Połowa! Dobiliśmy do połowy! Teraz już z górki ;) Może jakieś jubileuszowe recenzje ;)

Pozdrawiam!


X. Zbłąkani

Hermiona biegła szybko przez korytarze dworu Czarnego Pana. Wszędzie panowało potworne zamieszanie. Musiała zdążyć. To była być może jedyna szansa na ratunek. Być może, jeśli teraz nie uda jej się znaleźć drogi i uciec, nie uda się to już nigdy? Ile pozostało czasu? Ile szans? Nie wiedziała. Postanowiła wykorzystać tę, która się nadarzyła.

*sss*

Severus Snape w milczeniu pił herbatę w laboratorium. Z jakiegoś powodu pomieszczenie zrobiło się znacznie większe i bardziej puste niż było do tej pory. Panowała tu trupia wręcz cisza. Niby mu to odpowiadało: już nie musiał odpowiadać na wszystkie bzdurne pytania gryfonki, wszystko, co robił miało teraz ustalony porządek i kolejność, jej bujna grzywa nie zasłaniała mu kociołka w najmniej odpowiednim momencie, a jednak…

Czwartego dnia znalazł na swojej poduszce jej włos. Podniósł go w dwóch palcach do światła ‒ zdecydowanie był to jeden z denerwujących kłaków Granger, nie dało się ich pomylić z niczym.

‒ Mam cię ‒ wymamrotał mściwie, po czym wyrzucił go przez okno.

I chociaż wmawiał sobie, że ten incydent nie miał żadnego znaczenia, poranna herbata nie smakowała mu potem w ogóle.

Za każdym razem, gdy otwierał drzwi pracowni miał wrażenie, że dziewczyna tam będzie, siejąc spustoszenie samą swoją obecnością. Raz, czy dwa odezwał się nawet do niej odruchowo. To był nawyk wieloletniej wspólnej pracy powiedzieć: Granger podaj sproszkowane oczy traszki, albo Możesz chwilę to potrzymać?

Raz nawet krzyknął:

Cholera jasna, kobieto śpisz tam, czy co?

Dopiero po kilku sekundach, gdy nie odpowiadała, zdał sobie sprawę, że jej tu nie ma.

Dla wielu osób najtrudniejsze są noce, jednak Severus Snape był tak przyzwyczajony do spędzania ich w samotności, że prawie nie odczuł nieobecności Hermiony w swoim łóżku. Dla niego to dnie zamieniały się stopniowo w trudny do zniesienia rytuał zauważania jej braku.

Nie rozpaczał. Nie miał w zwyczaju przeżywać tak nawet żałoby. Może stał się nieco bardziej złośliwy i przeczulony na swoim punkcie.

Stary głupiec ‒ myślał o sobie ilekroć przypominał mu się jej dotyk, uśmiech lub…

Ta specyficzna mina, którą robiła, gdy była bardzo skupiona.

Wściekłe ogniki jej oczu.

Zapach jej skóry o poranku.

Wymruczał przekleństwo i przymknął oczy. Praca w samotności nie szła mu dobrze. Nie dziś. Nie wczoraj.

Ludzie wokół, przynajmniej ci posiadający chociaż odrobinę instynktu samozachowawczego, unikali go jak ognia. Jedynie Lupin (Snape był pewien, że ten człowiek musiał sobie kiedyś uszkodzić jakiś ośrodek w mózgu odpowiedzialny za respekt przed wrednymi Mistrzami Eliksirów) zaglądał do niego uparcie, przynosił mu jedzenie i klepał po ramieniu, co potwornie irytowało Nietoperza z Lochów.

Jak tak dalej pójdzie, wszyscy zaczną się modlić o to, żeby wróciła ‒ pomyślał.

Severus Snape nie był daleki od prawdy: wszyscy nagle docenili jego sposób bycia z czasów, gdy była przy nim Hermiona; nagle dawny Snape wydał im się niegroźnym barankiem, w którego miejsce ktoś wcisnął im smoka.

Czy chciał taki być?

Zapewne. W ten pasywno-agresywny sposób radził sobie zawsze ze stresem i złością: odpychał od siebie życzliwych, wyżywał się na każdym, kto stanął mu na drodze.

Na kogo był wściekły?

Na innych?

Bardzo prawdopodobne. Przecież nikt inny nie kwapił się narazić swojego życia, nagiąć karku, ubrudzić rączek. Przez całe lata obserwował jak Granger w szkole i później tu w Kwaterze Głównej, poświęca się dla przyjaciół, pracuje za kilkoro, byle tylko doprowadzić do celu coś, co było niezbędne do ich przetrwania.

Na nią?

Być może. Za jej upór, za to, że go nie odtrąciła, za odwagę i głupotę, które zawsze szły u niej w parze, rączka za rączkę. Czuł niesmak, że ta kobieta właśnie marnuje swój potencjał przy nim i narażając życie za zgraję leniwych matołów. Za niego samego.

Na siebie…

Tak. Siebie co raz bardziej nienawidził za to, że przywłaszczył sobie jej uczucia, życie, zaangażowanie. Za to, że pozwolił jej tam pójść. Jednak jakaś praktyczna część niego nie potrafiła nie przyznać gryfonce racji: to była realna szansa. Z resztą, jak miałby ja powstrzymać, zwłaszcza po tym, gdy wszyscy już dowiedzieli się o Belli zamkniętej w kufrze Szalonookiego? Po cholerę ją schwytał? No po co?!

To nie był świat dla niej: pracowitej utalentowanej, młodej wiedźmy, której życie jeszcze nie zostało przesądzone przez źle podjęte decyzje. Ona wciąż była na etapie życia, w którym on zaprzepaszczał swoje ostatnie nadzieje na normalną przyszłość, wciąż jeszcze mogła kilkoma mądrymi posunięciami zmienić swój los. Gdyby chciała…

Tylko czemu uparcie trwała tu, wśród pogrzebanych żywcem idiotów, którym świat nie miał już do zaoferowania nic poza tęsknotą za utraconymi szansami? Czemu uparcie trzymała się jego?

Czuł, że powinien winić za to siebie, że gdyby nie on, nie byłoby tu nic, co trzymałoby ją przed ucieczką. Ale czy by jej się udało? Wielu próbowało, a ilu się udało ‒ nie miał pojęcia. Część śmiałków gniła w lochach Czarnego Pana, reszta wiodła nędzne życie bezdomnych, kryjąc się po kątach dużych, opustoszałych miast i po lasach, gdzie nawet Śmierciożercy nie zapuszczali się w poszukiwaniu zbiegów… Jednak o ile lepsze było takie życie? Powolne przymieranie głodem, zamarzanie zimą, choroby, kompletne odczłowieczenie…

Więc, co? Miał przyznać przed sobą, że był jej zbawieniem, ostatnim punktem utrzymującym ją na powierzchni rzeki desperacji, która porwała ich wszystkich?

To było śmieszne. Severus Snape nie widział się nigdy w roli zbawcy kogokolwiek, a już tym bardziej nie potrafiłby przyznać sobie takiej zasługi. To nie godziło się z jego twardym autokrytycyzmem i surowym podejściem do faktów. Znał siebie na tyle dobrze, by wiedzieć, że za jego postępkami nie było zwykle czystych intencji: zawsze starał się uszczknąć dla siebie choć odrobinę korzyści z każdej sytuacji. Tego nauczyło go samotnicze życie, podczas którego był przeważnie zmuszony liczyć tylko na siebie. Czy ona to wiedziała? Czy wiedziała z jakim egoistą się związała? Czy domyślała się choć ułamka zła, którego doświadczył i które czynił przez te wszystkie lata? Jeśli jeszcze nie wiedziała, z pewnością niedługo uświadomią ją jego dawni kumple: opowiastkami, anegdotami z jego życia oraz rzeczami, których będzie zmuszona dokonać.

Nie mówił jej całej prawdy, nie potrafił. Nie powiedział nigdy, że udawanie Bellatrix będzie o wiele gorsze od jego roli w służbie Czarnego Pana. On mógł załatwiać sprawy w białych rękawiczkach, sam zapracował sobie na określoną, wygodną dla siebie pozycję i wreszcie, po latach babrania się w gównie, mógł przybrać pozę, która odpowiadała mu na tyle by całkiem nie zwariować w otoczeniu żądnych krwi wariatów.

Ona nie posiadała takiego przywileju: miała być Bellą, najbardziej wynaturzonym człowiekiem, jakiego Snape spotkał w całym swoim życiu. Czarnego Pana nigdy nie zaliczał w poczet ludzkości, a Lestrange znajdowała się najbliżej z nich wszystkich krawędzi przeobrażenia się w marną istotę pomiędzy upiorem a człowiekiem, jaką został ich ukochany Mistrz.

Wielu spośród Śmierciożerców było po prostu nędznymi draniami goniącymi w młodości za sławą i wielkością: jak on sam. Avery był przy tym człowiekiem okrutnym i bezkompromisowym. Rookwood nigdy nie lubował się w okrucieństwie, jednak charakteryzowała go niesamowita konsekwencja i duma a także wierność. Ta ostatnia cecha nie pozwalała mu nigdy zdradzić Lorda, któremu już raz dał swoje słowo. To zawsze fascynowało Mistrza Eliksirów w tym człowieku: nie fanatyzm, nie strach, a właśnie przywiązanie do złożonego ślubowania trzymały go zawsze u boku Czarnego Pana. W pewnym sensie budziło to w Severusie współczucie dla mężczyzny, w innym ‒ szacunek.

Można by pomyśleć, że Severus Snape najchętniej wyrzuciłby te wszystkie wspomnienia ze swojej głowy. Tak w istocie kiedyś było: trzymał je w Myślodsiewni, próbował odsiać wszystkie te chwile, w których czynił zło, w których doświadczał bólu… Jednak, gdy postanowił kiedyś przez dwa miesiące letnich wakacji pozbyć się całego tego syfu z głowy, z dnia nadzień czuł się co raz bardziej obco w swoim własnym otoczeniu. Zdał sobie wtedy sprawę z oczywistej prawdy: że to, co zrobił i to, co sam przeżył definiuje go jako jednostkę i nie może po prost wyrzucić pewnego dnia całego tego bagna. Nauczył się więc z nim egzystować, uczynił z niego maskę i tarcze przed wzrokiem innych, przed własnymi emocjami, które rzadko dopuszczał do głosu.

Severus Snape wbrew pozorom nie pławił się w źle i podłości tego świata, nie rozpamiętywał dzieciństwa i młodości pełnych zdrad, strat i porzuceń.

Nie musiał. Nikt nie przychodził do niego i nie pytał: Snape, kim jesteś?

Bardzo dobrze się przed tym zabezpieczył, nieprawdaż? Nie to, żeby wewnątrz, pod grubym chitynowym pancerzem chrząszcza krył się miękki karmel ‒ prawdziwy Snape był równie czuły i delikatny, co skała narzutowa, subtelny niczym wichura, łagodny jak sztorm na Pacyfiku…

Jednak w odróżnieniu od swojej martwej pokrywy, Severus Snape czuł. I to przeszkadzało mu ostatnio co raz bardziej.

Lily nigdy nie pytała go o przeszłość ‒ nie musiała. Znała go od najmłodszych lat, wszystko co było niezbędne, już jej o sobie opowiedział w czasach, gdy drzwi do jego serca nie zostały jeszcze wykonane ze spiżu. Lily istniała, przepływała obok niego delikatną, chłodną strugą, nienachalną i spokojną. Jej obecność w jego życiu zawsze działała kojąco.

Granger… Czy kiedyś nauczy się myśleć i mówić do niej po imieniu?

Granger była jak rwący strumień, który szczypał i piekł w kostki swoją górską lodowatością: niby zimny, a parzący skórę, jak płomień. Miał nadzieję, że nie dostrzega w jego oczach strachu, który powoli zaczynał czuć każdego dnia na samą myśl o niezadanych pytaniach, które cisnęły jej się na usta w tych chwilach, gdy leżeli obok siebie w ciszy. Nienawidził tego, czym był, czym się stał, kim się urodził. Marny chłopiec, który w pogoni za wielkością został po prostu kundlem u boku dwóch okrutnych panów… Jak miałby opowiedzieć jej o dzieciństwie? Jej ‒ dorastającej w splendorze miłości, w otoczeniu przyjaciół i rodziny, w poczuciu własnej nieomylności, mocy sprawczej i celu w życiu? Kobiecie młodej i silnej nie dlatego, że aby przetrwać zahartowała się w ogniu piekielnym, lecz silnej z głębi duszy, od zawsze…

Lily nie pytała. Nie chciała wiedzieć. Mimo swojej ciekawości świata wolała zawsze zbierać słodką śmietankę z brzegów półmiska rzeczywistości, nie zagłębiała się nigdy w sedno, w mrok prawdy. Wystarczało jej, że był i chciał być dla niej. To było łatwe.

Z Granger nic nie było proste: nie znała słowa „nie", nie potrafiła zatrzymać słowotoków, potoków pytań i zawsze musiała dobić do samego skalistego dna każdej sprawy, co czyniło każdą rozmowę ciężką do wytrzymania.

Czasem miał wrażenie, że nie zgadza się z nim jedynie dla zasady, aby podtrzymać dyskusję, wyciągnąć jeszcze jedną słomkę ze stracha na wróble, którym się stał i oglądać ją, obracać w dłoniach bez końca ‒ aż pozna każde włókno, każde pęknięcie i nierówność na tej cholernej, suchej łodydze zboża.

Czasem z niejakim rozbawieniem wyobrażał ją sobie badającą jego zwłoki, szczęśliwą, że wreszcie może zrobić pełną sekcję swojemu obiektowi badań. Często widział w jej oczach ten głód wiedzy, to drapieżne pragnienie czytania z jego wnętrzności… Gdy tak na niego patrzyła, miewał ochotę wypluć jej w twarz, że nie życzy sobie w swoim otoczeniu wścibskich, małych wszystkowiedzących i przemądrzałych podlotków…

Ale ona nie była już podlotkiem. Dawno stała się kobietą i chociaż on zauważył to dopiero kilka miesięcy temu, nie dawało mu to prawa traktować jej jak głupiej smarkuli.

Teraz zniknęła. I chociaż jej obecność uwierała go, jak nieoszlifowany kamień pod tyłkiem, to jej brak był znacznie bardziej uporczywym uczuciem dyskomfortu, porównywalnym z…

Cierpieniem.

Severus Snape cierpiał chociaż nie potrafił tego wysłowić, wypowiedzieć, czy choćby nazwać. Nie, nie dlatego, że było to obce dla niego słowo. Nie dlatego, że zapomniał gorzki smak tego uczucia.

Najzwyczajniej w świecie życie przebodźcowało go bólem, porażką i stratą, zadało mu więcej ran i wymierzyło cięższe ciosy niż większości ludzi. A gdy zda się egzamin z przetrwania, ciężko jest narzekać na ugryzienie komara.

Stary głupiec ‒ tak co raz częściej myślał o sobie. Tak myślał i teraz, wsłuchując się w bolesną ciszę, którą zwykle wypełniała ONA; wpatrując się w otaczającą go agonalną pustkę, zapełnianą dotąd mimowolnie przez jej bujne włosy i jeszcze bujniejszą osobowość…

Dotarło do niego, że Granger nie wdarła się w jego życie przebojem: była w nim od lat, pełniła tylko inne role. Zrozumiał, że nie wepchnęła się do jego upartej głowy na siłę: zawsze poświęcał jej sporo myśli, zwykle złośliwych ze względu na jej narzucający się charakter, bezpośredniość, ciekawość… Zdał sobie sprawę, że jej obecność, była bliska jego sercu już lata temu, gdy po stracie Lily ktoś włóczył się wokół niego, zanudzając i zamęczając go potokami swojej niepożądanej elokwencji.

Zegar w pracowni wybił południe, a on nadal jeszcze nie zabrał się za pracę.

Pojął.

Pojął, że po raz pierwszy w jego życiu pojawił się ktoś, kto wyznaczał ramy jego codzienności, ktoś, do czyjego braku nie był przyzwyczajony, z czyją nieobecnością i stratą nie oswoił się już w przeszłości.

Dopóki była, nie doceniał wagi tego stanu. Gdy nagle zniknęła, zapragnął tylko jednego:

Cholerna, wnerwiająca dziewucho: wróć.

*sss*

‒ Ha!

Radosny okrzyk Remusa poniósł się echem po całym domu, skłaniając wszystkich, nawet obrażonego na cały świat Mistrza Eliksirów do wyściubienia głowy ze swojego leża.

‒ Co się stało, Lupin? ‒ mruknął niezadowolony. ‒ Znalazłeś swoją bezużyteczną zgubę?

‒ A żebyś wiedział, Severusie ‒ odpowiedział wilkołak zupełnie ignorując uszczypliwy charakter pytania przyjaciela.

Snape prychnął i wycedziwszy coś na kształt „jeśli Black będzie potrzebował innych niż zwykle eliksirów to wiesz, gdzie mnie szukać", zatrzasnął za sobą drzwi.

‒ James! ‒ krzyknął Lupin. ‒ James, zejdź no tu na chwilę! Potrzebuję pomocy! Peter? Tak, ty też możesz się przydać…

Gdy dwaj mężczyźni zbiegli po schodach, zobaczyli, że Remus stoi przy maleńkich, otwartych drzwiczkach w podłodze.

‒ Tego tu wcześniej nie było ‒ powiedział James, drapiąc się po głowie w swój wystudiowany sposób.

‒ Zgadzam się z tobą przyjacielu, ale zachwyt i zdziwienie nie pomogą mi wyciągnąć jego ciężkiego tyłka z tej pułapki… Swoją drogą rzeczywiście chciałbym wiedzieć, jak do tego doszło…

‒ Dobra! ‒ Peter klasną w dłonie. ‒ Trzeba tego zapitego dupka wyciągnąć, bo cuchnie z tej dziury niemiłosiernie.

‒ Czemu właściwie nie użyjemy zaklęć? ‒ zapytał James popatrując sceptycznie na wystające spod podłogi stopy Blacka.

Lupin spojrzał na niego z niedowierzaniem.

‒ Bo nie wiemy jak się tu dostał, jakie zaklęcia chronią ten schowek i dlaczego tutaj tkwi? Choćby dlatego ‒ wyglądał na lekko zirytowanego pytaniami Pottera.

‒ Dobrze, już dobrze, Luniaczku, nie unoś się tak. Zawsze ci powtarzałem: zbyt poważnie traktujesz życie, zbytnio się angażujesz emocjonalnie…

‒ W przyjaźń, Jimmy? Angażuje się w pomoc przyjaciołom v odpowiedział ponuro Lupin, nie patrząc już na niego.

‒ Koledzy, nie kłóćmy się ‒ Pettigrew nerwowo pocierał ręce. ‒ Ja mam naprawdę stresujące życie codzienne, może oszczędźcie mi chociaż tego waszego domowego piekiełka przez kilka dni w roku, dobrze? Zbliżają się święta, a one nigdy nie bywały nazbyt przyjemne w kręgach, ehhem, w których się obracam…

Lupin skinął głową.

‒ No dobra, chłopaki, to naraz, dwa, trzy…

*sss*

Luna zamknęła drzwi od sypialni i oparła się o nie czując niejaką ulgę. Minęło już pięć dni od ich feralnego spotkania w kuchni i zaczynała się już bać, że Syriusz wybuchł, albo wyrzuciło go z domu, albo jeszcze coś gorszego… Obawiała się w każdym razie, że spotkało go coś nieodwracalnego.

Chociaż absolutnie nie poczuwała się do winy, podejrzewała jaki efekt wywołałaby jej historia na domownikach: po ostatniej akcji pomiędzy Fredem i Ginny wszyscy wydawali się dwakroć niż normalnie wyczuleni, przewrażliwieni i wystraszeni wszelkich anormalnych zachowań, czy to magicznej, czy niemagicznej natury.

Nie to, żeby im się dziwiła. Sama nie podzielała tej paniki, bo zwyczajnie nie miała w zwyczaju martwić się na zapas. Jednak w kwestii Syriusza dopadł ją rzeczywiście nielichy lęk: tak, jak cieszyła się z braku jego zapitego towarzystwa, tak równocześnie nie chciała robić wokół siebie więcej zamieszania: jej ciąża, o której plotka z pewnością niebawem się rozejdzie tą, czy inną drogą, jej wkroczenie do Kwatery Głównej, gdy o włos tylko uniknęła promieni wycelowanych w nią różdżek…

Nie, nie była bezduszna. Nie życzyła mu śmierci, zwyczajnie chciała, żeby ten człowiek dał jej spokój: przestał krążyć nieprzytomny od alkoholu po domu swojej matki, przestał rzucać niezrozumiałymi żartami, przestał bełkotać…

Nie rozumiała go. A to była kolejna rzecz, która irytowała ją w mężczyźnie: zwykle bardzo dobrze potrafiła ocenić ludzi, ich motywy i emocje. Z nim było to trudne, a często nawet niemożliwe. Był histerycznie rozchwiany : w jednej chwili moriatycznie roześmiany, w następnej płakał jak dziecko w rękaw Lupina.

W oczach wilkołaka dostrzegała w takich przypadkach głęboki smutek i ciężar tajemnicy. Nie pytała. Nie była ciekawska i wścibska, to nie tak. Zwykle automatycznie rozgryzała ludzi: kierowana intuicją potrafiła rozpoznać wiele aspektów ich osobowości. Rzadko dzieliła się tak zdobytą wiedzą, gdyż odpychała od niej przyjaciół, powodowała konflikty i rzucała na nią podejrzenia o niecne pobudki. A przecież taka była po prostu jej natura: jak analityczny umysł Hermiony, absurdalny wręcz poziom empatii Lupina, czy zdolność do rozbawiania innych u Freda…

Westchnęła. Jak strasznie tęskniła za jego poczuciem humoru, uśmiechem, żartami… Ta część charakteru jej męża została stłamszona przez lata strat i powtarzającej się wciąż i wciąż żałoby.

Usiadła na łóżku obok Freda. Spał. Ostatnio przyglądanie się, jak śpi było jedną z jej ulubionych rozrywek. Przesuwała wzrokiem po jego chorobliwie bladej, piegowatej twarzy, porównywała rysy mężczyzny ze swoimi, widocznymi w lustrze i zastanawiała się, jak będzie wyglądać ich córka… Bo to z pewnością będzie córka, gdzieś wewnątrz niej tkwiła pewność co do tej jednej rzeczy. Czy będzie miała jej nos? Czy odziedziczy bystry umyśl po Fredzie? Może będzie podobna do Molly…

Ostatnio zbliżyła się też do Ginewry. Fajnie było mieć kogoś, kto chciał po prostu poplotkować, porozmawiać na oderwane od te ponurej rzeczywistości tematy. Rozwiązanie zagadki ataku na jej brata przyniosło chyba kobiecie ulgę na wielu płaszczyznach, bo zdawała się teraz nieco weselsza i bardziej żywotna niż przed wyruszeniem Luny na ostatnią wyprawę.

‒ Dobrze, że żyjesz, że tu ze mną jesteś. Tata byłby szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy… Zawsze uważał was z Georgem za niebezpiecznych hultajów, ale mawiał też, że macie wielkie serca i dobre z was chłopaki. A to chyba najważniejsze, prawda, Fred? ‒ wyszeptała trzymając go za rękę.

Poruszył lekko palcami.

‒ Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wróciłaś ‒ wymamrotał sennie.

Do ogromnych, błękitnych oczu kobiety napłynęły łzy, które ukradkiem otarła. Fred wciąż nie odzyskał jeszcze pełnej świadomości, na pełnię sił trzeba było jeszcze poczekać kilka miesięcy ‒ tak twierdził Snape. Mówił, że nie ma wielu kluczowych składników a wiele z tych, które wykorzystuje są nieświeże lub nieodpowiednio preparowane ze względu na brak środków i możliwości. Nie miała mu tego za złe. Bo i czemu? Miałaby pretensje do siebie o to, że tak długo zwlekała, ale już pojęła, że nie mogła przewidzieć, co stało się tu na miejscu i że winnym jest tutaj przede wszystkim sam poszkodowany.

‒ Co ci strzeli o do tej głupiej rudej głowy? ‒ pomyślała na głos.

‒ Sam nie wiem ‒ wystękał.

Nie wiedziała, że wciąż jest przytomny.

‒ Fred… Mogłeś się zabić.

‒ Wiem ‒ zaśmiał się z trudem. ‒ Wiem.

‒ To egoistyczne.

‒ Wiem.

‒ Nienawidzę cię.

‒ Wiem.

‒ Żartowałam.

‒ Wiem.

Roześmiali się.

*sss*

Syriusz siedział w kuchni i pił wodę. W świeżym ubraniu, umyty i ogolony wyglądał jak ktoś zupełnie im obcy.

Zaklął pod nosem.

‒ Musicie tu tak stać i patrzyć się na mnie jak na na małpę w cyrku? ‒ zapytał zirytowany.

Rzeczywiście stali wpatrzeni w niego niczym w zjawę. Pamiętali go takim: zadbanym, zwyczajnym, ale to były na tyle odległe wspomnienia, że młodzieńcze wtedy jeszcze rysy twarzy Blacka nie korespondowały ze zniszczonym przez alkohol mężczyzną, którego mieli teraz przed sobą.

To było osobliwe uczucie ‒ widzieć przyjaciela przywróconego światu po długim pobycie w krainie duchów i wódki.

‒ Zastanawiamy się zwyczajnie, na kogo patrzymy, Łapo ‒ James z typową dla siebie nonszalancją wzruszył ramionami. Stał oparty o szafkę.

Lupin popatrzył na przyjaciół. Wszyscy oni wyglądali jak karykatury Huncwotów ze szkolnych lat: James jeszcze bardziej napuszony i pyszałkowaty niż zwykle, z tą swoja obrazą na cały świat wypisaną na twarzy; Pater jeszcze bardziej skurczony i lękliwy niż kiedyś, przytłoczony światem i zadaniami; Syriusz wyglądający jak potwornie zdarta płyta gramofonowa: cała w rysach i pęknięciach, ogryziona na brzegach przez myszy i pozbawiona etykiety. Sam pewnie wyglądał podobnie ‒ wymęczony comiesięcznymi przemianami, czuł się jak znoszone ubranie lub rozczłapane buty: zaniedbany i przemęczony życiem, które prowadził.

‒ Jak się czujesz? ‒ zapytał Blacka.

‒ To zabawne, ale całkiem dobrze. Wyspałem się ‒ odpowiedział już spokojniej.

Peter parsknął krótkim, nerwowym śmiechem.

‒ No to przynajmniej ty jeden. Remus szukał cię od kilku dni, nie dawał nam spać po nocach..

Syriusz roześmiał się.

‒ Czyli ty jeden, Remusie martwiłeś się i ciągałeś za sobą tych obiboków w nadziei na znalezienie swojego starego kumpla?

‒ Wszyscy się martwiliśmy, Syriuszu, każdy na swój sposób ‒ odparł Lupin, uśmiechając się blado, bo wewnątrz czuł, że rzeczywiście on jeden naprawdę przejmował się losem przyjaciela. ‒ Dobrze cię widzieć… trzeźwego.

Black wzruszył ramionami.

‒ Teraz nie jest najgorzej, ale tam… tam widziałem różne rzeczy.

Wzdrygnął się mimowolnie.

‒ Co mnie ominęło?

Peter uśmiechnął się.

‒ Masz na myśli ostatnich kilka dni, czy cały okres twojego zalewania się do nieprzytomności.

‒ Może zacznijmy od ostatnich dni… ‒ Syriusz zamyślił się. ‒ Jak w ogóle się tam dostałem?

‒ Też zadajemy sobie to pytanie.

Syriusz wstał. Jego ruchy nie miały może wiele z dawnej gracji, która wyróżniał się za młodu, ale nie były już przynajmniej niezdarne i przypadkowe, jak przez ostatnie lata.

‒ Chodźmy do salonu. Wszystkie kości mnie bolą. Zabiłbym za odrobinę whisky ‒ napotkał ostrzegawczy wzrok Remusa ‒ ale postaram się nie zmarnować okazji na rzucenie tego w cholerę. Za mocną kawę jednak nie pogardzę ‒ dodał i machnął różdżką w stronę szafki.

*sss*

Panował ścisk i harmider. Myślała dotąd, że opowieści Petera o Świętach w Riddle Manor są mocno przesadzone, jednak okazało się, że rzeczywiście Czarny Pan ma gest i wyjątkowo specyficzny gust w tych sprawach. Zaplanowana na wieczór kolacja miała zgromadzić wszystkich członków Wewnętrznego Kręgu wraz z rodzinami oraz gości specjalnych. Szybko zorientowała się, o jakich gości chodzi Voldemortowi.

Zastanawiała się, po co on to robi. Czy sprawia mu to przyjemność? Czy naiwnie sądzi, że jego podwładni właśnie tego oczekują?

Niebawem odpowiedź przyszła sama.

Zanim nadszedł czas na właściwe świętowanie, ogłoszono Doroczne Polowanie. Nikt nie był zaskoczony, co korespondowało z pierwszym członem nazwy. Śmierciożercy klaskali, kiwali głowami z uznaniem lub wdzięcznością. Jednak Hermiona nauczył się już nie patrzyć na poślednich członków Kręgu. Szukała wzrokiem twarzy Rookwooda, Lestrange'a i Malfoy'ów. To oni zdradzali najwięcej: Rookwood spokojne pogodzenie z losem. Lestrange cały trząsł się z emocji. Lucjusz miał na twarzy odmalowana tak oczywistą odrazę, że kobieta zastanawiała się, jak udało mu się przetrwać w obecności swojego pana i mistrza.

I wtedy to pojęła ‒ gdzieś pomiędzy własnym podnieconym piskiem, a klaskaniem. On nie napawał się cierpieniem ofiar, przynajmniej nie to stanowiło dla niego główne danie: Żywił się emocjami, grą pozorów, jaką serwowali mu jego poplecznicy, czerpał przyjemność patrząc, jak płaszczą się i udają szczęście lub powstrzymują lęk i obrzydzenie tylko dlatego, że nie chcą sprowadzić na siebie jego gniewu.

To była chyba najbardziej perwersyjna rzecz, z którą przyszło jej się spotkać. Ten jego uśmiech, z którym omiatał twarze swoich wyznawców, te jego czerwone oczy, które nagle ożywały…

Nie chciała tego wszystkiego wiedzieć…

Ukłoniła się z uśmiechem, gdy na nią spojrzał: to było głębokie dygnięcie, teatralne i przesadzona, ale jemu zdawało się podobać.

Merlinie, ileż ona razy odtwarzała sobie w głowie wszystkie te idiotyczne pozy Bellatrix ze wspomnień Severusa…

‒ Zanim wyruszycie ‒ powiedział do zebranych ‒ chciałbym wznieść z wami toast.

Jego usta wygięły się w takim grymasie, że Hermiona była pewna, że nie może to wróżyć niczego dobrego.

Uniósł kieliszek i jeden kącik ust.

‒ Za wszystkich tych, których z nami już nie ma ‒ jego oczy znów powędrowały w jej kierunku a Hermiona miała wrażenie, że spada, spada wewnątrz siebie.

Czuła narastającą panikę, ale równocześnie wiedziała, że ON nie może tego widzieć, nie może tego poczuć, nie może zobaczyć w niej niczego zdrożnego…

Gadzie oczy zatrzymały się na niej.

‒ Za zdrajców, których dopadniemy.

Wszystkie oczy skierowały się na nią.

*sss*

Syriusz zabawił w kuchni znacznie dłużej, niż planował. Najpierw rzeczywiście parzył kawę, ale potem kątem oka spostrzegł drzwiczki, za którymi zazwyczaj trzymał zapas trunków. Automatycznie ruszył w tę stronę z ręką wyciągniętą w stronę klamki ale zatrzymał się wpół drogi. To nie tak miało być. Stał wpatrzony w drewniany front szafki.

Zastanawiał się.

Z punktu widzenia kogoś innego wyglądałoby to tak, jakby Black rozważał, czy sięgnąć po kolejną butelkę wódki, czy wytrwać w postanowieniu.

Batalia, którą toczył ze sobą w myślach rzeczywiście prowadziła do tej decyzji, jednak nie sprowadzała się do tak prostego dylematu.

W jego głowie bowiem odżyły związane z nawykiem wspomnienia: bolesne echa odrzucenia, kłamstw i wykorzystań, które go spotkały w jego niespełna pięćdziesięcioletnim życiu.

Jak długo już był sam ‒ i nie miał tu na myśli związku lecz dotkliwą pustkę, którą w jego życiu od niepamiętnych czasów zapełniał wlewany w siebie litrami alkohol? Z lubością topił robaka, byle tylko zapomnieć, byle tylko nie czuć ziejącej dziury w miejscu, gdzie powinny być bezpieczeństwo, poczucie akceptacji, przynależności do kogokolwiek?

Kiedyś należał do Huncwotów.

Kiedyś.

Ale potem wszyscy znaleźli swoją drogę w życiu. Nawet mały Peter. Nawet Remus.

Ale nie on.

On był ciągle sam, na peryferiach życia, na granicy załamania…

Nie chciał go nikt: matka, ojciec, brat… Wszyscy w końcu się od niego odwracali. Remus przychodził, ratował go ale odmawiał uczestnictwa w wyniszczających ciągach picia. Za co go winić?

Syriusz chciałby powtarzać sobie, że był odważny, że w poprzedniej wojnie niejednokrotnie wykazał się męstwem. Prawda była jednak inna: on był zbyt tchórzliwy by spróbować żyć, by spróbować wyjść z cienia. Dlatego nie obawiał się śmierci, utraty tego lichego spłachetka egzystencji, który sobie pozostawił. Chwalono jego brawurę.

Pieprzony bohater.

To dzięki niemu Zakon zyskał kilka lat spokoju, dzięki niemu Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać zniknął na jakiś czas by wrócić silniejszym i lepiej przygotowanym do walki…

Zaśmiał się cicho.

Usłyszał za sobą chrząknięcie.

‒ Lupin?

Wilkołak w milczeniu skinął głową. Wyglądał na zatroskanego.

‒ Jak długo tu jesteś?

‒ Wystarczająco ‒ odpowiedział spokojnie.

‒ To nie tak, jak myślisz, ja…

‒ Wylejemy to dziś, Syriuszu. Co do kropli.

‒ Nie ‒ powiedział stanowczo Black.

Lupin uniósł brwi.

‒ Nie ‒ powtórzył spokojniej Syriusz. ‒ Chcę, żeby TO tu było. Chcę sam to zwalczyć. Ja… Potrzebuję udowodnić sobie, że potrafię być na tyle odważny… Chcę jeszcze potrafić spojrzeć sobie w twarz. Przed śmiercią.

Lupin podszedł do niego i objął go, przytulając mocno.

‒ Dobrze jest mieć cię znowu z powrotem Łapo ‒ powiedział, poklepując go mocno po plecach. Próbował nie dać tego po sobie poznać, ale był, na Merlina, był wzruszony jak cholera.

Kiedy się od siebie odsunęli, obaj otarli łzy.

‒ Chodźmy na górę ‒ powiedział Syriusz.

‒ Trzymaj się przyjacielu ‒ powiedział Lupin.

*sss*

Zbladła.

Nie wiedziała, co się dzieje. Albo właśnie ogłaszał jej zdradę, albo był to kolejny zwyczaj. Miała coś powiedzieć?

Największy zdrajca?

Największy zdrajca?

‒ Za Severusa Snape'a ‒ powiedziała wreszcie.

Rozległy się okrzyki radości.

‒ Za Snape'a!

‒ Oby zdechł w męczarniach!

‒ Dopaść skurwysyna!

Śmiała się. Tym razem jej histeryczny chichot pochodził z głębi duszy, z głębi jej przerażenia i ulgi, którą nagle poczuła, gdy okazało się, że udało jej się rozwiązać tę arcyprosta zagadkę.

Śmiała się. Rechotała. Zgięta wpół z trudem łapała oddech w napadzie niepohamowanego napadu pustej wesołości. Łzy ciekły jej po policzkach ‒ prawdziwe łzy, gorzkie i bolesne, ale chichotała dalej po raz pierwszy czując, że oto stoi na granicy obłędu, nad która zataczali się wszyscy jej śmiercionośni towarzysze. Wszyscy tu krążyli przecież wokół psychopatycznej ciuciubabki, ześwirowanego upiora, dementora w ludzkiej skórze.

Voldemort się śmiał. Rookwood podał jej rękę, pomagając wstać, gdy zaczęła dochodzić do zmysłów.

Skinęła mu w odpowiedzi oszczędnie, ale uprzejmie, kierując zaraz swoje pełne uwielbienia spojrzenie w stronę jedynego pana i władcy, który istniał, który mógł tutaj wszystko, dla którego była tylko częścią okrutnej gry, podłej układanki, wyrafinowanej mieszanki jego chorych żądz i zimnych kalkulacji…

‒ Mój Panie i Mistrzu ‒ powiedziała, po raz pierwszy czując w sobie okruch tego szaleństwa, ziarno zrozumienia, które bynajmniej nie pochodziło z zadawania bólu innym, a z ciągłej walki o własne przetrwanie. ‒ Pozwól nam iść.

‒ Idź, Bella. Zabierz mi ich sprzed oczu do końca tego dnia. A wieczorem… wieczorem będziemy świętować.

Wyszła. Tłum rozstępował się przed nią. Szła szybko, z dumnie podniesioną głową. Gdy przekroczyła próg, zaczęła biec.

Miało jeszcze minąć kilkanaście minut, zanim cała ta hałastra złożona ze Śmierciożerców i strażników zbierze się na dziedzińcu.

Rozumiała już, dlaczego Peter uznawał święta za tak okropne. Rozumiała, dlaczego nigdy dotąd nic o tym nie mówił. Snape nie mógł wiedzieć ‒ i się nie dowie, obiecała sobie. Peter, nawet Peter miał na tyle taktu i miłosierdzia, by nie dokładać cegiełki do ciężaru, który niósł na swoich barkach Mistrz Eliksirów.

Polowania wymyślono specjalnie dla niego, by upamiętnić jego zdradę.

Czy to nie w święta wszystko wyszło na jaw? Tak to musiało być właśnie wtedy: potem Lily…

Nie mogła teraz o tym myśleć, nie teraz. Teraz miała do wykonania plan, który ułożyła włócząc się godzinami po pałacu.

Biegła. Założyła kaptur, okryła się czarną szatą. Szczelnie. Z początku kierowała się w stronę wyjścia, ale gdy była już pewna, że zginęła w tłumie, skręciła lewo, przedzierając się w głąb dworu. Teraz zwolniła. Nie mogła zwracać na siebie uwagi. Serce biło jej jak oszalałe, a ona starała się liczyć sekundy. Ile to mogło im zająć? Dziesięć? Piętnaście minut?

A jej?

‒ Przejście ‒ powiedziała opryskliwie, odsłaniając twarz przed strażnikami. Bardzo chciała, żeby jej głos nie drżał, ale wiedziała, że są to tylko jej pobożne życzenia. Może sam widok jej twarzy, może ton jej zdyszanego głosu ‒ pełen paniki, potrzeby i wszelkich emocji, które na raz kłębiły się w jej piersi ‒ coś w każdym razie sprawiło, że mężczyźni puścili ją, burcząc tylko pod nosem coś niezrozumiałego.

Zbiegła po schodach.

Kończył jej się czas. Cenny czas.

Cholerny eliksir nie przestawał działać.

Znalazła się wreszcie w słabo oświetlonym lochu.

Wilgotne, zatęchłe wnętrze wypełniały cele, zapach był odurzający. Hermiona szybko rzuciła na siebie zaklęcie paraliżujące zmysł węchu, żeby nie zwymiotować. Jednak ta krótka chwila, na którą nie była przygotowana wystarczyła, by nie mogła pozbyć się tego zapachu z głowy jeszcze przez długi czas: zgnilizna, ludzkie ekskrementy, woń niemytego ciała, uryny, kwaśny zapach wymiocin…

I krew. Smród krwi i ropy. Rozkładu.

Merlinie…

Mijała kolejne kraty, kolejne drzwi, zaglądała do nich, ale niewiele była w stanie zobaczyć. Na końcu korytarza siedziało jeszcze dwóch strażników. Wstali na jej widok, zaniepokojeni.

Zdjęła kaptur, wyszczerzyła się.

‒ Dawać mi Lovegooda.

‒ Pani Lestrange…

‒ Dawać mi Lovegooda ‒ powtórzyła z naciskiem, wbijając różdżkę w krtań niższego z mężczyzn, ‒ albo pójdź do Czarnego pana i zapytaj go o zgodę. Chcesz? ‒ jej oczy pełne były teraz prawdziwego obłędu: strachu i nadziei w jednym. ‒ A ty? Pójdziesz?

Wyższy bez słowa wyrwał klucze swemu towarzyszowi i szybkim krokiem podszedł do jednej z cel. Wybrał klucz, otworzył zamek.

Weszła.

‒ Rusz stąd swoją leniwą dupę, albo cię przeklnę ‒ zagroziła strażnikowi.

Gdy tamten odszedł, odwróciła się do wychudzonej postaci, którą ledwie widziała w snopie skąpego światła.

Lumos ‒ wymamrotała.

Ksenofilius Lovegood otworzył oczy.

Jej widok otrzeźwił go.

‒ Czego chcesz, Bellatrix? Czy to nie dzień waszego polowania?

Pokręciła głową. Był nadzwyczaj przytomny i racjonalny.

‒ To nie Bella ‒ wyszeptała.

Roześmiał się.

‒ Już graliśmy w te gierki.

Pokręciła zniecierpliwiona głową.

‒ Potrzebuję pana pomocy, panie Lovegood. Luna jest w ciąży. Fred jest ranny.

Zamrugał.

‒ Skąd… Złapaliście ją? Złapaliście moja Lunę? ‒ wykrzyczał.

Chociaż jego nietypowy umysł pozwolił mu zachować zdrowe zmysły, mężczyzna był z pewnością roztrzęsiony i wycieńczony.

Miała mało czasu, tak mało czasu.

‒ Czy jest tu Harry? Ron? Ktokolwiek ‒ szukała jego oczu, ale odwracał uparcie wzrok.

‒ Co cie interesuje Ron? Zostaw chłopca w spokoju tu stara, tfu!

‒ Panie Lovegood… To ja Hermiona…

‒ I może jeszcze sam Merlin.

‒ Czy jest tu Harry? ‒ zapytała ponownie.

‒ Kiedyś to może był Harry ‒ roześmiał się gorzko.

Rzuciła na niego Drentwotę.

Wyszła.

‒ Teraz Weasley ‒ zakomenderowała drżącym głosem. Sama nie wiedziała, skąd znalazła siłę, by mówić…

Ron… On żył. Merlinie… Czy tak się czują zdrajcy?

Otworzono jej kolejne drzwi.

Wiedziała, co będzie musiała zrobić na koniec, wiedziała, ale odpychała te myśl, odpychała te świadomość.

‒ Ron ‒ wyszeptała łamiącym się głosem.

Leżał, chyba spał. Na niego również rzuciła Dretwotę, nie chcąc ryzykować chaosu.

‒ Teraz Potter ‒ poleciła.

Na twarzy strażnika pojawiły się wątpliwości. Zaczynał dodawać dwa do dwóch…

Kurwa mać.

Nie miała czasu, by samodzielnie szukać odpowiedniej celi i kluczy. Mogłaby wypuścić wszystkich, ale nie zdołałaby zabrać ze sobą tylu osób. Nie wiedziała nawet, czy da sobie radę z tą trójką…

Tym razem wbiła różdżkę w kark mężczyzny. Mocno.

Syknął.

Widziała, jak zerknął w stronę niższego kolegi.

Zacisnęła zęby.

Albo oni, albo ja, albo oni albo ja…

‒ Avada kedavra ‒ powiedziała, wycelowawszy różdżkę.

Stojący z kluczami w dłoniach mężczyzna sięgnął do kieszeni szaty.

‒ Już ‒ powiedziała.

Po policzkach ciekły jej łzy. Nie z żalu. Z nerwów.

Otwórz. Te. Pieprzone. Drzwi.

Otworzył.

‒ Avada Kedavra ‒ powiedziała ponownie. Za drugim razem było łatwiej.

Czy nie to mówił jej Snape? Że będzie co raz prościej?

‒ Harry…

Urwała. W świetle swojej różdżki zobaczyła to, co na myśli miał Lovegood.

Zwymiotowała. Nie musiała mieć węchu, żeby czuć, sam wzrok wystarczał jej za wszystkie zmysły…

Podeszła do niego. Odwróciła go na plecy. Na to, co zostało z jego pleców.

Dlaczego? Dlaczego właśnie on? Przecież nic nie znaczył… Nie znaczył więcej niż którekolwiek z nich…

Może Peter coś wie?

Wątpiła.

Drżącymi dłońmi wyłuskała fiolkę, tę, którą dał jej Snape. Odkorkowała, prawie ją przy okazji upuszczając.

Klęła głośno, gdy przechylała ją nad otwartymi ustami przyjaciela. Nie wiedział, co czuje człowiek trafiony śmiertelną klątwą, nie chciała, by zginął tak, jak oprychy Voldemorta. Nie. To musiał być akt łaski. Dla niego. Dla niej, żeby jeszcze kiedykolwiek mogła sprzeć sobie w twarz.

‒ Merlinie, Harry, co oni ci zrobili… ‒ płakała.

Był prawie goły, przykryty szmatą. Ciało miał w strzępach : nie zagojonych ranach, wrzodach, Merlin wie czym jeszcze. Nie mieli środków, żeby to zwalczyć. Nie mieli potrzebnych składników. Żył pewnie tylko dlatego, że tutejszy Mistrz Eliksirów podtrzymywał go przy życiu.

Dlaczego?

Po co w ogóle pytała? Czy ten szaleniec kierował się w ogóle jakimiś logicznymi pobudkami?

Wyszła.

Wiedziała, że on teraz tylko zaśnie i że nikt nie domyśli się, jak skonał.

Zamknęła drzwi kluczem, który wciąż tkwił w zamku.

Zawahała się.

Jeśli otworzy inne cele, jeśli ich wypuści, straci cenny czas, a większość z nich i tak zginie…

Nie mogła ryzykować.

Wybrała te trzy nazwiska. Wyczekała moment, gdy znalazło się kilka chwil. Wykonała zadanie. Teraz musiała spróbować zatuszować to, przeżyć.

Zabrała różdżkę jednego ze strażników.

Zostały jej do rzucenia jeszcze cztery zaklęcia.

Hall był pusty. Dwa trupy leżały w ciszy.

Zostawiła przy nich różdżkę strażnika z dołu. Zabrała kolejną. Co mogła lepszego zrobić? Niech powstanie zamęt…

Własną różdżkę ‒ różdżkę Hermiony Granger, którą rzuciła pierwsze klątwy, schowała do spodni.

Wyjrzała na dziedziniec, ale nikogo już tam nie było.

Kolejne dwa trupy… jakież to było łatwe…

Wylewitowała ciała przed dwór modląc się, by nikt nie przechodził właśnie korytarzem. Wydostała się, objęła unoszących się mężczyzn i zniknęła.

Zza rogu wyszedł mężczyzna w czarnej szacie. Ściągnął kaptur. Augustus Rookwod pochylił się nad ciałem zabitego strażnika i zmarszczył brwi.

*sss*

Remus Lupin stał już w drzwiach. Odwrócił się by popatrzyć po raz ostatni na ozdobiony światełkami hall. W domu pachniało pieczona gęsią i puddingiem. Czuł smutek i tęsknotę. Za wieloma sprawami, ludźmi i rzeczami… naciskał właśnie klamkę, gdy drzwi od laboratorium otworzyły się. Uniósł brwi na ten nader niespodziewany widok. Jednak jeden rzut oka na zawiniątko trzymane przez Mistrza Eliksirów pozbawił go wszelkich złudzeń i wątpliwości. Uśmiechnął się łagodnie.

‒ Oddam to jej… jeśli się pojawi ‒ powiedział cicho.

‒ Dobrze ‒ Snape skinął głową.

‒ Mam jej coś przekazać?

Dawny szpieg popatrzył na Remusa, jak na idiotę.

‒ Nieważne. Spokojnych Świąt, Severusie. Życzyłbym ci wesołych, ale chyba obaj zgadzamy się co do tego, że byłoby to niestosowne.

‒ Ucisz się już Lupin, bo gadasz, jak potłuczony ‒ mruknął Snape, po czym oddalił się do swojego lochu.

*sss*

Z cichym trzaskiem obok głazu pojawiły się trzy postaci. Lupin, który dotąd półsiedział, oparty o skałę, drgnął i poderwał się na nogi. Miał już poddać się i wracać. Uśmiechnął się do Hermiony. Wyglądała jak cień samej siebie; bladą cerę, zapadnięte oczy jedynie podkreślała czarna szata śmierciożercy.

‒ Merlinie, Hermiono, jak ty… czy wszystko w porządku?

Bezgłośnie pokiwała głową. Na jej ramionach opierała się dwójka mężczyzn. Remus pomógł jej ich posadzić. Spojrzał na ich brudne, wynędzniałe twarze. Byli nieprzytomni, pogrążeni w czymś w rodzaju letargu, ale żywi. Rozpoznał ich.

‒ Jak ci się to udało…

Podniosła rękę, pokazując mu, by umilkł.

‒ Nie mam czasu tego wyjaśniać, Remusie. Muszę wracać tam… tam panuje chaos. Jeśli… jeśli zorientują się, że zniknęłam, będę spalona. Musisz mnie wysłuchać.

Pokiwał głową. Hermiona wzięła głęboki oddech.

‒ Wrócę najszybciej, jak to będzie możliwe. W obecnej sytuacji nie mogę jednak powiedzieć, czy oznacza to dni, czy tygodnie. Musisz mi coś obiecać, Remusie ‒ patrzyła mu intensywnie w oczy, jakby chciała wyczytać z nich odpowiedź na niezadane jeszcze pytanie.

‒ Naturalnie, zrobię, co w mojej mocy…

Pokręciła stanowczo głową.

‒ Nie, Remusie, MUSISZ to zrobić.

‒ Okej, Hermiono, powiedz najpierw o co chodzi.

‒ Nie pozwól, by ktokolwiek, ZWŁASZCZA James powiedział Ronowi cokolwiek o mnie i Severusie.

Lupin potarł dłonią potylicę.

‒ Oczekujesz ode mnie, żebym zamknął go w kufrze razem z Bellą?

Na twarzy dziewczyny pojawił się przelotnie cień uśmiechu.

‒ Remusie, błagam…

‒ Co zamierzasz? Wiem, że to niedyskretne pytanie ale czy w obecnej sytuacji…

‒ Nic nie zamierzam Lupin ‒ mruknęła. ‒ Mam cholerny mętlik w głowie. Po prostu… dopilnuj, żeby nic złego się nie wydarzyło do mojego powrotu, dobrze?

Lupin niechętnie pokiwał głową.

‒ Muszę to usłyszeć, Remusie ‒ wciąż patrzyła na niego z tą rozbrajającą siłą. ‒ Zależy mi na nich. Obu.

‒ Dobrze ‒ powiedział wreszcie. ‒ Zrobię wszystko, żeby się nie pozabijali.

Hermiona odetchnęła głębiej, wypuszczając powietrze przez zaciśnięte usta. Wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać.

‒ Hermiono, czy wszystko…

‒ Nie pytaj, Remusie, proszę, bo się rozkleję. Teraz już rozumiem, czemu Snape…

‒ Jest takim dupkiem?

Uśmiechnęła się gorzko i otarła oczy.

‒ Mniej więcej.

Chwilę stała niezdecydowana, po czym zarzuciła Lupinowi ręce na szyję. Zachwiał się zaskoczony, ale zaraz przycisnął do siebie młodą czarownicę. Gładził jej plecy, czując jak wstrząsają nią kolejne fale szlochu.

‒ Już dobrze… ‒ mówił to i wiele innych bezsensownych rzeczy, które nie miały żadnego znaczenia, ale przyjęło się wypowiadać przy takich okazjach. ‒ Wiesz, że możesz teraz wrócić i rzucić to wszystko w diabły?

Pokręciła gwałtownie głową.

‒ Nie mogę, nic nie udało mi się jeszcze ustalić. I błagam, nie mów nic Severusowi, nie mów, że się rozkleiłam, ja… nie chcę, żeby się martwił.

Lupin uśmiechnął się.

‒ On już wychodzi z siebie, Hermiono, od dnia, w którym Sama-Wiesz-Kto cię wezwał, nie daje nam żyć albo zamyka się w pracowni. Nie trzeba być magomedykiem, żeby wiedzieć, że się o ciebie niepokoi.

‒ Tym bardziej nic mu nie mów ‒ mruknęła.

Odsunęła się od Lupina.

‒ Muszę wracać.

‒ Weź eliksiry. Snape dał mi parę na wypadek, gdybyś się tu zjawiła. I wypij jeden teraz.

‒ Co… Ach, tak.

‒ Powodzenia, Hermiono ‒ uśmiechnął się, próbując dodać jej otuchy. Serce mu pękało, gdy widział, jak dziewczyna szykuje się do powrotu. Spojrzał na dwóch opartych o głaz mężczyzn. Luna i Weasley'owie oszaleją z radości. Usłyszał pyknięcie. Gdy podniósł wzrok, już jej nie było.