ROZDZIAŁ XI

KREW NA PAPIERZE

– A pokazujesz mi gejowskie pornopocztówki, gdyż…? – zawiesił głos Severus. Był poirytowany, niewyspany i spięty. Od kilkunastu minut krążył od ściany do ściany jak zwierzę w klatce.

Jego plany na pierwszy dzień świąt były w miarę sprecyzowane, ale rzeczywistość, jak zwykle, miała to w dupie. Właściwie od samego rana wszystko szło nie tak. Zaczęło się od prezentów. Snape, owszem, spodziewał się, że Dumbledore znajdzie sposób, by przemycić do jego komnaty jakieś szeleszczące paczuszki z podejrzaną zawartością. Do pewnego stopnia nawet się z tym pogodził. Nie przewidział natomiast, że sztuka ta uda się również Horacemu Slughornowi i Minerwie McGonagall. Żeby nie zestresować się jeszcze bardziej, postanowił chwilowo nie sprawdzać, czym został obdarowany. Dostatecznie przygnębiająca była sama myśl o konieczności rewanżu. Błogosławił w duchu instynkt, który nakazał mu podczas ostatniej bytności w Londynie nabyć kilka butelek niezłego koniaku. Jedną zamierzał zabrać na dzisiejszy bankiet u Malfoyów, pozostałe trzy zakupił na wszelki wypadek. Wielce przewidująco, jak się właśnie okazało.

Na domiar złego w swoim własnym, prywatnym, obłożonym zaklęciami gabinecie, dokładnie pośrodku biurka, Severus znalazł liścik. Od lat nikomu nie udało się niepostrzeżenie podrzucić mu liściku, uznał to więc za osobisty afront. Liścik był spisany zielonym atramentem na jakimś nierówno oddartym, zamokłym kawałku koperty. I bynajmniej nie zawierał świątecznych życzeń.

Najbardziej nawiedzona chałupa w okolicy. W południe. Zapukaj dwa razy. Mam coś.

R.

W związku z tym, zamiast pić kawę w zaciszu własnej kwatery i przygotowywać się mentalnie do starcia z Malfoyami, Severus był zmuszony wyjść z zamku znacznie wcześniej, niż pierwotnie zamierzał. Z flaszką koniaku za pazuchą ruszył w zadymkę, by – przebrnąwszy przez lśniące od światełek i rozdzwonione kolędami Hogsmeade – ostatecznie wylądować we Wrzeszczącej Chacie. Za którą od czasów szkolnych, delikatnie mówiąc, nie przepadał.

xxxW pomieszczeniu panował półmrok – szyby, od zewnętrz zalepione śniegiem, a od wewnątrz brudem, nie wpuszczały zbyt wiele światła. W pyle na podłodze widniała ścieżka wydeptana stopami Severusa, poza tym kurz leżał jednak na centymetr grubo. Pokrywał wszystkie sprzęty, wirował i z cichym trzaskiem spalał się w płomieniu świecy. W podartych, zwisających burymi girlandami firankach kotłowały się bahanki, w szafie (z jednym tylko skrzydłem drzwi chwiejącym się smętnie na resztce zawiasów) mieszkało, sądząc po odgłosach, coś większego. Spośród mebli poniewierających się po całej izbie Rita przywróciła do stanu używalności dwa krzesła i ciężki, okrągły stół. Reszta sprzętów była w ruinie, jakby ktoś nimi co najmniej rzucał. Niektóre elementy umeblowania sprawiały dodatkowo wrażenie poobgryzanych – gdzieniegdzie zachowały się jeszcze niepokojąco głębokie ślady zębów. Panna Skeeter miała szczerą nadzieję, że cokolwiek je pozostawiło – już sobie stąd poszło.

Mimo wszystko Wrzeszcząca Chata była dobrym wyborem. Nikt poza Ritą – która wleciała przez przewód kominowy i zdjęła czary od wewnątrz – nie miał szans (ani ochoty) się tu dostać.

Odstawiła kieliszek i zerknęła na Severusa. Chyba go to drażniło – że była tu pierwsza, że jednym ruchem różdżki otworzyła mu drzwi, że ślady jej stóp znajdowały się tylko pośrodku pokoju. I że wciąż nie wiedział, jak to zrobiła.

A, i że bez pytania napoczęła jego koniak. Cóż, mógł nie stawiać butelki na stole, skoro nie zamierzał częstować. Teraz prezentował jedną ze swoich najpaskudniejszych i najbardziej odstraszających min. Krzywiąc się z niesmakiem, podbródkiem wskazał wizerunek nagiego młodzieńca.

– Chcesz zbadać moją orientację? Była standardowa, kiedy ostatnio sprawdzałem.

Rita przewróciła oczami.

– Może trudno ci w to uwierzyć, złotko, ale jest mi z tego powodu bardzo wszystko jedno. I – dodała – to nie jest pornopocztówka.

– A co?

– Zdjęcie.

– Fascynujące. Kogo przedstawia?

Uśmiechnęła się nieznacznie.

– Ty pierwszy.

Severus drgnął. Zwykle trzymał się zasady, by pierwszy krok pozwolić wykonać przeciwnikowi. Zwłaszcza w sytuacji, gdy deal był kruchy, a żadna transakcja nie została jeszcze sfinalizowana. Tak było bezpieczniej. Cóż, widocznie oboje mieli podobne standardy bezpieczeństwa.

– Słucham? – Spróbował zagrać na zwłokę, ale Rita zupełnie to zignorowała.

– Lucjusz Malfoy. – Wyciągnęła przed siebie lewe przedramię i bardzo powoli, niemal zmysłowym gestem, przesunęła po nim palcem, nie spuszczając wzroku ze Snape'a. – Tak czy nie?

Zamrugał, a potem skrzywił się, gdy jego mózg zdekodował przekaz.

– Tak – mruknął z niechęcią.

– Dziękuję, złotko. Byłam niemal pewna, ale wiesz… Zawsze lepiej mieć informacje z pierwszej ręki.

– Na procesie o tym nie wspomnieli?

Rita wzięła łyk koniaku i pokręciła głową.

– Jakim procesie? To było niemal spotkanie towarzyskie. I nie, jakoś nie. Proces Malfoya był…

– Farsą?

– Oszałamiającym spektaklem, odegranym przez tancerzy na wodzie i lodzie. Feerią papug. Powinieneś był to widzieć, złotko. Powinieneś był. Bardzo interesujące, ale nie kazali mu nawet zdjąć koszuli. Co zresztą trochę szkoda.

– Jezu, czy ty zawsze…

– Lubię – wyjaśniła, nie precyzując jednak, co dokładnie ma na myśli. Severus wolał nie wnikać. Zamiast tego postanowił przejść do konkretów.

– Dobra, twoja kolej. Facet ze zdjęcia. Kim jest?

– Nie mam pojęcia – oświadczyła Rita z rozbrajającą szczerością i przeciągnęła się leniwie. – Ale się dowiem – dodała szybko, widząc minę Severusa. – Już niedługo.

– I to ma być informacja? Chyba żartujesz.

– Poczekaj. To nie wszystko. Nie mówiłam jeszcze, skąd to mam.

– Mianowicie?

– Może najpierw strzel sobie jednego, co? – Podbródkiem wskazała mu butelkę z koniakiem.

– Nie pijam przed obiadem. I nie mam czasu, więc streszczaj się, z łaski swojej. Skąd to masz?

Uśmiechnęła się tryumfalnie.

– Z Doliny Godryka. Udało mi się…

Nie dokończyła, bo nagle kilka rzeczy wydarzyło się naraz. Kieliszek z koniakiem roztrzaskał się na stole w deszcz ostrych odłamków, płomień świecy zadygotał. Przede wszystkim jednak wydarzyła się szponiasta dłoń Snape'a zaciśnięta na jej, Rity, gardle, znienacka i całkiem na serio. I jego głos – wściekły, niemal histeryczny:

– W co sobie pogrywasz, no w co?!

W zasadzie wszystko to razem – targany gwałtownymi emocjami dwudziestolatek, przyciskający ją całym ciałem do ściany, zakurzona groza Wrzeszczącej Chaty, cierpki posmak alkoholu i adrenaliny, łatwość, z jaką można by obrócić całą sytuację w coś zupełnie, ale to zupełnie innego – było na swój sposób ekscytujące. Z jednym małym wyjątkiem. Brutalne zabawy brutalnymi zabawami, życie na krawędzi życiem na krawędzi, ale Rita bardzo nie lubiła, gdy ją duszono. Instynktownie wbiła więc paznokcie w zaciskającą się na jej szyi dłoń. Niemal odruchowo ugięła kolano i wymierzyła nim strategiczny cios, a wolną ręką na odlew walnęła Severusa w twarz, aż zadzwoniło. Potem odskoczyła o metr dalej, wibrując z niepokoju i gwałtownie powstrzymywanej potrzeby przemiany, ściskając różdżkę w dłoni. To jednak nie było potrzebne. Akcja bezpośrednia wystarczyła. Snape zwinął się w pałąk na zakurzonej podłodze, jęcząc ze zgrozy.

– Nigdy więcej tego ze mną nie próbuj, ty histeryczny szczeniaku, ty głupi gówniarzu – zakomunikowała Rita lodowatym, lekko tylko nieswoim głosem. – Nie wiem, co odpierdalasz, ale twoje schizy są twoje. Rozumiemy się?

Od strony podłogi dobiegł wściekły syk.

Rita z rozmachem pociągnęła solidny łyk koniaku prosto z butelki. Drżącymi dłońmi wygrzebała z kieszeni zapalniczkę. Chwilę to zajęło, ale w końcu udało jej się skrzesać ogień i przypalić papierosa. Przymknęła oczy i zaciągnęła się. Raz, drugi, trzeci. Dopiero wtedy poprawiła zmierzwione włosy, zbadała położenie okularów, wygładziła spódnicę. A potem zrobiła dwa długie kroki w kierunku Severusa. Wyciągnęła rękę. Snape przez chwilę patrzył na nią z obrzydzeniem, ale w końcu chwycił ją i pozwolił, by Rita pomogła mu wstać.

– Przepraszam – rzekł oficjalnie, wciąż krzywiąc się z bólu. W ustach czuł lekki posmak krwi. Ostrożnie przesunął językiem po zębach, ale szczęśliwie wszystkie były na miejscu. – Poniosło mnie.

– Tak, zauważyłam.

xxx

Minął rok i dwa miesiące od wtedy. Od tamtej nocy, którą pamiętał tylko w obrazach. Przerażająco wyraźnych, wypranych z najdrobniejszego śladu emocji.

Nie próżnował przez ten czas.

Najpierw rozprawił się ze wspomnieniem dementorów, z zamrożonymi, pozamykanymi w lochach umysłu reakcjami na ich obecność. Zupełnie jakby odkręcał kurek – poddawał się wspomnieniu natarczywych, ssących ust strażników Azkabanu, pozwalał popłynąć zablokowanym emocjom, które wyzwalali. Wystawiał twarz na ich oddechy, każdą ich historyjkę opowiadał sobie raz po raz i wciąż od nowa, niczym upiorną bajkę na dobranoc. Wziął na klatę każde po kolei uderzenie rozpaczy. Utytłał krwią ścianę przy łóżku i wykradł skrzatom z kuchni całkiem solidną porcję czekolady, nim wreszcie się z tym uporał. Ani śladu po dementorach, wywołane przez nich odbicie któregoś ze wspomnień nigdy już nie wypłynie przypadkiem na powierzchnię.

Potem zabrał się za cały syf wojenny, którym nie dał rady zająć się wcześniej. Miał w tym wprawę. Bolało, ale ostatecznie – co nie boli? Myślał o tym jak o przemeblowaniu, wyczerpującej, wymagającej ogromnego nakładu sił i środków czynności, która jednak, w ostatecznym rozrachunku, ułatwia życie. Upuszczał parę po troszku, pomalutku, dzień po dniu. Napięcie w jego ciele i umyśle zmniejszało się – nieznacznie, ale stopniowo. Wszystko zgodnie z planem.

Jednak tamta noc… Miał świadomość, że w tej sprawie zachowuje się co najmniej lekkomyślnie. Wspomnienie było odcięte, w ogóle go nie ruszał. Rzucił na nie czarny, nieprzenikniony woal, gęstą zasłonę, niemal natychmiast, w desperackim akcie samoobrony. A potem odciął. Kompletnie.

To była zła strategia, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Podobnie jak z faktu, że tak potraktowane wspomnienie będzie generowało trudności. Delikatnie mówiąc.

Nigdy nie istnieje wyłącznie jedna droga do wspomnienia. Oklumenta musi nie tylko chronić je przed bezpośrednim przywołaniem, ale także – może przede wszystkim – pamiętać o zabezpieczeniu przed przypadkową aktywacją, która może nastąpić z dowolnego poziomu. Dźwięk, zapach, obraz, odległe skojarzenie. Skomplikowany zamek synestezji.

Kiedy izolował wspomnienie, starał się przewidzieć wszystkie możliwe kanały dostępu i zadbać o możliwie jak najlepszą ochronę. Ale przy brutalnym odcięciu to tak nie działało.

Po tamtej nocy została cała masa furtek, których nie pozabezpieczał, bo po prostu nie miał siły ich dotykać. Wszędzie mogły się do nich znaleźć obrazy-klucze, słowa-klucze. Powiększone okularami sarnie oczy głupiej wróżki. „Dolina Godryka" w ustach Rity. Co jeszcze? Ile jeszcze takich zapalników? Ile uruchamiaczy tykającej bomby jego wspomnień? Pewnego dnia ktoś mu się – dajmy na to – przedstawi nazwiskiem Evans, a Severus w efekcie urządzi krwawą jatkę, niczym Syriusz Black w ostatnim dniu wojny. Tak, istniała spora szansa, że w końcu zrobi komuś krzywdę. Albo, co może bardziej prawdopodobne, sobie.

Rzeczywistość dawała mu bardzo jasne sygnały – albo coś z zrobi ze wspomnieniem listopadowej nocy w Dolinie Godryka, albo już teraz może zacząć kopać sobie gustowną mogiłkę pod Zakazanym Lasem.

Problem w tym, że jeśli spróbuje coś z tym zrobić, efekt może być dokładnie taki sam.

Myślał o całej sprawie chłodno i beznamiętnie, ale w głębi duszy świetnie wiedział, co kryje się pod technicznym, suchym terminem „odciętego wspomnienia". Poznał tylko przedsmak tego uczucia, zaledwie pierwsze uderzenie. Ale to wystarczyło. Miał niemal pewność, że wspomnienie – uwolnione – rozedrze go na krwawe strzępy, kawałek po kawałku. Zrobi z niego miazgę. Wrak człowieka. Coś w tym stylu. A Severus – choć nawet przed samym sobą nie chciał się do tego przyznać – czepiał się życia mniej więcej tak samo mocno, jak każda inna istota ludzka. Bez względu na to, jak marne i bezsensowne by ono nie było. Chciał żyć. Najlepszy dowód stanowił fakt, że przetrwał. I że zamierzał robić to dalej.

xxx

– Lepiej ci?

Zdążył już poznać Ritę Skeeter na tyle, by zdawać sobie sprawę, że jej pytanie nie miało nic wspólnego z troską. Po prostu – trzeźwym i rzeczowym tonem – informowała się, czy mogą wrócić do interesów. Niechętnie i niezupełnie zgodnie z prawdą skinął głową. Przynajmniej nie była chowającą urazy mimozą.

– Jak już wspomniałam, znalazłam to zdjęcie – zerknęła na niego i dla pewności zacisnęła palce na różdżce – w Dolinie Godryka. W domu należącym do braci Dumbledore. Który zresztą, nawiasem mówiąc, nie wygląda na zbyt często odwiedzany.

Severus ugryzł się w język. Zadawanie wciąż jednego i tego samego pytania – „Jak się tam dostałaś?" – nie miało sensu. (Bo że do Wrzeszczącej Chaty nie trafiła drogą używaną przez Pottera i jego ferajnę, tego akurat był pewien.) Dowie się, zapewne wkrótce i z całą pewnością nie od Rity. Zamiast tego rzucił jej więc obojętne spojrzenie.

– No i…?

– Nie sądzę, żeby to była własność Aberfortha. A ty jak myślisz?

– Jeśli wydaje ci się, że właśnie przekazałaś mi niesłychanie tajną i sensacyjną informację o skłonnościach Albusa Dumbledore'a, to jesteś w błędzie. Wystarczy zwiedzić jego salonik.

Rita cmoknęła ze zniecierpliwieniem.

– Nie obrażaj mnie, złotko. Z takimi rewelacjami bym się do ciebie nie pchała. Jasne, że gdybym znalazła coś podobnego u Lucjusza Malfoya, sprawa byłaby znacznie bardziej pikantna. Nie w tym rzecz.

– Więc w czym? Albus, o ile mi wiadomo, i tak od lat żyje jak mnich. Żadne prawo nie zakazuje przechowywania w domu rodzinnym starych jak węgiel pocztówek. Niechby i pornograficznych, model wygląda na pełnoletniego.

– Mówiłam ci już, to nie jest pocztówka.

Severus ze sceptycznym wyrazem twarzy obrócił zdjęcie i postukał palcem w cztery czarne, fabrycznie nadrukowane linie i zaznaczone kółkiem miejsce na znaczek.

– A to?

– Ściema. Daj rękę.

– Co?

– Głuchy jesteś? No, daj, przecież cię nie ugryzę.

Z najwyższą nieufnością i głęboką niechęcią Severus wyciągnął dłoń. Ricie się nie spieszyło. Zimne, spierzchnięte palce przesuwały się po jego skórze zdecydowanie zbyt powoli i leniwie. Już miał wyszarpnąć rękę, kiedy zobaczył błysk szkła i poczuł przeszywającą iskrę bólu.

– Szlag! Co do…

– Nie! – syknęła Rita, chwytając jego nadgarstek i nie pozwalając mu podnieść krwawiącego palca do ust. – Tutaj kap. Na papier. Jak cię mdli, odwróć oczy.

– Jak by mnie mdliło na widok krwi, to bym nie zrobił kariery w swoim fachu – prychnął Snape. – Własnej nie mogłaś użyć?

– Nie – odparła Rita krótko, dociskając palce Severusa do papieru. Potem musnęła rozcięcie różdżką i puściła jego rękę. – Nie myśl, że nie próbowałam. Jestem niewłaściwej płci, złotko.

Uniósł brwi, ale powstrzymał się od komentarza.

– Aktywacja krwią – wyjaśniła. – Pod koniec dzie więtnastego wieku bardzo modna wśród kochanków. Dość dramatyczny chwyt i świadczący o pewnej egzaltacji, ale nie wymagajmy zbyt wiele od dwudziestoletnich chłopców.

Severus zerknął na nią z urazą. Nie przejęła się i kontynuowała wywód:

– Świeżej krwi adresata nadawca pewnie nie miał, więc postarał się przynajmniej o to, żeby zaklęcie aktywowała wyłącznie krew męska. Może zależało mu, żeby list nie wpadł w ręce żadnej kobiety? Albo zwyczajnie użył takiej krwi, jaką miał pod ręką, czyli swojej własnej, a kryterium płci wygenerowało się automatycznie. Teraz nie dojdziemy.

– Rozumiem, że już wcześniej kogoś pocięłaś, żeby to sprawdzić?

Wzruszyła ramionami.

– Znam paru mężczyzn. Niektórzy są skłonni czasem coś dla mnie zrobić. I nawet nie pytaj, do czego musiałam się posunąć, żeby móc obejrzeć sobie samo zdjęcie. To znaczy – puściła do niego oko – obejrzeć dokładniej.

Severus wzdrygnął się instynktownie.

– Nie pytam.

Ponownie spojrzał na pocztówkę. Krew wsiąkła w papier bez śladu, poza tym jednak nic się nie wydarzyło.

– Chyba coś spaprałaś – zauważył nie bez satysfakcji.

– Nie. Jeszcze nie skończyłam. Przecież mówiłam, że krew to tylko aktywator.

Stuknęła w kartkę różdżką. Linie i miejsce na znaczek drgnęły i zaczęły falować. Rita dotknęła drżących kształtów, przesuwając je po papierze, powoli układając z nich dziwaczną figurę geometryczną.

– Co to u licha jest?

– W charakterze podstawowego zabezpieczenia nadawca użył symbolu, którym obaj z adresatem musieli często się posługiwać.

– Skąd go znałaś?

– Nie znałam.

Po raz pierwszy przyjrzał się jej z pewnym uznaniem. W odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami.

– Jak coś się daje ruszyć, trzeba spróbować to poprzestawiać. Wiesz, my, Krukoni, jesteśmy w miarę bystrzy. Łamigłówki i układanki w stylu „zrób trójkąt z czterech patyczków" nie są nam obce.

– Ravenclaw? – Snape uniósł brwi.

– Bo co?

– Nie, nic. Co teraz?

– Teraz – Rita przesunęła czwartą linię na środek figury – odczytamy wiadomość. Patrz.

Faktycznie, na pożółkłym papierze stopniowo zaczęły pojawiać się litery – ostre i dumne, z wyraźnym gotyckim rysem. Odrobinę tylko wyblakłe.

Severus nachylił się i wpatrzył w formujący się z wolna tekst.

Füssen, 04. 09. 1899

Albie, Schatz,

przesyłam Ci prezent, już ostatni. Z samego Hohenschwangau. Nie jest to wprawdzie Czarna Różdżka i podejrzewam, że nie wynagrodzi Ci strat moralnych, jakie przeze mnie poniosłeś. Ufam jednak, że to mimo wszystko artefakt wystarczająco rzadki i spektakularny, byś nie miał serca wyrzucić go ani odesłać. A jeśli się jednak uprzesz unosić honorem – co do Ciebie podobne – przynajmniej raz rzuć na niego okiem. Spodoba ci się. Zobaczysz. Bardzo Ci się spodoba.

W ostateczności zawsze możesz go używać jako zwykłego lustra. O ile potrafisz. Potrafisz, mein Schatz?

Wciąż trochę Twój

G.

PS „Spieglein, Spieglein an der Wand, wer ist die Schönste im ganzen Land?"

Litery trwały tak jeszcze przez kilkadziesiąt sekund. Potem zaczęły stopniowo blaknąć, wreszcie ich miejsce zajęły cztery linie i kółko. Linie przez chwilę jakby szukały miejsca na kartce – na moment trzy z nich zamknęły kółko w trójkącie, a czwarta je przecięła. Potem spokojnie spłynęły niżej, układając się w grzeczne rządki. Najwyraźniej było po wszystkim.

Rita obróciła ku Snape'owi rozpromienioną twarz. Migotliwy blask świecy zmiękczał jej kanciaste rysy. Z cieniem rzęs na policzkach i z tryumfalnym błyskiem w oku wydała mu się niemal ładna. Oczywiście dopóki się nie uśmiechnęła, tym swoim krzywym, irytującym, szczerbatym uśmieszkiem.

– Sensacyjka, nie?

– Osiemdziesiąt lat temu do Dumbledore'a pisywał Niemiec z Bawarii, najwyraźniej lubiący latać bez majtek. A do kartki był dołączony jakiś artefakt, tyle rozumiem. Czarnomagiczny?

Zerknęła na niego z zaskoczeniem.

– Naprawdę masz braki w edukacji. Matka nie czytała ci bajek na dobranoc?

– Najwyraźniej nie. I nie znam niemieckiego. Zakładam, że ty owszem.

– Bez przesady. Ale ten kawałek raczej łatwo zrozumieć.

– O, naprawdę?

Nie spuszczając wzroku ze Snape'a, Rita wyrecytowała powoli, mechanicznym, pękniętym głosikiem figurki z pozytywki:

Lustereczko, powiedz przecie – kto jest najpiękniejszy w świecie?

Przez chwilę stała nieruchomo, mrużąc oczy w zamyśleniu. Wreszcie znów się odezwała, tym razem głosem normalnym i doskonale trzeźwym:

– I wiesz, złotko, to rzeczywiście jedyne istotne pytanie. Kim jest goły ślicznotek. Bo czym jest Spieglein, to ja akurat wiem.