...

— Gdybym wiedział, że o to ci chodzi, to chyba bym się wcześniej wykąpał — zażartował, ruszając sugestywnie brwiami.

— Widzę, że ewidentnie już się dzisiaj lepiej czujesz, co? — Lily z trudem powstrzymała śmiech. — Noga dalej cię pali?

Black nieco spoważniał. Podniósł się jeszcze trochę, naciągając stopę i ruszając palcami.

— Już nie. Czuję tylko mrowienie. Evans... — zaczął niezręcznie, jakby szukał właściwych słów. To dziwne, że zazwyczaj był tak wygadany, a teraz wyglądał na niemal nieśmiałego.

— Połóż się, musisz odpoczywać. — Przerwała jego męczarnie, nie dając mu dokończyć. I tak wiedziała, co chciał powiedzieć. — Może teraz choć trochę bardziej będziesz mnie tolerował...

— Evans! — Jego ton znów zabrzmiał normalnie. Na jego twarzy malowała się tak charakterystyczna dla niego irytacja. — Wiesz dobrze, że nie o to mi chodzi.

Lily uniosła brwi, zaczynając nacierać jego ranę świeżą porcją eliksiru.

— Oświeć mnie — rzuciła krótko.

— Naprawdę nic nie rozumiesz, co? — Pokiwał głową z dezaprobatą, widocznie zawiedziony tym, że była tak mało domyślna. — James jest dla mnie jak brat. Nie lubię patrzeć, gdy cierpi.

Lily zamrugała, usilnie starając się unikać jego oczu. Nie była już pewna, czy chce usłyszeć dalszą część odpowiedzi.

— Rogacz zawsze miał obsesję na twoim punkcie — powiedział Syriusz, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. — I może wydawało ci się, że zaczepiał cię dla sportu, bo lubił cię denerwować? Tak, pewnie też dlatego. — Uśmiechnęli się do siebie. Lily przypomniała sobie wspomnienia z czasów, które były dużo łatwiejsze, a wszystko wydawało się wtedy dobrą zabawą.— Ale nie tylko. On cię naprawdę lubił. A potem zaczęliście się spotykać w tajemnicy i James dosłownie prawie postradał dla ciebie rozum. No i chyba sama wiesz, jak to się skończyło. — Urwał na chwilę, patrząc na nią badawczo.

Lily z trudem utrzymała jego wzrok, czując gorąc swoich policzków. Przerwa w jego wypowiedzi ciągnęła się niemiłosiernie.

— James ma grubą skórę, ale to go bardzo dotknęło. Bardziej, niż dał to po sobie poznać. Przez długi czas nie mógł dojść do siebie... A potem zginęli jego rodzice. — Lily poczuła, jak jej spojrzenie zaczyna zasnuwać mgła. Nie, nie zdawała sobie z tego sprawy. Nikt wcześniej jej tego tak prosto nie przedstawił. Zwłaszcza nie James. — To go omal nie zniszczyło. Przywrócenie go do życia zajęło nam długie miesiące.

— Black... — szepnęła, nie wiedząc dokładnie, co mogłaby powiedzieć.

— I w końcu teraz, kiedy zdawało się, że wrócił do siebie i wszystko sobie poukładał, ty znów się pojawiasz i znowu dzieje się to samo — dodał, krzyżując ręce na piersi. — Bawisz się nim, Evans. Dajesz mu nadzieję na coś, co się nie wydarzy. A potem, jak już wrócisz do swojego chłoptasia, ja zostanę z całym tym bałaganem, który ty narobiłaś w jego życiu.

— Black... — powtórzyła błagalnie.

— Nie rób mu tego. James na to nie zasłużył. Przykro mi z powodu twoich starych, naprawdę, ale nie chcę, żebyś ciągnęła go ze sobą na dno.

— Ja nie... — wydukała, czując się tak, jakby ktoś wymierzył jej policzek. — Nie po to tu jestem.

— To po co? — spytał Syriusz bez cienia litości. — Jestem ci wdzięczny za pomoc, ale radziliśmy sobie do tej pory sami.

— Skończyłam — powiedziała już trochę oschlej, zakręcając fiolkę z eliksirem i podnosząc się na nogi. — Nie wstawaj, powinieneś odpoczywać jeszcze, dopóki skóra nie odrośnie.

Black skinął głową, znów spoglądając w okno. Widocznie on też już skończył na dzisiaj.

xxx

— Tu jesteś! — Uśmiechnął się James, zaglądając do wielkiej, okrągłej biblioteki, znajdującej się w jego domu. Potężne regały, przepełnione książkami sięgały aż do samego sufitu. Lily znalazła to miejsce ostatnio, gdy wracała z wieży i do razu postanowiła, że będzie tu spędzać cały swój wolny czas. — Mogłem się domyślić, że znajdę cię w bibliotece. Moja mama uwielbiała tu przesiadywać...

Lily podniosła głowę na dźwięk jego głosu. Przez chwilę zobaczyła w jego oczach tak nietypowy dla niego smutek, gdy rozglądał się po pomieszczeniu, ale jego ślad zniknął równie szybko, jak się pojawił. Gdyby nie znała go tak dobrze, mogłaby pomyśleć, że jej się to jedynie wydawało.

James odsunął krzesło i usiadł naprzeciwko niej, przeglądając stos książek, który sobie przygotowała.

— Zawsze byłaś kujonem — powiedział, szczerząc zęby. — Pamiętam, jak bardzo byłem zazdrosny o Remusa, kiedy spędzałaś z nim tyle czasu na nauce.

Lily uniosła brwi ze zdziwienia.

— Zawsze go bardzo lubiłam — odparła, odwzajemniając uśmiech. — To ciekawe, że nazywasz mnie kujonem, a sam zawsze miałeś same dobre oceny!

— Nigdy nie kułem! Po prostu jestem geniuszem! — Stwierdził pyszałkowato, na co Lily tylko przewróciła oczami.

James patrzył na nią przez chwilę, jakby zastanawiał się, czy powiedzieć coś, co krążyło mu po głowie.

— Unikasz mnie, Evans? — spytał w końcu z dużo poważniejszą miną. — Nie widziałem cię od wczoraj.

Lily spuściła wzrok na swoje dłonie, nie będąc do końca pewną, jakiej odpowiedzi powinna mu udzielić. Była zmęczona kłamstwami, które ostatnio ciążyły na jej barkach. Zawsze ceniła sobie prawdomówność. Nie wiedziała, jakim cudem nagle wszystko się tak pogmatwało.

— Rozmawiałam z Syriuszem — wyznała w końcu z westchnięciem. — I nie jestem pewna, James, czy mój pobyt tutaj to dobry wybór...

— Co? — warknął, zsuwając okulary z nosa i zaczynając nerwowo pocierać je o swój rękaw. Niezaprzeczalnie bardzo się zmienił przez ostatnie lata, ale jego impulsywność nadal była na stałym poziomie. — Co ten idiota ci znowu powiedział?

— Wiesz, co o nim myślę, ale tym razem, niestety, muszę się z nim zgodzić...

— I co, zamierzasz zniknąć? — James podniósł się z krzesła tak gwałtownie, że przewrócił je z trzaskiem. — Na Brodę Merlina, Evans, nie znam chyba bardziej upartej kobiety, niż ty! Czasem się zastanawiam, na co mi to wszystko, wiesz?

Oparł pięści o stół, patrząc na Lily ze złością. Wyglądał teraz tak, jakby zamierzał wyciągnąć różdżkę i rzucić na nią jakiś urok. Dziewczyna nawet nie mrugnęła.

— Od kiedy pamiętam, zadaję ci to samo pytanie... — powiedziała cicho w zamiarze rozbawienia go, ale widocznie nie był teraz w nastroju, bo tylko prychnął głośno. Wyglądał jednak nieco spokojniej niż przed chwilą. Jednym machnięciem różdżki postawił znów krzesło na nogi i usiadł na nim, dalej patrząc na Lily w napięciu. — Nie zamierzam zniknąć, Potter. — Podkreśliła jego nazwisko tak, jak on jeszcze przed chwilą podkreślił jej. — Po prostu za bardzo cię... cenię, żeby przysparzać ci dodatkowych problemów. Sam zawsze byłeś mistrzem w tej dziedzinie.

Tym razem kąciki jego ust lekko zadrżały. Przeczesał włosy palcami i opadł na oparcie krzesła.

— Czy jest sens, żebym pytał cię o szczegóły twojej rozmowy z Łapą? — spytał już nieco bardziej opanowanym głosem.

— Nie. — Pokiwała przecząco głową. — Ale zapytaj mnie znowu za parę dni. Może wtedy ci powiem. Mogę zdradzić tylko tyle, że uważam, że jest naprawdę dobrym przyjacielem. Nawet jeśli nie do końca podobało mi się to, co powiedział.

James zamrugał, tym razem zaskoczony.

— James?

— Hmm? — mruknął, nadal najwidoczniej obracając w głowie to, co przed chwilą usłyszał.

— Chciałabym udać się na grób moich rodziców.

To sprowadziło go znów na ziemię. Czekała w napięciu, obserwując jego minę. Wyglądał teraz tak, jakby rozwiązywał jakieś skomplikowane równanie matematyczne w głowie.

— Nie byłam na ich pogrzebie, ale nie mogę dłużej zwlekać. Nie zaznam spokoju, dopóki... — Przerwała, szukając właściwych słów. — Muszę to zrobić, James.

— Rozumiem. — Skinął głową, pocierając swój podbródek. — Ale ja i Remus pójdziemy razem z tobą. Jesteś na Liście — dodał szybko, wyprzedzając jej protesty. — To nie podlega dyskusji, Lily.

— Dobrze — odparła cicho, wiedząc, że to najlepsza odpowiedź, na jaką może teraz liczyć. Wyglądał już dużo spokojniej, więc postanowiła spróbować swojego szczęścia raz jeszcze: — Muszę też odwiedzić moje mieszkanie.

— Absolutnie nie!

— Potter! Wyszłam z domu tak, jak stałam, w piżamie, nikomu nic nie mówiąc. Nie mam tu żadnych ubrań! Od paru dni chodzę w twoich starych szatach...

— Wyglądasz w nich dobrze. — Uśmiechnął się ironicznie, unosząc brwi.

— Może mam nosić też twoją bieliznę, co? — Zirytowała się, zatrzaskując księgę z eliksirami leczniczymi.

Dźwięk jego śmiechu przyniósł jej większą ulgę, niż przypuszczała. Świadomie lub nie, zmierzył ją wzrokiem.

— Nawet o tym nie myśl! — Teraz i ona się zaśmiała, czując się dużo lepiej, niż przez ostatnie parę samotnych godzin. Pragnęła, by zawsze byli tak swobodni w swoim towarzystwie.

— Dobra, Evans. Tylko weź jakieś fajne majtki! — Uniósł sugestywnie brwi, w ostatniej chwili unikając jej ręki, wycelowanej teraz w czubek jego głowy. — To co, może być za godzinę? Lunatyk ma chyba dzisiaj wolne.

— Tak. Najpierw musimy odwiedzić moją siostrę. — Westchnęła głęboko, pocierając twarz dłońmi.

— Nie wiedziałem, że masz siostrę — zdziwił się James, nachylając się do niej nad stołem. — Nigdy nic o niej nie wspomniałaś!

— W Hogwarcie albo się do ciebie nie odzywałam, albo na ciebie wrzeszczałam, albo obściskiwaliśmy się gdzieś po kątach. — Tym razem to Lily uniosła brwi, nieświadomie spoglądając na jego usta. — Nie było okazji.

James znów się zaśmiał, ale tym razem jego ton zabrzmiał nieco dziwnie. Podniósł się od stołu. Czy będzie teraz uciekał za każdym razem, jak temat zacznie schodzić na ich intymne relacje?

— Widzimy się w kuchni — powiedział i wyszedł z biblioteki, zostawiając ją sam na sam z gmatwaniną myśli w głowie.

xxx

Mała uliczka Privet Drive pokryta była z obu stron rządami takich samych brył domów, przed którymi rozpościerały się identyczne, równo przystrzyżone zielone trawniki. To musiał być najnudniejszy widok w całej Wielkiej Brytanii i zarazem idealne miejsce dla kogoś takiego, jak Petunia i Vernon Dursley'owie, którzy nigdy nie marzyli o niczym bardziej, niż by po prostu móc z dumą powiedzieć, że są całkowicie normalni.

Lily patrzyła z oddali na dom swojej siostry, starając się zebrać na odwagę. Jakkolwiek jej życie nie byłoby teraz zagrożone, stawienie czoła Petunii było jedną z jej największych obaw. Tak bardzo bała się ich spotkania, że było ono regularnym tematem jej nocnych koszmarów. Po ich ostatniej rozmowie telefonicznej Lily nie była pewna, czy Petunia w ogóle odebrałaby od niej telefon. Stawienie się u jej drzwi osobiście było jedynym wyjściem.

James i Remus stali u jej boku, cierpliwie czekając aż zrobi pierwszy krok. Tak bardzo wyróżniali się na tle angielskich przedmieści, że Lily niemal była w stanie wyobrazić sobie minę jej siostry, gdyby ich teraz zobaczyła. Żadne z nich nic nie powiedziało, od kiedy pojawili się w Little Whinging. Rozglądali się za to dyskretnie na boki, z różdżkami w dłoniach, jakby oczekiwali ataku. Po tym, w jakim stanie ostatnio widziała ich Lily, nie mogła ich za to winić. Wyglądało na to, że pojedynki były dla nich chlebem powszednim.

— Chodźmy — powiedziała w końcu cicho, rozglądając się po identycznych domkach i szukając tabliczki z numerem cztery.

— Czyli rozumiem, że nie masz za dobrych relacji ze swoją siostrą? — spytał James, zrównując z nią kroku.

— To chyba mało powiedziane. Ostatnia oznajmiła, że uważa mnie za martwą — odparła sucho, starając się przygotować mentalnie na nadchodzące starcia.

— Może masz z Syriuszem więcej wspólnego, niż sobie zdajecie z tego sprawę — odrzekł James, patrząc na nią jednak z żalem w oczach. — Nie martw się, przyjdą lepsze czasy. — Złapał ją za rękę i ścisnął lekko, najwidoczniej pragnąc dodać jej otuchy.

Lily momentalnie poczuła chęć wtulenia się w niego i zaszycia się razem z nim gdzieś, gdzie nikt nie mógłby ich znaleźć. Gdzieś, gdzie wszystkie te problemy byłyby nieistotne.

Zatrzymała się przed czerwonymi drzwiami z miedzianą tabliczką z napisem V. P. Dursley. Wzięła głęboki oddech i nacisnęła dzwonek do drzwi. Ze środka doszły ją ciężkie kroki i już po chwili stanęła twarzą w twarz z Vernonem Dursleyem. Mało wiedziała o tym mężczyźnie, bo Petunia za wszelką cenę starała się trzymać Lily z daleka od swoich spraw rodzinnych, ale on zdawał się wiedzieć, z kim ma do czynienia.

— Petunia nie chce cię widzieć — rzucił tylko i zaczął zamykać drzwi przed jej nosem.

Potter był jednak szybszy i nim Vernon zdążył zatrzasnąć drzwi, wsunął stopę między framugę z refleksem godnym zawodowego gracza Quidditcha. Dursley przeniósł swoje małe oczka na jego twarz w wyrazie szoku i przerażenia.

— Przyszliśmy tylko na chwilę — powiedział James bardzo spokojnym głosem, który nie odzwierciedlał jednak jego niebezpiecznego błysku w oczach. — Może lepiej nas wpuścisz, co?

Vernon rzucił przestraszone spojrzenie na niego i Remusa, omiatając wzrokiem ich nietypowe stroje i różdżki, które trzymali w dłoniach. Lily niemal słyszała, jak nerwowo wymyśla w głowie scenariusze, które będzie mógł przedstawić sąsiadom w ramach wytłumaczenia tak dziwnie wyglądających gości.

— Coś ty za jeden? — warknął w końcu, zbierając się na odwagę.

— James Potter. Miło mi. — James ukłonił się lekko, z odczuwalną ironią. — A teraz wpuść nas, zanim znudzi mi się bycie miłym.

Obrócił różdżkę zgrabnie między palcami, od razu przyciągający tym uwagę Vernona, który skinął w milczeniu głową, z rezygnacją odsuwając się na bok.

— Ja tu zaczekam — mruknął cicho Lupin, rozglądając się po pustej uliczce. — Jak wystrzelę czerwone iskry, to się ewakuujcie.

James potaknął, nie spuszczając jednak wzroku z Dursleya. Zdawał się rozdarty między rozbawieniem a odrazą.

— Vernonie, chciałam tylko zobaczyć na chwilę Petunię — powiedziała prosząco Lily. Przysięgła sobie w myślach, że nie da się dzisiaj ponieść emocjom. Wystarczyło, że miała ze sobą Jamesa, nastawionego wyjątkowo bojowo. — Proszę.

— Petunia nie może do ciebie podejść — odburknął Vernon, znów rzucając przelotne spojrzenie na różdżkę Jamesa.

— A może tak chociaż byś ją o to zapytał? — wtrącił się James.

— Nie pozwolę, żeby jakiś dziwak w pelerynie rozkazywał mi w moim własnym domu!

— Narazie jeszcze tylko grzecznie sugeruję — warknął James, podchodząc krok bliżej w jego stronę i patrząc z góry na mniejszego od niego o głowę Dursleya.

— Chciałam tylko się dowiedzieć... — zaczęła Lily, dyskretnie łapiąc Jamesa za rękaw, ale przerwał jej krzyk, rozlegający się z góry schodów.

— Jak śmiesz się tu pojawiać! — Gdyby nie znała każdego jej rysu twarzy niemal na pamięć, Lily omal nie poznałaby swojej siostry. Zawsze perfekcyjnie uczesana i ubrana, Petunia przypominała teraz cień samej siebie. Wyglądała dokładnie tak, jak Lily się czuła. Jej ziemista cera ciasno opinała linię żuchwy i kości policzkowe, a blond włosy opadały na ramiona w wyjątkowym nieładzie. — Wynoś się stąd! Wynoś się!

— Petunio... — szepnęła Lily. Czyli było jeszcze coś, co je łączyło. Każda z nich ciężko znosiła żałobę. Po raz pierwszy od dawna Lily czuła żal, myśląc o siostrze. — Ja...

— Nie wyraziłam się jasno? Nie chcę cię więcej widzieć! — syknęła Petunia, powoli schodząc po schodach.

— Wiem — odparła już nieco głośniej Lily. — Nie zamierzam cię więcej nachodzić. Powiedz mi tylko, gdzie są pochowani...

— Wynoś się! — Petunia zdawała się nawet nie słyszeć jej słów. Wyglądała, jakby była w amoku.

— Masz — warknął Vernon, wręczając Lily oderwany niedbale kawałek kartki, na którym pospiesznie coś zapisał. — Tu masz adres grobu. Nie wracaj tu już nigdy więcej. Petunio... — Nie oglądając się więcej na nich, pospieszył do boku swojej żony, podtrzymując ją pod ramię i prowadząc z powrotem na górę.

Lily zaciskała kartkę w dłoniach, nie mogąc się ruszyć. Poczuła, jak James łapie ją za rękę.

— Daj mi tę kartkę — szepnął.

Lily wykonała jego polecenie, pozwalając mu się wyprowadzić z powrotem na ulicę. Poczuła szarpnięcie w okolicy pępka i już po chwili opuścili Privet Drive, by znaleźć się przed żelazną bramą cmentarza. Słowa siostry, przesiąknięte nienawiścią nadal dźwięczały jej w uszach. Lily trzymała mocno Jamesa za ramię i była pewna, że gdyby nie on, to pewnie by upadła.

— Nic nie mogłaś zrobić, Lily. Pamiętasz? — powiedział cicho, patrząc jej w oczy. Przez chwilę miała dziwne wrażenie, że czyta jej w myślach. A może po prostu tak dobrze ją znał? — To, że zginęłabyś razem z nimi niczego by nie zmieniło...

— Wolałabym chyba zginąć, niż przechodzić przez to wszystko — mruknęła gorzko, nim zdążyła się powstrzymać.

James spojrzał na nią ostro, a jego brwi niemal się zetknęły, gdy zmarszczył czoło.

— Nigdy tak nie mów, Evans! — warknął.

Stojący obok Remus obdarzył go zaskoczonym spojrzeniem.

— Rogaczu... — ostrzegł przyjaciela, robiąc krok w jego stronę.

— Masz rację. Nie powinnam — szepnęła Lily, patrząc teraz na nich obu ze skruchą. — Po prostu... Mam wrażenie, że wszystko mi się wali w życiu. Nie wiem, ile jeszcze będę w stanie wytrzymać...

James spojrzał na nią już znacznie łagodniej. Przyciągnął ją do siebie, otaczając ramionami.

— Przykro mi. Cholernie mi przykro, Lily.

Miarowym oddechem zaczęła wdychać jego znajomy zapach czując, jak jej ciało powoli się rozluźnia.

— Chodź, Vernon wielkodusznie zapisał nam adres grobu. — Objął ją w pasie, prowadząc w głąb cmentarza, a następnie między niemal identycznymi alejkami. — Uroczy człowiek.

— Chyba nie mogłam się spodziewać po nich niczego innego — mruknęła Lily. — Ona mnie naprawdę nienawidzi...

— Poza... śmiercią waszych rodziców... — James zawahał się, ostrożnie dobierając słowa. — Czemu twoja siostra jest dla ciebie taką...?

Lily omal się nie uśmiechnęła widząc, jak mocno musiał się kontrolować, by nie dokończyć pytania.

— Jest taka, odkąd dowiedziałam się, że jestem czarownicą — odparła ze smutkiem. — Snape zrobił to, co prawda w niezbyt miły dla niej sposób...

— Snape? — spytał ze zdziwieniem Remus. — Severus Snape? Nie wiedziałem, że znacie się aż tak dobrze. Myślałem, że poznałaś go dopiero w Hogwarcie.

— Byliśmy sąsiadami. Znam go od dziecka.

A raczej znała. Nie wiedziała już, kim jest Severus, którego spotkała na ulic Pokątnej. Na ile złe wybory życiowe można usprawiedliwić wychowaniem i nieszczęśliwym dzieciństwem? Bo to właśnie tym Lily często tłumaczyła sobie mroczną naturę byłego przyjaciela. Nie potrafiła w pełni odpowiedzieć na to nurtujące ją od paru lat pytanie.

— Czy zawsze był takim zerem? — spytał oschle James.

— James! — ostrzegła go Lily, spoglądając na niego gniewnie. — Przestań.

— Nie wiem... Naprawdę nie rozumiem, dlaczego go tak zawsze bronisz. — James również się nachmurzył.

— Daj spokój — mruknął Remus, rzucając przyjacielowi spojrzenie z ukosa, a ten zamilkł, nadal marszcząc czoło.

Lily była wdzięczna Lupinowi za przerwanie tej bolesnej dla niej rozmowy. Przez chwilę szli w całkowitym milczeniu, by zatrzymać się w końcu się przed świeżo usypanym grobem, z mosiężnym krzyżem i tabliczką, na której były wypisane imiona rodziców Lily. Ziemię pokrywały liczne bukiety i jarzące się światłem lampiony. Dziewczyna poczuła, jak miękną jej kolana, a wzrok zachodzi łzami. Znów miała to dziwne wrażenie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, jakby znajdowała się w myślodsiewni i oglądała przez mgłę cudze wspomnienia.

— Nie wierzę, że tu jestem — powiedziała, kręcąc głową. — Naprawdę w to nie wierzę... To nie powinno się było wydarzyć... — szepnęła. — Mieli żyć w spokoju, doczekać wnuków... Moja siostra jest w ciąży... — Głos jej się załamał.

Nie potrafiła już nic więcej powiedzieć. Zobaczyła teraz przed oczami płaczące niemowlę ze swojego snu. Nie była go w stanie ukoić i jego zawodzenie nadal od czasu do czasu głośno dźwięczało jej w uszach. Nie pozna swoich dziadków. Nie pozna też jej, bo Petunia nigdy im na to nie pozwoli. Czuła się tak, jakby siedziała w pociągu, pędzącym prosto ku przepaści. Nie mogła z niego uciec, ani zmienić jego toru.

James objął ją ramieniem, przybliżając do siebie.

— Na pewno byli bardzo szczęśliwi, mając taką córkę. — Spojrzał na nią ze smutkiem na twarzy.

— Byliby wspaniałymi dziadkami... — Pociągnęła nosem, ocierając łzy rękawem szaty. — To takie niesprawiedliwe... Ile to jeszcze wszystko potrwa?

— Już niedługo, Lily. Zobaczysz — odparł James z taką pewnością siebie, że Lily wręcz fizycznie poczuła tę bijącą z niego nadzieję. — Jeszcze trochę, a nikt z nas nie będzie musiał się ukrywać. Nikt nie będzie się musiał martwić o swoją rodzinę... Obiecuję ci, że dożyjemy tych czasów!

Lily spojrzała na niego, starając się wchłonąć tę magnetyzującą energię, jaką zdawał się teraz promieniować. Czuła się tak, jakby ktoś nagle ogrzał jej duszę od środka.

— Przepraszam, ale nie możemy tu zostać za długo — przerwał im Remus ze skruchą.

— Lunatyk ma rację. Tu nie jest bezpiecznie — poparł go James.

Machnął różdżką w kierunku leżącego u ich stóp patyka, który momentalnie zmienił się w różę. Schylił się, kładąc kwiat na grobie, po czym zapalił jeszcze parę zniczy, które już dawno temu się wypaliły.

— Jeszcze chwilę — szepnęła Lily. — Muszę się z nimi pożegnać.

James skinął głową.

Chciała odmówić jedną z modlitw, których kiedyś uczyła ją mama, ale miała w głowie jedynie pustkę. Miała wrażenie, że przez chwilę otacza ją ta sama ciemność, o której śniła, tylko że teraz tkwiła w niej razem z Jamesem. To było niemal krzepiące uczucie.

Skupiła wzrok na róży, którą przed chwilą wyczarował. Przed oczami mignęły jej twarze rodziców. Czy wiedzieli, jak bardzo ich kochała? Miała nadzieję, że tak.

— Chodźmy — mruknął James. — Wrócimy tu jeszcze, obiecuję.

Opuścili cmentarz, złapali się za ręce i już po chwili stali przed drzwiami mugolskiego mieszkania, w którym mieszkały do tej pory Lily i Mindy.

— Otwarte... — szepnął Remus, wymieniając porozumiewawcze spojrzenie z Jamesem.

James popchnął drzwi nogą, powoli wchodząc do środka, z różdżką wyciągniętą przed sobą w pełnej gotowości. Drugą ręką osłaniał Lily, która szła za jego plecami. Mieszkanie wyglądało tak, jakby ktoś przerzucił wszystko do góry nogami. Po podłodze walały się papiery, potłuczone szkło i porozrzucane ubrania. Remus przekroczył próg jako ostatni, rozglądając się czujnie. Delikatnie domknął drzwi, odcinając wyjście na korytarz.

— Na stole stoi jeszcze niedojedzone jedzenie — powiedział cicho, marszcząc nos, jakby poczuł jakiś nieprzyjemny zapach. — Musimy się spieszyć.

— Mindy? — szepnęła Lily, czując niepokój w żołądku.

Co takiego mogło się tu wydarzyć? Czy śmierciożercy przyszli ich szukać? W końcu Mindy również musiała być na Liście Szlam! Była tak skupiona na sobie i swoich rodzicach, że zupełnie o tym nie pomyślała! Lily weszła powoli w głąb mieszkania, rozglądając się wokół siebie. Póki pamiętała, złapała jedną rzecz, której naprawdę potrzebowała - swój kuferek lekarski, który zawsze trzymała pod biurkiem.

— Lily! — Usłyszała nagle znajomy głos i omal nie wypuściła swojej zdobyczy z rąk. Huncwoci odwrócili się szybko z różdżkami w gotowości, ale na szczęście okazało się, że w drzwiach stała jedynie zdyszana Dorcas Meadowes. — Do jasnej cholery, Evans! Żyjesz!

— Dorcas! — krzyknęła Lily, z mieszaniną ulgi i strachu. — Co tu się wydarzyło?

— Mindy zniknęła — szepnęła przyjaciółka, przekraczając rozbitą lampę. Lily zakryła usta rękami, czując jak nieprzyjemna, kleista ciemność znów zaczyna się wokół niej rozlewać. „Mindy zniknęła" powtarzał jej umysł, jak zacięta płyta na gramofonie. — Najpierw myśleliśmy, że dopadli i ciebie, ale wczoraj Mark powiedział mi, że dostał twoją wiadomość... — Lily poczuła na sobie spojrzenie Jamesa. Nie chciała jednak sprawdzać, co mogło wyrażać. — Co się z tobą, kurwa, działo?

Jej oczy miotały gromy. Zaraz jednak przeniosła spojrzenie na Huncwotów, którzy nadal celowali w nią różdżkami.

— Potter? Lupin? Co wy tu...?

Nie miała jednak szansy dokończyć pytania, bo nagle cała czwórka zamarła. Z kuchni dobiegł ich ledwie dosłyszalny dźwięk kruszonego szkła, jakby ktoś na nie nadepnął grubą podeszwą buta. Lily sięgnęła po swoją różdżkę, lecz nim zdążyła cokolwiek zrobić, James zatkał jej usta dłonią.

— Nic nie mów i się nie ruszaj — szepnął, po czym narzucił na nią lekki jak mgła, mieniący się w świetle płaszcz. Lily spojrzała na swoje stopy, ale nie mogła ich dostrzec. W jej otępiałej głowie pojawiło się mnóstwo pytań. Trzymała kurczowo swój kuferek, wstrzymując oddech. — To peleryna niewidka — dodał. — Trzymaj się za mną.

Nagle wszystko wydarzyło się niemal jednocześnie, a Lily miała wrażenie, że mieszkanie eksplodowało wokół niej.

Avada Kedavra!

Z kuchni wystrzelił strumień zielonego światła, jedynie o milimetry mijając Remusa, który odskoczył w ostatniej chwili i przeturlał się po podłodze. Zaklęcie z pełną mocą uderzyło w ścianę, odkruszając z głośnym trzaskiem jej kawałek, który rozprysł się, osnuwając parkiet odłamkami betonu.

Protego! — Kolejny, tym razem błękitny płomień opuścił różdżkę Dorcas i okrążył Huncwotów, tworząc wokół nich potężną tarczę.

Pomieszczenie wypełniło się dymem, gdy napastnicy zaczęli z całych sił napierać na blokadę, uderzając w nią zaklęciami, wydającymi przy tym odgłosy podobne do trzasku piorunów. Lily z trudem, nieco jakby w zwolnionym tempie dostrzegła zarys dwóch zamaskowanych postaci, wyłaniających się z czerni. Wszystko znów przyspieszyło przed jej oczami.

Expulso! — krzyknął James, spychając Lily swoim ciałem w stronę korytarza.

Specjalnie grał defensywnie, by móc jak najszybciej wycofać się z mieszkania, w którym nie można się było deportować. Jego czar wpadł między śmierciożerców, odrzucając ich na boki i dając przyjaciołom chwilę przewagi.

Crucio! — ryknął wściekle męski głos, ale Dorcas udało się w ostatniej chwili odbić zaklęcie. Uszu Lily dobiegł świst, a następnie odgłos rozbijanej szyby w kuchni.

Drętwota! — Tym razem to Remus rzucił się do ataku w rozbłysku czerwonego światła, wysuwając się na przód grupy. Okręcił się szybko wokół własnej osi, wznosząc dookoła siebie gęsty wir, będący mieszaniną kurzu i wszystkich odłamków połamanego szkła oraz potarganych papierów, które leżały na podłodze. Przesłonił tym samym śmierciożercom drogę do wyjścia z mieszkania. — Uciekajcie!

Lily została wypchnięta na korytarz i zaraz potem poczuła, jak James po omacku chwyta ją za ramię. Gdy otwarła oczy, ledwo łapiąc oddech, ponieważ jej płuca nadal wypełniał dym, znajdowała się już przed znajomą bramą Cydrowego Dworu. Koło niej, również trzymając Jamesa za dłoń, stała Dorcas, ani na chwilę nie opuszczając różdżki i rozglądając się wokół ze wściekłym spojrzeniem. Na jej skroni widniało drobne nacięcie, z którego małymi kroplami sączyła się krew.

— Jestem! — wydyszał Remus, lądując obok Lily na kolanach. Jego włosy pachniały spalenizną, ale zdawało się, że nie ma większych obrażeń.

Potter Król — rzucił szybko James i całą czwórką przeszli przez bramę. — Musimy zabezpieczyć niebo. Wewnątrz dworku nie można się aportować, ale lepiej się upewnić. Fianto Duri!

Wszyscy wyciągnęli różdżki nad głowami, pomagając Jamesowi w rzuceniu uroku ochronnego. Niebo przez chwilę zamigotało na niebiesko, po czym znów wróciło do normalności.

— Śmierciożercy — powiedziała w końcu Dorcas, opuszczając różdżkę. Lily poczuła podziw na dźwięk jej dziwnie spokojnego głosu. Nie miała już żadnej wątpliwości, że przyjaciółka jest wręcz stworzona do roli Aurora. — Musieli tam cały czas czekać...

— Co z Mindy? — szybko rzuciła Lily, odwracając się w jej stronę. — Jak długo już jej nie ma?

— Zniknęła zaraz następnego dnia, tuż po tobie. Mark powiedział mi wszystko, co wie na temat tej całej Listy... Chociaż, oczywiście, Ministerstwo nie chce wypuszczać na ten temat oficjalnej informacji. — James prychnął, zdejmując z ramion Lily Pelerynę Niewidkę. — Wiem od Moody'ego, że Mindy nie jest jedyna. Sporo czarodziei mugolskiego pochodzenia nagle rozpłynęło się w powietrzu... Co ty sobie, kurwa, myślałaś, Evans? — Dorcas najwidoczniej przypomniała sobie o tym, gdzie urwała się ich rozmowa. Dopiero teraz wyglądała na naprawdę wściekłą. — My z Markiem odchodzimy od zmysłów, a ty siedzisz sobie tutaj z pieprzonym Jamesem Potterem?

James odchrząknął, unosząc wysoko brwi i robiąc krok w jej stronę.

— Stoję tuż obok ciebie, Meadowes — rzucił chłodno w jej stronę. — Zaoferowałem Lily schronienie i jak widać dobrze, że to zrobiłem. Gdyby tu nie przyszła, kto wie, czy nie skończyłaby tak, jak Mindy.

Lily nie potrafiła w pełni zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Złapała odruchowo Jamesa pod ramię, szukając odpowiedzi w twarzach przyjaciół. Miała wrażenie, że jej mózg osiągnął właśnie stan krytyczny, gdzie powoli zaczyna się zamykać na wszystkie informacje w ramach samoobrony. Przymknęła oczy i kiedy po chwili je otwarła, dostrzegła, że wszyscy ją obserwują.

— Dorcas, ja...— zaczęła, nadal na wpół świadomie ściskając ramię Jamesa.

Potrzebowała kogoś, by uniknąć upadku, a on wydawał się taki stabilny. Pokiwała głową z rozpaczą, nie potrafiąc wydobyć z siebie słowa.

Przyjaciółka, z dużo łagodniejszą już miną podeszła do niej szybko i objęła ją mocno.

— Tak się cieszę, że cię widzę, Lily... — szepnęła nieco łamiącym się tonem. — Ale nie myśl sobie, że ci odpuszczę. Jak trochę lepiej się poczujesz, to oczekuję wyjaśnień.

Lily skinęła głową, opierając czoło na jej ramieniu. Nawet chyba nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo za nią tęskniła. Poczuła bolesne ukłucie w brzuchu na myśl o Mindy. Powinna ją była ostrzec! To kolejna osoba, którą zawiodła...

— Potter, Lupin. — Dorcas skinęła głową w ich stronę z uznaniem. — Niezależnie od wszystkiego, dobrze się walczyło u waszego boku.

— Wzajemnie — odparł Remus, oczyszczając swoje szaty za pomocą różdżki. — Skąd wiedziałaś, że jesteśmy w mieszkaniu?

— Miałam ustawiony alarm. Użyłam rzeczy Lily i Mindy. Zaklęcie miało mnie powiadomić o tym, że któraś z nich przekroczy próg drzwi.

— Nieźle! — skomplementował ją Remus, któremu wyraźnie zaimponowała.

— Chodźcie — przerwał im James, znów obejmując Lily w opiekuńczym geście i prowadząc ją w stronę dworku. — Meadowes, możesz z nami zostać ile tylko chcesz.

— Nami, czyli? — spytała podejrzliwie, obrzucając Jamesa nieufnym spojrzeniem.

— Na chwilę obecną to Lily, Syriusz i Ja. Remus i Petter Pettigrew nas odwiedzają niemal codziennie.

Mina Dorcas dobitnie wskazywała na to, że nie jest to jej wymarzone towarzystwo.

— Myślałam, że jak skończymy Hogwart, to już będę miała z wami spokój — rzuciła na wpół żartobliwie. — Dzięki, Potter. Doceniam, że zająłeś się Lily, nawet jeśli z pobudek, które nie do końca mi odpowiadają.

James skinął głową, po czym nagle się uśmiechnął w stronę Lily, niespodziewanie chyba nawet dla samego siebie.

— No i co, jednak będziesz musiała chodzić w moich majtkach? — spytał, puszczając do niej oko. Zawsze to robił. Gdy tylko atmosfera robiła się napięta, zaczynał żartować. Lily zaśmiała się cicho, doceniając jego próbę. — Wielka szkoda, naprawdę.

U jej boku Dorcas głośno westchnęła, a Remus zakaszlał w kiepskiej próbie zamaskowania śmiechu.

— Black leży na górze. Nie może chodzić... — zaczął Remus, gdy wszyscy znaleźli się już w holu, ale Dorcas tylko machnęła na niego od niechcenia ręką.

— Na pewno jeszcze się napatrzę na tego idiotę — mruknęła, łapiąc Lily pod ramię. — Jeśli nie macie nic przeciwko, potrzebuję teraz porozmawiać z przyjaciółką. — Spojrzała ostro na Jamesa, w niemal zaborczy sposób. — Na osobności, Potter.

— Nic nie powiedziałem — odparł James, unosząc dłonie w defensywnym geście, po czym odwrócił się do Remusa. — Chodź, musimy wszystko opowiedzieć Łapie.

Mężczyźni udali się na górę po stromych schodach, a Lily razem z Dorcas usiadły obok siebie w kuchni.

— Sama nie wiem, czy bardziej mam ochotę cię znowu przytulić, czy też rzucić na ciebie jakiś wyjątkowo paskudny urok — warknęła Dorcas, mierząc Lily wzrokiem. — Jak mogłaś tak po prostu zniknąć, co? Czy pomyślałaś w ogóle, jak my będziemy się czuć? Dookoła śmierciożercy urządzają sobie krwawą jatkę, a ty nie dajesz znaku życia! Evans, popierdoliło cię już do końca?

Lily westchnęła, spuszczając wzrok na swoje dłonie. Jakby na zawołanie, na stole pojawiła się butelka wina jagodowego i dwa kieliszki. Lily zanotowała w myślach, że powinna w końcu przywitać się z Iskierką i podziękować jej za opiekę.

— Nie wiem, Dorcas. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Po prostu... potrzebowałam się odciąć... — Pokiwała głową, znów spoglądając w rozzłoszczoną twarz przyjaciółki. — Od wszystkiego. Nie wiem, jak to wytłumaczyć.

— To lepiej się, kurwa, zastanów, bo to mi nie wystarcza! Wiesz, że nigdy nie byłam w fanklubie Marka, ale to, co mu zrobiłaś, to po prostu... — zawahała się, jakby szukała słowa w głowie. — Tak się nie robi, Lily!

— Wiem...

— Cieszę się, że żyjesz, ale jestem na ciebie tak wściekła, jak chyba nigdy na nikogo. Na dodatek uciekasz do Pottera! Co jest między wami? Widziałam, jak na siebie patrzycie. — Prychnęła i Lily nie była pewna, czy to był wyraz dezaprobaty dla Jamesa, czy też dla jej zachowania.

— Nic. Już chyba nic między nami nie jest. — Westchnęła ciężej, niż zamierzała. Częściowo przecież mówiła prawdę. James cały czas trzymał ją na dystans. — Zaoferował mi ochronę, więc to było pierwsze miejsce, które przyszło mi do głowy, kiedy postanowiłam zniknąć.

— Nawet nie wiesz, że zwolnili wszystkich mugolaków z Munga — rzuciła w jej stronę ostro Dorcas. — Tak, dzień po ataku na Mugoli. Dekret przyszedł prosto z Ministerstwa. Nie chcieliśmy cię martwić, a potem już nie było okazji...

Lily rozdziawiła szeroko usta, nie wierząc własnym uszom. To brzmiało niesamowicie niedorzecznie.

— Hugh mi powiedział, bo gazety milczą, jak zwykle... Chciał rzucić pracę, ale przekonałam go, żeby został i był moim informatorem. Mindy zwolniono tego samego dnia, którego zniknęła. Niezły przypadek, co?

— James nic mi nie powiedział... — żachnęła się Lily, nagle czując narastającą w niej złość. Powrót na ziemię był wyjątkowo bolesny. — Nie wiedziałam!

To dlatego tak usilnie nie chciał pozwolić jej odejść i kazał Lupinowi śledzić każdy jej krok?

— Jeśli wydawało ci się, że przed twoim odejściem było źle, to teraz to jest zupełnie inny świat. Cholera, niemal cieszę się, że jesteś akurat tutaj, chociaż ten Potter... i Black! Przynajmniej Lupin jest okej.

— Co jeszcze się wydarzyło? — Lily zignorowała jej osobiste docinki i nachyliła się nad stołem, nalewając im wina do kieliszków.

Jeszcze parę informacji i zacznie pić jak Syriusz.

— Najpierw, to ty mi powiedz, co zamierzasz zrobić z Markiem.

— Jeszcze nie wiem — zirytowała się Lily. — Musze go przeprosić, ale szczerze, po tym wszystkim, co słyszę, to chyba nie chcę go narażać na niebezpieczeństwo... Pierwszy raz opuściłam Cydrowy Dwór i już wpadliśmy w pułapkę śmierciożerców. Mam wrażenie, że tylko przynoszę wszystkim ostatnio nieszczęście...

— Nie chcę ci tutaj psuć twojej bańki samoudręczania, ale nie jesteś jedyną osobą, którą wzięto na celownik — zezłościła się Dorcas, wychylając na raz cały kieliszek wina i odstawiając go na stół tak ostro, że jego podstawka się nieco wyszczerbiła. — Dobra! Powiem to. Potter ma rację. Powinnaś na razie pozostać w ukryciu, aż się trochę nie pozbierasz... Wyglądasz strasznie. Prawie cię nie poznałam. Ile schudłaś, pięć kilo? Śpisz w ogóle?

Lily wzruszyła ramionami, poprawiając się na krześle i czując wyjątkowo niekomfortowo w obliczu skanującego ją wzroku przyjaciółki.

Dorcas nachyliła się nad stołem, łapiąc Lily za rękę i patrząc jej głęboko w oczy.

— Ja wiem, że wiele się ostatnio wydarzyło! Wiele złego! I w normalnych okolicznościach zostawiłabym cię w spokoju, Lily. — Uścisnęła mocniej jej dłoń, tym razem z żalem wypisanym na twarzy. — Ale to nie są normalne czasy i musisz się wziąć w garść. Odpocznij, zakończ żałobę i musimy zacząć działać. Ja też... — Po raz pierwszy jej głos zadrżał. — Ja też ciągle myślę o twoich rodzicach i Mindy, ale zamartwianie się nic nie pomoże.

Lily przez chwilę obserwowała ich złączone dłonie, po czym skinęła lekko głową. Po raz pierwszy od dawna miała prawdziwy cel.

— Masz rację — odparła. — Muszę się wziąć w garść.