Rozdział dziesiąty
Syriusz, nie czekając na odpowiedź Amelii, jednym ruchem różdżki przywołał swój plecak, po czym obrócił się na pięcie i wyszedł. Nawet się za nią nie obejrzał, nie mówiąc już o tym, żeby wysłuchał tego, co miała do powiedzenia.
Po mieszkaniu rozległ się huk zamykanych z impetem drzwi. Amelia stała nieruchomo, wpatrując się z konsternacją w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Syriusz. Wzięła głęboki wdech i ledwo powstrzymała się, żeby nie wybuchnąć płaczem. Uspokoiwszy się nieco, zawędrowała do kuchni i nastawiła czajnik, chociaż czuła, że jeszcze chwila, a zamiast z filiżanką herbaty na kanapie, skończy z butelką Ognistej pod stołem.
Na kuchennym blacie zauważyła niewielkie, wykonane z ciemnego drewna pudełko. Na pierwszy rzut oka wyglądało jak szkatułka, w której dostała swoją pierwszą, zakupioną u Ollivandera różdżkę, o czym utwierdziły ją wygrawerowane na niej złote napisy. Uchyliła wieko i na widok jej zawartości, nieomal wrzasnęła ze strachu. W środku zamiast różdżki, na muślinowej szmatce leżał długi, kręty i lśniący na czarno róg. Spojrzała na niego niepewnie - miał idealnie gładką fakturę, głęboki, czarny kolor, ostro zakończony czubek… Wyglądał jak misterna rzeźba. Natychmiast zatrzasnęła wieko pudełka i schowała je głęboko, na samym dnie szafy w sypialni.
Amelia rzuciła się na łóżko i skuliła w kłębek pod kołdrą. Skoro Syriusz zostawił jej róg, to oznaczało, że nie miał już dłużej zamiaru uczestniczyć w jego zniszczeniu, a to chyba wskazywało na definitywny koniec ich znajomości. Z jednej strony, zranił ją przeokrutnie swoimi oskarżeniami, a z drugiej… Miał rację. Praca, którą zajmowała się w urzędzie była nieetyczna i w gruncie rzeczy, od jakiegoś czasu polegała głównie na donoszeniu - nie tylko na szmalcowników i śmierciożerców, ale również, jak się teraz gorzko przekonała, na przyjaciół… Jej serce boleśnie zatłukło się o klatkę piersiową, a Amelia nie mogła powstrzymać myśli, że naprawdę zaczęło zależeć jej na Syriuszu, o czym dobitnie przekonała się teraz, gdy wszystko było między nimi skończone.
Nazajutrz rano czuła się w totalnej rozsypce, ale zebrała się w sobie i teleportowała w ślepym zaułku nieopodal Ministerstwa. Spojrzawszy do góry, poczuła wzbierające w niej wymioty, gdy dostrzegła gmach budynku, do którego zazwyczaj wchodziła z obojętną miną. Pokręciła głową, celem odpędzenia tych myśli, a następnie szybkim krokiem przemierzyła ostatnią prostą prowadzącą do zatoki i usiadła przy biurku. Przebywanie w tym miejscu było ostatnią rzeczą, na którą miała ochotę - mury Ministerstwa boleśnie przypominały jej o każdym słowie Syriusza, które wbijały się w nią jak szpile. Może faktycznie powinna napisać wypowiedzenie i odejść…
Nieoczekiwanie nad jej głową pojawił się Kingsley.
- Amelio - powiedział cicho, pochylając się nad jej biurkiem. - O dwunastej jest rozprawa w związku z utworzeniem przez pewne osoby tajnej organizacji pozaministerialnej - spojrzał na nią znacząco, a Amelia natychmiast pojęła, że miał na myśli Zakon.
- Jak to rozprawa? - wybałuszyła na niego oczy. - Było już przesłuchanie w tej sprawie?
Kingsley skinął głową. Minę miał co najmniej posępną.
- Ogden kazał mi przekazać, żebyś się przygotowała.
- Ja też mam w tym uczestniczyć? - zdziwiła się, marszcząc czoło.
- Na to wygląda - mruknął.
- A ty się wybierasz? - zapytała w nadziei, że nie będzie osamotniona w patrzeniu, jak Wizengamot karze jej przyjaciół za spiskowanie przeciwko Ministerstwu.
- Nie - odparł krótko. - Ale wierzę, że coś wymyślisz, Amelio - uśmiechnął się do niej tajemniczo.
- Ale co…?
- Powodzenia - powiedział Kingsley i pospiesznie oddalił się, pozostawiając ją z zaskoczoną miną.
Wspaniale. Ten dzień nie mógłby być gorszy.
Zdziwiło ją tajemnicze zachowanie Kingsley'a, a w uszach zadudniło zdanie "...wierzę, że coś wymyślisz, Amelio". Mężczyzna oznajmił to tak pewnie, jakby naprawdę wierzył, że mogła coś poradzić...
Myśl, Bones, myśl…
Wzdrygnęła się. Po nazwisku mówił do niej tylko Syriusz, a on nie był już dłużej częścią jej życia - a przynajmniej nie w jego fizycznym aspekcie, bo mentalnie wciąż ją prześladował.
Amelia prawie podskoczyła na krześle, gdy uświadomiła sobie, że przecież nie raz czytała kodeksy wydane przez Wizengamot - magiczne prawo jawnie nie zabraniało tworzyć organizacji pozaministerialnych, a już tym bardziej nie wspominało o karach gorszych niż grzywna za brak ich rejestracji...
Wybiegła na sam dół do archiwum Wizengamotu.
- Co potrzebujesz, kochaniutka? - zacmokała do niej drobna, siwa babuleńka, której głowa ledwo co wystawała zza kontuaru przy samym wejściu.
- Potrzebna mi Karta Praw Wizengamotu - wydyszała, zatrzymując się gwałtownie przed jej biurkiem i nieomal nie zrzucając z niego papierów. - A także Dekret o Organizacjach Pozaministerialnych.
- Szykuje się rozprawa? - zagadnęła ją.
- Tak - skinęła głową.
- Ach, słyszałam… Podobno znowu utworzono jakąś nielegalną grupę...
Kobieta oddaliła się na chwilę, a Amelia nerwowo zastukała palcami o skraj jej biurka.
- Proszę cię bardzo - powiedziała życzliwym tonem, wręczając jej do ręki plik arkuszy.
- Dziękuję - mruknęła w odpowiedzi, po czym obróciła się na pięcie i pognała z powrotem do zatoki.
Amelia zlustrowała uważnie każdy akapit długiego na kilka stóp arkuszu pergaminu, dziwiąc się, że gdziekolwiek jeszcze sprzedawali woluminy o tak pokaźnej długości.
Przestępstwa przeciwko pokojowi, ludzkości oraz przestępstwa wojenne
To nie...
Przestępstwa przeciwko mugolom
Również pudło. Merlinie, dlaczego to musiało być takie długie? I tak, jakby nie mogli zrobić spisu treści…
Przestępstwa przeciwko Ministerstwu
Bingo!
Pogrążyła się w lekturze interesującego ją rozdziału, a jej entuzjazm stopniowo gasnął, gdy zbliżając się do jego końca, w dalszym ciągu nie znalazła ani jednej interesującej ją wzmianki. Spojrzała na najnowsze rozporządzenia Ministerstwa w oparciu o Kartę Praw Wizengamotu i porównała oba te dokumenty. Właściwie, nie wydano żadnej nowej decyzji, która definiowałaby rodzaj kary za utworzenie tego typu organizacji…
I wtedy pod stertą papierów zauważyła, że dostała od tajemniczej kobiety w archiwum jeszcze jeden wolumin. Spojrzała na niego, uświadamiając sobie, jak głupia była, że nawet o nim nie pomyślała...
Międzynarodowy Kodeks Czarodziejów
Przeleciała wzrokiem po wszystkich rozdziałach, a jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu, gdy ujrzała dokładnie to, co chciała zobaczyć.
Założenie i przynależność do organizacji pozaministerialnej, również niezarejestrowanej, nie jest podstawą do nałożenia sankcji karnej na czarodzieja, charłaka lub magiczne stworzenie.
Nie jest podstawą do nałożenia sankcji karnej… To znaczy, że Minchum na pewno nie może skazać nikogo na Azkaban.
- Piętnasty kwietnia, przesłuchanie dyscyplinarne - zagrzmiał głos Minchuma - w sprawie złamania Dekretu o Organizacjach Pozaministerialnych z 1912 roku i Dekretu o Restrykcjach Wobec Organizacji Pozaministerialnych przez następujące osoby…
Amelia siedziała w dolnej ławie na przypominającej koloseum sali, oświetlonej jedynie mdłym blaskiem pochodni. Obok niej Ogden zawzięcie coś notował. Wpatrywała się w członków Zakonu, którzy znajdowali się w centralnej części pomieszczenia, okupując dwa rzędy dostawionych specjalnie na tę rozprawę ławek.
- Zarzuty wobec oskarżonych brzmią następująco: wymienieni oskarżeni, celowo i z rozmysłem dopuścili się stworzenia nielegalnej organizacji pozaministerialnej w celu sabotowania autorytetu Ministerstwa Magii, co stanowi pogwałcenie paragrafu szóstego Dekretu o Organizacjach Pozaministerialnych z 1912 roku, a także paragrafu drugiego Dekretu o Restrykcjach Wobec Organizacji Pozaministerialnych. Proszę o wystąpienie głównego oskarżonego, Alastora Moody'ego.
Moody podniósł się z ławki i dziarskim krokiem wystąpił na środek.
- Ty jesteś Alastor Moody, zamieszkały w Aberdeen w Szkocji, przy Ashgrove Road West numer czterdzieści dwa?
- Tak - potwierdził mężczyzna, łypiąc na niego złowrogo.
- Czy oskarżony przyznaje się do członkostwa w nielegalnej organizacji pozaministerialnej?
- Tak.
- Czy oskarżony znał charakter organizacji, do której należał?
- Tak.
- Czy oskarżony przyznaje, że organizacja została stworzona celem sabotowania Ministerstwa Magii?
- Nie.
Minchum spojrzał spode łba na stojącego w samym dole Moody'ego.
- Czy oskarżony zdaje sobie sprawę z konsekwencji związanych ze składaniem fałszywych zeznań przed Wizengamotem?
- Tak.
- A zatem, w imieniu moim i sędziów Wizengamotu, prosimy o przedstawienie charakteru działalności tej organizacji.
- Założycielem tej grupy jestem ja - powiedział Moody, obrzucając członków Wizengamotu surowym spojrzeniem - i powołałem ją w celu walki ze śmierciożercami.
- Walką ze śmierciożercami zajmują się aurorzy - odezwał się siedzący obok ministra Bartemiusz Crouch. - Nie sądzę, żeby w tej intencji należało tworzyć nielegalne organizacje.
- Jako szef Biura Aurorów poprosiłem moich pracowników o pomoc w walce ze śmierciożercami poza godzinami pracy, bo zagrożenie ze strony Voldemorta jest coraz większe, a stosunek ilości aurorów do śmierciożerców zbyt mały.
Sędziowie zadrżeli na dźwięk imienia, którego nie wolno było wymawiać, a już na pewno nie głośno na forum Wizengamotu. Zaczęli pomrukiwać i szeptać między sobą; niektórzy wybałuszyli oczy na aurora, a inni siedzieli nachmurzeni i kręcili głowami.
- A zatem oskarżony chce powiedzieć - wtrącił wyniośle Crouch, prostując się na krześle - że założył nielegalnie organizację celem sabotowania nie Ministerstwa, acz Biura Aurorów?
- Założyłem ją, żeby wzmożyć siły w poszukiwaniach śmierciożerców. Członkami mojej organizacji nie są wyłącznie aurorzy.
- Mhm - mruknął Minchum z nieprzekonaną miną. - Bez względu na cel organizacji, oskarżony dopuścił się złamania paragrafu szóstego Dekretu o Organizacjach Pozaministerialnych, który jawnie zakazuje podejmowania tego typu przedsięwzięć bez zgody Ministerstwa i prowadzenia takowych działalności bez ich rejestracji…
Moody przyglądał się ministrowi z posępną miną.
- …A zatem Wizengamot jest zmuszony nałożyć na głównego oskarżonego, Alastora Moody'ego, dwumiesięczną karę pozbawienia wolności za nielegalne stworzenie organizacji pozaministerialnej w opozycji do Biura Aurorów, stanowiącego wydział Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.
Serce Amelii zabiło szaleńczym rytmem. Dwa miesiące spędzone w Azkabanie same w sobie były przerażające i, co gorsza, zwiastowały brak powrotu Moody'ego na poprzednie stanowisko - magiczne prawo zabraniało pracy w Biurze Aurorów przez osoby karane więzieniem. A to wszystko miałoby się wydarzyć za sprawą jej raportów...
- Panie Ministrze - powiedziała głośno, podnosząc się z ławy. Oczy wszystkich skierowały się na nią, a Amelia poczuła, że sędziowie Wizengamotu wlepili w nią surowe spojrzenia. - W myśl rozdziału osiemnastego Międzynarodowego Kodeksu Czarodziejów nie można nałożyć sankcji karnej na czarodzieja za założenie lub przynależność do organizacji pozaministerialnej, nawet utworzonej nielegalnie.
Jej głos nie zadrżał ani odrobinę. Amelia była dumna.
Minister Minchum zlustrował ją surowym spojrzeniem i uniósł brwi wysoko do góry. Serce dziewczyny załomotało w piersi tak mocno, że słyszała szum własnej krwi w uszach.
- A pani to kto?
- Amelia Susan Bones - odpowiedziała hardo. - Asystentka dyrektora Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów.
- Co ty robisz? - syknął siedzący obok niej Ogden, którego postanowiła zignorować.
- Ach tak... - odrzekł powoli Minchum, a jego twarz rozjaśnił kpiący uśmieszek, zapewne dochodząc do wniosku, że nie jest nikim ważnym w tej rozprawie. - A zatem, panno Bones, gdyby pani przeczytała Dekret o Organizacjach Pozaministerialnych, dowiedziałaby się pani, że zarówno założenie, jak i aktywne uczestnictwo w nielegalnej organizacji kwalifikuje do ukarania każdego zamieszanego w nią uczestnika.
- Przeczytałam go - odpowiedziała z nagłą determinacją w głosie, patrząc mu prosto w oczy. - Natomiast chciałabym zauważyć, że wspomniany przeze mnie Międzynarodowy Kodeks Czarodziejów jest dokumentem o większej mocy prawnej niż Dekret o Organizacjach Pozaministerialnych.
Po sali rozległy się szepty niemal tak gorączkowe, że całe pomieszczenie wypełnił szum przyciszonych głosów. Amelia zauważyła, że niektórzy sędziowie popatrzyli w jej stronę i pokiwali twierdząco głowami.
- CISZA - zagrzmiał Minchum. - Proszę usiąść, panno Bones. Wydawane przez Ministerstwo rozporządzenia nie zaprzeczają sobie wzajemnie, a zatem, bazując wyłącznie na podstawie Dekretu o Organizacjach Pozaministerialnych, mam pełne prawo ukarać oskarżonych.
- Istotnie, żadne dokumenty sobie nie zaprzeczają - powiedziała Amelia, uśmiechając się szeroko. - Międzynarodowy Kodeks Czarodziejów zakazuje w omawianym przypadku nałożenia sankcji karnej, a Dekret o Organizacjach Pozaministerialnych nie definiuje jasno rodzaju wymierzanej kary.
Na sali zapadła grobowa cisza, a Minchum zastygł z kamienną twarzą.
- Ma rację - odezwał się siedzący trzy rzędy wyżej, tęgi mężczyzna z sumiastym wąsem. Amelia rozpoznała w nim Tyberiusza Doge'a. - Jeśli Międzynarodowy Kodeks Czarodziejów zabrania w tym przypadku nałożenia sankcji karnej, to oskarżonemu na pewno nie może zostać wymierzona kara pozbawienia wolności.
Amelia usiadła na ławie z triumfalną miną.
- A zatem, zgodnie z Kartą Praw Wizengamotu, wymierzam głównemu oskarżonemu, Alastorowi Moody'emu, karę w wysokości dwustu galeonów i wymierzam każdemu współuczestnikowi organizacji, założonej przez głównego oskarżonego, karę w wysokości stu pięćdziesięciu galeonów - oznajmił srogo Minchum. Jego twarz była purpurowa ze złości. - A także zawieszam Alastorowi Moody'emu, prawo wykonywania zawodu aurora na okres dwóch miesięcy i zawieszam następującym oskarżonym: Dorcas Meadowes i Beniowi Fenwickowi prawo wykonywania zawodu aurora na okres miesiąca. Jamesowi Potterowi, Remusowi Lupinowi, Frankowi Longbottomowi i Alicji Fortescue zawieszam prawo kontynuowania kursu aurorskiego również na okres miesiąca.
Amelia odetchnęła z ulgą. Kara była dość surowa, ale z drugiej strony, mógł ich całkowicie zwolnić…
- Niniejszym zamykam posiedzenie rady.
Sędziowie Wizengamotu wstali z ław, rozmawiając i zbierając swoje pergaminy. Amelia spojrzała w kierunku Ogdena, który uśmiechnął się do niej lekko i powiedział:
- Dobra robota, panno Bones. Chyba sobie pani wzięła do serca moją uwagę o karierze w Wizengamocie...
Amelia kiwnęła do niego głową i ledwo powstrzymała się, żeby z radości nie zbiec w podskokach ze schodów.
- Panno Bones - usłyszała za sobą męski głos. Niemal natychmiast odwróciła się, uświadamiając sobie, że należał on do tęgiego mężczyzny, który poparł ją na rozprawie. - Bardzo dobre wystąpienie.
- Dziękuję, panie Doge - uśmiechnęła się promiennie.
- Czy nie rozważała pani pracy w Wizengamocie?
- Kiedyś na pewno - odpowiedziała, kierując się wraz z nim do wyjścia.
- A teraz? - zaśmiał się. - Prawdę mówiąc, szukam nowej asystentki, a pani wydała mi się być dość bystra...
Amelia wytrzeszczyła na niego oczy. Nie mogła uwierzyć, że za sprawą jednej rozprawy - jej pierwszej w życiu zresztą, ktoś mógłby ją zauważyć i zainteresować się na tyle, żeby zaproponować pracę. I w dodatku Doge był jednym z pięćdziesięciu sędziów Wizengamotu...
- Ja…
- Oczywiście, proszę to przemyśleć - zlustrował ją pogodnym spojrzeniem. - Gdyby była pani zainteresowana, proszę zgłosić się do mojego gabinetu. Dębowe drzwi z numerem siedem na parterze.
Doge zniknął za filarem, zostawiając ją wrytą w podłogę korytarza i z rozdziawionymi ustami.
Amelia pojawiła się w korytarzu Wrzeszczącej Chaty, ze zdumieniem odkrywając, że w kwaterze panowała niepokojąca cisza. Przystanęła na chwilę i nasłuchiwała, ale z wnętrza siedziby nie dobiegł jej ani jeden stłumiony głos. Podążyła w kierunku jadalni i zatrzymała się wpół kroku na widok siedzącej na fotelu przed kominkiem Marleny McKinnon.
- O proszę - uśmiechnęła się szyderczo na widok stojącej w progu Amelii. - Gwiazda Wizengamotu przyszła.
- Zazdrościsz, Marls? - zmierzyła ją surowym spojrzeniem.
- Nie - prychnęła. - Dobrze dla ciebie, przynajmniej się trochę zrehabilitowałaś po tej wtopie z Zakonem…
Amelia poczuła się tak, jakby ktoś kopnął ją w brzuch.
- O co ci chodzi? - zapytała, siadając przy jadalnianym stole. Kątem oka zerknęła w kierunku kukułkowego zegara, modląc się w duchu, żeby ktoś się zjawił i zakończył jej wątpliwą przyjemność rozmowy z Marleną.
- O nic - wzruszyła ramionami i zlustrowała ją krytycznym spojrzeniem. - Trochę byś się postarała, wiesz… Wyglądasz ostatnio jak obraz nędzy i rozpaczy.
Amelia, słysząc tę uwagę, wzniosła oczy ku niebu.
- Syriusz cię rzucił, co? - zapytała uszczypliwie.
Nic jej nie odpowiedziała.
- Zgadłam, tak? - Oczy Marleny rozszerzyły się z radości.
Amelia dalej milczała.
- Mogłaś się tego po nim spodziewać, naprawdę…
- My nigdy nie byliśmy razem, Marlena - uśmiechnęła się gorzko. - Więc nikt nikogo nie rzucił.
- Ale coś między wami było - stwierdziła, bacznie się jej przyglądając.
Amelia wstrzymała oddech i mimowolnie zacisnęła szczękę. Twarz Marleny rozjaśniła się w jadowitym uśmiechu.
- Ktoś tu się chyba zakochał - skwitowała, świdrując ją triumfalnym spojrzeniem. - Żałosna jesteś, naprawdę… Serio myślałaś, że Syriusz mógłby się zaangażować w poważną relację z tobą?
Amelia nie odpowiedziała nic - siedziała w milczeniu i wpatrywała się uporczywie w kukułkowy zegar.
- Widać było, że macie romans i było wiadome, że tak szybko, jak się on rozpoczął, to tak szybko się skończy...
Nie wytrzymała.
- Słuchaj - odparowała rozeźlona. - Jak chcesz, to go sobie weź, proszę bardzo. Krzyżyk na drogę i życzę szczęścia.
- Ależ ja go nie chcę - prychnęła. - Nie będę po tobie zbierała ostatków.
- To o co ci chodzi?
- O nic - powtórzyła raz jeszcze, posyłając jej rozbawione spojrzenie. - Zwyczajnie uznałam za zabawne, że jest jeszcze na tym świecie osoba, która dałaby się wciągnąć w romans z Blackiem...
- Świetnie - westchnęła Amelia, czując wzbierającą w niej irytację. - Cieszę się, że chociaż ty się dobrze bawisz.
- Ale wiesz co jest w tym wszystkim najlepsze? - kontynuowała Marlena ze zwycięską miną. - Że nie tyle wciągnęłaś się w romans i skończyłaś ze złamanym sercem… Ty się chyba naprawdę zabujałaś…
W jadalni Wrzeszczącej Chaty pojawił się Remus.
- O… - zdziwił się na ich widok. - Ee... Cześć.
Amelia w odpowiedzi posłała mu spojrzenie pełne ulgi i wdzięczności, na co Remus zmarszczył brwi w nieco zaskoczonym wyrazie. Marlena odwróciła się na fotelu i wlepiła wzrok w ogień trzaskający za szybą komina.
- Co tam słychać? - zagadnął, ale nikt mu nie odpowiedział, bo do jadalni wparowała chmara członków Zakonu Feniksa.
- Bones, dobrze się spisałaś - pochwalił ją Moody od progu i dziarskim krokiem podkuśtykał w jej stronę.
- No co ty, Moody - zaperzył się James, obrzucając go srogim spojrzeniem. - To było genialne. Gdyby nie nasza Amelia, siedziałbyś teraz w Azkabanie.
- Och, to nic takiego - odparła, machając ręką. - Byłam wam to winna. Zresztą i tak zostaliście zawieszeni…
- To tylko dwa miesiące - parsknął Moody. - Tak to bym przez ten czas gnił w celi.
- Amelio, od dzisiaj będę śpiewał ci peany pochwalne - oznajmił James, szczerząc do niej zęby.
Zaśmiała się. Rogacz naprawdę był przekochany.
Przez próg jadalni Wrzeszczącej Chaty przestąpił Syriusz. Serce zabiło jej mocniej w piersi. Odważyła się, żeby wychylić głowę i spojrzeć na niego, ale mężczyzna zdawał się jej nie zauważyć.
Nie zapominaj, że według niego jesteś układną urzędniczką, która robi wszystko, co jej każą - niczym pociągana za sznurki kukiełka...
- Słyszałem, że mój brat, Tyberiusz, zaproponował ci pracę - zwrócił się do niej Elfias Doge. - Bardzo mu zaimponowałaś na tej rozprawie.
Mogłaby przysiąc, że w tym momencie stojący za jej plecami Syriusz obrócił się i obrzucił ją zaskoczonym spojrzeniem. Amelia uśmiechnęła się szeroko.
Niech ma za swoje i lepiej, żeby nie odważył się więcej nazywać jej donosicielką.
- Tak - potwierdziła głośno, zwracając twarz w kierunku Elfiasa. - W poniedziałek się do niego wybiorę w tej sprawie.
- Słuchajcie - zagrzmiał Moody, gdy policzył, że byli już w komplecie. - Dzisiaj nie będzie typowego zebrania.
Oczy wszystkich skierowały się na Alastora.
- Jedyne, co chciałem wam przekazać, to to, że Zakon dalej będzie kontynuował swoją działalność - oznajmił uroczyście, jednakże nikt nie wydawał się być zaskoczony tą informacją. - Dumbledore pojechał do Gregorowicza, żeby negocjować z nim różdżki.
- Czy one będą rejestrowane? - zapytał Frank, marszcząc brwi.
- Tylko jak sobie pójdziesz i zarejestrujesz, Longbottom - parsknął Moody. - No, a teraz, z racji tego, że nie trafiłem do Azkabanu, możemy się napić Kremowego Piwa.
Amelia cały wieczór unikała Syriusza, a on zdawał się unikać jej. Co jakiś czas łapała się na tym, że spogląda na niego ukradkiem i za każdym razem żałowała, że nie wzięła ze sobą rogu dwurożca, bo miała ochotę się nim zdzielić w łeb za to, że to robi. Co gorsza, gdy tak kątem oka na niego zerkała, doszła do wniosku, że Syriusz był absolutnie nieporuszony jej obecnością w kwaterze i cały wieczór zachowywał się zupełnie tak, jakby nie istniała.
Kremowe Piwo, jako wyraz triumfu po dzisiejszej batalii w Ministerstwie, w moment spadło z piedestału, ustępując miejsca Ognistej Whiskey. Obskurne wnętrze Wrzeszczącej Chaty tętniło życiem - dźwięk muzyki rozbrzmiewał niemal z każdego jej pomieszczenia i Amelia mogłaby przysiąc, że gdyby nie zaklęcia wyciszające, słychać byłoby ich aż na błoniach Hogwartu.
- Amelio - zagadnął James, wyciągając jej z ręki pustą szklankę. - Dlaczego się nie bawisz?
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że stoi na uboczu z nieciekawą miną, opierając się plecami o ścianę i wpatrując w Lily i Alicję, które śpiewały wniebogłosy w akompaniamencie mugolskiego magnetofonu, z którego rozbrzmiewała pozbawiona tekstu muzyka. Lily mówiła, że to się nazywa… Karaoke? Jakoś tak. W każdym razie Amelia pomyślała, że chętnie dołączyłaby do dziewczyn, gdyby tylko nie miała tak ponurego nastroju.
- Och, ja tylko - zaśmiała się nerwowo - zamyśliłam się.
- Coś cię trapi, mam rację? - zapytał, uśmiechając się do niej ciepło.
- Tak - przyznała nieco strapionym głosem. - James… Trzeba zniszczyć róg dwurożca.
- A, racja. Syriusz go przecież sprowadził z powrotem... Zamierzacie go zniszczyć razem, zgadza się?
Amelia pokręciła głową w przeczącym ruchu, a jej twarz nieoczekiwanie przybrała jeszcze pochmurniejszy wyraz.
- Póki co, na to zadanie pisze się tylko ja i Dumbledore - szepnęła niemal bezgłośnie, jednak James wydawał się usłyszeć każde słowo.
Rogacz momentalnie wyprostował się, robiąc poważną minę.
- Jak to ty i Dumbledore? - powtórzył, patrząc na nią zagadkowo. - A co z Syriuszem?
- Nie wydaje mi się, żeby chciał dłużej uczestniczyć w tym zadaniu - skwitowała, siląc się na obojętny ton.
- Nonsens - parsknął James, mierzwiąc jej włosy. - Oczywiście, że będzie chciał, przecież wiesz jaki jest...
Kąciki ust Amelii opadły posępnie w dół, a wesoły uśmiech natychmiast zniknął z twarzy przyjaciela.
- Pokłóciliście się, mam rację? - zapytał. - Mogłem się domyślić…
- To nic takiego, James - odparła, wzruszając ramionami i zmuszając się do bladego uśmiechu. - My po prostu… Wyjaśniliśmy sobie wszystko.
W odpowiedzi mężczyzna wlepił w nią bystre spojrzenie.
- Chyba nie do końca, bo wydajesz się być przygnębiona. A Syriusz od wczoraj chodzi jakoś dziwnie rozdrażniony…
- No coś ty - zaprzeczyła żywiołowo. - Ja jestem wykończona przez to zakichane Ministerstwo… A on raczej nie wygląda na rozdrażnionego - mruknęła nieco posępnym tonem i kiwnęła głową w stronę Syriusza.
Kątem oka zauważyła, że z drugiego końca sali Black dostrzegł ten gest i nawet przerwał na chwilę partyjkę Eksplodującego Durnia, którą właśnie rozgrywał z Frankiem - jednakże najwyraźniej tylko po to, by odwrócić się do nich plecami. Widząc to, James uniósł do góry brwi w sceptycznym wyrazie.
- Słuchaj, Amelio, porozmawiam z nim. Na razie mieszka u mnie, więc mam duże szanse wyciągnąć od niego to i owo. Oczywiście, jak już trochę ochłonie, bo na razie kręci mi się po chałupie jak tykająca bomba...
- Nie! - syknęła nerwowo. - Masz z nim o tym nie rozmawiać, ani tym bardziej nie wspominać mu, że ci się o to żaliłam!
- Ale dlaczego?
- Bo mam jeszcze resztki honoru, żeby takich spraw nie załatwiać przez pośredników!
- Ale ja jestem wyjątkowym pośrednikiem - wyszczerzył do niej zęby. - Syriusz nie lubi dusić w sobie zbyt wielu emocji, a ja wysłuchuje jego życiowych dylematów od jedenastego roku życia. Jak go dobrze podejdę, to się wszystkiego dowiem, ale najpierw wolałbym znać twoją wersję...
Amelia poczerwieniała lekko.
- James, naprawdę doceniam twoje zaangażowanie, ale nie chcę, żebyś się w to mieszał. Zresztą, między mną a Syriuszem nie ma już czego załatwiać, bo wszystko zostało między nami wyjaśnione.
James poprawił okulary na nosie, ze skupieniem zmrużył oczy i oznajmił:
- Moja intuicja wróżbity podpowiada mi, że nie jesteś ze mną do końca szczera.
- James! - jęknęła Amelia.
- Dobrze, już dobrze - położył jej ręce na ramionach w uspokajającym geście i uśmiechnął się do niej szeroko. - Wiesz, ja z Lily też tak za sobą chodziliśmy…
- O nie, ty i Lily to zupełnie inna historia - pokręciła gwałtownie głową, jakby za wszelką cenę chciała odpędzić to porównanie z myśli. - Moja i Syriusza jest już skończona.
- Mhm… - wymamrotał.
Twarz Jamesa nieoczekiwanie pojaśniała; jego oczy błysnęły radośnie, a uśmiech stał się prawie tak szeroki, że mogła dostrzec cały rząd jego białych zębów. Amelia posłała mu pytające spojrzenie.
- Obiecałem Syriuszowi się nie wtrącać - wyjaśnił w odpowiedzi. - Ale nie wiem, jak wy tego nie widzicie… Dla mnie to jest tak oczywiste, jakby mi to ktoś drukowanymi literami napisał.
Amelia zignorowała tę uwagę - nie chciała słuchać żadnych aluzji odnośnie rozdziału w jej życiu, który był już bezdyskusyjnie zamknięty.
- To co z tym przeklętym rogiem? - westchnęła, zmieniając temat.
- Z tego co wiem, Dumbledore ma się zająć inferiusami - powiedział James. - Więc nam zostało...
- Musimy się nauczyć panować nad szatańską pożogą - wtrąciła pospiesznie. - Ja, ty i Remus.
- Rozumiem, że Syriusz nie?
- Odpada.
- Nie wiem, czy będzie chciał przegapić taką okazję…
- Raczej będzie - odparła cierpko. - Zostawił mi ten róg w mieszkaniu, więc dla mnie jego przekaz jest jasny.
- U ciebie w mieszkaniu?! - James wytrzeszczył na nią oczy. - Przecież to jest szalenie niebezpieczny przedmiot…
- Dlatego musimy to szybko załatwić - mruknęła, przeczesując wzrokiem salon w poszukiwaniu Remusa. Gdy odnalazła go spojrzeniem, Lunatyk odwrócił głowę w stronę Amelii, zupełnie jakby poczuł jej wzrok na sobie. Pomachała mu z daleka, na co on podszedł do nich.
- Chciałaś czegoś ode mnie, Amelio? - zagadnął.
- Tak - skinęła głową. - Wiemy, jak można zniszczyć róg dwurożca i trzeba jak najszybciej zabrać się za ćwiczenie rzucania szatańskiej pożogi.
- A tak, Syriusz mi mówił - odpowiedział z zadumaną miną. - Dumbledore ma chyba pomóc opanować inferiusy, prawda?
- Jejku… - szepnęła, a jej oczy rozszerzyły się w zdumieniu. - Jak wy to robicie, że między wami jest tak dobry przepływ informacji?
- Mamy swoje sposoby - zaśmiał się James, na co Amelia przechyliła głowę i wlepiła w niego zaciekawiony wzrok. - Lusterka dwukierunkowe.
- Faktycznie - powiedziała, przypominając sobie, że Syriusz ciągle z kimś za jego pomocą rozmawiał. Oczywiście, gdy jeszcze u niej mieszkał… Potrząsnęła głową i dodała szybko: - Musimy ustalić, gdzie możemy poćwiczyć. Macie jakieś pomysły?
Nieoczekiwanie poczuła chłodny powiew na karku, od którego przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Obróciła się lekko i pożałowała tego od razu, gdy kątem oka ujrzała przechodzącego za nią Syriusza, który zimnym spojrzeniem zmierzył jej plecy.
- Polana położona pięć mil za lasem w Little Norton - mruknął Remus, nie zwracając uwagi na jej chwilową dekoncentrację. - Dumbledore wskazał mi to miejsce do moich przemian i mogę zapewnić, że jest całkowicie bezpiecznie.
- Świetnie - uśmiechnęła się do niego, po czym zaraz przybrała strapioną minę, gdy uświadomiła sobie jeden fakt. - Ale czy nie ma ryzyka, że przez przypadek spalimy las?
- W trzy osoby myślę, że damy radę na tyle kontrolować płomień, żeby nie dopuścić do jego nieograniczonego rozprzestrzenienia się - odparł James, zaciskając usta. - Amelio, skoro róg jest u ciebie, to żeby nie narażać cię na niebezpieczeństwo, myślę, że powinniśmy już jutro z samego rana zacząć ćwiczyć…
- Tak, James, masz absolutną rację - zgodziła się. - Dacie radę pojawić się u mnie o ósmej?
Mężczyźni skinęli głowami.
- To ja uciekam do siebie - powiedziała, zgarniając torebkę i płaszcz z krzesła. - Do zobaczenia jutro.
Pożegnawszy się krótko z pozostałymi we Wrzeszczącej Chacie osobami - oczywiście poza Syriuszem, który wówczas nieoczekiwanie gdzieś zniknął, podążyła do korytarza i deportowała się przecznicę od swojego mieszkania.
Przestępując przez próg, miała dziwne przeczucie, że coś było nie tak, a jej obawy potwierdziły się, gdy tylko zapaliła światło w przedpokoju.
- Powiesz mi wreszcie, Łapo, co się dzieje między tobą, a Amelią? - zagadnął James, bezwiednie mieszając łyżeczką w swojej herbacie. Siedzieli przy kuchennym stole w domu państwa Potterów, a Rogacz wpatrywał się w niego tak, jakby nie chciał przegapić ani jednego jego gestu, słowa lub zachowania.
- Rozmawiałem z właścicielem mojego poprzedniego mieszkania i chętnie wznowi ze mną umowę, więc od jutra wracam do siebie - rzucił Syriusz w pragnieniu zmiany tematu, jednak jego przyjaciel wydawał się być nieugięty i natarczywie manifestował swoją wścibskość poprzez ciskanie w niego lawinami wyczekujących spojrzeń. - Rogaś, maltretujesz mnie o to od godziny - westchnął.
- Dobra, ale to jest ważne - skwitował James, zaplatając przed sobą dłonie. - I do tego unikasz tematu, więc coś musi być na rzeczy…
- Swoją drogą, dziwne, że akurat teraz mnie o to wypytujesz. - Syriusz zmarszczył brwi. - Rozmawiałeś o tym z Bones, mam rację?
- Syriuszu, błagam - odparł, wywracając oczami. - Dzisiaj w kwaterze słowem się do siebie nie odezwaliście… O co chodzi?
Łapa wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze.
- Pokłóciliśmy się - powiedział zdawkowo.
- O co? - Rogacz spojrzał na niego z ukosa, niewymownie zachęcając go do kontynuowania wypowiedzi.
- Palnąłem coś bez zastanowienia i Amelia się wkurzyła.
- Myślałem, że u was to normalka? - Zdziwiony James podrapał się po brodzie.
- Naprawdę palnąłem głupotę i Bones naprawdę się wkurzyła - burknął ponuro, wlepiając wzrok w gołą ścianę przed sobą. W duchu modlił się, żeby Rogacz przestał go już o to wypytywać.
- Co takiego jej powiedziałeś? - Jego modły jak zwykle nie zostały wysłuchane, bo James dalej drążył niewygodny temat, zmuszając go do spowiedzi.
- Wytknąłem jej, że pracuje na nieco… Donosicielskim stanowisku.
Rogacz westchnął przeciągle, a Syriusz nie mógł oprzeć się wrażeniu, że owo westchnienie stanowiło wyraz rezygnacji nad jego własną głupotą.
- Łapo, a co ona miała innego zrobić? Wydać dodatkowo siebie?
- Nie wiem - wycedził przez zęby. - Nie przemyślałem tego porządnie.
- W porządku - uciął. Syriusz pomyślał z przekąsem, że czuł się, jakby udzielano mu rozgrzeszenia. - O co jeszcze poszło?
- Powiedziałem jej, że zrezygnowałem dla niej z oferty w banku Câştiga… - bąknął pod nosem. - A ona stwierdziła, że wplątałem ją w relację, w której nigdy nie chciała się znaleźć.
- Aha! - zawołał James, a jego twarz przybrała zwycięski wyraz. - No nareszcie się czegoś konkretnego dowiedziałem. Wiesz, Łapo, na co dzień wolę jednak twoją mniej naburmuszoną wersję...
Syriusz nie zdążył skomentować tej cennej uwagi, bo po domu państwa Potterów rozległo się głośne dudnienie, które przypominało walenie pięściami o drzwi. Huncwoci wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenia, poderwali się z krzeseł i niemal natychmiast doskoczyli do miejsca hałasu.
- James! - zawołał nerwowo kobiecy głos. Syriusz był niemal przekonany, że należał on do Amelii i jego żołądek zacisnął się boleśnie. - Otwórz, to ja, Amelia…
Rogacz zerknął na niego pytająco, na co ten skinął głową w przytakującym geście.
- Amelio, pytanie kontrolne - powiedział głośno. - Dlaczego Syriusz nie przyjął oferty w banku Câştiga?
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Rogacz z całą pewnością leżałby trupem u progu własnego domu.
- Och… - Amelia zawahała się, zbita z pantałyku. - James, błagam, nie pytaj mnie o tego kretyna.
Syriusz westchnął przeciągle. W sumie miała rację - niewątpliwie był kretynem…
- Dobra, to kiedy i gdzie odbyła się twoja pierwsza akcja?
- Dwudziesty marca, Pokątna.
James odryglował zamki, po czym otworzył drzwi i wpuścił do środka roztrzęsioną Amelię, która obrzuciła ich obu wystraszonym spojrzeniem.
- Ktoś włamał się do mojego mieszkania - szepnęła ochryple, a wzrok utkwiła w jakimś punkcie przed sobą. - Róg zniknął.
Syriusz z wrażenia wstrzymał oddech, a stojący obok niego James zesztywniał w bezruchu z kamienną miną.
- To musiał być ktoś, kto wiedział, gdzie mieszkam - kontynuowała, oddychając coraz płycej i szybciej; z każdą chwilą jeszcze bardziej dygocząc ze zdenerwowania. - I ktoś, kto najprawdopodobniej miał świstoklika…
Momentalnie poczuł na sobie jej oskarżycielski wzrok, co zmusiło go, żeby po raz pierwszy tego wieczoru spojrzeć jej w oczy. Zaraz szczerze tego pożałował, bo wyraz twarzy Amelii był tak ostry i gniewny, że przez krótką chwilę pomyślał, że pragnie go zamordować.
- Skąd wiesz, że ten ktoś miał świstoklika? - zapytał przytomnie James, po czym położył jej dłoń na plecach i poprowadził do kuchni, najwyraźniej celem odwiedzenia jej od chęci rzucenia klątwy na Syriusza.
- Bo drzwi stały nienaruszone - burknęła, zaciskając gniewnie usta i w dalszym ciągu świdrując ostrym spojrzeniem Łapę. - Były zamknięte dokładnie tak, jak zawsze je zamykam.
- Nie było mnie w twoim mieszkaniu - powiedział, unosząc ręce w obronnym geście. - A ten złoty galeon leży na dnie mojego plecaka w sypialni - dodał, kiwając głową w kierunku schodów prowadzących na piętro.
- Tak? - zapytała wyzywająco, zapierając ręce po bokach ciała. Jej usta drżały. - A może ktoś ci go ukradł? Albo wypadł ci z kieszeni na jakiejś akcji?
- Bones - syknął. - W życiu nie wziąłbym świstoklika na akcję. Poza tym, ostatnio używałem go wczoraj i potem wrzuciłem go do plecaka...
Jego oczy rozszerzyły się zupełnie tak, jakby właśnie coś sobie uświadomił. Bez chwili zwłoki, pognał po schodach na górę. Amelia i James wymienili zaskoczone spojrzenia, po czym pobiegli za nim. Mężczyzna wtargnął do pokoju, zgarnął swój plecak i potrząsając nim, wyrzucał całą jego zawartość, a ogromna ilość najróżniejszych przedmiotów z brzękiem potoczyła się po podłodze.
- Accio świstoklik!
Odczekał parę sekund - nic się jednak nie wydarzyło. Mimowolnie poczuł wzbierającą w nim złość, gdy przetrząsnął wszystkie swoje rzeczy i dalej nie znalazł tego przeklętego świstoklika. Zaczął otwierać każdą szufladę, szafkę i komodę, w nadziei, że znajdzie tę jedną, małą, mieniącą się na złoto monetę...
Syriusz wyprostował się powoli i zwrócił twarz w kierunku Amelii i Jamesa.
- Nie ma go - szepnął, zastygając w bezruchu. - Ktoś go stąd ukradł.
Zrozpaczona Bones usiadła na najbliższym krześle, podpierając łokcie na kolanach i rozmasowując dłońmi skronie, Rogacz z kolei poprawił okrągłe okulary na nosie i wlepił w niego zszokowane spojrzenie.
- Łapo, kto mógłby go stąd zabrać? - zapytał po chwili, przerywając pełną napięcia i dramatyzmu ciszę.
- Nie wiem - odpowiedział bezbarwnym tonem. - Na pewno go miałem wczoraj i na pewno go tu ze sobą przywiozłem - dodał z przekonaniem w głosie.
- Nikogo tutaj nie było - jęknął Rogacz. - Tylko ty, Peter i Remus. Zupełnie nikt obcy…
- James! - Usłyszeli w oddali dźwięczny, kobiecy głos. Chwilę później w pokoju pojawiła się Euphemia Potter w puszystym, różowym szlafroku. - Strasznie hałasujecie…
- Mamo - zwrócił się do niej poważnym tonem. - Miałaś wczoraj jakichś gości?
- Żadnych - odparła, ziewając głośno i przecierając zmęczone oczy. - Przecież byłeś tutaj cały czas… A co się stało?
Wszyscy troje wymienili zaniepokojone spojrzenia.
- Zniknął świstoklik teleportujący do mieszkania Amelii - wyjaśnił Syriusz, marszcząc czoło. - I ktoś się dzisiaj do niego włamał.
Błyszczące oczy Euphemii rozszerzyły się ze strachu.
- Och, Merlinie - westchnęła, wpatrując się współczująco w skurczoną na krześle Amelię. - Jak dobrze, że nie było cię wtedy w mieszkaniu…
- Wiem - bąknęła w odpowiedzi, zaciskając usta w cierpkim wyrazie. - Pewnie byłabym już martwa.
Żołądek Syriusza zacisnął się w supeł. Znowu miała rację - nie powinien był tworzyć tego przeklętego świstoklika… Bones mogła zginąć tej nocy i byłaby to wyłącznie jego wina.
- Niczym się nie przejmuj - powiedziała Euphemia, uśmiechając się ciepło do Amelii. - Możesz zostać u nas tak długo, jak tylko potrzebujesz.
- Dziękuję, ale nie chcę sprawiać kłopotu. Wrócę na noc do rodziców.
- Bez sensu ich niepokoić w środku nocy, Amelio - wtrącił Rogacz. - Naprawdę to żaden problem, żebyś została...
- No dobrze - zgodziła się po chwili. Syriusz wyczuł lekkie zawahanie w jej głosie i odniósł dziwne wrażenie, że jej niechętny ton spowodowany był w głównej mierze jego obecnością w tym domu.
- Skoro nikogo tutaj nie było... - powiedział James, z rezygnacją siadając na skraju łóżka i przejeżdżając dłońmi po włosach - to jakim cudem ktoś ukradł twojego świstoklika, Łapo? - przeniósł na niego wzrok.
- Sam chciałbym to wiedzieć - odparł z gorzką miną. - Naprawdę, od wczoraj nigdzie go ze sobą nie zabierałem…
- A kiedy go ostatnio używałeś? - zapytała Euphemia. - Wczoraj?
- Tak - potwierdził. - I potem od razu teleportowałem się do was.
- Rozumiem. - Kobieta skinęła głową. - Może trzeba jeszcze raz przeszukać sypialnię…
Syriusz uklęknął na ziemi, ponownie przegrzebując stertę swoich rzeczy, chociaż w głębi duszy czuł, że nie miało to najmniejszego sensu. Tej monety nie dało się w żaden sposób przeoczyć; używał jej przez ostatni miesiąc prawie codziennie i doskonale pamiętał, że nawet z daleka lśniła i połyskiwała na złoto, wyraźnie kontrastując na tle innych przedmiotów.
- Nie ma go na pewno - oznajmił dobitnie.
- Chwileczkę - powiedziała Amelia, raptownie podnosząc się z krzesła. - Załóżmy, że faktycznie ktoś się tutaj włamał i ukradł świstoklika - dodała, obrzucając całą trójkę gorączkowym spojrzeniem.
- Dom jest chroniony zaklęciem Fideliusa - wtrąciła Euphemia. - Nikt z zewnątrz nie mógłby się do niego dostać, Amelio.
- I ten ktoś od razu potem teleportował się do mojego mieszkania, po czym przetrząsnął całą jego zawartość, nie zabierając zupełnie niczego wartościowego… - kontynuowała, nie zważając na komentarz pani Potter. - Oprócz rogu dwurożca.
Syriusz zerknął na nią kątem oka, od razu domyślając się, co chodziło jej po głowie.
- To musiał być ktoś, kto wiedział, że róg jest w moim mieszkaniu - oznajmiła dosadnie. - I ten ktoś wiedział, że Syriusz ma do niego świstoklika.
W pokoju zapadła grobowa cisza.
- Wśród was jest śmierciożerca - skwitowała Euphemia z pełną rozwagą w głosie.
- Czy wszyscy członkowie Zakonu wiedzą o rogu? - zapytał James, nerwowo przemierzając całą długość sypialni w tę i z powrotem.
- Na pewno nie - zaprzeczył żywiołowo Syriusz. - Ani Dumbledore, ani Moody nie wyjawił Zakonowi wprost, po co pojechaliśmy do Rumunii.
- Na bank ktoś z nas jest śmierciożercą - powiedziała Bones, a jej oczy błysnęły w zrozumieniu. - Przecież pamiętacie akcję w Upper Barnton, prawda? Oni się nas wtedy spodziewali...
James i Syriusz pokiwali głowami. Euphemia wpatrywała się w tę scenerię z dozą zaciekawienia, zapewne próbując nadążyć za ich rozmową.
- Ile osób wiedziało o świstokliku? - zapytała Amelia, przenosząc wzrok na Syriusza.
- Ja, ty, James, Remus, Peter - wyliczył, myśląc intensywnie nad tym pytaniem. - I Dumbledore.
- Amelio, nie chce mi się wierzyć, żeby Remus albo Peter mogli być śmierciożercami - powiedział James. - Nie przeczę, że wśród nas jest zdrajca, ale być może ten ktoś nas podsłuchuje, stąd zna te wszystkie szczegóły?
- Nie wiem - pokręciła smutno głową. - Nie mam siły nad tym teraz rozmyślać.
- Chodź, Amelio - powiedziała troskliwie Euphemia, podchodząc do niej i kładąc jej dłoń na ramieniu w pokrzepiającym geście. - Zaprowadzę cię do sypialni, musisz odpocząć.
Amelia przytaknęła w odpowiedzi i wyszła z pokoju, podążając za panią Potter.
